Ocena brak

Wały Szczecina

Autor /rusereSuini Dodano /12.10.2007

Chociaż od tygodni groźne wieści wstrząsały Pomorskim Księstwem, choć na północy widać było łuny palonych osiedli podle Kamienia, Lubina, wyspy Uznam, w Szczecinie życie toczyło się zwykłym rytmem. Próżno zbiegowie, którym udało się ujść od mieczy i więzów duńskich napastników. powtarzali grozą przejmujące gadki o okrucieństwach, jakich dopuszczano się na osiadłej ludności. nie mogąc zdobyć żadnego obronnego grodu. Na darmo mieszkańcy Wolina, przed porzuceniem miasta, którego słabe obwarowania nie zapewniały obrony. słali do księcia Warcisława posły z prośbą o wspomożenie i ratunek dla Kamienia, dokąd przenieśli się z całym dobytkiem. Szczecin nie chciał wojny. Najbogatszy ze wszystkich, matką miast pomorskich zwany, tylko w czasie pokoju mógł ciągnąć zyski z handlu. Ale i handel właśnie zamierał...
- Powiedam wam, kumie Tworyszu - Przysnobór musiał przystanąć chwytając za rękaw swego rozmówcę, bo aż zadyszki dostał od szybkiego krążenia podle wałów miejskich, które ostatnio stały się ulubionym miejscem wieczornych przechadzek mieszkańców Szczecina - powiedam wam... Przystańcie no krzynę, bo gnacie a gnacie w przód, jakoby was już Dany goniły - sarknął, patrząc z niechęcią na długą, chudą jak tyczka postać kompana i najcierpliwszego słuchacza. Już sapał i z zadyszki, i ze złości, kark mu napęczniał, a krągła twarz sczerwieniała. - Stańcie! - szarpnięciem udało mu się wreszcie osadzić w miejscu rozpędzonego i stali chwilę, obaj milcząc, bo Tworysz rzadko kiedy zaciśnięte usta rozwierał, a Przysnobór otwartą gębą łapał powietrze, które mu w grubych piersiach grało.
Stojąc tak na wprost siebie ucieszny przedstawiali widok, aż oglądać się na nich poczęto, co zgniewało w końcu Tworysza. Mocnym chwytem ujął pod ramię Przysnobora i odciągnął go w boczną ku rynkowi wiodącą uliczkę. Spokój na niej panował zupełny, jeno dwa psy gryzły się na kupie odpadków o jakąś tłustą kość. Mieszkańcy co do jednego prawie poszli pod wały.
Przysnobór dychał coraz ciszej, coraz spokojniej, aż wreszcie, pot z czoła rękawem otarłszy, wrócił do rozmowy, jakby żadnej przerwy nie było.
- Powiedam wam tedy, że nieszczęście z tą wojną jest. Od trzech niedziel ani komięga jedna do nas nie przybyła i nie przyjedzie, póki Duńczycy rzekę jakoby w kleszczach trzymają. Głowę już tracę, co robić? Składy od ziarna pękają, rok obfity bowiem we zboże jak rzadko, a zakupów poczyniłem wiela do Sigtuny myśląc posłać, jako mi Esbern, takoż kupiec przedni, doniósł, że przedać je tam łacno będzie. Uładziłem - lamentował coraz żałośniej - statków kilka, bo łasztów zboża mam już tyle, co we dwa inne roki nie skupiłbym. I co z tego? Zyski sobie wielkie obiecywałem, długi pozaciągałem, żeby jeno skupić zboże przed innymi. W kułak się śmiałem z Ubysława, bom go wszędy podkupił, a teraz co? Do lodów będę czekał nim statki wyprawię. Piorun by ich spalił, najezdników przeklętych! Dobrze wam się śmiać - wybuchnął nowym gniewem widząc grymas jakowyś na twarzy Tworysza - jak wam czeladniki misy i pucharki klepią czy pokój, czy wojna, a książę zawdy je kupi! Malowaniec! - obruszył się tym razem na księcia. - Do misy jeno dobry, czy zakupić ją, czy opróżnić szybki. Po takim oćcu taki syn! Nieboszczyk Racibor aż na Konungahelę się wybrał i z łupami wrócił, a temu Dany pod nos włażą, przejście statkom zamykając kupczyć nam nie dają, on zasię
nic! Na grodzie siedzi i misy srebrzyste od Tworysza zakupuje. Zboże by kupił lepiej!
- Cichajcie! Ktoś tu gna. Na księcia przy obcych nie wygadujcie - nie mogąc wskórać słowem zacisnął Przysnoborowi usta ręką. - Cała kupa leci! .
Wychodzący pod wały wylot uliczki zaczernił się nagle pędzącymi z wrzaskiem ludźmi, aż gryzące się psy zaprzestały wydzierać sobie kość i z podwiniętymi ogonami uciekły między domy.

- Dany! Już blisko! Mrowie statków! Przygnał jeden a gada! - wydyszał jakiś brzuchaty kupiec, wpadając na zagradzającego ulicz-
kę Przysnobora. - Uciekajcie!
Pognał w obłędnym strachu wraz z całą grupą. Wnet też rozległy się wszędy stuki zatrzaskiwanych drzwi. Na uliczce pozostali w zdumieniu jeno dwaj sąsiedzi, spoglądając na siebie osłupiałym wzrokiem. Po chwili jednak i oni przyspieszyli kroku, udając się do swych domostw.
Pomimo późnej pory calutka rada starszych zebrała się na gródku książęcym bez zwłoki stając na wezwani: Warcisława. Choć książę nie cieszył się miłością ludu, podatki wielkie ściągając od kupców i rzemieślników, choć zwykle posłuchu nie dawali jego rozkazaniom. ledwie że uznając książęcą władzę nad miastem, przecie niebezpieczeństwo i konieczność wspólnego namysłu skłoniły rajców do dania ucha nagłemu wezwaniu, przez dziesiętników gródkowej straży roznoszonemu. Nie miłowali mieszczanie także i wojów książęcych. do ucisku pospólstwa skłonniejszych jak do walki z orężnym wrogiem, ale każdy - ile że dziesiętnicy, śpiesząc, aby wszystkich . dolecieć. wymawiali się od poczęstunku - pieniążkiem lebo innym .jakim datkiem, w łapę wciśniętym, przychylność swą chciał okazać . Grożące miastu niebezpieczeństwo na pierwszy plan wysuwało wojaków.
Przyoblekłszy się odświętnie, choć v. pośpiechu niejeden i pasa dobrze nie dopiął, zgromadzili się rajcy w największej izbicy gródka, gdzie już pachołki ławy, z innych pomieszczeń ściągnięte. ustawiali za wskazaniem cześnika Mąka, znaczącego na gródku więcej niż sam książę. Znali go też wszyscy doskonale, bo nieraz do kramów i warsztatów zachodził, niby wedle zakupów. 4e robił je u tych jeno, co dobrze posmarowali tłustą łapę cześnikową. Witał teraz wchodzących z imienia, z poniektórymi coś na boku z posępną miną szepcąc.
Duchota zaczynała się w izbie okropna ile że dźwierza zaparte już były po wejściu ostatniego z czterdziestu rajców, a płonące pochodnie gęsto w kunach żelaznych pozaszczepiane nie tylko światło, ale i gorąc dawały. Co niektóry też z zebranych rozpasywał się nieznacznie, a Przysnobór to i ciżmy zzuł z obrzękłych stóp. Milczeli jednak, co najwyżej szeptem z sąsiadem najbliższym słów, parę zamieniając. przybici złymi wieściami i onieśmieleni wbrew chęci powagą miejsca, w którym po raz pierwszy większość się znalazła.
Na koniec ruch jakiś uczynił się w izbie sąsiedniej i przez otwarte na oścież drzwi wkroczył z kilkoma wielmożami książę Warcisław. Niepozornej postaci, cherlawy, przygarbiony, z przerzedzonym mimo młodego wieku owłosieniem w niczym nie przypominał dzielnego swego rodzica. którego tylko gwałtownością w ściąganiu danin przewyższał.
Powstali na wejście pańskie rajcowie, pokłonem, choć mało uniżonym, księcia swego witając, a Warcisław, łaskawym głowy skinieniem odpowiadając, zasiadł na podwyższonym stolcu pod ścianą. Koło niego ustawili się wielmoże, przy samych drzwiach zaś, przylepiony prawie do ściany, utknął niepozorny chłopina, widno rybitwa. jak poznać było z plecionego nakrycia głowy, które obracał w ręku, oczu podnieść nie śmiejąc.
- Którzy to z księciem są? - zagadnął ciekawie Przysnobór, za połę przytrzymując przesuwającego się podle Mąka, z którym jako i inni, dobrą miał znajomość.
- Ten po prawicy uzbrojon jako na bitwę to Jarygniew. kasztelan z Chockowa. Wczora tu przybył samodziesięt, jak raz trafiając. - Wyjaśniał skwapliwie cześnik, ku siedzącym rajcom się nachylając.
Za nim to komornicy księdzowi, Jarysław i Przyba, a pod oknem stoi kapelan i posłaniec, którego kasztelan kamieński, Zawiść, o pomoc przysłał do grobu. Niewiele teraz uzyszcze - skrzywił się z przekąsem - bo nas samych nacisło. Ostatni to dowódca straży grodowej.
- Ććć, cichajcie! Nie gadać! Książę będą mówić - rozległy się psykania, bo Warcisław, któremu kapelan kładł coś do ucha, powstał i dał znak, że chce przemówić.
Witam was, zacni rajcowie - głos księcia był tak nikły, że ledwie docierał do dalej siedzących. - Cieszy nas gotowość, z jaką przybyliście na wezwanie, gdy radzić nam pospólnie trzeba nad uchronieniem się od zguby. Pater Askyld - skłonił ręką w stronę kapelana - opowie, jakie wiadomości złe do nas dotarły i co czynić nam trzeba – już rozsiadł się wygodnie na stolcu, palce chudych rąk jeden o drugi zaplatając.
Kapelan natychmiast wysunął się naprzód, rękę jakoby do błogosławieństwa podnosząc, ale widząc pochmurne oczy większości, jawnie lub potajemnie pogaństwo na powrót wyznającej, opuścił ją niedbałym ruchem, swady przecie nie tracąc.
- Złych wieści zwiastunem jest człek ów, podle drzwi stojący - zaczął miękkim, łagodnym głosem. - Przeto wezwani zostaliście przed oblicze pańskie, gdyż radzić nam trzeba, co czynić wypadnie. Gadał on nam, w pomieszaniu wielkiem do miasta na odwieczerz przybywszy, jako zwie się Swakoń i rybaczy na zatoce. Ryb ułowionych na potrzeby kasztelańskiego stołu dostarcza, do wolnych chłopów kasztelana Janika będąc zaliczonym. Chodź ino bliżej, człeku - zwrócił się do rybitwy - powtórz ano, coś w bramie wykrzykiwał o Danach, popłoch w mieście siejąc, i cóżeś u księcia pana nam zwieścił. Sam tu! - kiwał nań ręką, aż wylękły Swakoń, od ściany z trudem się oderwawszy, na środek ruszył, kłaniając się za każdym krokiem. Nie starczyło mu przecie śmiałości na składne gadanie, że jeno w kółko:
- Eee... bo to... i... ułapili mnie... - powtarzał, aż kapelan Askyld zgniewał sig nań o gapiostwo i sam rzecz podjął.
- Owóż Swakonia tego Dany, pod Uznam z siłą wielką podpłynąwszy, w szuwarach ukrytego znaleźli, a potem, od oblężenia odstępując, gdy okolicę całą ogniem spalili, na przewodnika drogi ku Szczecinu zabrali ze sobą, jako wody wszelakie znającego. Na dziesięciu herskipach, po sześć dziesiątek wojów prócz wioślarzy na pokładzie mających, płynął przodem czcigodny biskup z Roskilde, Absalon, a wiele ich miał ze sobą król Waldemar, w ślad wyruszyć mający, tego człek ów nie wie. Ale niemało ich było! Chwalił się nam Swakoń, że litością nad nami kierowany, drogę w przesmykach odrzańskich poplątał i miast do nas pod Szczecin, ku jezioru skierował statki, sam zaś, z oćmy nocnej korzystając, w trzciny nadbrzeżne skoczył i mimo pogoni się przedarł. Nie wiedzieć - rzucił niechętnie spojrzenie na rybaka - czy ów zdradny postępek naisto uczynił, przewielebnego biskupa w błąd wprowadzając, ale jako nam straże ze wzgórz znać dały, chmara statków płynie do Szczecina rzeką, a z Dąbia takoż posłańce o herskipach licznych na Rgilicy donoszą. Otoczeni więc wnet będziemy i w ucieczce nie szukać już nam ochrony, jeno - spojrzał po twarzach rajców, ciekawość i obawę zdradzających, po czym szybkim spojrzeniem prześlizgnął się po twarzy księcia i panów, na Jarygniewie dłużej go zatrzymując. - Jeno posły słać trzeba do króla Waldemara, okup należny obiecać, a bramy przed nim otworzywszy godnie przyjąć i o zmiłowanie prosić. Takeśmy z panem a panem naszym, księciem Warcisławem uradzili i wam przekazuję, abyście obliczyli wiele dać możecie za ochronę żywota i mienia waszego...
Chciał coś dalej mówić, ale głos jego utonął w ogólnym wrzasku, podniesionym przez wszystkich na raz rajców:
- Płacić??! Niech ksiądz płaci! Ani grzywny nie damy! Komu? Od czego raciędze księdzowi? To lepiej się bić! Wiec zwołać! Po co wiec? Sami obronę ustanowimy! Ale, wpuścić ich! Nie płacimy! Takim zdziercom... Okup wezmą i nas pogonią! Nie damy nic! Obronimy się! Bronią nas wały Szczecina! Precz z Danami! Wolej się bić! Precz z księdzem! - wrzasnął nawet jakiś zapaleniec, ale wszystko zagłuszył powtarzany teraz chórem okrzyk:
- Wały Szczecina nas bronią!!!
Zmieszany kapelan już dawno cofnął się za plecy stojących przy księciu wielmożów, a Warcisław, zdanie stosownie do żądań większości zmieniając, schylił się ku Jarygniewowi i coś mu szeptem tłumaczył.
Gdy wreszcie rajcowie, krzyczeć nie przestając, zaczęli posuwać się z groźnymi minami ku stolcowi książęcemu, powstał, w miarę możności wyprostowując wątłą postać. Podniesieniem drżącej z lekka prawicy powstrzymał idących, którzy sądząc, że będzie przemawiać, wstrzymali się więcej z ciekawości jak z szacunku dla władcy. Warcisław nie był jednak mówcą, więc przełknąwszy kilkakroć ślinę, aż mu grdyka zadrgała, usiadł z powrotem. ręką jeno wskazując na Jarygniewa, że czas mu wystąpić. Nieustraszony i doświadczony w boju kasztelan nie nadawał się dorady, a już dworakiem to nigdy nie był. Wystąpiwszy naprzód prawie całkiem zasłonił księcia swymi rosłymi barami, nie zważając, że tyłem się nań wypiął nieprzystojnie i wymachując muskularnymi łapami przed nosami rajców huknął: - Głupoty tamten prawił! Okupu chcą? Psie łajno im! Uradzili to z księciem panem czy nie uradzili, nam to zarówno! Jako mnie teraz obronę pan powierzył, tak obronię Szczecin, żeby tych zamorskich rybojadów dwakroć tyla nalazło! Jeno wy wszyscy na wały - pogroził
pięścią - bo załogi grodowej mało i licha! Do jed-ne-go na wały! - powtórzył groźnie. - Z całą czeladzią uzbrojoną! Łuków a strzał przysposobić! - Co mam żelaza, dam na groty do strzał! - wyrwał się milczący
zawdy kum Tworysz. - I ja! I my! - podchwycili gromko kowale. - Nagotujem łuków a bełtów - obiecali na to drwale i bednarze, ale już Jarygniew znów głos zabrał:
- Gotować się! Na wały! Obronią nas, nie bójta się! Ruszaj na wały każdy! - huknął na cały gródek, jakoby już stai przed szykiem zbrojnych. - Bronią nas wały Szczecina! - powtórzyli jednym głosem swe bojowe Zawołanie. - Nie damy się! Nie spojrzawszy nawet na księcia wyruszyli z izby, tupiąc groźnie w poczuciu swej siły. Na końcu człapał kum Przysnobór, któremu zzute ciżmy gdzieś się zapodziały w zamieszaniu. Klął też w duchu sapkę, co nie zezwoliła mu krzyknąć, jako gotów jest przedać księciu na żywienie obrońców wszystkie łaszty zboża...

Podobne prace

Do góry