Ocena brak

Wacław Potocki - Zbiory wierszy (Moralia abo rzeczy do obyczajów, nauk i przestróg...,Ogród, ale nie plewiony...)

Autor /Saleta Dodano /08.10.2012

Prócz utworów większych pozostawił po sobie Potocki nieprzebrane mnóstwo drobnych, które pisywał od młodu aż do późnej starości. Większą ich część zgroma­dził w dwóch olbrzymich zbiorach, obejmujących przeszło sto tysięcy wierszy. Pierwszy (wykończony przez autora w roku 1688, ale ogłoszony drukiem dopiero w roku 1915-1918) ma tytuł: Moralia abo rzeczy do obyczajów, nauk i przestróg w każdym stanie żywota ludzkiego, z łacińskich i polskich przypowieści, ojczystym krótko napisane wierszem. Przypowieściami łacińskimi, które wymienia tutaj Po­tocki, są Adagia (przysłowia i wyrażenia przysłowiowe) wielkiego humanisty ho­lenderskiego, znakomitego pisarza łacińskiego Erazma z Rotterdamu (zmarłego 1536); w dziele tym wyjaśnia Erazm (a często samodzielnie rozwija) myśli prze­wodnie przysłów. Otóż Potocki bierze od Erazma gotowe tematy (na przykład: «Z dwojga złego mniejsze obierać», «W złotej pochwie ołowiana szabla»), a rozwija je czasem według Erazma, czasem - samodzielnie; są także tematy wzięte nie od Erazma, tylko z przysłów i wyrażeń, które weszły już w Polsce w obyczaj powszech­ny (na przykład «Prośba przyjacielska stanie za rozbój»). Drugi zbiór (wykończony przez autora około roku 1690, ale ogłoszony drukiem dopiero w roku 1907) ma ty­tuł: Ogród, ale nie plewiony; bróg, ale co krok to inszego zboża; kram rozlicznego gatunku... rzeczy, powieści, przygody, podobieństwa, przykłady, które jeśli nie były, być mogły w obojej płci, w różnych stanach i wieku żywota ludzkiego... są i żarty z podufałymi bez sarkazmów przyjacioly.

Ten dziwaczny tytuł jest bardzo odpowiedni dla obydwóch zbiorów: oby­dwa są rzeczywiście kramami rozlicznego gatunku - dobrego i złego; obydwa są ogrodami nie wyplewionymi, autor bowiem nie przeznaczał ich do druku; obydwa wreszcie są snopami różnego zboża, bo ich treść jest bardzo rozmaita.
A więc najprzód są tu krótkie dykteryjki - w rodzaju tych, jakie pisywał Rej, zwykle niewybredne, a często bardzo swawolne, tak dalece że się autor (jak sam żartobliwie mówi) spowiadał z nich, jak z grzechu, i postanowił je spalić; jeden bo­wiem ksiądz groził mu za nie «czyścem długim», a drugi nawet piekłem! Ale nie spa­lił i tym sposobem pozostawił po sobie ciekawe świadectwo obyczajowe (chociaż nie bardzo obyczajne), mianowicie świadectwo rubasznego humoru ówczesnej szlachty. Lecz nie brak dykteryjek zupełnie niewinnych, a naprawdę zabawnych.
Oprócz dykteryjek pełno w Ogrodzie i Moraliach opowiadań dłuższych, mia­nowicie obrazków rodzajowych z życia szlachty, zwłaszcza towarzyskiego. Za przy­kład może służyć opowiadanie Prośba przyjacielska stanie za rozbój - doskonała charakterystyka jednego z głównych rysów obyczajowości staropolskiej, mianowi­cie gościnności, która często bywała prawdziwym utrapieniem dla gościa, kiedy gospodarz w żaden sposób nie chciał go wypuścić z domu. Ale czasem i gospodarz miał za swoje - kiedy nawiedził go nudny gość i ani się myślał wynosić, nie widząc, czy też udając, że nie widzi, jak się gospodarz niecierpliwi. Raz na przykład, opo­wiada Potocki, dano mu znać, że przyjechał jakiś gość nieznany: przyjmuje go gościn­nie, daje mu jeść i pić myśląc, że pojedzie sobie niebawem; ale gość się nie śpieszy, popija wódkę i skarży się na złą drogę; podano obiad, gość najadł się, gada i gada; gospodarz skarży się na nawał roboty, gość zaczyna mu opowiadać o bitwie pod Wie­dniem; słońce zaszło - gość siedzi i gada; gospodarz zaczyna odmawiać pacierze -gość wciąż siedzi i gada; wreszcie gospodarz, zrozpaczony, wybiera się w drogę przy «dobrej nocy» i pozbywa się na koniec natręta. I takich obrazków jest całe mnóstwo, a odzwierciedlają się w nich obyczaje szlacheckie tak wiernie i dokład­nie, jak w ani jednym zresztą utworze poezji staropolskiej.

  W KOŚCIELE GWIZDAĆ

«Łżesz!» - chłopu w karczmie rzekł chłop. A na tejże ławie
Siedząc, ksiądz: «Azaż to mówią tak plugawie?
Jakoż kiedy nieprawda, tylko - rzecze - gwiźni!
Tak wszetecznych słów słuchać nie powinien bliźni!»
Wrychle potem ksiądz kazał: «Kiedy Pan Bóg z błota Stworzył człeka zdrowego, postawił u płota, Żeby usechł; jako się chytry szatan skradzie, Ospy, odry i różnych wrzodów weń nakładzie.» A tu chłop, znający się na tej robociźnie, W ławce siedząc z drugimi, co ma pary, gwiźnie. Tu ksiądz: «Cóż? czy nieprawda ?»- «Tylko, ojcze, rzekę, Kiedy człeka nie było, któż grodził pasiekę ?»
Stąd ci miejsce przypowieść staroświecka ściele: Dajże pokój, nauczę gwizdać cię w kościele!

 WET ZA WET 

Ktoś przyniósszy w zanadrzu cytrynę umyślnie,
Dając królowi, prosi o starostwo Wiśnie,
A król, że żył starosta, odpowie jak z proce:
«Bardzo słuszna owocem nagradzać owoce:
Jednak, że Wiśnie nie masz, natenczas się figą
Kontentujcie!» Zrozumiał i poszedł za dygą.

NIENADANA CEREMONIJA

Spragnąwszy król Kazimierz, goniąc zwierza w boru,
Wstąpił do szlacheckiego, chcąc się napić, dworu.
Rad był szlachcic ubogi, że go pan nawiedził:  
 Skoro z bębna ostatek piwa w szkleńcę scedził,
Przyniesie mu do konia. A król: «Pijcież! - mówi -Wszak zawsze kredensować należy królowi.» Skosztowawszy, ów znowu z ukłonem mu poda. «Wypijcież do dna - rzecze - tak niesie ta moda.» Wypił ów do kropelki. «Każcie nalać teraz!» Szlachcic złożywszy ręce: «Przysiągłbym i nie raz, Choćby pod sercem było, choćby szczerozłote, Dałbym, gdybym miał; widzisz wszak moję ochotę.» Śmieją się wszyscy, a król zostawszy na koszu: «Nie trzebaż ceremonii zażywać w Mazoszu!»

BIAŁO? BIAŁO

«Młynarzu, są tu ryby?» - «Są, panie łaskawy!»
«Ejże, podobno nie masz?» - «Próżne stoją stawy!»

POSŁUSZNY CHŁOPIEC 

Często pan mawiał, chcąc to chłopcu w głowę wlepić:
«Jak tylko w gębę wezmę, zaraz mi się chce pić...»
Trafiło się, że mu kto, nim uchylił gęby,
Straszny wyciął policzek, aż się zwinął w kłęby.
A chłopiec leci z piwem. «Cóż mi po nim, człecze?»
«Wżdy waćpan zawżdy pijesz, wziąwszy w gębę» - rzecze.
«Przepadnij choć do piekła z twoim piwem, diable!
Raczej mi daj na pomstę co najrychlej szablę!»

GOLONO, STRZYŻONO

Idący gdzieś z żoną po ławie przez wodę,
Ujrzą chłopa bez brody, co ongi miał brodę.
«Ba, wej, jak się nasz sąsiad wygolił» - mąż powie,
A żona: «Wżdyć to ostrzygł, oto znać po głowie!»
Znowu ten: «Ba, ogolił.» Owa: «Ostrzygł» - rzecze. Tak długo między nimi było owej sprzecze, Aż z słowa przyszło do rąk, aż ją zepchnął z ławy. Już tonie, już się baba napiła Rudawy, Już i z głową pod wodą baba łowi śliże, Przecie palcami, rękę ukazawszy, strzyże.
Gdy się o tej sąsiedzi dowiedzą przygodzie, Bieżą na dziw, a widząc, że przeciwko wodzie Mąż jej szuka, a ci w śmiech. On też rzecze: «Szkoda Dziwić się: wszytko, prawda, na dół mesie woda, Lecz niewiasta, tak sprzeczna we wszystkim z natury, I po śmierci, rozumiem, płynęła do góry.»

Z KMIOTKI PANNA SŁUŻEBNA

Szlachcionka jedna, panny nie miawszy służebnej,
Kmiotkę, w lnianą koszulę ubrawszy ze zgrzebny,
Bierze z sobą w gościnę. Ale wprzód napomni,
Żeby jak najprzystojniej, wszytko jak najskromniej
Czyniła, co jej każą, waszmościała wszytkim I odwykała wiejskim obyczajom brzydkim: Mianowicie u stołu patrzyła, jeśli ją Posadzą, jako panny jedzą, jako piją; Milczeć; spyta kto - cicho odpowiedzieć, słuchać; Na łyżkę całą gębą po wiejsku nie dmuchać, Nie rządzić, nie przestawiać, żeby nie znać na niej; Ręce założyć, skoro na nię pojrzy pani; Pokrajawszy, na nożu w gębę kłaść z talerza! Uczy tańca wielbłąda i wilka pacierza.
Siedzą panie. W niezwykłej stoi czuba szacie Przed nimi, aż się hałas jakiś stał w komnacie. Prosi jej gospodyni, nie żałując prace, Żeby zajrzała, kto tam tak barzo kołace; A ta z niskim ukłonem: (Jegomość pan kurek Stłukł pannę maglownicę, wleciawszy na murek.» Śmiejąc się gospodyni: «Daj zdrowie ichmościom! Wielcem rada w domu swym niebywałym gościom. Stąd przypowieść: Pan Kurek z Panną Maglownicą, Kiedy się waszmościają pachołek z woźnicą.
A że już skończę bajkę z przypowieścią społu, Posadzono też czubę z inszymi do stołu. Był na półmisku kapłon pieczony; wziąwszy ta Kolano, z apetytem zębami go chwyta, Ciągnie garścią jako pies, przystąpiwszy nogą: W tym razie pojrzy pani twarzą na nię srogą; A moja czuba ręce, jako jej kazano, W skok złoży, zostawiwszy w paszczęce kolano. Wszytcy w śmiech, pani tylko od wstydu nie zgore: «Nie wezmęż ja cię, drągu, w gościnę po wtóre!» Dano kaszę na koniec; jeść się jej chce srodze, Aż owa: «Dmąć haw4 - głosem zawoła - gospodze! Będę ja też!» - «Dmi! bodaj rozpukła! Do bydła, Nie do ludzi, do świni, maszkaro obrzydła! Prawiem ci się uczciła, od wideł, od gnoju W panieńskim koczkodona, czopa wożąc stroju!
Niechaj wszytkie ziemianki mną się karzą dzisia, Że pstre cynki kondysa nie przerobią w rysia!»

PROŚBA PRZYJACIELSKA STANIE ZA ROZBÓJ

Do omycia w kościele pierworodnej winy
Przyjaciel i krewny mój prosił mnie na krzciny.
Że prośba przyjacielska gorsza od rozboju,
Choć i starość, i zdrowie swego chce pokoju,
Nie mogąc się wymówić, obojga uchylę.
Jadę w niepogodny dzień, złą drogą, o milę;
Z kościoła, choć już słońce z południa się kłoni, «
Po długiej na krótkim dniu, do wsi, ceremonii...
Mrok pada. Nie chcą naprzód puścić mię z zastola;
Jeszcze były poważne białogłowy ze mną:
W domu dziś być koniecznie, choćby przez noc ciemną!
Klękam, przysięgam, że już wina nie mam gdzie lać;
Stać na nogach nie mogę, pijana i czeladź;
Oknem trudno wyskoczyć, a izba zamknięta,
I tego tylko czekam, że każe kłaść pęta!
Przecież, jakbym co ukradł, gospodarską zrzędę Przełomiwszy, ucieknę i w karetę wsiędę: I tu pić! Końmi ruszyć nie widzę sposobu, Kiedy ją z kielichami zalega z stron obu. Wylazszy, idę pieszo o kiju za wrota: Toż wino, taż muzyka, taż i tam ochota! Nie gorzej na praszczętach, odbierając plagi, Przez rózgi przepuszczony dragon biega nagi; I nie pierwej się wydrę z tak gorącej łaźni, Aż i palca nie widać. Gdzie w srogiej bojaźni Wleczemy się ornacką, w srogim strachu, żeby Szyj, rąk, nóg nie połamać przez dzikie wertepy. Stangret - ślepy, forytarz - drogi niewiadomy: Chybiwszy jej, od samej zaraz zbłądził bromy. Wysiadamy, gdzie konni namacają dołek, Aż naprzód spadł pod koła pijany pachołek, W którym wszytka nadzieja, aż - woźnica z kozła! Nikt nie postrzegł i długo za końmi się wiozła Kareta sama, póki tego sługa któryś Czy trzeźwiejszy, niż owi, nie obaczy foryś. Stoimy. Konni w różne strony się rozbiega, Nim po świetle z daleka chałupy postrzegą. Toż, sprowadziwszy chłopów nie bez munsztułuku,
Dochrapiemy się domu prawie na bałuku,
Nabrawszy - za zgubionych siłę rzeczy - błota.
Takić pożytek zbytnia przynosi ochota!

Lecz nie tylko do poznania obyczajowości szlachty polskiej są drobne wiers|| Potockiego nieocenionym skarbem: poznajemy z nich w najdrobniejszych szcze­gółach własne dzieje poety, opowiada on bowiem drobiazgowo o swoim trybie życia, o swoim gospodarstwie, o swoich kłopotach itd. Ani jeden z poetów staro­polskich nie pozostawił po sobie tylu osobistych zwierzeń, co Potocki. Przedmio­tem zaś tych zwierzeń są nie tylko jego własne sprawy, ale i sprawy całej Polski, które go zawsze żywo obchodziły: stąd wypłynął cały szereg satyr i elegii patriol tycznych; i w tych to właśnie utworach najpiękniej przemówił rozum Potockiego i jego szlachetne, kochające ojczyznę serce. Wszystkie współczesne nieszczęścia Polski, czy to hańba piławiecka, czy traktat buczacki, odbiły się tutaj bolesnym echem. Żali się Potocki, że wróg na wszystkie strony szarpie potężną niegdyś Rzeczpospolitą, że «ten płaszcz, przez Bolesławów z różnych płatów tkany, - roz­porą i rozbiorą każdy do swej ściany»; wyrzeka gorzko na anarchię i złotą wolność, która do zguby popycha Polskę: «Apetytem wolności zbytniej oślepieni, - lecąj w ubóstwo, lezą w niewolą, szaleni.» Sejmiki i sejmy nie zbawią, nie mogą zbawić Polski: «Dla pijatyki - większa nas połowica jeździ na sejmiki; - kto trąbi, karmił poi... królem może zostać*; «jakoż zabiegać, kiedy rwą sejm po sejmie?-kogo! chce skarać, wprzód mu Bóg rozum odejmie!». Jedynym ratunkiem dla Polski byłaby silna władza dziedzicznego króla; ale cóż, kiedy tego nie rozumie szlachta, która «na majestat się, jako pies na kamień, miece», «szczyre głowy kapustne w ludz­kiej maszkaradzie»; (wspomnisz im dziedzicznego, żeby nie obierać - coraz nowego króla - raczej chcą umierać!».
Oprócz anarchii piętnuje Potocki ucisk chłopów - tak silnie jak nikt za jego czasów: «Niejeden się też wiesi; woli na powrozie - niż umrzeć z bicia albo w gą­siorze2 na mrozie.)) Jak śmiesz-woła poeta do okrutnego pana - chodzić do ko­ścioła, «pełne oczy krwie, pełne krzyku mając uszy? - Hycel psa do jednego razu  bije w mieście, - jemu trzeba tysiąca, mało kijów dwieście, - na człeka, na bliź­niego, co mu winien tyle, - że mu go wolno zabić»; przecie chłopi są «bliźnimi, bo są ludzie, wedle apostoła, - bracią, jednego z nami członkami Kościoła! - czemuż się katolicy dziś na to odważą-swoją handlować bracią pogańską przedażą, -z bydłem wraz inwentując katolików kmieci, - gdzie mu wszystko, począwszy od żony, od dzieci, - dusze nawet wolno wziąć z gardła!».
Nie ukrywa Potocki i tej gorzkiej prawdy, że nie tylko ludzie świeccy, ale i księża uciskali i obdzierali chłopów: «Samże ksiądz na śmiertelnej pościeli przy chorym - pisarzem testamentu, sam egzekutorem; - choć więcej nie zostało, tylko jedna krowa, - niech dzieci głodem pomrą: na kościół połowa! - Trzeba naprzód  zapłacić temu, kto zadzwoni, - ziemię kupić na grób, choć ksiądz nic nie ma do niej: - drożej, jeśli w kościele abo przy ołtarzu, - taniej, jeśli pod niebem będzie na cmentarzu> W ogóle Potocki w myśl swej zasady; ^Podobnoć na się księży ichmości obrażę, - ale więcej ojczyzny niż ich łaskę ważę» - nie oszczędzał ducho­wieństwa, wyrzucając mu niemoralne życie, ciemnotę, a nade wszystko chciwość grosza («Wszyscy księża łakom|| jąwszy od biskupa») - bo rozumią| że co innego religia i wiara, a co innego duchowieństwo. Jako człowiek głęboko religijny, brak wiary poczytywał za nieszczęście i źródło niemoralności: wszystkie grzechy z po­krytym dziś do Polski weszły ateizmem»; ale odróżniał prawdziwą religijność od fałszywej, istotę wiary - od jej pozorów, pobożność - od nabożnisiostwa:

Miłość boska złotym jest do nieba powrozem,
Wiara i cnota - końmi, grzech - błotem, człek - wozem...
Wszystkie wymysły ludzkie, powierzchowne fochy -
Łykiem, mizernym łykiem są z lipowej sochy:
Niech się dyscyplinuje, niech trudzi, niech suszy.
Niechaj od stopy złoci obrazy po uszy,
Niech dźwiga relikwije worem, niech je liże,
Świec stem tysięcy stawia, czci drewniane krzyże -
Jeśli w grzechowym błocie wóz uwiązł i konie,
Łyka to - serdecznej by liny trzeba po nie!...

  Ale co najwięcej bolało Potockiego, to nietolerancja religijna, którą słusznie poczytywał za jedno z największych nieszczęść Polski.

SUMMUM JUS SUMMA INJURIA

Rozkazano synowi matkę, że źle wierzy,
Związawszy, przywieść na sąd katu do obierzy,
Inaczej - sam iść musi. Użaliwszy syna,
Odmienia matka wiarę, zaprzawszy Socyna
. I to mu nie pomogło: żeby zdrowie zbawić,
Na okup, jedne miawszy, musiał wieś zastawić.
Więc kiedy o przyczynę dekretu się pyta.
Prawo na aryjany sędzia mu przeczyta.
«Alem ja nie aryjan.» - «Ale twoja matka
Długo w Polszczę nią żyła, aktor stawia świadka.»
«Źyłać nie ze mną, z moim ojcem nieboszczykiem:
Ojcaż było i sądzić; ja, bywszy młodzikiem,
Wojnęm służył.» A sędzia: «Kiedy nie masz ojca,
Idźże sam, panie synu, do wieże, do kojca,
Na rok i na sześć niedziel - prosto z trybunału,
Dawszy kilka tysięcy sędziom do podziału;
Tyleż - delatorowi, który przed biskupem
Niedawno rewokował, a tyleż okupem
Na więźniów kamienieckich, tyleż dać we Lwowie;
Od dekretu zapłacić, aby dał Bóg zdrowie.»
«Apeluję» - rzecze ów. «Dokądże ?» - «Do Boga,
Że gwałt mandatom Jego i naturze sroga
Krzywda dzieje; czcić kazał (nie bez obietnice),
Nie wiązać na katowską śmierć dzieciom rodzice.» 

KTO MOCNIEJSZY, TEN LEPSZY 

«Temu nieborakowi wsi wzięły kaduki.»
Czemu to ? «Bo źle wierzył.» Takowej nauki
W żadnym piśmiem nie czytał; on by sam dla siebie
Co najlepiej chciał wierzyć, żeby mógł być w niebie.
«Z Kościołem trzeba wierzyć bez wszelkiego swaru!»
Wżdyć wiara jest dar boży: a nuż tego daru
Temu nieborakowi nie chciał Bóg dać? To mu
Wioskę wziąć? to go wygnać ńa tułactwo z domu?
Niejedenże katolik nie wierzy z Kościołem -
Czemuż mu wsi nie biorą z aryjany społem?
«Każdy wierzy, w co Kościół, chyba że nie czyni.»
To taki gorzej niżli aryjan przewini!
«Przeczże ten nabożeństwa dla wsi nie odmienił ?»
Bo drożej niżeli wieś swoje wiarę cenił!
Na cóż mu ją wydzierać gwałtem chcą ci sędzię,
Kiedy on mocno ufa, że w niej zbawion będzie ?
Toć już Bóg nie dla sądu, lecz przyjdzie dla kary,
Kiedy Go uprzedzają, sądząc ludzie z wiary.
Jeśli jako o rozbój albo insze brzydy
O wiarę karzą, czemuż opuścili Żydy ?
«Bo się nam okupują!» Pewnieć tymi, co są
W Polszczę, pieniądzmi - inszych do Polski nie niosą.
A kędyż sprawiedliwość za pieniądzmi chodzi?
Godne prawo nagany, ani się to godzi!
A o naszej co mówią aryjani wierze?
«To, co my o ich: że w niej nieważne pacierze.»
Czemuż my ich, nie oni z ojczyzny nas ruszą ?
Wżdy szlachta! o równą się z nami wolność kuszą!
«Bo nas więcej niźli ich!» Już teraz pomału
Przychodzę do rozumu: lis ze lwem do działu!
Nie żeby oni jaką zasłużyli winę,
Tylko że słabszy, przeto z nimi za drabinę!
Bać się, żebyśmy, karząc złą wiarę w ich zborze,
Barziej nie utwierdzili tym sądem w errorze:
Rzadko kiedy gwałtowna rada dobra bywa;
Nie wadziło poczekać z tym plewidłem żniwa.
I kalwinie nie wierzą kościelnej nauki:
Czemuż na nich takiejże nie zażyjem sztuki?
«I ci w Polszczę nie wieczni: skoro się przerzedzą,
Upewniam, że Angliją z Holendry nawiedzą!»

Jeden to z najlepszych drobnych utworów Potockiego, jedna z najboleśniej­szych satyr w całej poezji staropolskiej, a zarazem najpiękniejsze w całej literaturze XVII wieku słowo wypowiedziane w obronie wolności wiary i sumienia.
Wszystkie swoje smutki patriotyczne zebrał Potocki w satyrze pt. Czuj! Stary pies szczeka. «Stary pies (gospodarzu, czuj o sobie!) szczeka; - dosypiaszli, szkoda cię, ba, zginienie czeka! - Podkopują złodzieje, zbójcy na przemiany, - do komór domu twego rozbierają ściany. - Porwi się, biały orle! radź o sobie, Lachu!» Tymi zaś złodziejami i zbójcami, którzy kradną komorę (to jest Polskę), są nie tylko źli sąsiedzi, szarpiący granice Rzeczypospolitej, ale i domowi: panowie i urzędnicy ciemiężący chłopa; chciwi i niemoralni księża; mieszczanie wstydzący się swego po­chodzenia i gwałtem wdzierający się w szeregi szlacheckie; kupcy wywożący z bie­dnej Polski srebro za granicę; żołnierze obdzierający biednego kmiotka; sędziowie niesprawiedliwi i krzywoprzysiężni: na nich to wszystkich szczeka stary pies, to jest poeta; ale cóż z tego, kiedy «darmo szczeka stary pies: to będzie miał zyskiem, i że mu się wręcz abo też dostanie pociskiem. - Śpią wszyscy na obiedwie uszy, jako w lesie, - nikt nie wyńdzie, nie wyjrzy: pies szczeka, wiatr niesie!...»
Jeszcze silniej przemówił ból patriotyczny Potockiego, spotęgowany świado­mością, że Polska leci w przepaść bezdenną, bo zatyka sobie uszy na głos ostrzeżenia, w rozdzierającej skardze pt. Niechaj śpi pijany:

. . . . . . Śpi świat pijany...
Diabeł na warcie, żeby nikt nie budził, stoi,
Grozi palcem z daleka, psów nawet popoi,
Najpierwej im to wino postawiwszy w wiedrze,
Żeby spali. Nie szczeka żaden na katedrze
Abo niezrozumiałym głosem! Chceli pyska
Uchylić który, chleba po kawałku ciska.
Niechżeby który krzyknął, jako ogar w borze -
«Heretyk! Zamurować na śmierć go w klasztorze,
Abo ściąć, abo spalić! Tak smaczny sen światu
Przerywać? niech paszczęki swej sprawi się katu!»

Nie ma w tej skardze żadnej przesady: życie swoje narażał ten, kto się ośmielał bu­dzić szlachtę śpiącą snem złotej wolności; mianem heretyka albo zdrajcy piętnowano
tego, kto śmiał przemawiać za tolerancją religijną albo za reformą polityczną. Praw­dziwie, jakiś diabeł stanął w Polsce przy końcu XVII wieku na warcie, nie pozwala­jąc szczekać «starym psom» - mądrym i wiernym stróżom Rzeczypospolitej, których było coraz to mniej, a do których należał Wacław Potockil To już nie smutek, to roz­pacz odezwała się w tej skardze - rozpacz patriotyczna stojącego nad grobem starca, który widząc, że «gore Polska, gore dom... już dach spadł, ściany lecą», nie potrze­bował być prorokiem, aby wróżyć, że Polska «nierządem zginie, - rozlezie się abo miedzy sąsiadów rozpłynie», i tę już tylko jedną miał pociechę: «I ci Szczęśliwi, któ­rych pcha starość do dołów, - że nie obaczą miłej ojczyzny popiołów...»
 

Podobne prace

Do góry