Ocena brak

Tomasz Kajetan Węgierski (1756-1787)

Autor /Saleta Dodano /12.10.2012

Pochlebstwa, jakimi okadzał króla i magnatów Naruszewicz i Trembecki, nie były odosobnione w poezji stanisławowskiej, na co prócz odziedziczonej po wieku XVII i czasach saskich tradycji panegiryków wpłynął niemało przykład dworskiej poezji francuskiej. Nie wszyscy jednak ulegli tej zarazie. Oprócz Kra­sickiego, który nawet w pochwałach nie tracił ani godności własnej, ani umiaru artystycznego, był jeden poeta, który wpadł w inną niż pochlebcy ostateczność: ciął językiem na prawo i na lewo, nie oszczędzając nawet owej «lwiej skóry», o której bał się pisać Klonowicz. Poetą tym był zmarły przedwcześnie starościc, Tomasz Kajetan Węgierski (1756-1787) z Kaliskiego.

«Przeżyłem trzydzieści lat bez systemu, bez planu, oddany namiętnościom, które jednakże nie były gwałtowne. Biada człowiekowi, który szczęścia swego nie umiał ująć w system, wedle którego mógłby postępować... kto się zdaje na łaskę bałwanów, ten musi w końcu utonąć.» Tak scharakteryzował sam Węgierski na kilka miesięcy przed śmiercią swoje życie (w dzienniczku pisanym po francusku). Jakoż był to człowiek wykolejony; pragnął szczęścia, a nie umiał go szukać - z winy nie tylko własnej, ale i złego wychowania. Psuty i pieszczony przez matkę, przy­wykł - jak mówi - od dzieciństwa iść za popędem fantazji i kaprysu», a skrzywionej duszy nie naprostowały Nowe Ateny księdza Chmielowskiego i inne głupstwa, jakimi go raczyła warszawska szkoła jezuicka. Jeżeli wpojono w niego wiarę reli­gijną, to zatracił ją bardzo rychło; pod wpływem wolnomyślnej literatury fran­cuskiej, zwłaszcza uwielbianego Woltera, stał się wyznawcą deizmu: wierzył w Boga, raz nawet wyraził się, że umierając chciałby «mieć ostatnią myśl o Bogu», ale w to, żeby Bóg stworzywszy świat rządził nim według swojej woli, nie wierzył. A pod koniec życia Bóg był dla niego już tylko «abstrakcją», to jest tylko wytworem umysłu ludzkiego. Jak religijne, tak i moralne podstawy zatracił Węgierski: «zdał się na łaskę bałwanów», które go rzuciły w wir hulaszczego życia Warszawy. I oto rujnował zdrowie, a talent marnował na pisanie rozwiązłych i plugawych wierszydeł (nie gorszy w tym jednak wcale od innych, na przykład od biskupa Naruszewicza, o Trembeckim już nie mówiąc). Mocno zarozumiały, ambitny i zazdrosny, choro­bliwie drażliwy i wrażliwy, gryzł się i gniewał, że kiedy inni, gorsi od niego, wy­pływają na wierzch pochlebstwem, on, że nie pochlebia, musi skrobać piórem na stanowisku marnego kancelisty. A podrażniona miłość własna zrodziła w jego duszy zgryźliwość oraz niechęć ku ludziom i pobudziła go do pisania uszczypli­wych wierszyków, które mu naturalnie nie przyjaciół, tylko wrogów przyspa­rzały; umacniało go zaś jeszcze w żalu do świata w ogóle, a w szczególności do własnej «barbarzyńskiej» (jak się wyraził) ojczyzny to, że się nie poznała na jego cnotach, w których istnienie wierzył głęboko; toteż marzył o tym, aby opuścić ojczyznę i osiedlić się za granicą: «Najpierwej twe, Paryżu, szedłbym widzieć dziwy - i z źrzódła różnych zabaw czerpając po trosze, - chwile bym na nauki dzielił i rozkosze, - póki by krew gorąca i potrzebne siły - takiego mi sposobu życia pozwoliły; - ale jakbym się tylko zbliżał do starości, - gdzie mniej trze­ba uciechy, a więcej wolności, - tam by najpierwsze osiąść było me staranie, -- kędy ojczyzna Russa, Woltera mieszkanie; - tam wespół z pracownymi obcu­jąc Szwajcary, - paliłbym tym dwom mężom niezgasłe ofiary - i od brzegów Genewy rzekłbym sobie z cicha: - Darmo Polak do dawnej szczęśliwości wzdycha.»
Ale marzenie to nie tak się prędko ziściło: «Trzeba zostać w ojczyźnie w liczbie nieszczęśliwych, - co dzień się lękać zemsty ukrytej złośliwych.» Jakoż na zemstę niedługo czekał Węgierski. Jakiś bezimienny wierszopis spod ciemnej gwiazdy na­pisał i wydrukował Odę do ojczyzny (1774), której sens moralny jest ten, że Polska nie zginie, póki ma takie czcigodne córki jak pięć Elżbiet (czyli Izabel), wszystkie z rodów arystokratycznych (z Poniatowskich Branicka, z Czartoryskich Lubomirska, z Flemmingów Czartoryska, z Lubomirskich Potocka i z Branickich Sapieżyna). To pochlebstwo, tym wstrętniejsze, że z wyjątkiem Potockiej owe matro-ny bynajmniej nie grzeszyły nadmiarem cnoty, oburzyło Węgierskiego, napisał więc pięć wierszyków ulotnych pt. Portrety pięciu Elżbiet, bezstronnym pędzlem malowa­ne. Z wyjątkiem Potockiej wszystkim innym Elżbietom przypiął tutaj łatki, bodaj czy nie zasłużone. Rozwściekły się jaśnie oświecone baby i domagały, żeby. śmiałka publi­cznie oćwiczyć, a Portrety, które w odpisach obiegały po Warszawie, spalić. Na czym się te pobożne życzenia skończyły, nie wiadomo; wiadomo tylko, że Węgierski mu­siał na pewien czas wyjechać za granicę. Minęło lat trzy. Węgierski był już z powro­tem w Warszawie, kiedy zdarzyło się, że pewien możny pan (Józef Wilczewski, sena­tor i faworyt królewski) urządził «zajazd)> na dom starosty korytnickiego, ojca nasze­go poety; syn, oburzony do żywego, napisał, wydrukował (1777) i puścił w obieg po stolicy gwałtowny memoriał w tej sprawie, w którym z aż nadto zrozumiałą furią rzucił się na owego złoczyńcę i w ogóle na magnatów polskich, na przykład na Radzi­wiłła Panie Kochanku, tego «szaleńca możnego i bogatego)), który «już trzydziestu ludzi zabił, człeka z psami i niedźwiedziami rozjadłymi zamyka, każe babom kukać i potem strzela do nich)). Nie oszczędził i całego «rządu)> polskiego w ogóle, mówiąc, że «prawa nasze dla słabszych są tylko robione, a mocniejszym pokrywką są i za­chęceniem do popełnienia niegodziwości». Że miał słuszność, o tym przekonał się -na sobie; faworytowi królewskiemu zbrodnia uszła na sucho, ale autora memoriału wtrącono do więzienia. Całe to zajście jeszcze bardziej zniechęciło Węgierskiego do ojczyzny, toteż odsiedziawszy więzienie wyjechał powtórnie za granicę. Zjeździł Włochy, osiadł później we Francji, przez pewien czas bawił w Anglii, popłynął wreszcie do Ameryki, gdzie zwiedził pola wsławione bitwami Stanów Zjednoczo­nych z Anglią, po czym znowu osiadł we Francji. Czasu za granicą nie tracił: kochał się, pisywał po francusku listy miłosne, hulał, grał, myśląc jednak niekiedy o powro­cie do ojczyzny. Ale nie wrócił: «krew gorąca i potrzebne siły» wyczerpały się i umarł Węgierski na obcej ziemi (w Marsylii) w trzydziestym pierwszym roku życia, «nie bu­dząc - jak to sobie wywróżył - w nikim łzy żalu, będąc zapomnianym od najbliż­szych znajomych, nie oddawszy najmniejszej usługi ojczyźnie, ludzkości, krewnym*.
 Do poezji rwał się niemal od ławy szkolnej, aby «uwiecznić się zawczasu w koś­ciele pamięci)). Pomimo to jego spuścizna poetycka jest bardzo szczupła. Utwór większy napisał tylko jeden'- «poema heroikomiczne» pt. Organy, grzech młodości
popełniony w dziewiętnastym roku życia (wydany dopiero w roku 1784). Jest to satyra na księży (coś w rodzaju Monachomachii Krasickiego), będąca naśladowaniem poema­tów komicznych Boileau i Woltera; sam autor nazwie ją później «nędzotą» - bardzo słusznie. Poza tym uprawiał same tylko drobne rodzaje poezji (pisane w latach 1771-1783), jako to: listy poetyckie i wiersze satyryczne, bajki i powiastki, uszczypliwe epigramaty, wierszyki liryczne itd. W jednym wierszyku wypowiedział Węgierski swoją Myśl o poezji:

Jeśli do ciężkiej przykuty roboty.
Mam bawić innych wśród mojej tęsknoty;
Jeśli wiersz tylko z pracą wymuszony
Wiecznej pamięci ma być poświęcony;
Jeśli smutnego słuchając prawidła,
Mam bujnej myśli hamować wędzidła:
Zbyt obarczone chętnie kruszę pióra,
Dla mnie świat polem, granicą - natura!

Myśl słuszna i trafna jako obrona swobody twórczości poetyckiej, jako pro­test przeciwko krępującym ją «prawidłom» i w ogóle przeciwko naśladownictwu. Szkoda jednak, że się Węgierski niekoniecznie do tej myśli stosował, zwłaszcza w początkach swej twórczości: zrazu naśladował trochę Naruszewicza i Trembec­kiego, a później współczesnych poetów francuskich, z których oprócz Woltera dwaj przypadli mu szczególniej do serca: Parny, pokrewny mu mamą ośmieszania wszyst­kiego, nie wyłączając religii, oraz Gilbert, pokrewny mu wygórowaną ambicją i obu­rzeniem na różnego rodzaju niegodziwości, zgryźliwością, brakiem równowagi du­chowej i częstymi skargami na swój los, na rozdźwięk pomiędzy marzeniami o szczę­ściu i sławie a rzeczywistością.
«Bujnej myśli)) nie ma w utworach Węgierskiego; wiersz rzeczywiście nie jest «z pracą wymuszony)), owszem, gładki, ale mu daleko do wiersza Krasickiego; język poprawny, styl prosty, ale często za mało jak na poezję kunsztowny. Największą jed­nak zaletą drobnych wierszy Węgierskiego jest otwartość i szczerość, z jaką wypowia­da to wszystko, co stanowi ich główną treść, to znaczy własne myśli i uczucia, o-sobiste życzenia i marzenia.
Poczytując Woltera za alfę i omegę mądrości, śmiało wypowiada Węgierski (najczęściej w listach poetyckich) przejęte od niego poglądy na świat i ludzi, że na przykład wszyscy równi na świecie, - odmienna powłoka nie potrafi omamić prze­zornego oka». Najsilniejsze piętno Woltera i w ogóle filozofów francuskich epoki oświecenia nosi na sobie wiersz Rozum bez przesądów; jego myślą przewodnią jest, że religia objawiona to przesąd i sidło zastawione na głupich ludzi i że rozum ludzki, wolny od tego przesądu, jest źródłem nie tylko wiedzy, ale także moralności i szczę­ścia. Jak Parny, tak i Węgierski żartuje sobie, a czasem nawet szydzi z Objawienia, z dogmatu Trójcy Świętej, z wiary w niebo, z sakramentu Eucharystii i w ogóle z na­uki kościelnej. Oto na przykład co mówi w paszkwilu Sąd czterech ministrów: «U drzwi niebieskich stały cherubiny zbrojne, - a nektar roznosiły serafiny strojne; - sam na dyjamentowym siedział Stwórca tronie, - Bóg-Syn, naprzeciw stojąc, patrzał w Jego skronie, - a Duch Święty, jako nam Pismo przypomina, - ustawnie się prze­wijał od Ojca do Syna.» A oto jeszcze list Do Ogińskiego, hetmana wielkiego litew­skiego:

Nie wiem prawdziwie, mospanie hetmanie,
Co się na tamtym świecie ze mną stanie.
Ksiądz Łuskina powiada, i wierzyć mu trzeba,
Że ja pójdę do piekła, on prosto do nieba.
Cóż robić, kiedy w księgach mego przeznaczenia
Tak stoi? Wyrok losu ciężko się odmienia.
Żal mi jednak, że mnie tam zła prowadzi droga,
Bom ciekawy i rad bym widzieć Pana Boga,
Jak poważnie na tronie z dyjamentów siada,
Jak zręcznie bez ministrów tą machiną włada.
Bo jak moim rozumem słabym mogę sądzić,
Trudno kawałkiem ziemi, trudniej światem rządzić.
Ale gdy pilnie sobie zważam z drugiej strony,
Żem wcale do śpiewania nie przyzwyczajony,
To choćbym był największym nabożeństwem zdjęty,
Nie w takt bym pewnie śpiewał: Święty, święty, święty!
Cefas, który jest na czele
Całej niebieskiej kapele,
Mówią, że jest zapalczywy:
Uciął ucho Malchusowi. Jak mu się dawna cholera odnowi, Mogę być w niebie z ręki jego nieszczęśliwy. A potem, jeśli prawdę mam powiedzieć,
Nie mógłbym tam długo siedzieć, Gdzie by mi w wieczór, w południe i rano
Co dzień to samo śpiewano.
Koncertem takim stęskniony, Powiedziałbym aniołom: «Skrzydlate stworzenia! Czemu się wasz hymn nudny nigdy nie odmienia? Czemu innymi Pana nie wielbicie tony ? On wam tak ładne główki i skrzydła porobił
I w rozmaite pokształcił odmiany, A żaden się przez wdzięczność na to nie sposobił,
Żeby był nowym hymnem przywitany. Jeśli pomiędzy wami genijusza nié ma, Niech się który na moment spuści do Słonima.
Grzeczniej niż w Lota domu pewnie tam przyjęty, Wstydziłby się, że śpiewał kiedyś: Święty, święty; A muzykę śmiertelną z swym równając chorem, Nie wiem, czyby nie został nieba dezertorem.»
Ogiński! Nim cię przyjdzie ten anioł nawiedzić, Ja go muszę z pilnością koniecznie uprzedzić. Muszę też w życiu moim choć raz być szczęśliwy, Widzieć ciebie w Słonimie i te wszystkie dziwy, W których smakować będą anieli i święci, Podać pięknymi rymy do wiecznej pamięci.
A jeśli je laurowym przyozdobisz wieńcem, i
Z ochotą po mej śmierci będę potępieńcem.

Te i tym podobne niesmaczne i niedowcipne szyderstwa doskonale charak­teryzują tanią i powierzchowną wolnomyślność religijną epoki oświecenia. Można być pewnym, że pisał je Węgierski nie dlatego, żeby chciał obrażać uczucia reli­gijne wierzących, w których oczach one musiały uchodzić za bluźnierstwo, ani żeby chciał ich gorszyć albo im wiarę odbierać, ale dlatego po prostu, że takie wiersze były w wieku oświeconym bardzo modne (a jak on sam mówi, «to mi ładne, co modne»); chciał może nadto pochwalić się przed czytelnikiem (i przed samym sobą) swoją niewiarą, swoim «rozumem bez przesądów» - podobny trochę do żaka, który z dumą oznajmia kolegom, że od wczoraj nie mówi pacierza, albo który nie zdjąwszy czapki przed kościołem ogląda się z dumą na przechodniów, żeby uszczęś­liwić ich widokiem swego mądrego oblicza, na któfym się maluje «rozum bez prze­sądowi
Jak myśli swoje, tak i uczucia wypowiada Węgierski z ujmującą szczerością -i z widocznym upodobaniem. Raz wprawdzie mówi: «Milczeć zwykłem, choć mię co zaboli», ale często przerywa milczenie i podobnie jak Gilbert «narzeka tonem płaczliwym», że się nie poznali na nim ani ludzie, ani Fortuna, bo ludzie go nie lubią, a «niełaskawe losy, - dawszy gust pański, usunęły trzosy». Często dalej, za przykładem Rousseau, wyraża swoje życzenia i marzenia, na przykład w wierszyku Jaka ma być żona moja ? «Pierwej ja się nie ożenię, - póki w mej przyszłej żenię-znajdą mili towarzysze - wszystko to, co tu wypiszę: - piękne lica, lata młode, - zdrowie, nadobną urodę, - dobrą duszę, serce czułe - i z duka­tami szkatułę. - Wychowanie w domu dane, -nie modne, nie formowane, - ambicyją, gust do cnoty: - te są, których chcę, przymioty, - miłość pierwszą, rozum zdrowy, -nie modny, nie romansowy; - wdzięki w farbach nie szukane - i pieszczoty nie zmyślane. - Nie chcę ja tych nauk po niej, - których sama jej płeć broni; - dosyć tej nauki na nią: - umieć być żoną i panią. - Przy tym niechaj będzie skromna, -w statku małżeńskim niezłomna, - bo ja nie chcę być żonatym - przeto, żeby być rogatym.»
Lubił także Węgierski chwalić się swoją niepodległością duchową, skarżyć na krzywdy, jakich doznawał od złych i zazdrosnych ludzi, i bronić się przeciwko niesłusznym oskarżeniom. Najlepszym i najzupełniejszym wyrazem tych uczuć jest list do satyryka księdza Piotrowskiego pt. Moja ekskuza, będący naśladowa­niem Mojej apologii Gilberta.

MOJA EKSKUZA. DO X. GRACYJANA PIOTROWSKIEGO, PIJARA

Nie mam w ustach czułości, nie bzdurzę o cnocie.
Nikt mnie jednak przy podłej nie zastał robocie.
Dla zysku nic nie czynię, prawdę mówić lubię,
Nieprzyjaciół skrytymi podstępy nie gubię.
Dusza moja nie może znieść fircyków dumnych,
Nie cierpię pedagogów1, ale czczę rozumnych
I lubo na mnie czarna zawiść się oburza,
Nie zrobię karła wielkim ani Marsem tchórza;
A kiedy przyzwoitą znaczę kogo cechą,
Zawsze mię pospolite wspierać musi echo.
Niejeden, co mych szczerych rymów z chęcią słucha,
Przyjacielowi swemu podszepnie do ucha:
«Tego poety dzieła ile czytam razy,
Zda mi się żywe widzieć nałogów obrazy.»
Wszyscy mi to przyznają, i osoby pierwsze.
Za to miasto poklasku to trzymam w korzyści,
Żem się stał u dusz podłych celem nienawiści;
I zdradne ich pociski pewnie mię obarczą,
Jeśli mię wierna przyjaźń swą nie złoży tarczą.
Lecz co mówię? Wszystkom ci winien, o przyjaźni! Z tobą mogę wśrzód wężów chodzić bez bojaźni, Z tobą mi jest nieszczęście miłe, a bez ciebie Żyć by mi się przykrzyło z aniołami w niebie. Tobie ja, jako bóstwu, postawię ołtarze, Tobie ogniem wdzięczności kadzidło rozżarzę; I niech kto trwały związek ma sobie za baśnie, U mnie pamięć przyjaźni nigdy nie wygaśnie. Wy, którzy nie zdołacie sądzić z przekonania, Ślepo swych mecenasów trzymając się zdania, U was zasług i cnoty ta największa próba, Kiedy się co waszemu łaskawcy podoba. Nie mam wam za złe tego, że z domu do domu Wozicie na mnie grube plotki po kryjomu, Ni was za to potępiać może morał ścisły: Od tego wasza sława z fortuną zawisły. Ale jeśli wam jeszcze umysł uprzedzony Pozwoli słuchać jawnych przyczyn z mojej strony, Jeśli zechcecie sądzić, dopiero poznacie,
Że mnie tylko na cudze słowa potępiacie. Jakież są najmocniejsze przeciw mnie dowody? «Nadto sobie pozwala - rzecze ktoś - pan młody, Kiedy mnie, co ni z wzrostu rówien jest, ni z głowy, Co mi we wszystkim sięga ledwie do połowy, Śmiał to jawnie w swym jednym piśmie utrzymywać, Żem bez sensu i składu zwykł wiersze pisywać; Ale obaczy wkrótce, co go za to czeka, Że się ważył porywać na wielkiego człeka.»
Nie strasz, bracie, bo nikt się twoich gróźb nie boi; Mądremu się do tego gniewać nie przystoi.
Mówmy z wolna! Powiedz mi, żeś jest sama cnota, Żeś piękny, żeś zabawny, dobry patryjota: Dla mojej spokojności (powiadam ci szczerze) I takim nawet bajkom bez wstrętu uwierzę. Dość masz ze mnie. Z swej strony pozwól mi tej łaski, Że gorzej trochę piszesz niżeli Bielawski. «To mniejsza - rzecze drugi - nikt temu nie przeczy, Że ten jegomość wiersze pisze nie do rzeczy; . Ale za to niemałej wart jesteś nagany, Że bez braku na wszystkie targnąłeś się stany I w swych dziełach późniejszych czyniąc sobie drwinki, Nicjcdnegoś rozżalił swoimi przycinki!»
Prawda! to pozorniejsza jest trochę przyczyna, I wielką by niechybnie była moja wina, Bym sobie pozwalając żartować tak srogo, Pojedynczo w mych wierszach śmiał wytykać kogo. Tak przecie dawniej trochę, modele mej pracy, Czynił ostry8 Boileau i stary Horacy, I umiejąc wybornie z szydności* korzystać, Udało im się nieraz swych ziomków wyświstać. Pomimo tej jednakże mniemanej przywary Mieli wielkich monarchów i przyjaźń, i dary. Jam ni wsparcie miał takie, ni śmiałości tyle I jeżelim satyrze poświęcał me chwile, Zawszem się starał o to, aby szydząc z wady, Nigdy szczególnych osób nie brać za przykłady. To tylko mam nieszczęście, że czytając chciwie Zdarzyło mi się nieraz malować szczęśliwie, I łubom nie chciał ściągnąć niczyjej urazy, Rozumiał świat złośliwy poznać swe obrazy. Choć-em rzekł na wiatr, że kto czuły albo głupi,
Tysiąc się ludzi do mnie pytać o to kupi,
Czy nie o nich ta wzmianka. Po co to pytanie?
Ty sam siebie najlepiej musisz znać, mospanie!
Tak, nie można lichwiarza portretu wyrazić.
Żeby wszystkich na siebie Żydów nie obrazić;
Nie śmiać się, że ktoś zawsze goły, robiąc złoto,
Żeby się adeptowie nie gniewali o to;
Nie odkryć, że ktoś cudzą zasługą się szczyci,
Żeby się nie jurzyli ichmość hipokryci;
Ni powszechnie naganiać rozsiewaczów plotek,
Żeby pochlebców ani urazić szczebiotek.
Bardzo mi dobrą bajkę mój los przypomina, Z której początek bierze cała moja wina. Raz król zwierząt, by swojej chimerze dogodził, Tym chodem lazł na drzewo, jak po ziemi chodził. Ale gdy się daremnie przez cały czas biedzi, Spojrzy w górę, a ślimak na wierzchołku siedzi; Na widok tak nikczemny złość go mocna bierze: «Jak - pyta - wleźć tam mogło to tak podłe zwierzę?* «Dziwię się - rzekł mu ślimak - żeś tego nie wiedział: Kto się czołgać nie umie, nie będzie tu siedział.* I mnie też to nienawiść sprawiło i bićdę, Że się nie czołgam, ale moim krokiem idę. -Lecz chociażbym do zgonu miał być nieborakiem, Wolę być lwem w nieszczęściu niż w szczęściu ślimakiem.

Z wiersza tego widać, że o brak dobrego mniemania o sobie nie można Węgier­skiego posądzić; ale i to przyznać mu trzeba, że powiedział prawdę mówiąc: «Nie zrobię karła wielkim ani Marsem tchórza.* Chwalił czasem ludzi, ale nie karłów i tchórzów, tylko takich, co naprawdę na pochwałę zasługiwali, na przykład Andrzeja Zamoyskiego albo Trembeckiego (nie jako człowieka naturalnie, tylko jako poetę). Bez porównania jednak częściej ganił, przymawiał, dopiekał, kąsał, drwił, ośmieszał, nie oszczędzając nikogo, «bez braku na wszystkie targając się stany». Obiegały te paszkwile całą Warszawę i jednały ich autorowi niemały rozgłos, ale też ściągały na jego głowę pioruny gniewu i oburzenia. Żył na przykład na bożym świecie niejaki Bielawski, który pisywał tak liche komedie, że się z nich głośno śmiano; Węgierski ułożył mu za życia nagrobek: «Tu leży Bielawski, szanujcie tę ciszę, - bo jak się obu­dzi, komedią napisze.* Raz senator jakiś odprawił wjazd uroczysty do Warszawy; Węgierski puścił w obieg wiersz, w którym sarkastycznie ten wjazd opisał, drwiąc sobie niemiłosiernie z pana senatora: «Niespracowany senator, choć w drodze,-dźwiga na sobie swej godności znaki: - wstęgi na piersiach, ledwie nie na nodze,-opończa nawet wydaje, kto taki, - u której gwiazda świeci się na boku; - z tejże go poznać w nocy, choć w szlafroku... - Uwielbiaj i ty, Muzo, w skromnej mowie - wstęgi na brzuchu, a kołpak na głowie!* W taki to sposób ośmieszał Węgierski róż­nych dostojników; nie zawsze wprawdzie nazywał ich po imieniu, ale podchwyty­wał ich śmieszności czy grzechy tak zręcznie, że każdy wiedział, o kogo to chodzi. Kiedy czytano na przykład wiersze: «Gdybym ja był hetmanem, to jeżdżąc po świe­cie - nie chciałbym na koncertach grać na klarynecie; - nie dąłbym się mym brzu­chem, gdybym miał łeb pusty* - to domyślano się z łatwością, że hetmanem muzy­kalnym jest Ogiński, hetmanem zaś brzuchatym a głupim - Tyszkiewicz. Albo na przykład rozumiano, że wiersze: «Będąc zdrajcą narodu, nie byłbym zuchwały-żądać, by mnie za zdradę stany nadgradzały* - godzą w Ponińskiego. Królowi nawet nie darował Węgierski: «Gdybym był kiedy królem, nie byłbym tak słaby: -nie rządziłby mną Moskal, faworyt ni baby... - wiernej mojej ojczyzny nie darł­bym, nie łupił, - bym z niej który Belweder lub Łazienki kupił; - nie dawałbym orderu, tylko za zasługi, - byłbym więcej oszczędny, nie znałbym, co długi.* Ośmie­szał i obiady czwartkowe, rozżalony, że go na nie nie proszono: «A uczone obiady? Znasz może to imię, - gdzie połowa mś gada, a połowa drzemie, - w których król wszystkie musi zastąpić ekspensa: - dowcipu, wiadomości i wina, i mięsa!* Lecz nie tylko na jednostki, ale i na całe społeczeństwo był Węgierski biczem bożym, chłoszcząc w wierszach satyrycznych ciemnotę, brak uznania dla rzetel­nej zasługi i cnoty, bezmyślność i czczość życia rozbawionej i rozpustnej Warszawy, przedajność i niesprawiedliwość sądów, chciwość «tłustych prałatów*, pychę znie-prawionych i powodujących się jedynie prywatą magnatów itd. Do jego najlepszych utworów satyrycznych należy list Do wierszopisów, w którym ostro skarcił swoich kolegów po piórze za pisanie wstrętnych wierszydeł panegirycznych (przy czym nie omieszkał pochwalić samego siebie).

Moi wielce mościwi bracia i panowie!
(Boć to i u was czasem państwo w pustej głowie...)
Posłuchajcie! Wszak słuchać nigdy nie zawadzi,
Jeśli kto co dobrego z przyjaciół poradzi. 
Niegodnym współczeladnik jest waszego cechu;
Pisałem, nie uszedłem pochwały i śmiechu:
Piszę przecie i pisać jeszcze długo będę,
Nim, w rząd dobrych policzon, na Parnasie siędę.
Są, którzy już za życia ozdobni laurami,
Jako z dziećmi swoimi, postępują z nami,
A bystrym lotem swoim wzniósłszy się wysoko,
Ledwie na liche prace raczą rzucić oko;
Nie będę pochlebnymi (bo mi już obrzydły)
Błagał nieukróconą ich dumę kadzidły
I żaden mi dotychczas nie zarzuci jeszcze,
Abym miał pochlebstwami podlić dary wieszcze.
Biskupi, kanonicy, świeccy i pijarzy -
Słowem, wszyscy, którym się wiersze pisać zdarzy,
Czyńcie jak ja: bazgrajcie, drukujcie, co chcecie,
Ale wszystkich bez braku nie chwalcie tak przecie!
Gdziekolwiek się obrócę, w które pójdę strony,
Wszędzie modnymi rymy jestem zarzucony.
Ten człeka bez sumnienia poczciwym być głosi;
Ten przedawcę ojczyzny w niebiosa wynosi;
Ten, że kto za pieniądze urzędu nabędzie,
Wielbi i w zasłużonych chce go mieścić rzędzie. 
Wiersze piszą, byleby czyje imieniny,
Wiersze znowu, byleby czyje urodziny,
Jeszcze wiersze, byleby kto, sprzykrzywszy w domu,
Ślubował przy ołtarzu, kaci wiedzą komu.
Jęczą prasy i biedni drukarze się pocą,
Głupie się mózgownice ledwie nie przewrócą;
Obiecują ojczyźnie poprawę złej doli:
Dlaczego? że się żeni jakiś pan podstoli.
Oto nieszczęścia wszystkie z ojczyzny wystraszy
Żeniący się z sędzianką jakiś pan podczaszy!...

A niech tylko - mówi dalej Węgierski - dziecko na świat przyjdzie, znowuż «hałas na Parnasie»:

Jeżeli syn, to będzie Aleksander pewnie;
Że się nie chciał urodzić prędzej, płaczą rzewnie:
Byłby niechybnie przez swe męstwo i swe dzieła
Obronił to, co obca przemoc Polsce wzięła;
Lecz i tak nieomylnie powzięli nadzieje,
Że nam z jego pomocą szczęście zajaśnieje.
Jeśli córka, to będzie Lukrecyja czysta:
I z jej to ułożenia już rzecz oczywista.
Każdy to przepowiada, a żadnemu przecie
Nie zdarzyło się zgadnąć dotychczas poecie;
Co dzień, to w rymach waszych nadzieja nas krzepi,
Że ma być kraj szczęśliwszy, że nam ma być lepićj;
Co dzień się ludzie rodzą i co dzień się żenią,
Losy nasze bynajmniej w lepsze się nie mienią!
Dajcie pokój, gdy się wam nigdy nic nie iści,
Nie mając zwłaszcza żadnej z tych proroctw korzyści!

Zarówno paszkwile, jak wiersze satyryczne Węgierskiego odznaczają się nie tyle dowcipem, ile złośliwością, sarkazmem i szyderstwem: pod tym względem miał on niewątpliwy talent satyryczny. Ale co jest źródłem tej złośliwości? Czy może święte oburzenie patriotyczne, które tak pięknie przemówiło w Świecie zepsutym Krasickiego? Czy ból na widok nieszczęść Polski? Nie. Wprawdzie i jemu ściśnie się czasem serce na myśl, że «niegdyś u świata zazdrości celem - był Polak, z wolności hardy», lecz teraz «przestał być wolnym obywatelem  i stał się celem pogardy»; ale głównym źródłem złośliwości i w ogóle satyryczności Węgierskiego jest osobisty jego żal do ludzi i «barbarzyńskiej» ojczyzny, płynący z podrażnionej miłości własnej, a nade wszystko wygórowane mniemanie o własnej wartości, o czym aż nadto wy­raźnie świadczy jego ulubiony (a zapożyczony od Rousseau czy Woltera) zwrot: gdybym był królem, hetmanem itd., postępowałbym inaczej niż wy (bo jestem od was wszystkich lepszy, mędrszy, szlachetniejszy). Otóż ten pierwiastek osobisty sta­nowi najwybitniejszą cechę wierszy satyrycznych Węgierskiego i w ogóle całej nie­mal jego poezji* która też jest wolna od pierwiastka dydaktycznego: nie chciał on być pedagogiem swego społeczeństwa, chciał tylko wyrazić swoje myśli i uczucia, które budziło w jego duszy własne życie i obserwacja ujemnych stron czy to jednostek, czy społeczeństwa. Gdyby żył dłużej, kto wie, może by przez ten pierwiastek oso­bisty swojej poezji odegrał ważną rolę w historii preromantyzmu polskiego, tym więcej że - jak to widać z jego dziennika podróży do Ameryki - był wrażliwy na piękno natury. Zachwycił go na przykład wodospad Cahoes. Sama myśl, że się do niego zbliża, wytworzyła (jak pisze) w jego duszy «chaos, jaki lubię odczuwać». Po czym opowiada: «Porzuciliśmy nasze konie i zapuściliśmy się w las, ale czy mogę opisać swoje wrażenia, kiedy z wysokości pagórka ujrzałem tę olbrzymią kaskadę wody spadającą w otchłań? Rzeka w tym miejscu jest szeroka... bieg nabiera siły już przed dojściem do przepaści wskutek stromej pochyłości i licznych przeszkód i woda już się kotłuje... Skały tworzą w miejscu spadku rodzaj tamy, która wznosząc bałwany nadaje im jeszcze więcej gwałtowności i rozpędu... Dodaj jeszcze do tego dziwny urok tęczy, która łączy najżywsze barwy aż do szarości ciemnej, gęstej mgły, zdobi powietrze w najżywsze barwy, i huk straszliwy od wody spadającej z zawrot­nej wysokości... a będziecie mieli blade pojęcie obrazu.» A oto jeszcze inny opis świadczący, że Węgierski czytał i lubił. Pieśni Osjana: «Zaledwie słońce zaszło, gdy sklepienie niebieskie zajaśniało tysiącami pochodni; księżyc przybladł trochę, stał się bledszy, łagodniejszy, podobny do przygasłej piękności, którą zmęczenie czyni jeszcze bardziej zajmującą. Lekkie chmury tworzyły tysiące miłych obrazów: tu wi­działeś łąki pokryte stadami, tam skały obrębione drzewami, to znowu lwa leżącego w całym swoim majestacie, to szarlatana każącego tańczyć małpie, to bachantki z roz­puszczonymi włosami... Najwyszukańsze wyrazy poezji byłyby bezsilne wobec tej wspaniałości natury.»
Co za szkoda, że ta wrażliwość Węgierskiego na piękności natury przemówiła nie w jego poezjach polskich, tylko w dzienniku pisanym po francusku - dla ja­kiejś Julii!
Jest za to w poezjach polskich oprócz pierwiastka osobistego coś, co zapew­nia Węgierskiemu pewne stanowisko w historii preromantyzmu: wiersz niektórych utworów, i to nie tylko bajek (w których podobnie jak Krasicki, a za przykładem Lafontaine'a, posługiwał się wierszem różnozgłoskowym i różnorytmicznym), ale i listu Do Ogińskiego. Zaczyna, się ten list od wierszy trzynastozgłoskowych, ale kiedy się zaczynają żarty z nieba, wiersze są krótsze i zmieniają rytm, dostrajając się do wesołości poety. A nie tylko w wesołej, ale i w poważnej poezji Węgierskiego spotykamy się z tym zjawiskiem: przetłumaczył on «scenę liryczną» Rousseau pt. Pigmalion na język polski - wierszem, pomimo że oryginał jest pisany prozli Otóż wiersze (rymowane) mają tu różną ilość zgłosek i różny rytm, a to zależnie od różnych uczuć Pigmaliona, zachwyconego wyrzeźbionym przez siebie posągiem Galatei, marzącego, żeby posąg przemienił się na żywą istotę i szalejącego z radości, kiedy się to marzenie spełnia. Są to już wiersze «nieregularne mieszane», to jeśli takie na przykład, jakie będą w Improwizacji Mickiewicza.

Podobne prace

Do góry