Ocena brak

Recenzje filmu pt. "Pasja" Mel'a Gibson'a

Autor /serhaha Dodano /14.08.2006

Krzyż na ramionach
Ks. Andrzej Luter
Jest to film porażający autentyzmem, realizmem, wręcz naturalizmem. Okrucieństwo Męki Pana staje się dla widza przeżyciem traumatycznym. Ma rację ks. prof. Waldemar Chrostowski, wybitny biblista, kiedy mówi, że chrześcijanie czytając czy słuchając w kościołach opisu męki Chrystusa, niejako "uodpornili" się na te teksty. Tymczasem Gibson chce nam uświadomić, jaka była prawdziwa cena za nasze zbawienie: to jest temat jego filmu, cel, dla którego został zrealizowany. Nie ma w nim cienia sentymentalizmu. Jest Droga Krzyżowa, jest Golgota i Śmierć, jest Zmartwychwstanie i jest Jego Zwycięstwo.

Gibson nie oszczędza widza, balansuje na granicy wrażliwości, chociaż nigdy jej nie przekracza, nawet w scenie straszliwego rzymskiego biczowania, które sprawiało przecież, że wielu skazańców umierało już z samego bólu i wyczerpania. Zdumiewa, że Jezus, katowany z wbitą w czaszkę cierniową koroną, zachowuje przytomność. Jako widz po zakończeniu projekcji filmu - jakby ogłuszony - długo nie mogłem wstać z miejsca, z trudem powstrzymując łzy, ale wcale nie łzy wzruszenia; to było raczej odreagowanie niesłychanego napięcia, które zwiększało się z każdą minutą seansu.

Trudno zatem z takiej perspektywy napisać obiektywną ocenę, trudno wydawać wartościujące sądy. Jeśli jednak powiem, że osobiście odbieram dzieło Gibsona jako film bardzo ważny, to dlatego, że twórca zmusza widza, niezależnie od jego przekonań, od jego wiary czy niewiary, do zasadniczej refleksji nad rzeczywistością transcendencji.

Zbigniew Herbert w poemacie "Męczeństwo Pana Naszego malowane przez Anonima z kręgu mistrzów nadreńskich" pisał o rzymskich oprawcach Jezusa: "Gęby mają szpetne, a ręce sprawne, przywykłe do młota i gwoździa, żelaza i drzewa. (....) Dobrzy rzemieślnicy przybijają - jak się rzekło - Pana Naszego do krzyża. Sznury, gwoździe, kamień do ostrzenia narzędzi ułożone są porządnie na piasku. Krzątanina, ale bez zbytecznej nerwowości. Piasek jest ciepły, malowany dokładnie ziarnko po ziarnku. Gdzieniegdzie kępka wyprężonych sztywno traw i radująca oko niewinnie biała stokrotka". Być może było tak, jak chcą mistrzowie nadreńscy i Herbert, a więc zwyczajnie i banalnie, co przecież także potęguje dramatyzm ukrzyżowania. Wizja Gibsona w wymiarze plastycznym przypomina obrazy nadreńczyków, wszakże dynamizm filmu, emocjonalne i duchowe zaangażowanie reżysera widoczne w każdym kadrze powoduje, że "Pasja" daleka jest od tego pozornego spokoju z poematu Herberta.

Gibson jest wierny przekazowi Ewangelii. Wie także, że kara ukrzyżowania to najbardziej przerażająca kara śmierci w starożytności. Przeznaczona była jedynie dla niewolników i wyzwoleńców, a w Palestynie dla rebeliantów. Należy zatem domniemywać, że Jezus był postrzegany przez Rzymian jako buntownik polityczny. Karę ukrzyżowania mógł wymierzyć tylko namiestnik rzymski, czyli w tamtym czasie Poncjusz Piłat. Również na ekranie nie jest to postać jednoznaczna, waha się przed wydaniem wyroku. Jezus go interesuje, fascynuje, niepokoi. Piłat nie znajduje w Nim winy. Wie, że przeciw Jezusowi nie przeprowadzono właściwie żadnego procesu. Sanhedryn szukał fałszywych świadków, żeby Go oskarżyli. Widzimy na ekranie rozszalały tłum i jedynie Kajfasz woła do pochwyconego Jezusa: "Zaklinam cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?" Odpowiedź Jezusa: "Tak, Ja Nim jestem" rozpętuje amok tłumu, któremu poddaje się także Kajfasz. W filmie nie rozpoznaje on w Jezusie, podobnie jak inni, swego politycznego ideału Mesjasza i wraz z innymi woła do Piłata: "Poza Cezarem nie mamy króla", lecz dostrzec w nim trzeba przebłyski wątpliwości, a może strachu z powodu niepewności swoich racji. Tak jest w scenie uwolnienia Barabasza, szczególnie zaś w momencie ukrzyżowania. Twarz Kajfasza wyraża przerażenie, nie widać nawet cienia satysfakcji z powodu konania "bluźniercy". Dla Żydów trudny do przyjęcia był sam fakt Wcielenia Boga. Jezusa zdradza Judasz, a Piotr wypiera się swojego mistrza; Piłat, poganin, ostatecznie umywa ręce i w imię spokoju w Jerozolimie ustępuje tłumowi.

Taki jest realny, nie upiększony obraz rodzącego się Kościoła w godzinie prawdy. Tak to widział w swoich pasyjnych rozważaniach wielki teolog Hans Urs von Balthasar i tak ten moment dziejów zbawienia przedstawia Mel Gibson. "Skazanie zaczęło się od małego grona tych, którzy szli za Chrystusem: od Judasza, któremu ten Mesjasz wydał się niedostatecznie skuteczny w świeckim sensie i który dlatego wydał Go Żydom dążącym do politycznego wyzwolenia i politycznej władzy. Piotr wypiera się go, reszta uczniów ucieka". Nikt nie przyjmuje na siebie winy, choć wszyscy są winni. Nie rozpoznano w Bogu tego, kim On rzeczywiście jest. Rozpoznał Judasz, ale było za późno. Scena samobójstwa Iskarioty przejdzie, moim zdaniem, do historii filmu.

Tak rozpoczyna się Droga Krzyżowa, poprzedzona biczowaniem. Potem Jezus, tak jak inni skazańcy, w tym przypadku dwaj złoczyńcy, musiał dźwigać poprzeczną belkę na miejsce straceń, które znajdowało się poza murami miasta - na Golgotę. U Gibsona Zbawiciel od początku Drogi dźwiga na ramionach cały krzyż. Niektórzy mają pretensje do reżysera za tę nieścisłość, tym bardziej, że film odznacza się ogromną dbałością o stronę historyczną. "Pasja" zawiera jednak także wiele scen symbolicznych i tak też należy odbierać - jak sądzę - ów cały krzyż na ramionach Jezusa.

W filmowej Drodze Krzyżowej znajdziemy kilka szczególnie przejmujących momentów. Najpierw epizod z Szymonem z Cyreny, który pomaga nieść krzyż Chrystusowi. Jest poganinem. Zmuszają go do pomocy - i tak on, dla którego rzeczywistość wiary była do tej pory obca, dotyka ukrytego Boga i asystuje Mu w zbawianiu świata. Oglądamy na ekranie zbliżenie przenikliwego i pełnego miłości spojrzenia Boga - Człowieka i twarzy przerażonego Szymona. Od tego momentu osoba Jezusa przestaje być dla Cyrenejczyka obojętna. Podobne zbliżenia oczu i twarzy są w scenach spotkań Jezusa-Zbawiciela z Judaszem, Piłatem, Kajfaszem, złoczyńcą i Weroniką. Doświadczenie twarzy ukazuje indywidualność i niepowtarzalność drugiego człowieka. Twarzą Boga jest twarz innego. W twarzy innego, jeśli potrafimy go spotkać, możemy rozpoznać twarz Boga. Gibson pokazuje w ten sposób, że Jezus nie odrzuca nikogo. Nie wypowiada wielu słów, ale daje świadectwo życiem i cierpieniem.
Inny znaczący epizod to chusta Weroniki. Jak wiadomo postać Weroniki nie pojawia się w Biblii, ale Drogą Krzyżową idzie za Jezusem wiele kobiet. Jak zauważył Balthasar, Kościół w owym dramatycznym momencie składał się z umiłowanego ucznia i z kobiet, które trwały przy Jezusie i przez samą swoją obecność pragnęły przyznać się do Pana, pomóc Mu, w miarę swych nikłych sił. Gibson mocno i słusznie eksponuje ten wątek kobiecy w "Pasji". Na chuście Weroniki Jezus odciśnie rysy swego cierpienia. Ten "całun" stanie się dla młodej dziewczyny relikwią, przypominającą, że odbicie Chrystusowego oblicza prawdziwy chrześcijanin znajduje także w rysach cierpiącego bliźniego. Taka jest symbolika tej sceny. A więc znowu doświadczenie twarzy, która tym razem jest śladem Boga. Ślad umożliwia wędrówkę do wzoru. Jeśli twarze są odbiciem oblicza Boga, to ślady - jak pisze prof. Tadeusz Gadacz - prowadzą do drugiego człowieka. Z całą oczywistością widać, że dla Gibsona stacja z Weroniką stanowi ważny moment Drogi Krzyżowej. Jednocześnie jest to bardzo ewangeliczny fragment filmu.
Ukrzyżowanie i ostatnie siedem słów wypowiedziane przez Jezusa to kulminacja. Gibson daje do zrozumienia, że cierpienie Jezusa było cierpieniem męczennika. Wynikało - jak pisał w "Dziennikach" Jean Guitton - z głoszonej przez Niego nauki, z Jego energii, z odwagi, z jaką opowiadał prawdę i dzielił się Słowem.

W "Pasji" znajdziemy kilka ważnych scen retrospekcyjnych, przede wszystkim fragment Kazania na Górze. Gibson uzasadnia w ten sposób teologicznie sens ofiary Chrystusa: nie ma ona charakteru cierpiętniczego, nie jest konsekwencją fanatyzmu frakcji żydowskich czy okrucieństwa Rzymian. Jej niezwykłość i niepowtarzalność polega na tym, że Bóg-Człowiek oddał samego siebie na Krzyżu za nas, dla naszego zbawienia. Kiedy Jezus wypowiada na Krzyżu słowo trzecie: "Niewiasto, oto syn Twój; synu, oto Matka Twoja," najpełniej poznajemy matkę Zbawiciela, Maryję. Jest w tej scenie wszystko: samotność, ból, zagubienie, oddanie, wiara, miłość; i to, że Maryja pod krzyżem stała się matką Kościoła. Gibson unika patosu i sentymentalizmu, dlatego jego obraz przemawia z tak wielką siłą.
Cierpienia Chrystusa nie były skutkiem słabości, tak jak dzieje się to najczęściej w życiu, ale odzwierciedleniem Jego osobowości. Jego cierpienia - jak pisał Guitton - streściły niejako Jego istotę. I dlatego film Gibsona uważam za wielkie rekolekcje wielkopostne. Msza święta, czyli Eucharystia, może stać się rutyną, może spowszednieć - jednak każda jest przypomnieniem tej Męki, a więc wiary pośród nadciągających mroków, nadziei wbrew nadziei i, oczywiście, miłości. Jezus w filmie Gibsona w pokorze serca błogosławi upokorzenia, ale jest pokorny w tym sensie, że pozostaje pełen podziwu dla dzieła Ojca. Jakby zapominał o własnym męstwie, gorliwie i bezinteresownie wykonuje każdy kolejny etap ofiary. Nie poddaje się rozpaczy, pomimo zadawanych mu tortur, nie poddaje się kuszeniu. Gibson wprowadził do filmu symboliczną postać szatana-kusiciela, który towarzyszy Jezusowi od Ogrójca aż po Krzyż i przegrywa. Dlatego Jezus może na koniec wypowiedzieć jedno, ostatnie słowo: "Wykonało się." To znaczy, jak pisał Karl Rahner, spełniona została misja dana przez Ojca. Wypity został kielich, który nie miał być odjęty. Dokonane zostało zbawienie świata. Zwyciężona została śmierć. Pokonany został grzech. Otwarła się brama życia. Jezus trzeciego dnia zmartwychwstał.

Już po pierwszych pokazach "Pasji" w Stanach Zjednoczonych pewne środowiska zarzucały filmowi antysemityzm. W "Newsweeku" można było nawet przeczytać, że film otwiera na nowo dyskusję o odpowiedzialności Żydów za śmierć Chrystusa. Tymczasem film nie daje żadnych podstaw do stawiania podobnych zarzutów ani do wszczynania dyskusji, która, przynajmniej w Kościele katolickim, została dawno zamknięta. Przypominam, że w 1965 roku na zakończenie II Soboru Watykańskiego wydana zastała deklaracja "Nostra Aetate" o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich, w której Ojcowie soborowi w imieniu Kościoła odrzucili trzy podstawowe błędy dotyczące dotychczasowego nauczania o judaizmie. Odrzucono przede wszystkim zarzut Bogobójstwa, a więc obciążania wszystkich Żydów za śmierć Jezusa. Czytamy w dokumencie:" A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Jezusa, jednakże to, co popełniono podczas jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym." Ojcowie Soboru dodają jeszcze, że Chrystus mękę swoją i śmierć podjął dobrowolnie pod wpływem "bezmiernej miłości, za grzechy wszystkich ludzi, aby wszyscy dostąpili zbawienia". Owa dobrowolność ofiary powoduje, że narodowość sprawców nie ma żadnego znaczenia, a wszelkie wykorzystywanie krzyża do walki ideologicznej wypacza sens Chrystusowego cierpienia. W filmie Mela Gibsona Jezus i Jego matka, Maryja, stanowią integralną część społeczności żydowskiej (nie mogło być zresztą inaczej), chociażby przez to, że tak jak inni Żydzi mówią po aramejsku. Rzymianie posługują się w filmie łaciną. Jak słusznie zauważył ks. prof. Chrostowski, cały ewangeliczny opis męki i śmierci Jezusa ma swoje silne osadzenie geograficzne, topograficzne i historyczne. Nie można zatem w imię politycznej poprawności przerzucić akcji filmu np. do Australii czy na Grenlandię. Byłby to absurd.
Tak więc bohaterami tych wydarzeń - pozytywnymi i negatywnymi - są Żydzi i poganie mieszkający w Jerozolimie, najczęściej Rzymianie. Jeśli uznajemy, że film Gibsona wiernie odwzorowuje Ewangelię, to nie może być mowy o żadnych treściach czy nawet aluzjach antysemickich. Rozumiem, że część środowisk żydowskich może negatywnie odbierać sposób przedstawienia Sanhedrynu, ale przecież Gibson odkrywa tylko mentalność tłumu, który rządzi się zawsze nieprzewidywalnymi prawami. Film koncentruje się przede wszystkim na osobie Jezusa i na jego misji zbawczej.

Powróćmy jeszcze do Ojców Soboru. W deklaracji "Nostra Aetate" odrzucono także błędną opinię głoszącą odrzucenie Żydów: "Chociaż Kościół jest nowym ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma Świętego." Bóg nie cofa swoich obietnic i swojego wybraństwa. Odrzucono także trzeci błąd, tzw. teorię zastępstwa, głoszącą jakoby chrześcijaństwo zastąpiło Izrael, że jest "versus Israel". Tymczasem Kościół mówi dzisiaj, że "Żydzi nadal ze względu na swych przodków są bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania". Ojcowie Soborowi potępili też wszelkie przejawy antysemityzmu. I takie jest nauczanie Magisterium Kościoła, a film Gibsona nie daje żadnych przesłanek, żeby powracać do czasów dyskusji przedsoborowych.
Jeśli może budzić sprzeciwy, to w zupełnie innym aspekcie. Już Anselm Grn zauważył, że powinniśmy rozważniej podchodzić do sposobu przedstawiania śmierci na krzyżu. Należałoby odchodzić od okrutnych wizji baroku, które nie pomagają w pogłębianiu rozumienia sensu Krzyża, a nawiązać do tradycji wczesnego Kościoła, który pojmował Krzyż jako znak zbawienia i zwycięstwa. Kościół Zachodni przedstawiał wielokrotnie w sposób bardzo brutalny scenę ukrzyżowania, a także całą Drogę Krzyżową. Kościół Wschodni jest łagodniejszy. Nie chodzi o to, żeby przymykać oko na cierpienie, ale - tak uważa Grn - konający Chrystus "o rysach zdeformowanych bólem nie może być najważniejszym elementem otaczających nas krzyży". Gibson nie epatuje okrucieństwem dla okrucieństwa, ale zapewne lepiej będzie, jeśli zamęczona twarz Zbawiciela z jego filmu nie stanie się ikoną popkultury. Z tej perspektywy patrząc, może lepiej zakodować sobie w pamięci obraz Męki Pana z poematu Herberta i płócien mistrzów nadreńskich.
Artykuł ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 11/04 na stronie 112

Pasja bez powtórki
Mel Gibson nie bawi się cierpieniem, nie epatuje nim bez potrzeby. Chce przypomnieć światu, że religia to nie sama tylko przyjemność.Mela Gibsona, gdy zrealizował "Pasję", zapytano, kto ukrzyżował Jezusa. Odpowiedział: "Ja to zrobiłem, my wszyscy to zrobiliśmy". Wierzę w szczerość tej deklaracji. Wierzę w szczerość intencji Gibsona. Nawet nie dlatego wierzę, że przemawia do mnie romantyczna aura otaczająca samego twórcę - niegdyś dużo pijącego, przystojnego aktora filmów akcji, który jako jeden z nielicznych we współczesnym Hollywood przyznaje się do sympatyzowania z tradycyjnymi wartościami. Który w roli Jezusa obsadził aktora-katolika Jima Caviezela (też rzadkość w Hollywood!), brzydzącego się rozbieranymi scenami. Ten romantyzm otaczający "Pasję" to ważny argument na rzecz intencji Gibsona, ale jednak dodatkowy. Liczy się samo dzieło. Radziłbym o nim dyskutować po obejrzeniu filmu, a nie przed. Słowa o wspólnej winie za ukrzyżowanie Jezusa mają oczywiście swój kontekst społeczno-polityczny. Jak przekonać o tym, że "Pasja" nie jest zrobiona przeciw komukolwiek, tak jak nie były pisane przeciw nikomu cztery Ewangelie? Jak o tym przekonać, odrywając się od traumatycznych doświadczeń dwóch tysięcy lat stosunków między żydami i chrześcijanami?

Może wystarczy wskazać, że co prawda walorem filmu jest stosunkowo duża wierność realiom Bliskiego Wschodu - wrzaskliwego, ekspresyjnego, żywo gestykulującego, mówiącego dziwnym językiem aramejskim, ale nie chodzi tu o żadne wyszydzanie czy karykaturyzowanie narodu żydowskiego. Przecież tłumy żądające śmierci Jezusa zachowują się w "Pasji" podobnie jak niewątpliwy Semita święty Piotr. A może trzeba opowiedzieć, że największymi bestiami są w tym filmie rzymscy żołnierze, pokazani jako typowi oprawcy, którzy nie umieją niczego innego prócz bicia i zabijania, a swoim śmiechem maskują niepewność co do marności własnej profesji. A może wychwycić znamienną scenę, kiedy podczas drogi krzyżowej rozwścieczony Rzymianin zwraca się do Szymona z Cyreny stającego w obronie Jezusa: "Ty Żydzie". To wszystko może nie wystarczyć i wypada tylko mieć nadzieję, że czas oraz specyficzna delikatność tego gwałtownego, okrutnego filmu pozwolą opaść emocjom i spokojnie porozmawiać. O jedno warto poprosić, i to wcale nie tylko środowiska żydowskie, ale wszystkich, w których treść i przesłanie tego filmu budzi niechęć. Rozmawiajmy bez uprzedzeń i złośliwości. Za taką złośliwość uważam kampanię, jaką rozpętano wokół tego filmu jako zbyt okrutnego, wręcz sadystycznego. Naturalnie każdy ma własną wrażliwość. Jedni wybiorą dyskretne, symboliczne ujęcie tego tematu w nakręconych wcześniej włoskich lub amerykańskich filmach religijnych. Innym ono nie wystarczy. Nie uważam, aby jedno lub drugie stanowisko było lepsze czy gorsze. Ale kiedy słyszę, że tłum amerykańskich krytyków, dla których setki trupów w "Kill Bill" Quentina Tarantino to tylko zręczna i godna pochwał gra konwencjami, pochyla się nagle z troską nad "sadyzmem Gibsona", to wyczuwam fałsz. Nie mniejszą sztuczność upatruję w zatroskaniu polskich tabloidów, które na co dzień żyją z epatowania okrucieństwem życia, a tu nagle zaczęły przestrzegać, że film jest zbyt krwawy, zrobi krzywdę dzieciom itd. Chwilami kojarzy mi się to ze złośliwością pewnego fanatycznego antyklerykała, który w jednym z polskich miast złożył doniesienie do prokuratury na księdza odprawiającego mszę na wolnym powietrzu, że... naruszył przepisy ustawy antyalkoholowej. Zabawne? Nie bardzo. Rzecz w tym, że Tarantino, Lynch i wielu innych godnych skądinąd podziwu reżyserów często bawi się ludzkim cierpieniem. U Gibsona nie ma nic z zabawy. Chłostę, a potem drogę krzyżową Jezusa przebywamy wraz z nim, męcząc się, zakrywając chwilami oczy i jest to zmęczenie oczyszczające. Zgadzam się z publicystą "Polityki" Adamem Szostkiewiczem: Mel Gibson chciał przypomnieć Zachodowi, że religia, że chrześcijaństwo to nie tylko przyjemność. Polacy pamiętający jeszcze surowe, czasem wręcz drastyczne słowa pasyjnych wielkopiątkowych pieśni mają to zakodowane - przynajmniej w podświadomości. I najwyraźniej Gibson, choć czasem posługuje się sztuczkami rodem z hollywoodzkich superprodukcji, także to czuje. Inny argument w obronie "Pasji" - okrucieństwo twórców amerykańskich i nie tylko amerykańskich filmów gangsterskich czy horrorów jest seryjne. Mękę Jezusa można było pokazać w taki sposób w zasadzie tylko raz. Gibson nie znajdzie naśladowców, bo znaleźć ich nie może. Tę drogę należało przebyć, wraz z Jezusem, w jedną stronę. Dlaczego należało? Bo po przebyciu tej drogi świat może stać się odrobinę lepszy. Nie chciałbym się wdawać w teologiczne polemiki z redaktorem naczelnym "Tygodnika Powszechnego" księdzem Adamem Bonieckim. Dopatrzył się on w tym filmie samego tylko cierpienia, podczas gdy "chrześcijaństwo polega na czymś więcej". Nie będę sobie ułatwiał z nim dyskusji przypominaniem, że wielu innych duchownych i świeckich katolików - łącznie z takimi liberałami jak Tadeusz Mazowiecki - odczytało ten film inaczej niż on. Wspomnę tylko, że ten film zbliżył mnie do religii bardziej niż cokolwiek innego w ostatnich latach. Do religii nie tylko pochylającej się nad sensem cierpienia, ale przepojonej - od pierwszego do ostatniego kadru "Pasji" - przykazaniem miłości bliźniego.

Piotr Zaremba jest publicystą tygodnika "Newsweek Polska"
Dobra nowina? Polska premiera "Pasji" już 5 marca. Recenzent "Newsweeka" David Ansen widział ten film - w jego opinii dzieło Mela Gibsona wyróżnia sadyzm, nie antysemityzm. Nie wątpię, że Gibson kocha Jezusa. Jednak - czego dowodem "Pasja" - reżyser nie mniej kocha obrazy spuchniętego ciała, chrupot miażdżonych kości i strumienie przelanej krwi. Ten bezkompromisowo gwałtowny film można nazwać Ewangelią według markiza de Sade. Obejrzany świeckimi oczami prędzej wywoła nocne koszmary, niż skłoni do modlitwy. Finałowa scena ukrzyżowania okazała się za mocna dla 56-letniej Peggy Law Scott z Wichity (Kansas), która zasłabła podczas projekcji "Pasji" i po przewiezieniu do szpitala zmarła. Amerykańska premiera filmu Gibsona wywołała protesty środowisk żydowskich, co przewidywaliśmy w nr. 7/2004 "Newsweeka". Dodajmy uczciwie, że nieliczne. Pod jednym z kin na Manhattanie demonstrowała grupka żydów ubranych w oświęcimskie pasiaki - obserwujących ich dziennikarzy i fotoreporterów było kilka razy więcej. Ale protestujących może przybyć, bo w piątek o bojkot filmu zaapelował jeden z dwóch wielkich rabinów Izraela. Ja, szczerze mówiąc, nie uważam Gibsona za antysemitę, choć przyznaję, że różnej maści bigoci bez trudu znajdą w tym filmie pożywkę dla swych frustracji. Jednak wcale nie rzekomy antysemityzm, lecz sadyzm jest w "Pasji" najbardziej uderzający. Jeśli podejść do sprawy z dystansem, ten fakt przestaje dziwić. We wcześniejszych filmach Gibsona - zarówno aktora, jak i reżysera - łatwo dostrzec sadomasochistyczne motywy. Nagrodzone Oscarem "Waleczne serce" epatuje widza malowniczymi obrazami ścinania głów i prucia wnętrzności. Nie wspominając już o widoku samego Gibsona, heroicznego szkockiego wojownika, nadzianego na krzyż. Czy to był "Mad Max", cykl "Zabójcza broń", "Okup" czy "Znaki" (tu Mel gra duchownego, który stracił wiarę), bohater Gibsona zawsze bywał okładany pięściami, dręczony i - ogólniej - upokarzany do granic możliwości. Przejście od takich męczarni do samej Męki Pańskiej wydaje się więc logiczną konsekwencją. Więcej - daje powody do podejrzeń, że na jakimś (może nie do końca świadomym) poziomie "Pasja" jest dla Gibsona rodzajem autobiografii. Z wyjątkiem kilku krótkich retrospekcji film skupia się na ostatnich 12 godzinach życia Jezusa z Nazaretu. Pierwszy raz widzimy go dręczonego przez strach, modlącego się w spowitym mgłą Ogrójcu. To tu kusi go szatan, ukazany pod postacią bladej, zakapturzonej, androgynicznej kobiety, jakby żywcem wyjętej z dzieł Ingmara Bergmana. Gibson posługuje się eklektyczną ikonografią: przywołuje malarstwo Caravaggia (groteskowe cheruby zmuszające Judasza do samobójstwa), makabryczne XVI- i XVII-wieczne warianty Ukrzyżowania i wizerunki Piety, a nawet filmowe horrory w rodzaju "Egzorcysty". Kiedy Jezus zostaje pojmany przez siepaczy Kajfasza, wybucha bijatyka. Apostoł Piotr odcina ucho jednemu z napastników i tu - po raz pierwszy, ale nie ostatni - Gibson funduje nam zwolnione tempo zdjęć, zapraszając do wnikliwej kontemplacji brutalnej sceny.
Na tym polega cały kunszt reżysera: wie, jak skatować publiczność. Mroczna, niepokojąca siła obrazów pomysłowo sfilmowanych przez Caleba Deschanela oraz czas ich trwania (scena, w której rzymscy żołnierze dręczą Jezusa, ciągnie się w nieskończoność) zdominowały przesłanie filmu. Pozostał tylko jego cień. "Kto mieczem wojuje, od miecza ginie" - mówi Jezus, kładąc kres walce w Ogrodzie Oliwnym. Słyszymy jeszcze urywek Kazania na Górze, w którym wzywa wyznawców, by kochali wrogów jak samych siebie. Jednak te krótkie sekwencje są czymś na kształt przypisów i nie zaprzątają wyobraźni Gibsona. Zapamiętujemy za to kruka, który wyłupuje oko złoczyńcy ukrzyżowanemu obok Jezusa. I chociaż James Caviezel stwarza przekonującą w swej cielesności kreację, to nie dostał szansy ukazania duchowej charyzmy Mesjasza. Główną cechą Jezusa wydaje się zdolność do znoszenia bólu. Zadziwiające, ale najbardziej oszczędną w środkach sekwencją jest Zmartwychwstanie, przedstawione w śmiałym skrócie, co prowadzi film do zaskakująco stonowanego finału.
Ale wcześniejsze kaskady krwi dają obraz Pasji inny od (zapewne) zamierzonego. Jako widz wielokrotnie ze wstrętem odwracałem głowę. Podobnego uczucia doświadczyłem podczas projekcji obrazu Gaspara No "Nieodwracalne", w którym z niemal pornograficzną dosłownością pokazano scenę gwałtu. Miast zostać poruszony cierpieniem Chrystusa, czułem się wykorzystany przez reżysera. Być może inni doszukają się w "Pasji" duchowego wymiaru. Nie będę udawał, że wiem, jakie emocje film wywołuje w ludziach wierzących. We mnie furia Gibsona pozostawiła głęboki i trwały niesmak.


Pasja według Gibsona
Mel Gibson nakręcił kolejną wersję Ewangelii. I ściągnął na swoją głowę protesty i żydów, i chrześcijan.Na ekranie Jezusów było wielu. U Franca Zeffirellego ("Jezus z Nazaretu", 1977) nosił z wyjątkową godnością piękną, posągową twarz Roberta Powella. Chodził, nauczał, czynił cuda. Sfilmowany musical "Jesus Christ Superstar" (dzieło Normana Jewisona z 1973 roku) ukazywał Chrystusa jako natchnionego przywódcę młodych nonkonformistow. Jego niezależność świetnie rymowała się z rockowymi melodiami w tle. Martin Scorsese poszedł znacznie dalej. W "Ostatnim kuszeniu Chrystusa" (1988) zakochany w Marii Magdalenie Jezus (w tej roli Willem Dafoe) rezygnuje ze swojej zbawczej misji i decyduje się na zwykłe, ziemskie bytowanie z piękną kobietą. W Ameryce pokazom filmu towarzyszyły protesty. W Polsce film nie miał premiery kinowej do dzisiaj. Droga "Pasji" Mela Gibsona na polskie ekrany może być równie wyboista. Zamiast bowiem nakręcić kolejny film akcji z sobą w roli głównej, hollywoodzki gwiazdor podjął się przeniesienia na ekran historii Jezusa. Zagrał go James Caviezel, 35-letni, mało znany aktor. Niewiele powiedzą też widzom nazwiska Mai Morgenstern (filmowa Matka Boska) czy Rosalindy Celentano (w roli Szatana). Jedyną w tym gronie gwiazdą o międzynarodowej sławie - ale za to jaką - jest piękna Włoszka Monica Bellucci (Maria Magdalena). Gibson wyłożył 25 milionów dolarów, by wyprodukować i osobiście wyreżyserować biografię Jezusa. Jak utrzymuje, ten zamysł towarzyszył mu od dobrych 10 lat. Na razie wyszedł z tego tylko skandal. Choć film obejrzała dotychczas jedynie garstka osób zaproszonych na specjalne pokazy, już ciągnie się za nim zła sława. Nie pomagają deklaracje reżysera, że choć zdjęcia są już skończone, film nie przybrał jeszcze ostatecznego kształtu. Przedstawiciele organizacji zajmujących się zwalczaniem antysemityzmu - wśród nich wpływowej Anti-Defamation League (Liga Przeciw Zniesławianiu) zarzucili Gibsonowi, że film utrwala antysemickie stereotypy i może być odczytany jako podżeganie do wystąpień przeciw Żydom. Obawiają się też, by film - zgodnie z tradycją średniowiecznych pasji (które nierzadko kończyły się pogromami) - nie obarczał Żydów "zbiorową winą za ukrzyżowanie i mękę Pańską". Z kolei czworo teologów katolickich, członków Komisji Doradczej ds. Stosunków Między Katolikami a Żydami w USA, których Gibson zaprosił na specjalny pokaz, zarzuciło mu, że nie przedstawił w filmie Chrystusa - to znaczy Syna Bożego - tylko człowieka, torturowanego i zamęczanego na śmierć. Ich zdaniem Jezus według Gibsona nie jest Mesjaszem, ale samozwańczym nauczycielem, a żydzi - religijną grupą interesu, którym Jezus odbierał wyznawców, więc się go pozbyli rękoma Rzymian. By ostatecznie rozstrzygnąć, czy film przedstawiający niezwykle realistycznie ostatnie 12 godzin życia Chrystusa może obrażać uczucia religijne żydów i katolików, Anti-Defamation League przy nieformalnej pomocy Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych (amerykański odpowiednik polskiej Konferencji Episkopatu) stworzyła specjalną 9-osobową komisję teologów katolickich i żydowskich. Owocem jej prac był 18-stronicowy raport, poufnie, bez publicznego ujawniania przesłany Gibsonowi. Podobno skrytykowano w nim wszystko, począwszy od tytułu poprzez rozmiary krzyża aż do używania łaciny i języka aramejskiego - oryginalnego języka Starego Testamentu - w dialogach filmu. Czworo teologów katolickich, którzy brali udział w pracy tej komisji, wśród nich polskiego pochodzenia ks. John T. Pawlikowski, wydało osobne oświadczenie. Ci teolodzy to członkowie doradczej komisji ds. stosunków między katolikami a Żydami Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych. Zastrzegając się, że "nie jest to oficjalne stanowisko Konferencji Biskupów Kościoła Katolickiego w USA", wspólnie ze swoimi "żydowskimi kolegami" jednomyślnie doszli do wniosku, iż wersja scenariusza, którą im przedstawiono, jest "... sprzeczna z katolicką nauką o Żydach i o śmierci Chrystusa...".
Do zamieszania przyczynia się nie tylko temat filmu, ale i sam Gibson. Jest on prezesem i głównym darczyńcą schizmatyckiej grupy religijnej Holy Family (Święta Rodzina), dla której wybudował - za 4 mln dolarów - kościół w kalifornijskim Malibu. Ta 70-osobowa sekta należy do podzielonego ruchu tradycjonalistów, katolików oderwanych od współczesnego papiestwa. Wyznają oni wiarę według tradycyjnych reguł, które Kościół odrzucił podczas Soboru Watykańskiego II (1962-1965), a więc na przykład nie zaakceptowali reformy liturgicznej. Ich msze święte odprawiane są po łacinie przez kapłana stojącego przodem do ołtarza. Niektórzy z tradycjonalistów nie uznają prawowitości wyboru papieży, od Jana XXIII poczynając na Janie Pawle II kończąc, inni zaś uważają, że papieże ci są wybrani legalnie, ale pozostają w stanie herezji. Współzałożycielem Świętej Rodziny - grupy Mela Gibsona - był dawny seminarzysta i pracownik kolejowy, autor skierowanych przeciw Watykanowi traktatów teologicznych, 85-letni obecnie Hutton Gibson. Ojciec aktora. Hutton Gibson głosi, że Sobór Watykański II (a więc ten, który m.in. jednoznacznie potępił obarczanie Żydów odpowiedzialnością za śmierć Chrystusa) był "spiskiem masonów, popieranych przez Żydów". Zakwestionował też, że w holocauście zginęło 6 mln Żydów europejskich. To wystarczyło, by np. dziennikarz "The New York Times", przeprowadzając wywiad z Gibsonem seniorem, pozwolił sobie na aluzje, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Gibson do tej pory dwukrotnie pokazał dwugodzinną surową wersję "Pasji" za każdym razem troskliwie dobranej publiczności. Najpierw w Kolorado grupie wyznawców różnych odłamów protestanckich, dla których najważniejszym autorytetem jest Pismo Święte (baptyści, metodyści). Potem, pod koniec lipca w Waszyngtonie podczas "tajnego" pokazu w siedzibie lobbystycznej organizacji przemysłu filmowego Motion Picture Association of America film obejrzała grupa konserwatywnych publicystów, doradców senatorów i polityków znanych ze swojej (chrześcijańskiej) religijności. Każdy z nielicznych wybranych musiał podpisać oświadczenie, że zachowa dyskrecję. O ich reakcjach na film wiadomo tylko tyle, że prawie wszyscy po projekcji płakali. Dyrektor krajowy Anti-Defamation League Abraham Foxman nie został zaproszony na ten pokaz. Może dlatego, że już po przeczytaniu zaledwie wstępnej wersji scenariusza zażądał w wydanym oświadczeniu, by Gibson jasno zadeklarował, "czy ostateczna wersja "The Passion" będzie przedstawiała Żydów jako żądnych krwi, sadystycznych, chciwych wrogów Chrystusa?". Michael Medvev, krytyk filmowy i w przeszłości przywódca jednej z gmin żydowskich, uważa, że reakcje środowiska żydowskiego są przesadne. Opierając się na zdjęciach z planu "Pasji" na łamach dziennika "The USA Today", wskazuje, że James Caviezel w roli Chrystusa "jest jednym z najbardziej semickich" Chrystusów w historii kina - pożądana to zmiana po serii niebieskookich, nordyckich Mesjaszy z przeszłości. Także wyraźna jest w filmie żydowska tożsamość Matki Boskiej i apostołów. A z rzekomym antysemityzmem filmu nie należy przesadzać. - W końcu nawet ortodoksyjni teolodzy judaizmu przytaczają żydowskie źródła sprzed 1000 lat, które wskazują, że Jezus zginął przynajmniej częściowo z powodu decyzji podjętych przez innych Żydów - dodaje Medvev. Jego zdaniem postulat, aby Gibson obarczył winą za śmierć Chrystusa wyłącznie Rzymian, jest niezgodny z prawdą historyczną.
W całym zamieszaniu wokół "Pasji" nikt nie zainteresował się jakością filmu. A przecież Gibson nie tylko grywał twardzieli ("Mad Max", "Zabójcza broń"), lecz także wyreżyserował dwa doskonale przyjęte obrazy: "Człowiek bez twarzy" (1993) i "Waleczne serce" (1995, nagrodzony pięcioma Oscarami, w tym za reżyserię). Może więc i tym razem stworzył nie tyle dzieło świętokradcze, co po prostu dobry kawałek kina? Obyśmy mieli okazję się o tym przekonać.
NTO
Autokary z parafii, szkół i zakładów pracy zjeżdżają do Opola na "Pasję" - takiego naporu na kina nikt nie pamięta. Ludzie oglądają film w kamiennym milczeniu.
Po trzech dniach wyświetlania filmu Mela Gibsona już wiadomo, że będzie on wielkim hitem kasowym. Tylko w weekend obejrzało go w Opolu 7 tysięcy widzów. Wczoraj zainteresowanie nie słabło.
- Spodziewam się, że "Pasja" pobije wszelkie rekordy oglądalności - mówi Justyna Mariańska, kasjerka w "Kinopleksie".
W ciągu pierwszych trzech dni "Pasję" obejrzało tylu widzów, ilu w takim samym czasie przyszło na "Nigdy w życiu" czy "Władcę Pierścieni".
- Spodziewam się, że podobnie jak było przy "Ogniem i mieczem", największa frekwencja będzie podczas drugiego weekendu - uważa Anna Jaszczyk, dyrektor "Kinoplexu". Mieszkańcy miejscowości otaczających Opole zwykle decydują się na wyjazd do kina po kilku dniach od premiery. W dodatku od jutra można będzie indywidualnie rezerwować bilety.
Wczoraj w południe, po pierwszym porannym seansie, salę opuszczali uczniowie z Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Strzelcach Opolskich. Byli wstrząśnięci. - Przekonałem się, że Jezus cierpiał naprawdę, teraz będę chodził do kościoła - zadeklarował Dawid Misz, uczeń drugiej klasy. - Najbardziej poruszyły mnie sceny biczowania, przybicia do krzyża i śmierć Chrystusa. Znam te sceny z Ewangelii, ale film zrobił na mnie większe wrażenie.- Ten film bardzo wiele zmieni w moim życiu. Będę inaczej podchodzić do wiary - przekonywała Natalia Musioł.
Edyta z klasy I Liceum Usługowo-Gospodarczego w Strzelcach Opolskich: - Trzeba mieć co najmniej 18 lat i stalowe nerwy. To było straszne..."Pasja" wstrząsnęła też nauczycielem. - Popłakałem się, choć jestem twardym mężczyzną - przyznał Stanisław Kyc, opiekun grupy. - W ubiegłym roku byłem z uczniami w teatrze i musiałem ich czasem upominać. Dziś była cisza...
W ocenie pracowników "Kinoplexu", młodzież zachowuje się na "Pasji" o wiele lepiej niż zwykle. Młodzi kupują nawet mniej popcornu.
- To jest jedyny film, na którym prawie nikt nie je i jest cisza na sali - ocenia Mikołaj, który przyglądał się od piątku mniej więcej połowie seansów. Zauważył, że niektórzy widzowie wychodzą przed końcem filmu.
- Opuszczają widownię już po półgodzinie - mówi. - Nic nie mówią, ale mają na twarzy wypisane wrażenie, jakie film na nich zrobił.
- Osoby wychodzące nie chcą już wracać na salę. Często proszą mnie w barze o chusteczki - dodaje pracownica kinowego baru Anna Badura.- Widzowie w kinie na "Pasji" są trochę w podobnej sytuacji jak obserwatorzy średniowiecznych lub współczesnych misteriów pasyjnych. Z jednej strony wiedzą, że oglądają film, ale równocześnie subiektywnie uczestniczą w męce Chrystusa i tak to przeżywają - ocenia ks. dr Marek Lis, filmoznawca. Pod "Kinoplexem" parkują autokary z całego województwa, bo na Opolszczyźnie "Pasję" grają tylko w Opolu (równocześnie w dwóch salach). Przyjeżdżają szkoły, zakłady pracy i parafie.
- Wcześniej parafie zachęcały wiernych do oglądania filmu "Prymas", ale odzew był słaby - mówi Anna Jaszczyk, szefowa kina. - Teraz pomoc księży jest bardzo skuteczna... W parafii Matki Boskiej Bolesnej i św. Wojciecha w Opolu parafianie wysyłani są na "Pasję" grupowo, pod opieką wikarego. - Na film wybiera się i młodzież szkolna, i nasi emeryci, którzy nierzadko trzydzieści lat nie byli w kinie - mówi Edward Kucharz. - Nasz wikary przygotował w kościele gablotkę z wycinkami prasowymi "Pasji".
Do obejrzenia filmu Mela Gibsona księża zachęcają z ambon, tak było w ostatnią niedzielę m.in. w parafii bł. Czesława w Opolu.
- Niech obejrzenie tego filmu będzie centralnym punktem naszych rekolekcji - mówił ksiądz Stanisław Dworzak, proboszcz.
Na "Pasję" wybierają się masowo uczniowie. Niektórzy nauczyciele mają jednak obawy, czy powinni puszczać niepełnoletnich uczniów na pełen okrutnych scen film.- Wstępnie zaplanowaliśmy, że do kina pójdą dzieci od 16 do 18 lat - mówi Urszula Chłopik, zastępca dyrektora Zespołu Szkół Budowlanych w Opolu. - Potem jednak doszliśmy do wniosku, że nie chcemy puszczać do kina dzieci sznurkiem, taśmowo. Dlatego ustaliliśmy ostatecznie, że każde dziecko wypełni deklarację, czy chce iść na "Pasję" czy nie.
Zdaniem Stanisława Kyca, film powinno się pokazywać dopiero młodzieży z klas ponadgimnazjalnych. - Na psychice dzieci z podstawówki "Pasja" może się odbić negatywnie - uważa strzelecki pedagog.Ostrożność nauczycieli jest uzasadniona. W USA ze względu na okrucieństwo wielu scen, "Pasja" jest wyświetlana widzom od 18 lat. W Polsce na film Gibsona wpuszczają już piętnastolatków.
- To nieodpowiedzialne robienie kasy kosztem młodych widzów - uważa prof. Janusz Czapiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Według niego, wysyłanie niepełnoletnich dzieci na "Pasję" może przynieść więcej szkody niż pożytku, mimo najlepszych intencji reżysera filmu, księży i katechetów. - Po obejrzeniu tego filmu stwierdzam, że powinien on być wyświetlany od lat 21 lat, i to po wykonaniu na widzu testu odporności psychicznej - mówi prof. Czapiński. - Młody człowiek na aż taką porcję masakry ciała innego człowieka nie jest przygotowany. Ja rozumiem, że intencją reżysera było poruszenie naszych sumień, ale w przedstawieniu torturowania Chrystusa chyba jednak przeholował. Obejrzenie "Pasji" może wywołać u młodych szok, trwający jeszcze długo po wyjściu z kina, może on skutkować np. koszmarami nocnymi. W dłuższej perspektywie młodzi mogą dojść do wniosku, że w świetle tego, co wyczyniano z Chrystusem, dzisiejsze bijatyki to bułka z masłem. Niektórzy opolscy księża dostrzegli problem drastyczności "Pasji", dlatego przed wysłaniem parafialnej grupy do kina organizują w kościele spotkanie, na którym przypominają ludziom sens męki Pańskiej, przygotowują ich też do odbioru "trudnych" scen. - Przed każdym seansem w naszym kościele odbędą się nauki rekolekcyjne - mówi ksiądz Edward Kucharz, proboszcz parafii Matki Boskiej Bolesnej i św. Wojciecha w Opolu. - Bez tego ten seans mógłby dla niektórych, mniej wyrobionych widzów być tylko biciem i kopaniem, połączonym z piciem coca-coli i ciumkaniem popcornu. Zorganizowanie takich rekolekcyjnych spotkań przed seansem zaleciłem wszystkim szkołom na terenie mojej parafii. Kazimierz Kutz, wybitny polski reżyser, nie był na "Pasji" i się nie wybiera. Twierdzi, że irytuje go nachalna reklama filmu Gibsona. - Nie wierzę w autentyczność pobudek producentów filmu, bo w Ameryce zarabia się na wszystkim, także na Chrystusie i jego męce - mówi Kutz. - Robienie pieniędzy na epatowaniu okrucieństwem mnie nie interesuje, ale jeśli księża czy nauczyciele uważają inaczej, to jest to ich prawo. Ks. dr Marek Lis jest odmiennego zdania. - Nie negując komercyjnego wymiaru tego przedsięwzięcia, jestem przekonany, że film jest znakomitą okazją do uświadomienia sobie tego, co się dokonało na Golgocie, i wobec tego może pomóc w dotarciu do Ewangelii - uważa ks. dr Marek Lis, filmoznawca. - Prawie jak dokument pokazuje, na czym polegało cierpienie Jezusa. Widz do pewnego stopnia jest w sytuacji podobnej do świadków ukrzyżowania, dla których słowa o męce Chrystusa zapisane w Piśmie Świętym nie były puste. To sprzyja nawróceniu. Choć komuś innemu nadmierna dosłowność obrazu może przeszkadzać w religijnym przeżyciu.Krzysztof OGIOLDA

Podobne prace

Do góry