Ocena brak

Władca królestwa wyobraźni - Wiersze Przybosia

Autor /Albinos Dodano /04.06.2013

„Poeta — wykrzyknik ulicy” — określa się Przyboś w jednym z wczesnych wierszy. „Wykrzyknik” — ten, który wykrzykuje, nazywa, ubiera w słowa otaczający krajobraz. „Wykrzyknik” — czyli także ten, kto ów krajobraz dopełnia samą swoją obecnością, spaja w całość — niczym znak pisarski zamykający zdanie; nadaje otaczającemu światu akcent ludzki.

Początki twórczości Przybosia to Awangarda krakowska. Ze słynnych „trzech M” zostało tu wprawdzie niewiele, ślady zaledwie. Ale poglądy na charakter poezji, na jej społeczną rolę i w konsekwencji —' jej kształt artystyczny — przez pewien czas nosiły wyraźne piętno teorii głoszonych przez „papieża Awangardy”, Tadeusza Peipera. Ów otaczający poetę pejzaż był to początkowo pejzaż wielkomiejski — „gmachy”. „Powrót z Warszawy na wieś” nastąpi w parę lat później i w wierszach pojawią się „pola zagonami zamiast ulic”. Lecz poeta przyniesie tu z sobą bagaż awangardowych doświadczeń. Zmieni się przedmiot zainteresowań, lecz sposoby jego traktowania, mechanika twórczości, typ aktywności artystycznej pozostaną takie same, jak wówczas gdy poeta odkrywał „geometryczne wymiary [...] sześciennej dtuszy stolic”.

Przyboś nie opisuje więc uroków pejzażu, nie wyraża^ też za jego pomocą własnych stanów uczuciowych, nie szyfruje — jak symboliści — nieskończoności; on przekształca krajobraz, przebudowuje go. Poeta awangardowy jest rzemieślnikiem słowa, inżynierem wyobraźni. Jego zadanie polega na tworzeniu precyzyjnych konstrukcji językowych, tak jak zadanie inżynfera sprowadza się do konstruowania świata materii, przełamywania jej oporu i przystosowywania do potrzeb społecznych. Poeta-inży-nier, poeta-konstruktor, poeta-„robotnik wyobraźni” — kształtuje wrażliwość zbiorową, dostarcza ludziom swoich czasów nowych wzruszeń i doznań estetycznych, zdobywa dla nich nowe — dotychczas nie znane — światy. Czyni to, wydobywając z języka (drogą nowych kombinacji) nie znane dotychczas znaczenia. Sensy tej poezji mieszczą się nie tyle słowach, ile rodzą się ze spięcia międzysłownego. Metafora nie nazywa tego, co już istnieje, lecz — nazywając -e odkrywa to, czego istnienia nie podejrzewaliśmy. W stojącym od lat budynku widzi poeta skonkretyzowany, urzeczowiony trud murarza, jego dłonie, które kładły cegły: „Gmachy — [...] góry naładowane ludzkim trudem [...] każda cegła spoczywa na wyjętej dłoni”. Podobnie w parę lat potem w Tatrach usłyszy huk wybuchu, który nie nastąpił. To co jest zaledwie możliwością — wysadzenie skały — staje się poetyckim faktem, utajonym na razie i uśpionym. Poeta potrafi tę możliwość zbudzić i powołać do życia wcześniej, niż to uczyni jakikolwiek „praktyk”.

Kim jest w takim razie ów poeta awangardowy? W dalszym ciągu „wykrzyknikiem ulicy”? „Robotnikiem wyobraźni”? Rzemieślnikiem słowa? — Już po wojnie zyskuje on nowy przydomek: „praarchitekt przestrzeni”. O ileż dumniej to dźwięczy! Poeta to ten, który tworzy nowe wizje rzeczywistości, wyprzedzając „naprzód o wiek” jakiekolwiek praktyczne dokonania. Ale to, co teraz zostało nazwane wprost, istniało już w konkretnych realizacjach poetyckich znacznie dawniej. Przyjrzyjmy się najczęstszym tęsknotom i pragnieniom Przybosia; zobaczmy, czego żąda od swojej poezji. Oto jego słowa:

„Lotną wizję chwytam w dłoń jak gniazdo”, „Ostrym bodźcem rytmu wnikam w czas”, „Wabię do siebie oddal wyciągniętą ręką i chwyciwszy za krawędź widnokręgu, ściągnę w dół dalszy krajobraz”, „Nie zarzucę ci na szyję horyzontu tych gór”, „Świat wzburzony spojrzeniem uciszę”, „Jadąc — odczarowuję: odwracam, jak stronice, stoki gór na pamięć, powtarzam wodę i kamień, wodę (co wniebowstąpiła), kamień (co zakwitnął)”, „Oczy tak napoiłem w jeziorach barwami, że czytając, maluję”, „Uniósłszy ten krajobraz oprawiony w me ramiona, zawieszę ci go na wietrze, by ożył...” Można by w wierszach Przybosia znaleźć takich zdań jeszcze bardzo wiele...

Kim więc jest poeta? — Jest władcą wszechmocnym, absolutnym, panującym niepodzielnie w rzeczywistości, która go otacza. To nie ona jemu, lecz on jej dyktuje prawa. Wystarczy opisać to, co się dostrzega, wystarczy krajobraz zamknąć w wierszu, aby stał się posłuszny nakazom poety.

Takie jest wyjaśnienie bardzo specyficznych — animizujących i konkretyzujących — metafor Przybosia. Kształtuje on świat zgodnie z własnym widzeniem. I oto w świecie tym zaczynają rządzić nie twarde prawa materii i przyczynowo-skutkowe reguły logiki, lecz prawa widzenia, widzenia wyzwolonego od uprzednio nabytej wiedzy. Poeta opisuje nieraz świat tak, jakby go zobaczył po raz pierwszy. Oto taka niewielka scenka: stado wróbli, przestraszone cieniem zbliżającego się człowieka, podrywa się z ziemi i przenosi na krzak, gdzie również przesuwa się cień. Ale w ujęciu poety wygląda to odwrotnie: wróble siedzące n a cieniu, ulatując, podrywają go z ziemi niczym kawałek płótna:

Poderwany spod nóg przez wróble twój cień w krzewie się zazielenił, pojaśniał w drobne listki.

(Do ciebie o mnie)

Przykładów tego typu znajdziemy wiele. Ciemność nocy pozwala widzieć światło gwiazd. Ale u Przybosia odwrotnie — to gwiazdy, które pojawiają się już o zmierzchu, „robią noc”. Podobnie latarnie uliczne — w dzień nie rzucają się w oczy, „jakby ich nie byłe/”. A zatem ich nie ma! Są nieważne. Dostrzegamy je dopiero wieczorem. A więc — widać — wtedy właśnie się pojawiają. Przedtem zapewne kryły się w bramach. I oto mamy:

Te same gwiazdy

wyszeptały wieczór jak zwierzenie latarnie wyszły z ciemnych bram na ulicę i w powietrzu cicho stanęły

(Wieczór)

Wystarczy wyciągnąć rękę przed siebie i popatrzeć ponad nią w dal, aby powstało złudzenie, że dłoń dotyka odległych punktów na horyzoncie. A więc — „To ja wabię oddal wyciągniętą ręką i chwyciwszy za krawędź widnokręgu, ściągnę [M dalszy krajobraz” (Spotkanie).  

Tworząc wiersze, poeta nie opisuje rzeczywistości. On ją sobie w ten sposób przywłaszcza. Jego gesty mają moc tworzenia nowych układów przestrzennych, dokonywania przesunięć w świecie. Poeta nie „opuszcza” miasta. On je „rzuca” — rzuca, biorąc pod uwagę oba znaczenia tego słowa („porzucić” i „cisnąć precz”). A zatem ciska je. A ponieważ miasto jest kamienne, więc: „Miasto jak kamień rzuciłem za siebie i zanim upadło — nasłuchuję” (W góry).

Widzimy, iż to sam język — odpowiednio przez poetę kształtowany — narzuca rzeczom swoje prawa. Przedmioty istniejące w świecie śą oporne, niełatwo poddają się woli człowieka. Ale znaki tych przedmiotów — słowa — znajdują się całkowicie w jego władzy. Można je dowolnie przesuwać i układać. I te nowe układy językowe proponują, planują jak gdyby jakąś nową rzeczywistość.

Skąd to już znamy? Kto i kiedy — znacznie wcześniej, zanim jeszcze ktokolwiek zamarzył o Awangardzie — miał podobne ambicje? Kto za pomocą poezji chciał zapanować nad światem, określając siebie jako dyrygenta orkiestry wszechrzeczy?... — „Ja mistrz! Ja, mistrz, wyciągam dłonie, gram jak na szklahych harmoniki kręgach...” — Tak, to coś z tego. Ale z drugiej strony Przyboś nie uważa się za wieszcza i proroka ani zbawiciela ludzkości. Jest wprawdzie — na podobieństwo poety romantycznego — stwórcą, kreatorem, ale jest także rzemieślnikiem. Co więcej, ażeby być stwórcą, trzeba być — jego zdaniem — także rzemieślnikiem, trzeba wiedzieć, „jak to zrobić”. A więc — jak to zrobić? Jak wygląda takie poetyckie stworzenie świata? Posłuchajmy:

[...] trzeba niebo zwalić i położyć Pod oknami, i nazwać jeziora błękitem.

Potem jezioro z niebem dzielić na połowę,

W dzień zasłoną gór jasnych, w nocy skał szafirem (...)

To „przepis” romantyka — Słowackiego A teraz posłuchajmy, co na ten sam temat Przyboś:

skróć to lato do lotu, do blasku!

Przekreśl linią powietrzną naprędce tło obrazu: ni<ebo błędne w morzu; moja zorza na twych skrzydłach świeci, a zarazem płucze w Wiśle tęczę najpełniejszą z moich słońca wcieleń [...]

(Wezwanie do Krakowa)

A więc „rady” romantyka i poety współczesnego są niemal identyczne. Reguły ich wszechwładzy pozostają zasadniczo takie same. Przyboś, odrzucając całe zaplecze ideologii romantycznej, przejmuje jednocześnie i rozwija kunszt romantycznej poezji. Jego mistrzem jest w tej dziedzinie Słowacki. Ta sama malarskość wizji. Ta sama pewność panowania nad techniką obrazu poetyckiego, z którą — w sposób pozornie niedbały i jakby od niechcenia — kreślą obaj artyści szkic krajobrazu, dokonując swobodnych przesunięć w stosunku do otaczającej ich rzeczywistości. Przyboś w tym odkształceniu idzie znacznie dalej.

Ale też z drugiej strony pojawiają się w jego twórczości wątpliwości i niepokoje, które bardzo rzadko nawiedzały romantyków, w każdym razie polskich romantyków. Niekiedy bowiem zdaje się przez mgnienie uświadamiać sobie, iż jego władztwo rozpościera się jedynie na terytorium wyobraźni, że granicę tego królestwa i granicę wszechmocy poety wyznacza język : że poza język wyjść nie sposób. I dlatego spotykamy tutaj i takie wyznanie:

Przeszedłem — nieomalże — przez górv papieru

i to szczyt za szczytem,

deptałem — rzekłbyś — chmury książkowegr pyłu.

przekopałem się — powiedzmy — gizm mrowisko liter [...]

(Za siódmą rzeką)

Rozdźwięk między światem rzeczy a światem słów jest tu wyraźny. U Przybosia to wypadek prawie wyjątkowy. Ale już dla młodszej poezji staje się to przyczyną zasadniczego — nierzadko tragicznego — dramatu rozgrywającego się między słowem a rzeczą. Bo —jak mówi jeden z kontynuatorów poetyki autora Najmniej słów, Marian Grześćzak — przedmiotowi słcwo jest nierówne, świat znaczy więcej niźli znaczą słowa.

I oto wraca Norwidowski problem — czy poezja będzie w sta-, nie „odpowiednie dać rzeczy słowo“. I czy w czasach współczsnych słowo to będzie miało moc przekształcania świata — na jawie.

Podobne prace

Do góry