Ocena brak

Seba­stian Klonowicz

Autor /Saleta Dodano /04.10.2012

Odrębne stanowisko wśród poetów ostatniej ćwierci XVI wieku zajmuje Seba­stian Klonowicz (urodzony około roku 1550, zmarły 1602), mieszczanin wielko­polski, (z Kaliskiego). W młodym wieku osiadł na Rusi Czerwonej, we Lwowie, a później zamieszkał w Lublinie, gdzie piastując kolejno różne urzędy miejskie do­służył się godności burmistrza; przez pewien czas pełnił obowiązki nauczyciela w szkole zamojskiej. Był to człowiek wykształcony, a nawet uczony; znał prawo kra­jowe i rzymskie; znajomością Pisma świętego i autorów greckich i rzymskich nie ustępował Kochanowskiemu, którego był zapalonym wielbicielem i na którego śmierć napisał trzynaście elegii pt. Żale nagrobne; znał i poetów niemieckich; mid zmysł spostrzegawczy, umysł bardzo ciekawy, wrażliwość na piękno przyrody, dużo dob­rej woli i zacne serce, które gorzko płakało na widok wciąż wzmagającego się ucisku ludu i upośledzenia mieszczaństwa. Posiadał nadto ogromną ambicję i ona to właś­nie pobudziła go do działalności literackiej: widząc, jak szlachta z góry patrzy na mieszczan, postanowił jej pokazać, że i mieszczanin może piórem dzielnie władać, co więcej, że i mieszczanin może być poetą; lecz obok tej ambicji osobistej mid jeszcze inną, patriotyczną: oto pragnął, aby pisma jego wpłynęły na umoralnienie narodu polskiego, aby się jego ukochana ojczyzna stała społeczeństwem chrześci­jańskim.

Talentu poetyckiego niepodobna mu odmówić: umiał podchwytywać drobne rysy życia codziennego, zwłaszcza ujemne, i uobrażać je żywo (chociaż nie tak żywo jak Rej); czasem zdobywał się na piękny w swojej sile wyraz uczucia, wtedy zwłasz­cza, kiedy współczuł krzywdzie ludzkiej i oburzał się na jej sprawców; o tym, co mu się podobało, umiał opowiadać nie bez wdzięku i nie bez humoru; nad formą .twoich utworów pracował bardzo pilnie, nie śpiesząc się z ich drukiem. Szkoda jed­nak, że podobnie jak Stryjkowski przy każdej sposobności lubił się popisywać swoją rozległą erudycją, choćby nawet miał odbiec o sto mil od właściwego tematu i po­psuć układ utworu. W ogóle zapominał nieraz, że poezja a nauka to nie jedno i to mimo; a stąd jego poezja to często wierszowana proza, posiadająca systematyczny i pedantyczny plan, ale rozwlekła i rozepchana przykładami z mitologii i historii Starożytnej oraz przytoczeniami z autorów greckich i rzymskich.
Nie piękność tedy utworów Klonowicza zapewnia mu wybitne stanowisko w li­teraturze XVI wieku, ale po pierwsze, ciekawa treść, a po drugie, szlachetna myśl.
Co do treści, to mieszczanin Klonowicz opiewał takie przedmioty, jakich mo­le by nie tknął, gdyby był szlachcicem, mianowicie życie mieszczan i ludu. A co do myśli szlachetnej, to walczył on z uprzedzeniami swojego wieku, dowodził, że nie mu szlachectwa bez osobistych zasług, i ujmował się tak gorąco za ludem wiejskim i jego niedolę opisywał tak wymownie, jak nikt w XVI stuleciu. Nie dosyć na tym: M przykładem poety greckiego Hezjoda, który ze wszystkich przymiotów człowie­k- najwyżej cenił pracowitość i twierdził, że bogowie nie cierpią próżniaków, uczył K lonowicz, że człowiek bez pracy nie jest człowiekiem, że próżniactwo to «poduszka »&atańska»; «pracuj do zdechu!» - oto jego hasło. Żaden inny poeta polski przed Nor­widem nie miał tak wielkiego nabożeństwa dla pracy jak Klonowicz. Nie dziw, że podobne i inne jeszcze nauki nie szły w smak wielu czytelnikom: miał Klonowicz za swoje i od szlachty, która krzywym okiem patrzała, że jakiś tam mieszczanin śmie ją uczyć rozumu i piętnować jej zdrożności, i od jezuitów, którzy nie mogli mu darować, że przy cdej swojej prawowierności katolickiej gromi wady duchowieństwa, a i tego jeszcze, że się kuma z protestantami i że nawet jednemu z nich pomógł do napisania ostrej napaści na Towarzystwo Jezusowe.
Cztery są główne utwory wierszowane Klonowicza: dwa łacińskie (Roxolania i Victoria deorum) i dwa polskie (Plis i Worek Judaszów); Roxolania i Flis to poema­ty opisowe, a Victoria deorum i Worek Judaszów - satyryczno-dydaktyczne.
Roxolania, to jest Ruś Czerwona (1584), to - na równi z Poematem o żubrze Hussowskiego - najciekawszy ze wszystkich utworów naszej poezji ła­cińskiej. Pracował nad nim Klonowicz dziesięć lat. Treść stanowi opis przyrody, miast i ludzi Rusi Czerwonej. Po inwokacji do Muz, które na prośbę poety opusz­czają Parnas i odbywają wraz.z poetą wędrówkę po Rusi Czerwonej, opisuje Klo­nowicz najprzód jej granice i gęste lasy, potem zajęcia Rusinów, jako to: wyroby z drzewa, hodowlę bydła, łapanie ptaków na lep, oswajanie niedźwiedzi, bartnictwo, handel skórami itd., raz w raz przerywając opowiadanie to wyrazem własnego współczucia względem ludu, to pochwałą miodu, a naganą wódki, to różnymi po­wiastkami, o tym na przykład, jak Rusin wpadł w głęboką barć i jak się z niej wy­dostał, łapiąc za nogę niedźwiedzia, który się także na miód w barci ułakomił. To wszystko wypełnia część pierwszą. W drugiej autor opisuje miasta, najszczegółowiej Lwów, Zamość, Kijów i Kamieniec. Lecz najciekawszą jest trzecia, opisująca zwyczaje i obyczaje Rusinów, ich wiarę w czary, różne sztuczki chytrych czarow­nic, chrzciny i zabawy dziecięce, śmierć i pogrzeb gospodarza Iwana, po którym płacze wynajęta płaczka i któremu pop kudłaty wkłada do trumny list polecający do św. Piotra i pieniądz, «by Rusin miał czym zapłacić przewoźne, płynąc przez Styks do bogów i gaju elizejskiego». Nawet o piosenkach ludowych nie zapomniał poeta: «Przestan płakać, malutki - śpiewa matka - bo wrzucę do wody, oddam ry­bom i potworom wodnym; milcz, radzę, jeśliś mądry! Cicho, dziecino, poniechaj smętnej skargi, bo cię, maleńki, wilki żarłoczne zjedzą! Czy cię czarownica wzro­kiem piekielnym urzekła ? czy ci członeczki duchem zaraźliwym otchnęła ? - boda-jeś sama przepadła ze swoim przeklętym, obrzydliwym, zezowatym okiem!» Przed Klonowiczem ani jeden z poetów naszych tak szczegółowo życia ludowego nie opisywał. Jaka szkoda, że Roxolania pisana po łacinie! Przełożył ją wprawdzie wierszem Syrokomla, ale niezbyt dokładnie.


LWÓW

Witaj nam, grodzie poważny a stary!
Miła w twych murach wypocznienia chwilka.
Od ciebie wieje namaszczenie wiary,
A bramy twoje zaparte od wilka;
Nigdy łupieżca haraczu nie bierze
Ze krwie i runa owczarnie tej ziemi;
Bo tutaj mają tron arcypasterze,
Ich czujne oko niełacno zadrzemie...
Lwowie kamienny! nowość cię nie mami,
Nie daj się zachwiać jako wątłe ziele!
Wiekować tobie z twoimi basztami,
Z twoim kościołem i krzyżem na czele,
I z twoją górą, co ku niebu idzie...
Lwowie! my ciebie z częścią pozdrawiamy,
Bo losy świata w twych murach się ważą.
Inny kraj skarby pojedyncze liczy:
Tu wszystkie skarby gromadzą się cudnie;
Bo tu jest ziemia, którędy graniczy
Lodowa północ i wrzące południe.
Co rodzi ziemia na północnej osi,
Wiozą moskiewskie telegi1 i sanie;
Co pod równikiem natura przynosi,
Tu idzie lądem i po oceanie.
Nad twymi dachy złoty obłok płynie,
Wieżyce mglistą owionione szatą;
Zda się, w niebiosach te wszystkie świątynie, 
Co tak ozdobne świetnie i bogato.

ŚMIERĆ RUSINA (w skróceniu).

Gdy martwymi ustami ostatnie uleci tchnienie i ciepło życiowe opuści zimne członki, wnet zjawia się baba, która za pieniądze powtarza wyuczone lamenty i na zawołanie opłakuje śmierć nie swojego męża; łzy przedażne wyciska z oczów, którym się nie chce płakać, i jęki żałosne zmyśla frasobliwa baba... «Ach, umarłeś, mężu, umarłeś, naj­wierniejszy mężu! pójdziesz na wieczne pokoje, aby nigdy nie wrócić! Kto rządzić będzie domem owdowiałym? kto dziatkom moim rozkazywać? kto pola tłuste po twej śmierci orać? kto bydło paść? kto miód podbierać? kto koszyki pleść na sereczki moje? Dziw, że umarłeś, szaleńcze! Czy ci brako­wało czego? czy ci za życia przykry głód doskwierał? Toć ogród rodzi, toć rodzi obficie i rola, toć i komora pełna! W oborze stoi siedem par ciołków, godnych już do roboty, pięćdziesięcioro cieląt, nie tkniętych jeszcze jarzmem; dwadzieścia krów wieczorem i w południe powraca z pastwiska do udoju!... Ach, umarłeś, mężu, umarłeś, najwierniejszy mężu, pójdziesz na wieczne po­koje, aby nigdy nie wrócić! Któż mnie teraz, sierotę, pieścić, kto ściskać bę­dzie? Zaprawdę, tylko mi już zawsze płakać po Tobie: bez ciebie, mężu, żad­nej mi słodyczy nie zaznać!...» Tymczasem gromadzą się przyjaciele nie­boszczyka (zwłaszcza gdy człek był bogaty) i wołają kudłatego popa, by albo Ust napisał, albo pieśń w tych słowach odśpiewał: «Pietrze! Tobie Chrystus wszechmogący dał klucze od Olimpu, klucznikiem niebieskim cię mianował; ty zamykasz i otwierasz wnętrze niebieskie, ty strzeżesz podwojów i świętych chramów bożych! Oto nasz Iwan, wykreślony z rejestru żyjących, już do was wybrał się w drogę; człeczysko dobre, ojców swoich cześć dla cerkwi święcie zachował, wiary greckiej się nie zaparł. Wiedzże, Piętrze, że to on właśnie przychodzi, przyjmij go do nieba, racz mu otworzyć w swej sprawiedliwości! Teraz gdy leci do bogów mknąc drogą napowietrzną, niechże się z łaski two­jej, Piętrze, szczęśliwie do nieba dostanie! Ześlij Iwanowi na drogę wiatry po­myślne, wesprzyj go, Piętrze, swoją opieką! Za życia bowiem, Piętrze, on czcił cię wielce i zawsze łaskę twą zaskarbiał: na cześć twoją, Piętrze, pobożnie długie obchodził posty, nigdy zakazanych potraw nie tykając; więc gdy przyjdzie Iwan i zapuka do bram Olimpu, gdy nowy gość przybędzie do waszych podwojów, gdy się nieśmiałym głosem odezwie, nie bądź trwożliwemu sro­gim odźwiernym, spytaj go łagodnie o imię i wysłuchaj łaskawie jego odpo­wiedzi; nie był ci on mówcą, tylko pracowitym rolnikiem, więc nie bądź su­rowym sędzią jego słów drżących; toć i ty, Piętrze, nie byłeś mówcą, tylko sie­ci w fale miotałeś... więc pokochaj, rybaku, rolnika, łączą was dwa wędy wspólne: prostota i sam Chrystus!...»Nadto kapłan daje zmarłemu Rusinowi pieniążek, by mógł lepiej przebyć tak długą drogę i miał czym zapłacić prze­woźne, płynąc przez Styks do bogów i gaju elizejskiego...

APOSTROFA DO PANÓW I URZĘDNIKÓW

A wy, ojcowie ludu, którym naród cały
Posłuszny wielkich fortun pomnaża dostatki,
Rzekomo z niebios woli i dla boskiej chwały
Niesie mienia i pracy poddańczej ostatki,
Wy, ze starych szpargałów wyroki nieprawne
Wywłócząc, nową krzywdą przewyższacie dawne!
Z waszej łaski urzędnik o sercu z kamienia
Gorzej pjawki się przypiął do chłopskiego mienia
I do kropli ostatniej, co jeszcze dziś płynie,
Wysysa krew biedaka!... Jako lew zgłodniały
W wściekłym gniewie, wypadłszy z libijskiej pustyni,
Szarpie jagnię bezbronne, tak ten tłum zdziczały
Nad wieśniakiem się pastwi aż do szpiku kości,
Depcąc prawa przepisy, nie znając litości.
Nie wzruszysz go, byś płakał i łzami krwawemi:
Skórę by zdarł z wieśniaka, co schodzi z tej ziemi;
Tak zajeździwszy konia właściciel lub osła,
Łupi skórę, która go tyle razy niosła!...
Nie baczy twardy dziedzic na boleść głęboką,
Na chłopskiej widną twarzy; nie baczy, że skóra,
Skurczona głodem, kości jedyną powłoką,
Że to szkielet, nie człowiek, i śmierci figura,
Której dawno odbiegły i siła, i życie!...
Na próżno z jego oczu płyną łzy gorące,
Po licach gorzkie krople toczą się obficie,
I próżne te westchnienia pierś rozrywające:
Nie pojmie, co to prośba ni co litość święta!

Mniejszą wartość od łacińskiej Roxolanii posiada poemat polski, pisany (mo­że na wzór Gońca cnoty Stryjkowskiego) strofą saficką: Flis, to jest spuszczanie stat­ków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi (1598). Poszedł tutaj Klonowicz śladami poety rzymskiego Auzoniusza, autora poematu Mosella: jak Auzoniusz opisał Mozelę i jej brzegi, tak Klonowicz pragnąc, jak mówi, «poczciwość wyrządzić rzece ojczystej, a matce wód sarmackich», napisał coś pośredniego między poema­tem opisowo-podróżniczo-dydaktycznym a przewodnikiem i poradnikiem dla kup­ców spławiających z flisakami zboże do Gdańska. Klonowicz nie lubił żeglugi, myś­lał sobie bowiem, że Pan Bóg zaprowadzając ład wśród pierwotnego chaosu po to dał człowiekowi na mieszkanie ziemię, a nie wodę, żeby się nie włóczył, licho wie na co, po wodach, ale żeby poprzestawał na ziemi, której owoców starczy na jego wyży­wienie; zwłaszcza Polak (rozumuje Klonowicz, który przy całej swojej zacności i uczoności znał się na polityce jak koza na pieprzu) powinien by o tym pamiętać, bo «miła Polska na żyznym zagonie - zasiadła jako u Boga na łonie; - może nie wiedzieć Polak, co to morze, - gdy pilnie orze»; cóż z tego, kiedy Polak jest chciwy i lubi że­glować, by sprzedać zboże i nakupić sobie różnych towarów zamorskich w Gdańsku (któryby raczej «Chłańskiem» nazwać trzeba, bo pochłania majątki Polaków!). Po­stanowił tedy Klonowicz nauczyć Polaka, jak ma do Gdańska płynąć, i wpakował w swój poemat wszystko, co tylko wiedział o żegludze bądź z autorów starożytnych, bądź z własnego doświadczenia, sam bowiem odbył raz podróż z flisakami do Gdańska.
Poezji niewiele znajdzie się we Flisie, ale jego treść jest wcale ciekawa. Wpraw­dzie Klonowicz chcąc się pochwalić swą uczonością przed czytelnikiem najniepotrzebniej w świecie wykłada mu całą historię żeglugi - od Noego i Argonautów aż do odkrycia Ameryki; przytacza mu podania mitologiczne, na przykład o Ikarze; częstuje go morałami, suchym opisem Wisły i jej brzegów od warszawskiego - aż do Zielonego Mostu gdańskiego», wyliczaniem nadbrzeżnych miast, wsi oraz kęp, tam, dopływów; ale za to ciekawe są wiadomości o obyczajach i gwarze flisaków (którzy na przykład mgłę nazywają mamką, wiatr - stryjem, wronę - ciotuchną, bociana - księdzem Wojciechem), o budowie tratew, promów i szkut, o chytrych kupcach w Gdańsku, o tym, jak zabawnie Niemcy gdańscy trzepią po łacinie («aż mi grzmi we łbie ta łacina skoczna!») itd. Są także i «żarty», które jak zapewnia autor, «osłodzą» czytelnikowi poważną treść, na przykład bajka Ezopa o tym, jak wybierając się razem w podróż nietoperz wziął pożyczone pieniądze, nurek (ptak) -pożyczone klejnoty, a krzak jeżynowy nabrał sukna na kredyt; ale okręt się rozbił i cały towar poszedł na dno: dlatego to nietoperz, bojąc się wierzycieli, pokazuje się tylko w nocy, nurek, szukając klejnotów, nie opuszcza wody, a krzak jeżynowy, wetując swej straty, - hamuje ludzi, chwyta ich za szaty». Ale ciekawszym jest inny «żart» - polskie podanie flisackie, wyjaśniające poetycznie, dlaczego koryto Wisły rozdwaja się pod Gniewem (na Pomorzu):

Dwa bracia z siostrą w drogę sie wybrali:
Z Litwy - Niemen, Bug — z Wołynia zuchwały,
I Narew bystra, jako siostra starsza,
Przyszła z Podlasza.

Wziąwszy przymierze bez gniewu i trwogi,
Zażyła sobie przyjacielskiej drogi
W małym orszaku, co więc nie nowina:
Zgodna rodzina!

Potem lepszego bytu chcieli użyć:
Zachciało sie im u królowej służyć,
Co do niej {dyną ze wszech stron poprzeki
Sarmackie rzeki.

Przystali tedy do Nowegodworu
Narew i z bracią, puściwszy się toru,
I tak służyli Wandzie Krakusowej,
Jako królowej.

Czując do siebie Narew śliczną gładkość,
Czując też w braci siłę i też wartkość,
Chciała być równa w rodzaju, w urodzie
Wandalskiej wodzie.

Pani, śliczności i domem chwalebna,
Nie chcąc być tańszą niż panna służebna,
Wyzwała Narew, chcąc ją wywieść z błądu,  
      Pozwem do sądu.

Na którym zasiadł strumień nie ujęty,
Do tego wolnie z obu stron przyjęty -
Ów, co u Gniewu swymi wroty wpada,
Wisłę rozbada.

Sędzia roztropny puścił przed się strony
I zagaił sąd tuż u samej brony.
Szła para panien, każda z nich osobna,
Gwiaździe podobna.
 
I długo myślił, niż wszystkie przymioty
Wybaczył w obu i wrodzone cnoty;
Chwilę tak okiem poglądał na obie
Czujnym osobie.

Upatrzył sędzia, iż nad księżnę owa
Osobliwszego coś miała królowa,
Jako nad leśne nimfy ma Dyjana
Złotem ubrana.

A także zatem wnet uczynił wyrok,
Jako sumnienie świadczyło i też wzrok:
Skazał, iż gładsza królowa, rzecz ista,
Niżli służbista.

Narew i z bracią wnet sie rozgniewała,
A inszą drogą płynąć sie wezbrała:
Więc miejsce sądu na brzegu, na lewem,
Nazwano Gniewem.

Poematy satyryczno-dydaktyczne Klonowicza wypłynęły z jego zacnej chęci umoralniania społeczeństwa, osobliwie zaś młodzieży, której wychowanie żywo go obchodziło, dla której tłumaczył z łaciny wierszyki moralne i ułożył krótki wier­szowany podręcznik historii ojczystej. Otóż pragnąc pouczyć rodziców, w jakim du­chu dzieci wychowywać należy, napisał olbrzymi, składający się blisko z dwudziestu tysięcy wierszy poemat, nad którym długie lata pracował, pt. Victoria deorum, in qua continetur veri herois educatio, 1587 (Zwycięstwo bogów, w którym się mieści praw­dziwego bohatera wychowanie). Właściwie mówiąc, to nie poemat, tylko traktat nau­kowy, w który autor wtłoczył niezliczone mnóstwo wiadomości z dziedziny historii starożytnej i mitologii, nauki wychowania i moralności, medycyny i nauk przyrodni­czych, gospodarstwa i sztuki kulinarnej itd. - słowem, całą niemal swą rozległą wie­dzę. Jeden z czterdziestu czterech długich rozdziałów poematu opisuje walkę gigan­tów z bogami, która się skończyła zwycięstwem bogów. Lecz to zwycięstwo pojmo­wał Klonowicz alegorycznie: przez «bogów» rozumiał królów (których Pismo święte zowie «bogami ziemskimi»), za godnych zaś nazwy króla poczytywał jedynie tych, którzy są «prawdziwymi bohaterami), a bohaterstwo było w jego oczach jednozna­czne z prawdziwą wielkością ducha, to jest z cnotą. Zwycięstwo więc bogów nad gi­gantami oznacza zwycięstwo cnoty, heroizmu nad występkiem, nad złością ludzką; stąd tytuł poematu, w którym zacny autor chciał pouczać, jak należy wychowywać ludzi (a zwłaszcza Polaków) na bohaterów, na prawdziwych królów, to jest na ludzi cnotliwych i wielkodusznych. Prawdziwe szlachectwo, uczy Klonowicz, polega nie na «szlachetnym urodzeniu», nie na bogactwie, nie na potędze, nie na piękności, tyl­ko wyłącznie na cnocie; «szlachectwo niczym innym nie jest, tylko służbą cnocie». Cnota jest «matką szlachectwa nowego i wskrzesicielką utraconego»; głównymi środ­kami do nabycia cnoty, a zatem szlachectwa, są nauka i praca; najpiękniejszą ozdobą szlachectwa jest niewątpliwie służba rycerska, ale i uczciwe rzemiosło nie hańbi człowieka. Oto czego uczy Klonowicz, pragnąc, aby w tym właśnie duchu rodzice wychowywali synów, jeżeli chcą, żeby wyrośli na prawdziwych «bohaterów». Jego poemat jest rozwlekły, przeładowany wiedzą, poszczególne części nie trzymają się kupy - to prawda; ale myśl przewodnia jest piękna, słuszna i chlubnie świadczy o zacności, rozumie i odwadze cywilnej autora, który chociaż doskonale wiedział, że się narazi szlachcie rozkochanej w herbach, gardzącej mieszczaninem i chłopem i poczytującej rzemiosło za zajęcie «sprośne a smrodliwe» (jak się wyraził Orzecho­wski), nie wahał się jednak otwarcie swych poglądów na szlachectwo wypowiedzieć, i to bez porównania obszerniej niż Stryjkowski w Gońcu cnoty; nagromadził wszel­kie możliwe dowody i rozumowania swoje i cudze oraz niezliczony szereg przykła­dów historycznych; nikt w XVI wieku nie napracował się nad tym przedmiotem tyle, co on.
Nie dosyć na tym. Zwycięstwo bogów obfituje w mnóstwo wycieczek satyrycz­nych. Zarzuca Klonowicz duchowieństwu niemoralność, szlachcie prywatę, swa­wolę, zbytki, ale szczególniej ucisk ludu. Rzewna i wymowna jest skarga, którą wkłada autor w usta chłopa uciskanego przez pana: «Jeśliś jest moim bratem; jeśli wraz ze mną przystępujesz do Stołu Pańskiego; jeśliś mnie nie wziął na wojnie w niewolę; jeśliś mnie nie kupił; jeśli tu, na tej ziemi, żyli moi przodkowie; jeślim i ja tutaj ujrzał światło dzienne; jeślim tu po raz pierwszy odetchnął powietrzem -to czemu mnie dręczysz i męczysz?...»«Ty wszystkich, Jezu Chryste, wzywasz ku sobie, którzy pracują, którzy jęcząc uginają się pod brzemieniem trudów!...»«Biedny chłop zawsze w nędzy, w udręczeniu, ciężko dyszy, drży, pragnie, łaknie, cierpi, potnieje, dźwiga brzemię ciężkie, skarży się, pracuje dzień i noc - a wszystko to dla niewdzięcznego pana: jego to zyski mając na celu ogłupia swój własny umysł, piecze się na upale i dygoce podczas wichrów zimowych i śniegów, moknie na desz­czu, zamęcza pachołków i bydlęta, wczasowi sen kradnie.» Wybucha Klonowicz po­tężnym oburzeniem na złych panów, «którzy wysysają żyły ludu do szpiku kości, sądząc, że dla ich żołądków wszystko tu na świecie, że dla nich samych tylko zasie­wa się pola, złote chwieją się zboża, statki prują przestworze, płodzą się w wodzie ry­by, że dla nich samych zwierz się poprzez gąszcze błąka, że dla nich tylko pod nie­bem lotne trzepoce się ptactwo, że o nich tylko troszczą się nieba, a reszta wzgardzo­na, że zasnął Bóg i przepomniał maluczkich. Lecz, śmiertelni, lękajcie się... pomsty bożej!... Potopem skarani, dawni zginęli giganci!... Już grzmi trąba, już powietrzem głos złowrogi wstrząsa, wszystko zniesie i zniszczy ogień, a Bóg zrówna góry i głę­bokie doły.» W całej literaturze staropolskiej mało się znajdzie słów równie wymow­nych i szlachetnych.
Jak Zwycięstwo bogów, tak i Worek Judaszów (1600) pisał Klonowicz z myślą o «poprawie obyczajów ludzkich, a zwłaszcza ludzi młodych», aby «oprzykrzywszy sobie sprawy i chytrości judaszowskie, udali się do sprawiedliwych i uczciwych dróg i obyczajów szukania żywności». W tym celu nie szczędzi czytelnikowi długich na­uk i morałów, obrzydza mu próżniactwo, jako źródło wszystkiego złego, a pragnąc go odstraszyć od oszustwa i kradzieży poucza, jak srogiej karze podlegał złodziej w starożytności i jak surowo karze go prawo polskie, jak okropnie męczy się zło­dziej na torturach, jak czasem ludzie spełniają nad nim sądy doraźne. Ale główną treścią poematu jest szczegółowy opis «spraw i chytrości judaszowskich», to jest charakterystyka różnego rodzaju złodziejów i oszustów, z którymi Klonowicz, jako sędzia miejski i burmistrz, miał często do czynienia i których różnorodne zbrodnie i sztuczki znał dokładnie.
Tytuł poematu pochodzi stąd, że, według jakiegoś podania, Judasz miał wo­rek zszyty z czterech skór: wilczej, lisiej, rysiej i lwiej; a ponieważ Judasz był największym łotrem i złodziejem, jakiego ziemia nosiła, więc ów jego worek to alegoria wszystkich w ogóle złodziejstw. Poemat więc składa się z czterech części.
W pierwszej, to jest w skórze wilczej, opisuje Klonowicz zwykłych złodzie­jów i rabusiów, którzy jak wilk kradną cudze mienie, jako to: świętokradców, «pszczołołupców», złodziejów bydła nad Dniestrem, Cyganów, Tatarów, złodzie­jów dobra pospolitego i łapowników, «Martahuzów», to jest wyrodków zaprzedają­cych ludzi w niewolę turecką, itd.
W części drugiej (skóra lisia) mieszczą się ci, którzy przywłaszczają sobie cu­dze mienie «prośbą, pochlebstwem abo też zmyślonym nabożeństwem», a więc w ogó­le oszuści i wydrwigrosze, wyłudzający na przykład od prostych ludzi pieniądze pod płaszczykiem składek dobroczynnych albo pielgrzymek pobożnych. «
W skórę rysią (część trzecia) zaszył Klonowicz tych oszustów, co to usiłują swoim postępkom nadać pozory prawa; są tu więc na przykład podstępni kupcy, I którzy używają fałszywych wag i miar, a tłumaczą się, że przecie oni nie zmuszają [ nikogo, by u nich kupował; gracze ogrywający roznamiętnionego przeciwnika; li­chwiarze, którzy usprawiedliwiają swe haniebne rzemiosło tym, że przecie i rolnicy biorą lichwę od ziemi, która «daje za trochę ziarn posianych - gumna jako gaje».
Część czwarta na koniec (skóra lwia) składa się zaledwie z kilku wierszy; za­mierzał w niej zapewne Klonowicz napiętnować jawne rozboje i gwałty, jakich się dopuszczali możnowładcy: ale, powiada, «strach o tej skórze pisać: bo ta groźba Strachem - narabia, iż tak mówić mam prostym odmachem; - więc mamli o niej pisać, namyślę się zatem; - bym się zaś nie uprzykrzył Judaszom zębatym*: bał się  zemsty magnatów!
Wartość i znaczenie Worka Judaszowego polega na tym, że sporo w nim ży­wych obrazków i dobitnych wizerunków, wziętych wprost z życia miast i wsi polskich; jest tu na przykład obraz kłopotów burmistrza, dobrze Klonowiczowi zna­nych; jest jaskrawy opis tortur w sądach miejskich; ale nade wszystko jest dosadna ! charakterystyka oszustów, złodziejów i w ogóle wszelkiego rodzaju mętów społecz­nych, w jakie za czasów Klonowicza obfitowały szczególniej ziemie ruskie; wresz­cie i tutaj nie zapomniał autor o tym, co mu zawsze najbardziej na sercu leżało -poskarżyć się na ucisk ludu wiejskiego.

OSZUST I WYZYSKIWACZ LUDU

Przędzie sobie postawę, żebrze płaskim głosem,
Włóczy sie po jarmarkach z judaszowym trzosem;
Nosi puszkę żelazną, dzwonek mosiądzowy,
Prosi rzkomo na szpital i na kościół nowy;
Prosi, chytry nieborak, na jakiego świątka,
Chocia z tamtej jałmużny nie da mu i szczątka.
Czasem zmyśli na błoniu i w boru zjawienie
I ślubuje prostakom za pewne zbawienie:
«Widziałem - pry - pod lasem miłą Matkę Bożą!

(A baby sie, słuchając onych baśni, trwożą.) Wielka światłość wynikła w choinowym borku, Na pieńku nowo ciętym, na cudnym pagórku!» Więc on niezbędny oszust twierdzi za rzecz istą, Że widział własnym okiem Dziewicę Przeczystą, Która mu rozkazała chwałę bożą mnożyć I tam, na onym miejscu, kościółek założyć. Więc plecie, bredzi, mata i na on kościółek Nawyłudza powałek, pieniędzy, gomółek. I dobrze mu wychodzi matanina ona: Idzie mu chleb w kobiałkę i w puszkę mamona. Więc też chudzi kleszkowie i książkowie prości, Widząc, iż tak przybywa do zjawienia gości, Opuszczają więc podczas i kościół swój stary: Przenoszą sie na odpust do łasa od fary; Udają sie za chlebem, za ofiarą głupią: Kury, jajca, szelągi, kukle, świeczki łupią. Pomagają prostakom po staremu błądzić, Nie umieją ubogich ludków dobrze rządzić, Ślepi wodzowie ślepych, i wpadną pospołu, Mistrzowie i uczniowie, do jednego dołu...
Odbieży białagłowa krosien i kądziele, Nie opatrzy dobytka, marchwi nie wypiele, Tak, nieboga, samopas puści gospodarstwo; Już jej zawsze na myśli będzie ono łgarstwo. Wlecze sie do zjawienia, tuszy: «Będę w niebie, Jeśli pójdę do boru o żebranym chlebie.» Więc coby jałmużnę dać swoje, żebrze cudzej; Jej przykładem prostacy czynią to i drudzy. Więc też za nią gospodarz wlecze sie i sługa, Odbieżawszy koników i wołków, i pługa; Bez pozwolenia starszych po świecie sie krążą, Boże męki na polach powrósłami wiążą, Kładą kije na kupę, głaze na kamionki, Wiją kiczki z brzeziny mężowie i żonki. Idą - nikt im nie kazał - na nie poświącane Miejsce i które nie jest przywilejowane, A on isty bałamut ze dzwonkiem i z puszką Żywię na tę łeż dobrze i z swą panią duszką; Więc sie w onej świątyni kościelnym obierze, Wierutny łotr, co gmerze w onej tam ofierze,
Co w kazanie potrząsa po kościele owym Na kiju zawieszonym workiem judaszowym I mówi: «Wspomagajcie na nowy dom boży, Pan Bóg mu to zapłaci, kto w mieszek co włoży!»
Dopieroż się do moszen prostaczkowie mają: Na kościelny budynek hojną ręką dają, I tak wiele pieniędzy bierze on chorąży, Ze każdemu «Bóg zapłać» mówić nie nadąży. Wszedłszy do zakrystyjej, rachuje sie z onym, Co nań prosił, nowego kościoła patronem: «Odpuść mi, święty miły, miej lutość nade mną! Staszek robił, Staszek je - nie brząkałeś ze mną!» Mykże do swej kalety z tą świętą zdobyczą! A tak chłop liczy grosze, mili święci milczą.

DOLA KMIECA  

...Kmiotaszek ubogi ustawnie do dwora
Robi sobą i bydłem aże do wieczora,
Karmi sie ustawiczną biedą i kłopotem,
Cierpi kuny, biskupy, korbacze, gąsiory,
Osoczniki pochlebcę, podatki, pobory I pany furyjaty, opiłe tyrany, Pyszne, chciwe, wszeteczne, gorsze niż pogany. Ach! biednaż jego lichwa: dobrze to zapienia8, Co mu Bóg da z wiecznego swego opatrzenia! Chocia sie Bóg rozgniewa na pieszczone pany, Musi ten gniew odnosić na sobie poddany. Przyjmie wszytko za dobre, co przyniesie rola, Mówi z pokorą: «Niech sie dzieje boża wola!* Chocia grady potłuką, choć susza zaszkodzi, Chocia zboże wymoknie dla długiej powodzi, Chocia spasie zły sąsiad, ostatek ukradnie -Wszytkiego tego oracz ożałuje snadnie. Kiedy chybią ogrody, więc do lasu na gier, Jeśli pola szwankują, do dąbrowy na żer. Nie szemrze, nie swarzy sie i z ziemią, i z Bogiem, Żywi sie, nieboraczek, bardzo niskim brogiem. Więc musi czekać lata i słusznego żniwa, Bo zimie nie będzie żął: zamarza mu niwa, Z tej też lichwy oddaje księdzu dziesięcinę,
Snopki, meszne i pobór, czynsze, pańską winę, Stądże suknią, konika kupić, krówkę, wołku, Stąd jałmużnę dziadowi, obuwie pachołku.

Do góry