Ocena brak

Zawód: reporter

Autor /Albinos Dodano /05.06.2013

Ryszard Kapuściński (ur, 1932), dziennikarz związany w różnych latach z różnymi redakcjami, Przebywał wiele lat W Afryce, Azji i Ameryce jako korespondent PAP. Uważańy za najwybitniejszego reportażystę polskiego, autor wielu głośnych książek z pogranicza literatury i dziennikarstwa. Debiutował tomem Busz po polsku (1962). Ważniejsze książki:

Kirgiz schodzi z konia (1968), Chrystus z karabinem na ramieniu (1975), Wojna futbolowa (1978), Cesarz (1978), Szachinszach (1982).

Słownik terminów literackich pod redakcją Janusza Sławińskiego definiuje reportaż jako „gatunek publicystyczno-literacki obejmujący utwory o charakterze sprawozdań z wydarzeń, których autor był bezpośrednim świadkiem lub uczestnikiem. [...] O charakterze reportażu decyduje stosunek elementów informacyjnych oraz autorskiej interpretacji i oceny. Na pograniczu literatury pięknej znajdują się odmiany reportażu, które łączą materiał autentyczny z fikcją fabularną, charakterystykami psychologicznymi bohaterów i rozwiniętym komentarzem narratora. Reportaż nowoczesny wchłonął wiele doświadczeń prozy narracyjnej, zwłaszcza powieściowej i nowelistycznej, z drugiej strony techniki reportażowe wpłynęły zwrotnie na kształtowanie się metod literackiej narracji’’.

Definicja ta niewiele wyjaśnia — w każdym razie nie przyczynia się do likwidacji sporów wokół reportażu (przykład takich sporów można było znaleźć w latach siedemdziesiątych na łamach białostockiego miesięcznika „Kontrasty”, uchodzącego — nie bez racji — za główny organ polskich reporterów); nie można na jej podstawie orzec, czy np. jeden z najlepszych zbiorów XIX-wiecznego realizmu rosyjskiego, Notatki myśliwego Iwana Turgieniewa, to reportaż czy też nie reportaż. Podobne trudności mamy (w świetle powyższej definicji) z większością utworów Melchiora Wańkowicza, który uchodzi za klasyka polskiego reportażu i który niemało atramentu przelał w walce o jego nobilitację, o równorzędne traktowanie z „literaturą”, to jest utworami operującymi fikcją literacką. Niewolni od tych trudności stajemy również wobec dorobku Ryszarda Kapuścińskiego, uważanego za jednego z najwybitniejszych polskich reporterów współczesnych.

Kapuściński urodził się wr. 1932. Po ukończeniu Wydziału Historii na Uniwersytecie Warszawskim podjął pracę dziennikarską. Początkowo w „Sztandarze Młodych”, następnie w „Polityce”, wreszcie w Polskiej Agencji Prasowej oraz „Kulturze”, Rozpoczynał od reportaży krajowych, których wybór złożył się na jego debiut Busz po polsku. Następnie wiele lat spędził Kapuściński w Afryce, Ameryce i Azji, przywożąc z tych pobytów bogaty plon (podaję tytuły nie wymienione w notce): Czarne gwiazdy (1963), Gdyby cala Afryka (1969), Dlaczego zginął Carl von Spreti (1970), Jeszcze dzień życia (1976). Książki wydawane z reguły w wysokich nakładach (Wojna futbolowa, Cesarz, Szachinszach odpowiednio: 30, 35 i 40 tys.) cieszą się ogromną popularnością, a niektóre z nich (Cesarz) doczekały się adaptacji scenicznej. Zapytajmy: dlaczego tak się dzieje?

Przyczyną najbardziej ogólną jest chyba zmienny gust publiczności literackiej. W latach siedemdziesiątych wielu piszących stwierdzało, że proza tradycyjna, oparta na fikcji, oprócz nielicznych wyjątków ustępuje — w zainteresowaniach czytelników — miejsca różnego rodzaju formom dokumentarnym lub #wa$7-dokumentarnym, jak zbiory listów, pamiętniki, dzienniki, wspomnienia, popularne opracowania historyczne oraz reportaże. Wielką karierę zrobił — by wymienić tylko jeden przykład — pięciotomowy Koniec świata szwoleżerów Mariana Brandysa poświęcony roli, jaką odegrało pokolenie uczestników wojen napoleońskich i powstania 1831 r. w dziejach (ale nie tych wojennych) naszego kraju. Być może, iż na takie właśnie preferencje czytającej publiczności miały wpływ zjawiska nasilania się fikcji w życiu społecznym, ujęte później sumarycznym zwrotem „propaganda sukcesu”. Hipoteza taka, w świetle głośnej niegdyś książki Świat przedstawiony (1974), której autorzy konstatowali nieobecność w naszej literaturze wielu spraw dla funkcjonowania społeczeńtwa bynajmniej nieobojętnych, wydaje się uzasadniona.

Ale nie wyjaśnia to w pełni popularności książek Kapuścińskiego. Więc może tematyka? Jesteśmy w Polsce ciekawi świata, informacja o nim zawsze może liczyć na popularność. Pisanie o dalekich krajach kojarzy się ponadto z egzotyką (z gr. eksotikos — daleki, obcokrajowy), to jest „ogółem cech właściwych krajom o odmiennym klimacie i cywilizacji, wydających się ludziom z innych krajów (np. północnych) oryginalnymi, niezwykłymi” (Słownik wyrazów obcych). Ale Kapuściński zdecydowanie sprzeciwia się takiej kwalifikacji swoich zainteresowań.

Nigdy nie fascynowała mnie tak zwana egzotyka, choć później przeżyłem kilkanaście lat w świecie określanym jako egzotyczny. Nie pisałem ani o polowaniach na krokodyle, ani o łowcach głów, choć przyznaję, że są to ciekawe tematy. Ale odkryłem dla siebie inną rzeczywistość, która mnie pociągała bardziej niż wyprawa do wioski czarowników czy rezerwaty dzikich zwierząt. Rodziła się nowa Afryka i nie była to przenośnia, nie był to ogólnik z artykułu wstępnego. Godziny tych narodzin były czasem bolesne i dramatyczne, a niekiedy pogodne i radosne, ale w obu wypadkach wszystko odbywało się według innych wzorców, w innym klimacie, no, w ogóle inaczej (z naszego punktu widzenia) i to właśnie wydawało mi się, że jest nową, nie opisaną dotąd egzotyką (Wojna futbolowa).

Można więc powiedzieć, że Kapuścińskiego interesuje przede wszystkim proces wyłaniania się nowych form życia społecznego, a ściślej, jego najgwałtowniejsza faza: rewolucja. „Iran — pisze w Szachin-szachu — była to dwudziesta siódma rewolucja, jaką widziałem w trzecim świecie”.

Kapuściński ^ i tu jego teksty mieszczą się w zacytowanej definicji reportażu — wszystkie opisywane wydarzenia widział osobiście, czasem z narażeniem życia. Nie unika tych momentów w swoich relacjach:

Bałem się: domy te były obserwowane i mogłem wpaść razem z ich mieszkańcami. Bardzo to możliwe, ponieważ często przeczesują jakiś zaułek miasta, a nawet całe dzielnice w poszukiwaniu broni, wywrotowych ulotek i ludzi starego reżimu. Wszystkie domy podpatrują się teraz nawzajem, podglądają się, węszą. To wojna domowa, tak ona wygląda (Cesarz).

Nie było sposobu powstrzymać blaszanego potwora, który turlał się przez wymarłe ulice jak opętany, łomotał o kamienie, walił o latarnie, grzmiał i huczał. Przywarłem do chodnika. Leżałem przerażony, pot ściekał ze mnie. Bałem się, że zaczną strzelać w moją stronę. Dopuściłem się aktu zdrady wobec miasta. Wróg mógł usłyszeć hałas śmietnika i ustalić położenie Tegucigalpy, której w inny sposób w’ tych ciemnościach i ciszy nie można było znaleźć (Wojna futbolowa).

To zagrożenia stosunkowo „łagodne”. Ileż bowiem razy zdarzało się, że — jak to się mówi — cudem uniknął luf plutonu egzekucyjnego ; w krajach, w których poruszał się, życie ludzkie nie należy do wartości najbardziej cenionych.

Prognozy reportera nie zawsze podobały się urzędowym specjalistom.

Wróciłem do Warszawy. Miałem przygotować notatkę o tym, co widziałem w Kongo. Opisałem walkę, rozpad, klęskę. Wtedy wezwał mnie pewien towarzysz z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. — Co wyście wypisali! — oburzył się. — Rewolucję nazywacie anarchią! Uważacie, że Gizenga odejdzie, a Mobutu wygra! To szkodliwe teorie! — Jedźcie tam odparłem zmęczonym głosem [.. .] Jedźcie i zobaczcie sami. I życzę wam, żebyście wrócili żywi. — Trudno — powiedział na zakończenie rozmowy ten towarzysz — ale nie możecie jeździć za granicę jako dziennikarz, bo nie rozumiecie procesów marksistowsko-leninowskich zachodzących w tamtym świecie. — O.K. — zgodziłem się — tu też mam o czym pisać (Wojna futbolowa).

Obok osobistego uczestnictwa jeszcze jedna cecha relacji Kapuścińskiego zwraca uwagę: postawa zaangażowana, solidarność z tymi, którzy walczą ze starymi formami. „Czuję, jak udziela mi się nastrój tłumu”, pisze w relacji z wiecu w Akrze, na którym uczestnicy protestują przeciw obelgom rzuconym w tygodniku „Time” na Kwame Nkrumaha. Ten nastrój tłumu, nastrój walki jest wyczuwalny w każdym tekście Kapuścińskiego. Ale też w każdym niemal tekście przybywa autorowi sceptycyzmu co do rzeczywistych skutków i możliwości przewrotów, które obserwuje.

W dymie i huku zmieniali się władcy, upadały rządy, na fotelach zasiadali nowi ludzie. Ale jedno było niezmienne, niezniszczalne, boję się powiedzieć — wieczne: bezradność. Jakże mi te siedziby komitetów irańskich przypominały to, co widziałem w Boliwii i w Mozambiku, w Sudanie i w Beninie. Co robić? A ty wiesz, co robić? Ja? Nie wiem. A może ty wiesz? Ja? Poszedłbym na całość. Ale jak? Jak pójść na całość? Tak, jest to problem. Wszyscy zgodzą się, że jest to problem, nad którym warto dyskutować (Szachinszach).

Sceptycyzm ten jest szczególnie widoczny w dwóch ostatnich książkach, Cesarzu i Szachinszachu. Pierwsza to opis zmierzchu i upadku cesarza Etiopii, Hajle Sellasje, druga — szacha Rezy Pahlavi. Książka o cesarzu zmontowana została z relacji jego dworaków, którzy — już po upadku swego pana — opowiadają „mister Ka-puczyckyemu” o zwyczajach panujących na dworze, nadciągających pomrukach burzy, zewnętrznych przejawach działalności utajnionej niemal do końca Rady Rewolucyjnej itp. Z ich opowiadań wyziera nostalgia za minionym, podkreślana przez niewielkie fragmenty od-aytorskie. W ten sposób tekst zmienia się w ironiczną metaforę, pojawiające się zaś w relacjach okrucieństwo i krew — jak słusznie zauważył Jerzy Surdykowski („Zdanie”, 1982, nr 5) — to „najwyżej makabra z tragikomedii”. Poetyka Szachinszacha jest bardziej „rozwichrzona ”, prawdopodobnie dlatego, że relacja wychodzi z zewnątrz — opowieści ofiar reżimu Rezy czy cytaty z artykułów lub książek innych autorów pochodzą od ludzi, którzy nigdy nie byli wewnątrz pałacu, stąd ich obserwacje rejestrują jedynie objawy; zależności między nimi ustala dopiero reporter, który jest również kimś z zewnątrz.

W ten sposób obie książki są nie tyle relacjami o konkretnych przypadkach, ile opisami pewnej struktury, którą trudno zmienić i przed którą trudno uciec. Rytm jej działania przebiega od dyktatury poprzez spisek, obalenie dyktatury do nowej dyktatury (czasem jest bogatszy o wykrycie i likwidację spisku). I właśnie dotarcie do tego, podstawowego zdaniem Kapuścińskiego, mechanizmu historii krajów trzeciego świata staje się źródłem sceptycyzmu, a jego konsekwencją — coraz szczuplejsza w ostatnich książkach (ukazujących dwa oblicza tej samej struktury) porcja refleksji historycznej, która była jednym z podstawowych elementów dotychczasowej twórczości Kapuścińskiego.

Działalność reporterska Kapuścińskiego bywa oceniana czasem jako ucieczka od pisania o problemach rodzinnych, krajowych, przez jego zwolenników zaś bywa traktowana jako aluzyjne pisanie o Polsce. Wydaje się jednak, że zarzut ucieczki trzeba wykluczyć, natomiast wrażenie aluzyjności rzeczywiście istnieje. W gruncie rzeczy są to jednak analogie powierzchowne, sprawa wydaje się bardziej skomplikowana. Pomijając już fakt, że Kapuściński pisze zawsze z polskiego punktu widzenia (choć nie zawsze, jak wskazuje epizod z Kongiem, jest on tożsamy z oficjalnym), zbieżność owa wynika ze zmniejszenia odległości w świecie współczesnym, a tym samym większego powiązania czy nawet uzależnienia przebiegających w nim procesów. Repoftaże Kapuścińskiego są relacjami z państw „frontowych”. Czy wydarzenia w najbardziej odległych rejonach kuli ziemskiej nie angażują nas niemal egzystencjalnie? Czasem nie jest to widoczne od razu, czasem nie wychodzi poza dyplomatyczne salony, ale pośrednio oddziałuje i na nasz kraj. To podobieństwo wyraża się zresztą w samym wyborze krajów, o których Kapuściński pisze: zauważmy, że żadna jego relacja nie pochodzi np. z USA lub z innych tak zwanych wysoko rozwiniętych krajów, które także mają swoje krwawe kłopoty (ruch rasowy w USA, problem irlandzki itp.).

Na koniec trzeba wspomnieć o pewnej przemianie, która się w pisarstwie Kapuścińskiego dokonała. U początku drogi był on chyba zwolennikiem koncepcji zakładającej, że rozwój przebiega od form niższych do wyższych, od gorszych do lepszych. Ogląd świata zamącił tę wizję, doprowadził do spostrzeżenia, że nie istnieje jedna miara rozwoju i postępu, a także do wspomnianego już sceptycyzmu co do samej możliwości postępu. Innymi słowy: rozwój tak, ale postęp? Rozwój choćby po kole, choćby poprzez konwulsyjne cykle od dyktatury przez zamach do dyktatury:

W ciągu miesięcy przejechałem przez pięć krajów. W czterech panował stan wyjątkowy. W jednym — prezydent został właśnie usunięty, w drugim uratował się tylko dzięki przypadkowi, w trzecim — szef rządu boi się opuścić swoją rezydencję strzeżoną przez wojsko. Dwa parlamenty zostały rozwiązane. Dwa rządy usunięte. Dziesiątki działaczy aresztowanych. Dziesiątki ludzi zabitych w walkach politycznych. Na przestrzeni 520 kilometrów byłem kontrolowany dwadzieścia jeden razy i przeszedłem cztery rewizje osobiste. Wszędzie atmosfera napięcia, wszędzie zapach prochu (Wojna futbolowa).

Czy w takiej sytuacji możliwy jest jakikolwiek postęp?

Przyznajmy: są i takie interpretacje pisarstwa Kapuścińskiego. Ich przykładem może być szkic Heleny Zaworskiej Herodot w dżinsach („Twórczość”, 1982, nr 4) poświęcony Szachinszachowi. Myślę jednak, że interpretacje te idą cokolwiek za daleko. Sąd swój opieram na jednym, mimo wszystko stałym motywie sztuki reporterskiej Kapuścińskiego: solidarności ze zbuntowanymi. Widząc ich walkę z zewnątrz, dostrzegając uwarunkowania dla nich niewidoczne od razu, nie przechodzi przecież na stronę ich przeciwników, a nawet nie ucieka w rolę wzniosłego, nie zaangażowanego obserwatora. Podobnie jak bohater wyświetlanego przed kilku laty filmu Antonioniego, który u nas szedł pod tytułem Zawód: reporter, bierze na siebie część odpowiedzialności. I część goryczy z powodu porażki.

Podobne prace

Do góry