Ocena brak

„Wesele” Wieszcza Wyspiańskiego

Autor /Albinos Dodano /04.06.2013

Dzieje polskiej literatury nie notują drugiego przypadku kariery równie błyskawicznej: trzy lata po debiucie pisarz, dostrzegany wprawdzie, ale tylko obiecujący, przeistoczył się w narodowego wieszcza. Awans to nadzwyczajny. Jeszcze niedawno malarz przede wszystkim. Jeszcze niedawno jeden wśród wielu ludzi Młodej Polski. Jeszczą niedawno poeta w tajemnicy przed światem piszący dramaty. A teraz, w roku 1901, kiedy przedstawił Wesele, Wyspiański wieszczem! Jakże to tłumaczyć?

Rola narodowego' wieszcza należy do tych ról w repertuarze postaw artystycznych, których nie można dostąpić tylko własną chęcią czy wysiłkiem. Tutaj nie wystarczy chęć ni talent, bo wbrew pozorom jest to rola, którą wyznacza społeczeństwo. Akceptację od społeczeństwa można uzyskać wyłącznie w stosownym momencie. Wtedy, kiedy jest źle, beznadziejnie, gdy wszystkie możliwości wyjścia z impasu zdają się już wyczerpane, kiedy potrzeba szyderstwa i utopii, gdy brak jest fachowców od rządzenia albo tąż nikt ich słuchać nie chce. Wtedy przychodzą wieszcze — genialni dyletanci. Istotą wieszczenia są manifestacje dążeń ku nowej rzeczywistości. Warunkiem jednak społecznej akceptacji nowego wieszcza jest nie tyle jego umiejętność formułowania pozytywnego programu działania, ile celność i siła negacji. Wieszcz tedy, skoro już wystąpił, pioczyna zawsze od krytyki istniejącej rzeczywistości. Potem zazwyczaj nie starcza mu już siły ani czasu na dokładne przedstawienie własnych ideałów i środków prowadzących do ich realizacji. Krytykuje więc precyzyjnie, a ideały kreśli mgliste. To trudna rola: sędziego i prawodawcy zarazem, Wielkiego Inkwizytora i Wielkiego Utopisty.

Wyspiańskiego mianowano przewodnikiem narodu jakby na przekór rodzącej się sławie przywódców nowoczesnych partii, sławie Daszyńskiego, Piłsudskiego, Dmowskiego. Ludziom z początku naszego wieku potrzebny był wieszcz, człowiek stojący ponad waśniami stronnictw prażących się w tyglu polityki. Potrzebny był ten, kto potrafi wyrazić nadzieje i zawody możliwie najszerszych warstw społeczeństwa. Tak wielu było zawiedzionych, tak mało widziano sprawiedliwych. Ideologia pozytywizmu zbyt nikłe, po czterdziestu latach działania, przyniosła korzyści, aby nie stracić siły. Lojalizm źle popłacał — w zaborach pruskim i rosyjskim narastał terror policyjny. Hasłom solidaryzmu przeczyła rzeczywistość — nad Galicją nieustannie krążyło widmo Szeli. Istniała, to sobie uświadamiano, próżnia ideologiczna, która za parę lat dopiero wypełni się nowymi programami. Istniał głód idei.

Wielkiej, najwyższej rangi artysta potrzebny był także modernistom. Pomawiano ich o kosmopolityzm, o rezygnację z narodowej służby. Ludziom nowej sztuki potrzebny był pisarz z ich kręgu, który własną twórczością odeprze zarzuty ciążące na całym pokoleniu. Czekali na geniusza, co wyprowadzi dekadentów z krainy walących się idekłów. Takim pisarzem nie mógł być ani Tetmajer, ani Kasprowicz, ąni — tym bardziej — Przybyszewski. Moderniści wiedzieli już, od czasu kiedy czcili pamięć Mickiewicza i Słowackiego (1898—1899), że może być nim tylko ten, kto pójdzie za wzorem Wielkich Romantyków. Czekali na wieszcza.

„Czekali — jak pisał Feldman — tego, który by rzucił słowo ważkie i gromkie, co by z rozproszonych mgławic artystycznych stworzył oczekiwane arcydzieło sztuki, co by z rozproszonych mgławic życiowych wywołał inne arcydzieło: gwiazdę nowego bytu”.

Wyspiański, jak na wieszcza przystało, rozpoczął od krytyki. Dawno już obrał dla siebie proroczą postawę (Daniel), ale dopiero w Weselu celnie ugodził w potężne tradycją dogmaty narodowe, w przekonania i tendencje myślowe modernistów. W jakie to dogmaty, przekonania uderzył Stanisław Wyspiański?

W podzielonej kordonami granicznymi Polsce już od dziesięcioleci utrzymywało się przekonanie, że powstanie niepodległościowe z ludem, chłopstwem w roli głównej, musi zakończyć się zwycięstwem. Wynikała stąd dyrektywa tuszowania istniejących antagonizmów klasowych, pomijania ich milczeniem,- przy jednoczesnym  propagowaniu haseł, które mimo to, wierzono, zdolne są zjednoczyć cały naród, (umiłowanie ziemi, języka, tradycji, obyczaju, religii). Wyspiański uderzył w ten uświęcony słowami Krasińskiego („jeden tylko, jeden cud”) potężny mit solidaryzmu społecznego. Pokazał, że inteligenci i chłopi żyją we wrogich wzajemnie światach, pomiędzy którymi żywe są tylko pozorne, niewiele znaczące więzi, że powstanie zbrojne w takiej sytuacji jest czynem niemożliwym do podjęcia ani przez jednych, ani przez drugich. Inteligenci, w których myśleniu pokutują przestarzałe relikty szlachet-czyzny, roztopili ideę niepodległości w poetycznym widzeniu świata. Potężne, chłopstwo zaś to siła ślepa, niezdolna do samodzielnego działania.

Wyspiańskiego rozrachunek z teraźniejszością dokonał się także za pośrednictwem historii. Większość jego współczesnych miała do narodowej^ przeszłości stosunek adoracyjny, pełen szacunku, religijnego prawie uwielbienia. Przymuszano się do niepamięci o ciemnych i haniebnych kartach dziejów. Modernistyczni literaci (młody Żeromski to wyjątek) dotąd albo unikali tematów historycznych, albo też oprawiali je w baśniowo-balladowe ramy (Rydel w Zaczarowanym kole, Tetmajer w Zawiszy Czarnym). W Weselu— „upomniała się o swoje 'Umarła”. Przed Poetą i Panem Młodym stanęły znajome im widma z przeszłości, lecz pokazały inne, przerażające twarze. Do świata, w którym idealizowano chłopa, ciesząc się z jego krzepy i barwności stroju, wtargnęła nieproszona pamięć roku 1846; nazwisko Jakuba Szeli, najstraszniejsze ż polskich imion w XIX wieku, zepsuło bohaterom dramatu wizję wsi — „bajecznie kolorowej”. Żadnej z bolesnych kart dziejowych nie można zabić niepamięcią, zagłuszyć wyrazami „czuło-stkowego” patriotyzmu. Historia -— powiada Wyspiański, stawiając ludzi z bronowickiego dworku twarzą w twarz z przeszłością — istnieje, uczestniczy w teraźniejszości. To jedno z większych osiągnięć myślowych autora Wesela.

Pan Młody, Poeta, Nos, Rachela są w Weselu reprezentantami modernistycznej sztuki i kultury. Dziennikarz także. Zbyt często widzimy w nim jedynie przedstawiciela stańczykowskiego „Czasu”. Tragiczna to postać. Człowiek zżerany przez ciągłe pojedynki z sobą samym, nieufny wobec świata, niepewny tego co dobre i tego co złe, tego co wielkie i tego co małe. Człowiek tknięty chorobą końca wieku, chorobą ducha, którą nazywano wtedy „newrozą”. A przy tym wszystkim bohater świadomy własnej słabości, bezskutecznie szukający dla siebie ratunku. Dekadent. Nie ma w We-* selu lepszego przykładu dekadentyzmu nad postać Dziennikarza. Wyspiański protestował przeciwko modernistycznemu dekadentyzmowi, trawiącemu nie tylko ludzi sztuki, ale i polityków. Nie kpił z dekadentyzmu, zbyt poważny to problem, by można go wyśmiać, lecz wyszydzał i jak wieszcz przeciwko niemu protestował.

Moderniści, zmęczeni rzeczywistością, uciekali w strony poetyy cznie wymarzone. Na świat patrzyli przez pryzmat poezji i próbowali w rzeczywistość przenosić artystyczne złudy. Kwestionowaniu wartości tych tendencji poświęcił Wyspiański wiele miejsca w swej twórczości. Dowodził, że skoro idee poetycznie wymarzone wejdą już w rzeczywisty świat, znajdując tam ucieleśnienie, to pokazują inne oblicze, nieoczekiwane, wrogie ludziom, którzy je pomyśleli, niszczące czyny. Taki jest sens finałowych scen Wesela, scen zasłuchania i chocholego tańca. Wcześniej „dwór się od poezji trząsł”. Idea nierealnej imprezy powstańczej zrodziła się z ocza-dzonych poetycznością głów Racheli, Poety, Pana Młodego. Teraz, na końcu „nastrój poetyczności” okazał się nastrojem zaraźliwej martwoty. Poezja „usypia, znieczula, niewoli”.

Zwykle mówiąc o ataku Wyspiańskiego na modernę (pierwszym znaczącym ataku, jaki wyszedł spod pióra modernisty), /wracamy uwagę na krytykę chłopomanii, mody panującej wśrfld młodych artystów ż tamtych czasów! Rzecz w tym, że na owe „chodzenie w lud”, mezalianse, przebierania się wxhłopskie stroje, patrzymy okiem Wyspiańskiego, okiem szydercy, satyryka. Godzi się przecież pamiętać, że chłopomania była obyczajowym, nieraz wynaturzonym, refleksem głębokich^ przekonań światopoglądowych, zakorzenionych zresztą nie tylko u nas, ale też w ihnych krajach Europy (Niemcy, Rosja). Uważano bowiem, że lud, warstwa najsilniej powiązana z naturą, jest społecznością najzdrowszą moralnie, prawie nie tkniętą przez zgubne wpływy miejskiej, technicznej cywilizacji wieku XIX. „Chodzenie w lud” było więc próbą „powrotu do źródeł” kultury, do jej początków, w celu odrodzenia się wewnętrznego i znalezienia wzorów naprawy kryzysowej sytuacji. Wyspiański wyśmiewał się bezlitośnie z zewnętrznych objawów tych przekonań. Ich samych jednak nie kwestionował w Weselu.

Oto kilka z wielu ataków na współczesność, jakie w Weselu podjął Wyspiański z pozycji narodowego wieszcza. Zapytam teraz, czy ów wieszęzy punkt widzenia wpłynął jedynie na podjęcie centralnych dla ówczesnego społeczeństwa problemów i sposób ich rozstrzygnięcia? Czy nie odcisnął także swego piętna na formie i konstrukcji dramatu?

Wyspiański wprowadził do Wesela sporo nawiązań do Mickiewiczowskich Dziadów. Listopadowa noc, zaklęcia Racheli, Poety, spraszające „tych, którym gdzie złe wciórności dopiekają”, gu-ślarstwa Chochoła, aluzyjne w stosunku do Dziadów rozegranie sceny z Branickim (Sen Senatora, widmo złego pana) — to jeszcze nie wszystko. W cmentarnej scenie drugiej części Dziadów miało nastąpić po północy wspominanie „ojców dziejów”. Przeszkodziła mara Gustawa. Drugi akt Wesela, „Wyspiańskie” wspominanie „ojców dziejów”, rozpoczyna się także po północy. Pierwszy pojawia się Chochoł—guślarz, zaraz po nim Widmo, najwyraźniej aluzyjne do Mickiewiczowskiego Upiora. Sąd nad przeszłością zostanie jednak dokonany, Widmo nie przeszkodzi. Nadto taneczna kompozycja ruchu scenicznego w Weselu („Ktoś się za mną włóczy wciąż. — Ktoś przede mną ciągle stąpa”.) ma chyba swoje odniesienie w słynnym menuecie „Balu u Senatora”. Sens zawartych w Weselu nawiązań do Dziadów wykłada się jasno. Są to przecież aluzje do utworu mającego w polskiej świadomości kulturalnej najwyższą rangę, do dzieła pełnego wielkich problemów narodo-v^ych, dzieła wieszcza. W intencjach Wyspiańskiego nawiązania te były skierowanymi do publiczności literackiej sygnałami ważności' poruszanych spraw. Mówiły te sygnały: uważajcie, oto rozważać;; się będzie kwestie doniosłe, takie, do których wieszcze tylko mają bezsporne prawo. W ten sposób nie tylko treść podjętych w Weselu dylematów, bo także kompozycja i poetyka utworu oznajmiały, że na pole literatury wstępował nowy wieszcz.

Wyspiański rozpoczynał od krytyki i, jak często u poetów zajmujących wieszczą postawę bywa, na krytyce społeczeństwa skończył. Tym razem nie zamierzał przedstawiać własnego, pozytywnego programu ideologicznego. Próbę taką podejmuje dopiero w Wyzwoleniu. Wesele jest dramatem bez rezonera. Jest pierwszym polskim „moralitetem szydzącym”. W takim dziele interpretator może tylko z ryzykiem wyodrębnić nie nazwane przez autora „dobro” jako odwrptność nazwanego „zła”. Z ryzykiem tak wielkim, że nieopłacalnym, bo grożącym fałszerstwem myśli poety.

Do góry