Ocena brak

Spróbuj dokonać analizy kultury osobistej (i zawodowej) znanej postaci lub twojego przyjaciela.

Autor /Bernadinek122h Dodano /14.12.2006

Ze względu na to, że w temacie nie ma wzmianki, iż mam dokonać analizy kultury osobistej i zawodowej wyłącznie żyjącej osoby, postanowiłam napisać o nieżyjącym już Marku Kotańskim.

Kim był Marek ?
"daleki jestem od pewności, że osąd jaki mi wystawią za to co robię będzie jednoznacznie pozytywny, ponieważ prawda o człowieku jest zawsze złożona, tylko wówczas nie rozmija się z rzeczywistością"

Idealista i wizjoner, całe życie szukał nowych rozwiązań problemów społecznych. Zawsze był pierwszy: przy narkomanach, HIV-owcach i bezdomnych. Charyzmatyczny twórca i lider Monaru oraz Markotu, stworzył ponad 160 placówek pomocy i leczenia dla uzależnionych, chorych, bezdomnych, dla ludzi znikąd. Wrażliwy psycholog - terapeuta o niespożytej energii - uczył innych jak "czerpać siłę z dawania siebie innym". Z uporem, odwagą i determinacją walczył na rzecz potrzebujących, mawiał o sobie - "sprzedałem się ludziom".


"Przyjacielu mój
daj mi trochę siebie,
siłę, odwagę, zaufanie do ludzi...
Chcę żyć inaczej.
...Daj mi więcej
przyjacielu mój
daj mi trochę siebie,
bym i ja mógł dać siebie innym." *

Nigdy brak środków nie był w stanie powstrzymać jego kolejnych pomysłów i inicjatyw, wystarczy przecież .z serca do serca wlać trochę ciepła.. Łamał stereotypy i stawał w obronie godności i praw najsłabszych, wyrzuconych na margines życia.
Budził kontrowersje i skrajne emocje, dlatego jednego, czego nie było w nim ani wokół niego, to obojętności. Dzięki temu, w sercach i wspomnieniach tak wielu ludzi pozostawił po sobie tak wiele.
Dokładnie 24 lata temu, w dniu gdy Karol Wojtyła został papieżem a Wanda Rutkiewicz stanęła na Mount Everest, Marek uczynił pierwszy krok w zdobywaniu .przyczółków niemożliwego.. Tego dnia wyprowadził ze szpitala garstkę narkomanów do zrujnowanego dworku w Głoskowie i zamiast leków i szpitalnego łóżka zaoferował im życie oraz pracę we wspólnocie terapeutycznej. Los chciał, że ten czyniący miłosierdzie Człowiek o wielkim sercu odszedł w dniu, gdy Jan Paweł II przybliżał nam pojęcie Bożego Miłosierdzia i pochylania się nad słabszymi. Czyżby Pan uznał, że Marek już zrobił swoje ?

W moim życiu ogromną rolę odgrywa wiara. Uważam, że życie powinno być pełne miłości do bliźnich, szczególnie tych pokrzywdzonych przez los. Niepełnosprawni, chorzy, biedni nie oczekują tylko współczucia, oczekują także pomocy konkretnej. Wiara to także sposób na przetrwanie ciężkich chwil, daje nadzieję na lepsze dni, na szczęśliwe okoliczności. Jest ucieczką od ludzi złych, od nienawiści, od brudu, którego jest na świecie tak dużo i który chciałabym zwalczać – z uporem i uśmiechem!
Uśmiech jest czymś, o czym człowiek nie powinien zapominać. Pomaga we wszystkich sytuacjach, napełnia otuchą, jest przyjacielem. Inni – żywi przyjaciele – też są potrzebni, są prawdziwym oparciem. Ponieważ wychowuję ośmioletniego, niepełnosprawnego syna , nie mogę wyobrazić sobie życia bez rodziny, przyjaciół i bez wartości, o których napisałam. Bez nich moje życie nie byłoby pełne.

Pierwszym, który poświęcił się dla ludzkości był Prometeusz, gdyż wykradł bogom ogień, za co został srogo ukarany. Potem wiele razy ktoś postępował na wzór mitu o Prometeuszu. Wielu twórców opisywało takich ludzi i takie czyny, chwaląc je i ukazując ich wartości. Bardzo ważna w Nowym Testamencie jest przypowieść „O miłosiernym samarytaninie”. Opowiada ona o Samarytaninie (mieszkańcu krainy zwanej Samarią), który nie tylko okazał współczucie dla rannego i obrabowanego przez zbójców, ale również opatrzył go, pielęgnował i zapłacił za jego pobyt w gospodzie. Pomocy rannemu odmówili wcześniej duchowni, czyli ludzie, którzy z racji swojego powołania powinni pomagać innym. Przesłaniem przypowieści jest przykazanie miłości i miłosierdzia, jakie powinni okazywać sobie ludzie.
Pisarzem, który często podejmował temat poświęceń, był Stefan Żeromski. Nowela „Siłaczka” i powieść pt. „Ludzie bezdomni” ukazują dwoje bohaterów, którzy decydują się poświęcić innym całe swoje życie.
Stasia Bozowska – bohaterka noweli – walczy z ciemnotą i zacofaniem na wsi. Jest siłaczką – gdyż usiłuje sama nauczać chłopskie dzieci, wykonuje w głuchej wsi pracę nauczycielki. Czyn jej jest bardzo piękny i szlachetny, lecz kończy się smutno, z wycieńczenia i biedy Stasia choruje ciężko i umiera.
Doktor Tomasz Judym poświęca całe swoje życie ubogim górnikom. Należy on do typu ludzi „bezdomnych” – musi zrezygnować z posiadania własnego domu i rodziny. Jako lekarz, chce być użyteczny także dla ludzi biednych, którzy nie mogą mu płacić, chce leczyć ich rodziny, rezygnuje z prywatnego życia. To także szlachetna decyzja, lecz przynosi cierpienie jego ukochanej Joasi, która pragnie zostać żoną Judyma, założyć rodzinę, razem z nim pracować. Doktor Tomasz twierdzi, że działalności społecznej, poświęcenia innym i własnego szczęścia nie można pogodzić.
Jakby przeciwieństwem doktora Judyma jest doktor Obarecki – drugi ważny bohater „Siłaczki”. Ten doktor porzucił swoje ideały, przystosował się do praw Obrzydłówka, zaczął „obrastać w tłuszcz”. Od pacjentów swoich pobierał opłaty, nie leczył biednych, lecz tych, którzy mogli mu płacić. Słowem – „nie został Prometeuszem” jak Stasia Bozowska. Lecz czy mamy prawo zupełnie go potępić?
Nadeszły czasy, w których każdy ceni swoją wiedzę i pracę. Mówi się, że dziś nie ma nic za darmo. Brzmi to okrutnie. Wygląda na to, że na Siłaczki i na Judymów nie ma tu miejsca. Z jednej strony – to źle. Przecież ideały, poświęcenie się dla innych to właśnie wartości, to działanie które ma sens. Ciężko żyć na świecie, w którym każdy myśli tylko o sobie i dla swoich interesów niszczy innych. Znamy z historii wiele czynów – poświęceń, które wprost zawstydzają ludzi zwykłych. Przypomnijmy czyn Janusza Korczaka lub ojca Kolbego. Dziełu takich ludzi należy się ogromny szacunek.
Z drugiej strony jednak nie można żądać od wszystkich, by byli Prometeuszami. Dbać o swoje życie tak, by nie czynić szkody innym, znać wartość swojej pracy i czerpać z niej korzyści – to także czyny warte szacunku. Poświęcić się bez reszty i zaprzepaścić własne plany – to być nie w porządku w stosunku do samego siebie, a do tego nikt nie dał nam prawa.
We współczesnym świecie również nie brakuje miłosiernych samarytaninów, którzy na pewno są bardzo potrzebni. W dzisiejszych czasach jest przecież tyle biedy, ludzi uzależnionych i chorych, bezdomnych i bezrobotnych, zaniedbywanych dzieci, samotnych matek i osób starszych. Gdyby nie pomoc bezinteresownych ludzi, niosących pomoc innym, wielu nie poradziłoby sobie w codziennym życiu.
Samarytanin jest symbolem miłosierdzia i bezinteresownej pomocy. Jest to człowiek litościwy, miłujący innych. Obowiązkiem każdego człowieka jest okazywać pomoc innym, a szczególnie tym, którym ta pomoc jest bardzo potrzebna. O wartości człowieka nie świadczy jego pochodzenie, lecz stosunek do innych.
Takim przykładem współczesnego samarytanina jest mnie Marek Kotański, którego chciałabym bliżej przedstawić.

Marek Kotański urodził się w Warszawie 11 marca 1942 roku, w rodzinie o bogatych tradycjach humanistycznych. Jego matka, Ludwika, była malarką, ojciec Wiesław, profesorem japonistyki na Uniwersytecie Warszawskim.
W roku 1960 Kotański zaczął studiować psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Działał w „Ruchu Młodych Wychowawców”, który opiekował się sierotami i młodzieżą dotkniętą patologiami społecznymi. Jako student trzeciego roku rozpoczął pracę terapeuty w Szpitalu Psychiatrycznym przy ulicy Dolnej w Warszawie, pracował tez w Izbie Wytrzeźwień przy ulicy Kolskiej. W tym czasie rozpoczął współpracę ze Społecznym Komitetem Przeciwdziałania Alkoholizmowi, i współtworzył „Ruch
Trzeżwości”.
W 1974 roku Kotański zaczął pracę w Szpitalu Psychiatrycznym w Garwolinie na oddziale dla ludzi uzależnionych od narkotyków. To tam powoli rodził się ruch „Monar”. „Młodzieżowy Ruch na Rzecz Przeciwdziałania Narkomanii” – „Monar” – powstał w 1981 roku. Pierwszy ośrodek otworzono w opuszczonym i częściowo zrujnowanym domu w Głoskowie. Kotański rozpoczął tam pracę z grupą pacjentów ze Szpitala w Garwolinie.
Obecnie „Monar” ma 25 ośrodków w całej Polsce, w wielu miejscach były one tworzone w budynkach popegeerowskich lub opuszczonych przez Rosjan koszarach. W latach 1985 – 1994 Kotański prowadził działania profilaktyczne i rozwijał „Młodzieżowy Ruch Czystych Serc” gromadzących młodzież szkół średnich, promujący zdrowy, wolny od używek styl życia. W tym czasie był też inicjatorem działań promujących trzeźwość i akcji pod hasłem „Kupą Mości Panowie”, promującej czystość środowiska, a także nazwanej „Łańcuchem Czystych Serc”, w której setki tysięcy złączyło dłonie w łańcuchu łączącym Bałtyk z Tatrami, jednocząc się w idei humanitaryzmu.

„Narkotyki są jak jadący pociąg. Wsiadasz do niego, paląc pierwszego jointa i pociąg rusza. Za oknem pojawiają się kolorowe krajobrazy. Kiedy się napatrzysz, chcesz coś nowego. Pojawia się amfetamina i pociąg przyśpiesza, coraz szybciej mijają słupy trakcji elektrycznej. Trudno jest z niego wysiąść. Dalej jest "brown sugar" i "kompot". Pociąg wjeżdża do tunelu, z którego nie ma już odwrotu. Wszystko sprzedane, nie ma mieszkania, nie ma rodziny ani przyjaciół. Myślisz komu wyrwać torebkę, aby było na następną działkę, żeby wreszcie zasnąć, zapomnieć o głodzie, HIVie. Jak się wkłuć w ostatnią zwapniałą żyłę w pachwinie... A przecież miało być tak pięknie!
Wielu mówi: "to nieprawda, my tylko 'ganję' i ani kroku dalej. Nie widzą, że kręcą się w kółko i są jak dziecinna kolejka. Zabawka ułożona na dywanie. Stracili poczucie rzeczywistości, ich uśmiech zmienił się w grymas twarzy, a luz w otępienie. Trawa wypaliła im trawę w mózgu, w duszy i w sercu.
Kto czeka na peronie, by wsiąść do tego pociągu? Ludzie młodzi, wrażliwi, twórczy, poszukujący, inteligentni... Jak ich uratować? Uchwalić ustawę zabraniającą noszenia nawet szczypty marihuany w kieszeni? Czy to coś załatwi? Co mogą zrobić nauczyciele z dealerami w szkolnych toaletach? Co mogą zrobić rodzice ze swoją wiedzą o narkotykach: dla nich "trawa" rośnie na trawnika, a "kompot" pije się do obiadu?
A na tym peronie jest coraz większy tłok. Nie trzeba czytać zatrważających statystyk, wystarczy się rozejrzeć, powąchać dym od sąsiedniego stolika w pubie, spojrzeć w rozszerzone źrenice kolegi, zauważyć nerwowe odruchy własnego dziecka. To jest epidemia i każdy jest na nią narażony. Co chwilę odchodzą pociągi pełne młodych ludzi wioząc ich w kierunku tunelu, z którego nie ma powrotu...
Jak ich uratować?
Od 25 lat zajmuję się leczeniem, rehabilitacją i readaptacją chorych na nieuleczalną narkomanię i z całą stanowczością twierdzę, że czas zająć się zdrową młodzieżą. Proponuję podstawić na ich peron pociąg z napisem "RUCH CZYSTYCH SERC". Dać alternatywę pociągom jadącym w narkomański kanał. Chodzi mi o wytworzenie "mody na niebranie", autentyczną przyjaźń, prawdziwą miłość, czynienie dobra.
Jest to kolosalnie trudne zadanie. Wizja hip-hopowych koncertów bez marihuany, techno-party bez amfetaminy, szkół bez narkotykowych dealerów wydaje się być utopią. Ale utopią na tyle piękną, że warto się w nią zaangażować. Aby się powiodło, muszą się przyłączyć wszyscy: rodzice, nauczyciele, idole młodzieżowi, autorytety, Kościół i media.
Kiedy trzydzieści lat temu zakładałem Stowarzyszenie "MONAR", powodowany chęcią niesienia pomocy młodzieży, która wpadła w sidła narkotyków, wiedziałem, że chcę i muszę ratować ich brudne serca. Te serca ubrudziliśmy im, przede wszystkim MY, Ty i ja, ludzie dorośli, rodzice, opiekunowie, nauczyciele naszym zakłamaniem, brakiem żarliwej wiary, pogonią za pieniądzem, egoizmem, nieumiejętnością wskazywania właściwych drogowskazów życia itp. W pogoni za ulotną karierą, zagubiliśmy to, co w życiu jest najpiękniejsze, dawanie siebie innym, miłość bliźniego, pochylenie się nad słabszym, bezsilnym odchodzącym od nas na zawsze i podanie mu bezinteresownie ręki. Dziś świat i życie na nim, stało się dla wielu z nas puste, pełne lęku o mętną przyszłość i teraźniejszość. Spójrzmy jak wygląda nasz zwykły dzień, a zobaczmy, jak dużo tracimy nie mogąc odnaleźć się w nim. Postanowiłem, że w nowym tysiącleciu spróbuję, szczególnie wśród młodych ludzi, stworzyć krąg, a właściwie kręgi dobra i czystości, szlachetne działania pomagające słabszym. Wielki ruch czynienia dobra. Chciałbym zacząć, jak już wspominałem, od młodzieży, która przecież z natury rzeczy jest czysta i jeszcze nie ma w duszy zbyt wielu złych, brudnych kartek zapisanych niestety często nieświadomie przez dorosłych.
Wasz Przyjaciel - Marek Kotański”
Twórca „Monaru” i „Markotu”, Marek Kotański, był 10 września w Sierpcu. Spotkał się w hali Liceum Ogólnokształcącego z delegacjami młodzieży szkół średnich, a później z nauczycielami. Starania o przyjazd Kotańskiego do Sierpca trwały już od początku czerwca. Podjęły je władze powiatowe przy udziale niżej podpisanego jako przewodniczącego powiatowej Komisji Bezpieczeństwa i Praworządności.

W styczniu 1994 roku Kotański stworzył „Markot” – instytucję walczącą z problemami bezdomności. Dziś ośrodków „Markotu” (a wśród nich także innych placówek – dla samotnych matek, dla niepełnosprawnych dzieci, osób starych i chorych) jest w Polsce 65. Pracownicy „Markotu” często rekrutujący się ze zresocjalizowanych narkomanów, docierają do bezdomnych, mieszkających na dworcach i ulicach.
Oprócz ośrodków „Monaru” i „:Markotu” jest jeszcze 27 poradni terapeutycznych Kotańskiego, rozsianych po całej Polsce. Kotański wymyślał także inne akcje. Na przykład apelował, by raz w roku obchodzić dzień dawania i wymiany niepotrzebnych rzeczy. Chciał utworzyć rządowe Biuro ds. Patologii Społecznych, które koordynowałoby działania resortów: sprawiedliwości, zdrowia i opieki społecznej, edukacji narodowej, pracy i polityki socjalnej oraz spraw wewnętrznych. Wystąpił też z pomysłem utworzenia w jeleniogórskim Strążu „Monarowskiej Ameryki”. W tym celu chciał zaadoptować posowieckie koszary na 5-tysięczne „Miasto Odrzuconych”. Do pomysłu nie zdołał jednak przekonać władz ani okolicznych mieszkańców.
Kotański wielokrotnie organizował akcje w stylu „Łańcucha Czystych Serc”. 23 maja 1994 roku był między innymi „Krąg Akceptacji” dla chorych na AIDS. Na początku Kotański propagował używanie prezerwatyw w walce z tą chorobą. Potem jednak zmienił poglądy i zaczął nagłaśniać kampanię wstrzemięźliwości i wierności.

- „Na co dzień widzę przerażające rzeczy: powszechna rozwiązłość, powszechny seks, brak świadomości zagrożenia AIDS – kochają się wszyscy z wszystkimi. I dlatego sam Kościół nie wystarczy, muszą go wesprzeć ludzie świeccy z autorytetem. Trzeba stworzyć modę na wierność” – wzywał Kotański.

W 1996 roku Kotański zapoczątkował Dzień Ludzi Bezdomnych i sam ustanowił go na 14 kwietnia. W tym czasie w stolicy powstała piekarnia dla bezdomnych i biednych, otwarto „Dom Azylanta i Uchodźcy” dla 40-stu osób, i „Bajkę” – ośrodek dla samotnych matek.
W styczniu 1997 roku wolontariusze oraz pracownicy „Markotu” i „Monaru” powołali „Ruch Społeczny Przeciw Złu”, którego celem jest doraźna oraz długofalowa pomoc potrzebującym i walka z patologią we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Marek miał także pomysły związane z mediami. W tym samym roku doprowadził do powstania pisma dla bezdomnych pod tytułem „My giganci”. W roku 1999 miał pomysł wyprodukowania programu telewizyjnego pod tytułem „Telewizja Maksymalnej Temperatury”. Program ten nadano na antenie prywatnej „Trochę Młodszej Telewizji”.
Podczas powodzi w 1997 roku Kotański zorganizował „Serc Pospolite Ruszenie” i wysłał do zalanych miast konwoje i pociągi z żywnością, odzieżą i najpotrzebniejszymi artykułami.
W styczniu 1998 roku powołał nowy ruch w strukturach „Monaru” – „Ruch Społeczny na Rzecz Dzieci Specjalnej Troski”. 14 kwietnia tego samego roku – w Światowy Dzień Ludzi Bezdomnych – otworzył w Warszawie hospicjum dla ludzi bezdomnych.
W lutym 2001 roku zorganizował w stolicy „Łańcuch Czystych Serc” przeciwko narkomanii. Uczestniczyło w nim około trzech tysięcy ludzi, premier oraz członkowie rządu. W tym samym roku, w kwietniu około tysiąca osób utworzyło „Łańcuch Pokoju” między ambasadami Palestyny i Izraela w Warszawie. W ten sposób chcieli zaprotestować przeciwko wojnie na Bliskim Wschodzie i wyrazić solidarność z ofiarami. Wśród nich był Marek Kotański.
Przyznano mu wiele nagród i wyróżnień. Dwa razy otrzymał nagrodę „Victora”, został również wyróżniony nagrodą Brata Alberta, a za wybitne zasługi w niesieniu pomocy drugiemu człowiekowi otrzymał z rąk Prezydenta „Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski”. Przez dzieci został w 2000 roku odznaczony „Orderem Uśmiechu”. Był także bliski nominacji do Pokojowej Nagrody Nobla, jednak nie mógł się stawić na nominacjach, gdyż przebywał w szpitalu po zawale.
- "Mając milion dolarów, wybudowałbym wielkie Centrum Pomocy Bliźnim, w którym tysiące ludzi znalazłoby opiekę i pomoc. Modlę się, żeby taką nagrodę otrzymać".

W grudniu 1997 roku Kotański był w Rzymie na audiencji generalnej w Watykanie. Po audiencji Papież przeprowadził z nim krótką rozmowę:
- „Papież powiedział mu: Jestem z tobą”.
- I to jest nagroda za całe moje dotychczasowe życie” – powiedział potem dziennikarzom Kotański.”

Z wykształcenia był psychologiem i terapeutą, z zamiłowania – społecznik.Twierdził, że cierpiał na swoistą chorobę miłości do ludzi i imperatyw udzielania pomocy chorym i nieszczęśliwym, wśród których żył i pracował. W tej chwili ośrodki pomocy założone przez Marka pomagają około 12-stu tysiącom ludzi. Wciąż coś robił, wciąż było o nim głośno. Jedną z głośniejszych spraw, w których brał udział, była rozprawa sądowa, w sprawie oddania zmaltretowanego dziecka matce - alkoholiczce. Kotański bronił wtedy matki, jak się później okazało - wystraszonej kobiety, która wraz z dzieckiem była katowana przez męża.

- "Zawsze ryzykowałem w swoim życiu i jeżeli ludzie odwrócą się ode mnie - trudno. Widocznie tak było przesądzone (...) Wiem, na czym polega lęk przed ukamienowaniem, ale być może jej się uda."

Zawsze skromnie ubrany, charakteryzował go kucyk swobodnie zwisający z tyłu głowy. Mówił, że miał go od zawsze i pewnie będzie z nim aż do końca - nie mylił się. Owy kucyk zawsze będzie mi się z nim kojarzył, zawsze będzie wzruszał.
Często w wywiadach pytano go o to, czy wytrzymuje tępo życia, jakie sobie narzucił, czy starcza mu sił i chęci. Odpowiadał z uśmiechem, że owszem, jak każdy ma gorsze dni.

- "Wtedy myślę, że chyba zbyt dużo ciężaru wziąłem na siebie, ale później to mija, bo wokół mam przyjaciół (...) Jednak wielokrotnie zamykam się i płaczę".

W ośrodkach pomocy Kotańskiemu pomagało, pomaga i będzie pomagać wiele osób: np. Janina Ochojska, s. Małgorzata Chmielewska, ks. Arkadiusz Nowak, Maciek Michalski.
Wydał wiele książek i broszur, których pewnie teraz zabraknie w księgarniach. "Daj siebie innym" opowiada o zrozumieniu, wejrzeniu w siebie, o początkach rodziny, teoriach stosowanych przez Marka i ich słuszności, były to także jego wspomnienia. W "Ty zaraziłeś ich narkomaniom" Kotański mówił o narkomanii, chorych, swoich ośrodkach, personelu i własnych odczuciach związanych z pracą.
Na temat ludzi popadających w nałóg mówił tak:
- "Wcześniej byli hipisi - dzieci kwiaty, dzisiaj wszyscy wpadają do jednego worka i trudno odnaleźć jedną ideologię. Świat manewruje młodych w bramę narkotyków, a my dorośli, nie potrafimy pomóc tej młodzieży".

Jego podopieczni mówią, że był bezwzględny, często ostry: "potrafił człowieka o glebę rzucić, ale jak już rzucił, to pozbierał. Dobry człowiek". Dobry? Myślę, że to o wiele, wiele za mało słów. Metoda Marka na wychodzenie z narkomanii to praca, życie w grupie, gdzie pensjonariusze i terapeuci tworzą jedną grupę. Pracownicy Monaru mówią, że daje ona cudowne efekty. Narkomanii nie można wyleczyć, żyje się z nią do końca (podobnie jak anoreksja), ale można ją zaleczyć, można z niej wyjść. Dzięki metodom stosowanym w Monarze wychodzących z narkomanii jest ok.20% (przy innych metodach ten procent wynosi ok.11). Uratowanych przez ośrodki Kotańskiego w ciągu 30 lat można liczyć w tysiącach.

19 sierpnia 2002 roku w wieku 60 lat zmarł w Szpitalu Bielańskim w Warszawie, w wyniku wypadku samochodowego.
Pogrzeb był piękny. Na uroczystości żałobne przyjechali przedstawiciele „Monaru” z całej Polski. Przybyło wielu ludzi, zawdzięczających Markowi życie i tych, którzy dzięki niemu nadal walczą o nie. Pogrzeb odbył się na warszawskich Powązkach, a Msza została odprawiona w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Nie trzeba było nic mówić - liczba przybyłych świadczyła o tym, że odszedł od nas człowiek wielki. Pensjonariusze „Monaru” wyróżniali się czarnymi koszulkami z wizerunkiem Marka Kotańskiego i napisem "daj siebie innym".
- „Powiedziano kiedyś o nim, że był charyzmatycznym świeckim, kapłanem miłosierdzia. Nie da się bez wiary zrozumieć, dlaczego odchodzi akurat wtedy, gdy w Polsce papież wzywa do miłosierdzia " - mówił biskup Piotr Jarecki.
W kondukcie za ciężarówką z trumną pogrążoną w wieńcach ulicami stolicy przeszło kilka tysięcy ludzi. Koło trumny wystawiono księgę pamiątkową (można było się do niej wpisać także w Poznaniu). Najczęściej pojawiały się w niej obawy o przyszłość narkomanów i Polski oraz podziękowania od wyleczonych i ich rodzin. Maciek Michalski z „Monaru” powiedział, że nie ma obawy to, iż „Monar” się rozpadnie:
- "Paradoksalnie, czujemy się jeszcze bardziej zjednoczeni. A Marek chciałby, żeby Monar istniał”

"Kotański był człowiekiem, który przekraczał siebie. Ciągle mu było za mało domów pomocy, za mało osób, którym pomógł" - mówił bp Jarecki.

Marka Kotańskiego pośmiertnie odznaczono Krzyżem Komandorskim.
Nie wstydzę się tego, że płaczę. Dowiedziawszy się o śmierci Kotańskiego płakałam jak bóbr. Zapaliłam świeczkę. To był człowiek - idol, człowiek, którego warto i trzeba podziwiać, pamiętać. Był człowiekiem - instytucją, chodzącą pomocą, nieustannie gorącym sercem. Przemawiał do młodzieży i społeczeństwa, które go słuchało. Boję się, że teraz nikt już nie będzie potrafił mówić, że już nikt nie będzie słuchał. Oby narkomania się nie rozszerzyła, bo niestety... ale ona zabija...
Był człowiekiem z charyzmą. Potrafił rozbudzić ludzką solidarność, a w jego placówkach uratowano wielu uzależnionych ludzi. Często szedł „pod prąd”, robił rzeczy, które nie zjednywały mu zwolenników. Pomagał walczyć ludziom z ich słabościami i nałogami. Zrobił bardzo dużo dla tych, których otaczał swą opieką. Dla nich niejednokrotnie był najbliższą rodziną, przyjacielem i jedynym człowiekiem, który wyciągnął do nich rękę. Jego strata zachwiała poczucie bezpieczeństwa ludzi blisko z nim związanych. Marek mówił o sobie:
- „Jestem trochę infantylny. Lubię błyszczeć, być w centrum uwagi. Oczywiście nie jestem ani świętym Franciszkiem, ani Bratem Albertem. Nie byłbym godny nawet stóp im całować, ale staram się choć w tysięcznej części ich naśladować”.

Jednak dla ludzi, którym pomógł „Kotan” na zawsze pozostanie świętym.
I dla mnie Marek Kotański był człowiekiem, którego powinno się naśladować, miłosiernym samarytaninem, który bezinteresownie pomagał ludziom, wspaniałym specjalistą znającym się na swojej pracy. Mam nadzieję, że jego dzieło będzie kontynuowane przez innych i pamięć po nim pozostanie w naszych sercach na długo. Uważam, że potrzeba więcej takich ludzi jak Marek. Gdyby nie on, wielu z tych, którym pomógł na pewno nie byłoby już wśród nas. Jego strata jest ogromna.
Każdy człowiek został powołany do życia. Powinien je spędzić tak, aby je rozwinąć. Jego życie nie może być zmarnowane, nie celowe. Człowiek nie może być głuchy na naukę Bożą, która wyznacza reguły postępowania. I takie życie wiódł, aż do swoich ostatnich dno Marek Kotański.
Z całą pewnością mogę powiedzieć, że był on człowiekiem o bardzo wysokiej kulturze osobistej i zawodowej, jakiej może mu pozazdrościć wielu.
Podsumowując swoje rozważania, stwierdzam, że najlepiej byłoby, gdyby nie było sytuacji zmuszających ludzi do poświęceń. Gdyby nie było nędzy, chorób i wojen, a każdy mógł uczciwie wykonywać swoją pracę – nikt nie musiałby składać ofiary z własnego życia. Wartość i sens poświęceń byłyby tylko sprawą teoretyczną, ocenianą zapewne wysoko. Ale niestety świat współczesny jest inny i dlatego bardzo potrzeba ludzi, którzy pomogą potrzebujący, nie tylko finansowo, ale także duchowo ich wesprą. Ludzi znających się na swojej pracy, tzw. „specjalistów w swoim fachu”

Do góry