Ocena brak

Nadrzeczne lasy łęgowe - Dynamika łęgów

Autor /Bazylii Dodano /28.02.2012

 

Zmiany przepływu w rzekach mogą prowadzić zarówno do niewielkich powodzi, jak i do większych. Statystycznie rzecz biorąc, naprawdę duże powodzie zdarzają się mniej więcej raz na dziesięć lat. Zalaniu ulega wówczas cały łęg.

Co to jednak znaczy: cały łęg? Czy w systemie rzecz-no-łęgowym w ogóle istnieją granice naturalne, czy też las łęgowy stopniowo i niepostrzeżenie przechodzi w las, który już nie bywa zalewany? Kto chciałby się przekonać na własne oczy, jak z tym jest naprawdę, ten musi się wybrać daleko poza Europę Środkową. W tej części Europy rzek nie uregulowanych o naturalnej dynamice prawie już nie ma.

Tam, gdzie jeszcze istnieją większe rzeki w stanie naturalnym, jak na przykład w odległych rejonach Bałkanów czy na południowym wschodzie Europy albo w Ameryce Południowej z jej gigantycznymi systemami rzecznymi, można zobaczyć właśnie to, co w Europie Środkowej stwierdzamy pośrednio na podstawie badania gleb i osadów: istnieją naturalne granice zalań i to one wyznaczają zasięg powiązań między rzeką a łęgiem.

Zewnętrzna granica lasu łęgowego leży tam, dokąd przeciętnie sięgają silne powodzie. Tu kończy się ekologiczny wpływ nanoszenia substancji pokarmowych, a także „działania zakłócającego". Do strefy granicznej sięga tak zwany łęg jesionowy (lub łęg olchowo-jesio-nowy i łęg wiązowy).

Dominują w nim jesiony, wiązy i klony, a mogą występować również dęby, są to drzewa o twardym drewnie, wolno rosnące. Wysoki poziom wód gruntowych jest przez nie tolerowany, a nawet pożądany (jesiony), a najlepiej rosną wtedy, gdy są dobrze zaopatrywane w substancje pokarmowe.

Dzięki temu zaopatrzeniu mogą sprostać konkurencji dębów i grabów. Rosną szybciej niż one, ale daleko im do tempa wzrostu drzew o miękkim drewnie, głównych gatunków zasiedlających strefę bliższą rzeki, regularnie zalewaną (łęg właściwy albo wie-rzbowo-topolowy).

Typowe dla łęgów złożonych z drzew o miękkim drewnie są wierzby i topole oraz olsza szara, rozrastające się nad samym brzegiem nieuregulowanych rzek. Teren jest tu tak nisko położony, że powodzie praktycznie zdarzają się co roku. Woda też stoi tu znacznie dłużej niż w nieco wyżej położonej strefie drzew o twardym drewnie. Dłużej więc drzewa muszą sobie radzić z niedostatkiem tlenu w strefie korzeniowej.

Najlepiej radzą sobie wierzby. Jeśli powódź trwa od kilku tygodni do dwóch miesięcy, wypuszczają na linii wody nowe korzenie, które później, gdy woda opadnie, niczym „korzenie powietrzne" wiszą nad ziemią, niekiedy na wysokości jednego metra. W ten sposób wierzby rozwiązują problem zmniejszonego dopływu tlenu podczas długotrwałych zalewów.

Dzięki tej adaptacji mogą najbardziej zbliżyć się do rzeki i czerpać najwięcej korzyści ze świeżych substancji pokarmowych. Ceną za szybki wzrost jest niezbyt trwałe drewno, a więc i mała trwałość. Zresztą elastyczność jest ważniejsza, zważywszy silny napór, jakiemu muszą się niekiedy przeciwstawiać podczas powodzi. Mimo to większość wierzb żyje krótko.

W wieku 20-30 lat, gdy gatunki drzew o twardym drewnie dopiero zaczynają naprawdę rosnąć, wiele wierzb już się starzeje. Pnie ich próchnieją i stają się kruche. Wkrótce zastąpi je nowe pokolenie wierzb. Z punktu widzenia wysokiej dynamiki łęgu złożonego z drzew o miękkim drewnie nie jest to wadą, ponieważ długotrwałej stabilności i tak w nim nie ma. Szorstka, spękana kora wierzb toleruje ostre słońce i wytrzymuje tarcie wody.

W miejscach skaleczonych podczas powodzi przypadających wczesnym latem mogą wyrosnąć nowe pędy. Jeszcze wyraźniej przejawia się żywotność wierzb nad rzeką, gdy burza wyrwie je z korzeniami albo zetną je bobry. Wszędzie z pni i konarów wyrastają wówczas nowe gałęzie, dając początek całemu mnóstwu młodych wierzb. Siłę wzrostu tych drzew po prostu się czuje.

Niezwykle szybko potrafią też zasiedlać nowe tereny, na przykład wyłaniające się spod wody łachy piasku i mułu. Ponieważ wierzby kwitną bardzo wcześnie, zwykle w kwietniu, ich nasiona zaopatrzone w delikatne „spadochrony" ze srebrzyście białych włosków dojrzewają już w okresie powodzi na początku lata. Zaczyna roznosić je wiatr, ale prąd kieruje je niejako na właściwe tory.

Nasiona opadające niczym płatki śniegu, zniesione przez wiatr nad wodę, pochwytuje prąd rzeki i niesie do nowo powstałych łach piasku i na skraj mulis-tych brzegów. Tam od razu mogą wypuszczać kiełki i rozpocząć wzrost. Inaczej niż żołędzie czy bukiew, nie potrzebują do tego wielkich zapasów substancji pokarmowych.

Tam, gdzie kiełkują, światła, wody i substancji odżywczych jest pod dostatkiem. Zamiast inwestować w parę zwartych i dobrze zaopatrzonych nasion, które całymi dniami, a nawet tygodniami muszą się zadowalać niewielką ilością światła i pokarmu, wierzby wytwarzają ich całe mnóstwo. Na jedną żołądź czy bukowy orzech przypadają tysiące nasion wierzby białej. A więc także po sposobie rozmnażania można poznać, jak pionierską rolę odgrywają wierzby. W podobny sposób czynią to nieco bardziej wymagające topole.

Pierwsze etapy zasiedlania nowo wyłonionego terenu topole pozostawiają wierzbom. Na łęgi wkraczają dopiero wtedy, gdy wierzby dostatecznie dobrze przygotują grunt, a powodzie już nie trwają całymi tygodniami. Zaletą topoli jest ich szybki wzrost: dzięki wytrzymalszym pniom mogą wyrastać nie tylko ponad wierzby, ale i olsze, o których zaraz będzie mowa. Stare, dorodne topole czarne czy białe wyrastają więc znacznie ponad łęg wierzbowy i dopiero tam rozpościerają korony. Istotną rolę w owym silnym wzrastaniu wzwyż odgrywają liście, które u topól mają o wiele większą powierzchnię niż u wierzb o liściach długich i wąskich.

Tylko wolniej rosnące gatunki, zasiedlające inne środowiska, wykształcają liście krótsze i szersze, nieco przypominające liście topoli. Im większą powierzchnię ma liść, tym więcej może zaadsorbować światła słonecznego i tym większe ilości substancji organicznych może wyprodukować w drodze fotosyntezy. Liście o dużej powierzchni zużywają jednak też znacznie więcej wody. Im większą mają powierzchnię, tym więcej wody wyparowują.

Fakt, że w lesie łęgowym złożonym z drzew o miękkim drewnie poziom wód gruntowych jest z reguły wysoki, jeszcze nie oznacza, że wierzby i topole mogą zrezygnować z ochrony przed parowaniem. W gorące dni lata właśnie w nisko położonych dolinach rzek można się spodziewać najwyższych temperatur, a jeśli przez kilka tygodni nie ma deszczu, co często się zdarza, poziom wód gruntowych gwałtownie opada.

Wierzbom i topolom może więc też zabraknąć wody, ponieważ rosną na luźnych, bardzo przepuszczalnych, aluwialnych glebach, cechujących się znacznie mniejszą retencyjnością niż dojrzalsze gleby lasów dębowo-grabowych. Ponadto w bezpośredniej bliskości brzegu rzeki czy jeziora występuje silne odbicie światła słonecznego od powierzchni wody, które może powodować nawet oparzenia, o czym dobrze wiedzą kajakarze.

Wierzby i topole rozwiązują „problem promieniowania" w sposób bardzo prosty i elegancki: na spodzie liści wykształcają zbitą, z powodu zamkniętego w nich powietrza srebrzyście połyskującą warstwę włosków, które je chronią przed przegrzaniem i nadmiernym parowaniem. Najlepiej wykształcone filce włoskowe mają topole białe na łęgach naddunajskich oraz wierzby białe.

Gdy wieje wiatr, ich liście się odwracają i cały łęg wierzbowy rozbłyskuje srebrzyściebiało. Zarówno pnie wierzb, jak i topoli, chroni przed silnym odbiciem światła od powierzchni wody gruba, spękana kora - gatunki drzew o korze delikatnej, jak na przykład buk zwyczajny, nie mogłyby tu przetrwać już choćby ze względu na to promieniowanie.

Ale młode pędy nie mają jeszcze kory, która by je osłaniała. Wierzby wydzielają więc grubszą lub cieńszą zabezpieczającą warstwę substancji woskowej, dzięki której ich pędy wyglądają niekiedy jak oszronione. Szybko rosnące gatunki roślin w siedliskach zasobnych w substancje pokarmowe są naturalnie nader chętnie widziane przez rozmaitych rośli-nożerców.

Roślina skupiona na szybkim wzroście nie może jednocześnie bronić się skutecznie przed rośli-nożercami. Ani wierzby, ani topole nie mają cierni czy zgrubiałych tkanek, które utrudniałyby roślinożer-com dobieranie się do ważnych dla ich życia liści i młodych pędów.

Ponieważ jednak tak szybko rosną, mogą sobie pozwolić na stosunkowo duże straty na rzecz konsumentów. Dobrą ochronę stanowi jednakże substancja odkładana w liściach i korze. Znamy ją jako środek konserwujący: kwas salicylowy.

Jego nazwa pochodzi od terminu Salix, naukowego określenia rodzaju, do którego należy wierzba. Substancja ta zahamowuje bądź uniemożliwia rozwój bakterii powodujących rozkład, co sprawia, że liście wierzbowe są ciężko strawne. Kwas salicylowy nie stanowi jednak zabezpieczenia doskonałego.

Istnieje sporo roślinożerców, którym w trakcie rozwoju ewolucyjnego udało się tak przystosować do substancji ochronnej wytwarzanej przez wierzby, że potrafią neutralizować jej działanie. Chrząszcze z rodziny ston-kowatych, a także gąsienice motyli, na przykład żałobnika czy mieniaka tęczowca, oraz liczne inne gatunki wykorzystują liście wierzb jako źródło pożywienia.

Niektóre są tak wyspecjalizowane, że mogą żerować tylko na jednym gatunku wierzby - na przykład namiotnik (Hyponomeuta ro-rellus), występujący tylko na wierzbie białej - lub na kilku bardzo blisko ze sobą spokrewnionych gatunkach. Inne, mniej wyspecjalizowane, wykorzystują wszystkie gatunki wierzby, a czasem jeszcze nawet topole. O tym jednak będzie mowa później, gdy zajmiemy się trzecią grupą gatunków drzew typowych dla łęgu złożonego z drzew o miękkim drewnie: olchami.

Z trzech najbardziej pospolitych gatunków olch w Europie Środkowej: olszy czarnej (Alnus glutinosa), olszy zielonej (Alnus viridis) i olszy szarej (Alnus incana), w obszarze poza-alpejskim tylko olsza szara tworzy większe drzewostany w łęgach nadrzecznych.

Obok topól i wierzb wchodzi ona w skład łęgu właściwego, złożonego z drzew o miękkim drewnie, jaki występuje w systemie rzecznym Dunaju, gdzie olcha tworzy jednogatunkowe drzewostany na obszarach wielkości kilometra kwadratowego - bądź też tworzyła, zanim wycięto lasy łęgowe. Ciekawe, że lasy olchowe, zostały wycięte dopiero wtedy, gdy regulacja rzek umożliwiła eksloatację rolniczą rozległych łęgów.

Były po temu powody, nawet jeśli ten bieg rzeczy okazał się zgubny w skutkach dla dalszego istnienia wielogatunkowych lasów łęgowych. Luźna, piaszczysta gleba olsów zawiera bowiem tak dużo azotu, że nie wymagała nawożenia niekiedy nawet przez kilka lat, jeśli przeznaczono ją pod wysoko wydajne uprawy, na przykład kukurydzę czy szparagi. W glebach zarośli łozowych, czyli łozin, a także w lasach łęgowych złożonych z drzew o twardym drewnie zawartość azotu jest o wiele niższa.

Przyczyna nagromadzenia azotu tkwi w samych olchach. Na korzeniach bliskich powierzchni podłoża mają one mniej lub bardziej nieregularne,kuliste twory, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak rakowate narośla. Mamy tu do czynienia z symbiozą korzeni olch z bakterią zwaną promieniowcem olch (Actinomyces alni), wykazującym godną uwagi zdolność wiązania azotu wprost z powietrza.

Przypomina on pod tym względem „bakterie brodawkowe" roślin z rodziny motylkowatych, odgrywające z powodu zdolności wiązania azotu atmosferycznego istotną rolę w rolnictwie. Przy pomocy promieniowców olchy, podobnie jak rośliny strączkowe, zaopatrują się w azot bezpośrednio z nieprzebranych zasobów powietrza, składającego się przecież w 78 z tego pierwiastka.

Olchy zawdzięczają tej szczególnej właściwości możność konkurowania z wierzbami i topolami z jednej strony, a drzewami o twardym drewnie, jak jesiony i wiązy, z drugiej. Żaden inny gatunek w lesie łęgowym nie potrafi żyć w takiej symbiozie, która olchom dostarcza niezbędnego azotu wprost do korzeni. Również promieniowce czerpią korzyści z tej wspólnoty, ponieważ olchy zaopatrują je w wodę i sole mineralne. Powierzchnia gleby, na której rosną olchy, bywa niekiedy przez kilka tygodni dość sucha. Wodę pobierają wówczas korzenie sięgające głębiej.

Ze względu na symbiozę z promieniowcami olsze szare na łęgach nad Dunajem i jego dużymi dopływami nie znoszą długotrwałych zalań. Woda odcina wówczas promieniowce od życiodajnego powietrza. Do optymalnego rozwoju olchy potrzebują gleby dobrze przewietrzanej. Tylko wtedy mogą skutecznie konkurować z innymi gatunkami i wytwarzać wystarczające ilości substancji chroniącymi je przed żerowaniem zwierząt.

Na przykład bóbr, który szczególnie ceni sobie korę wierzb i topól i na którym nawet kwas salicylowy najwyraźniej nie robi wrażenia, od kory olch trzyma się zwykle z daleka. Jeśli ścina olchy, to nie dla pokarmu, lecz z reguły do budowy żeremi i tam. W korze, która żyje długo, substancje obronne są zawsze obecne. Natomiast w pączkujących liściach muszą się dopiero wytworzyć.

Dopóki młode liście olchy rosną, dopóty zawierają znikome ilości substancji obronnych. Właśnie do młodych liści usiłują się dobrać zwierzęta. Robi to także chrząszcz hurmak olszowiec (Agelastica alni), należący chyba do najgroźniejszych wrogów olch. Jeśli uda mu się dotrzeć do pączków młodych liści, jego czarne larwy mają spore szanse przeżycia.

Jeszcze lepiej im się wiedzie (podobnie jak samym chrząszczom, które też żerują na liściach tych drzew), gdy olchy znajdą się w sytuacji stresowej, na przykład z powodu zbyt długo zalegającej wody, uszkadzającej promieniowce na korzeniach, albo gdy wskutek długotrwałej suszy i upałów wczesnym latem za bardzo spadnie poziom wód gruntowych. Wówczas olchy nie mogą wyprodukować wystarczającej ilości substancji obronnych. Nie mają się więc czym bronić i bywa tak, że w latach dla nich niekorzystnych muszą zrzucić objedzone do cna liście już w pełni lata.

Liście, z których pozostały tylko nerwy, nie nadają się do fotosyntezy. Ale nie jest to dla drzew jeszcze wyrok śmierci, tylko słoje przyrostu rocznego będą wyraźnie węższe. A w przyszłym roku olchy znów wypuszczą pączki liściowe i pewnie nie będą miały większych kłopotów z chrząszczami, ponieważ przebieg zmian pogody nigdy nie jest taki sam jak przed rokiem.

W wilgotnych lasach łęgowych występuje jeszcze jeden gatunek drzewa bardzo typowy dla łęgu złożonego z drzew o miękkim drewnie, szczególnie rzucający się w oczy na początku maja, kiedy to jego białe, gronowe kwiatostany przypominające bez rozsiewają oszałamiający, czasami aż niemiły zapach, a z których później powstają małe, czarne owoce.

Chodzi o czeremchę zwyczajną (Padus avium), blisko spokrewnioną z wiśnią pospolitą (Cerasus vulgaris). Pokrojem przypomina ona wydłużoną piramidę, a jeśli rośnie pojedynczo, może się rozwinąć w okazałe drzewo. Jeśli zostanie ścięta tuż nad ziemią, to podobnie jak olcha wypuści w tym miejscu liczne pędy odroślowe, które się rozrosną w zwartą grupę drzew.

Śledząc bieg wydarzeń na łęgu użytkowanym w sposób (jeszcze) tradycyjny jako las łęgowy, można stwierdzić, że czeremchy w pierwszych latach rosną wyraźnie szybciej i lepiej niż olchy. Gdy odroślą olch dorastają dopiero jednego metra wysokości, czeremcha ma już 40-70 cm przewagi. A gdy urośnie, jej dalszy wzrost zdaje się raczej przyspieszać niż spowalniać. Gdy olchy przekraczają półtora metra wysokości, czeremchy dochodzą już do dwu i pół metra.

Jak więc to się dzieje, że czeremcha w lesie łęgowym należy do warstwy podszytu i że olchy ją przewyższają? Jest przecież wyraźnie aktywniejszym gatunkiem, wypuszczającym nowe pędy już na przełomie marca i kwietnia, znacznie wcześniej od olch? Odpowiedź przychodzi za kilka lat, w postaci srebrzyście połyskliwych oprzędów, osnuwających czeremchę w drugiej połowie maja.

W niektórych latach drzewa czeremchy na początku czerwca, kiedy rozwój roślinności zmierza do punktu kulminacyjnego, bywają zupełnie ogołocone z liści. Oplecione w równie mocny, jak piękny oprzęd mogą niejednemu przyjacielowi przyrody wydawać się mumiami drzew. Niezliczone delikatne nitki są tak ze sobą splecione, że spływa po nich nawet woda deszczowa. Pod oprzędem nie ma ani jednego zielonego liścia. A tak dobrze się zapowiadało na początku kwietnia!

Nawet na początku maja, kiedy czeremchy powinny kwitnąć, na pozór nic jeszcze nie wskazywało na to, że za parę tygodni będą zupełnie ogołocone i całkowicie spowite oprzędem. Do kwitnienia jednak nie doszło, bo zanim liście zostały obje-dzone, delikatne kwiaty uległy zniszczeniu już w zawiązkach. Sprawcą jest inny gatunek namiotnika, który swoje oprzędy - wprawdzie najczęściej nie rzucające się aż tak w oczy - snuje na wierzbie białej.

Namiotnik czeremszaczek (Hypo-nomeuta evonymellus), bo o nim tu mowa, to specjalista wysokiej klasy. W stadium gąsienicy może żyć tylko na czeremsze. Gąsienice raczej zginą z głodu, niż tkną drzewo jakiegokolwiek innego gatunku. Nie akceptują nawet bliskich krewnych czeremchy - wiśni pospolitej czy czereśni.

Ich cykl życiowy charakteryzuje się całym mnóstwem osobliwości, które rzucają dodatkowe światło na to, w jak wielkim stopniu poszczególne gatunki drzew są związane ze zbiorowiskiem lasu łęgowego i jak bardzo od niego zależą. Zapłodnione samiczki składają w pełni lata jajeczka w wykształconych już o tej porze pączkach liściowych pokolenia przyszłej wiosny. W ciepłe dni lata jajeczka się rozwijają, ale gąsienice pozostają w swoich osłonkach.

Opuszczają je dopiero następnej wiosny, gdy na czeremsze zaczynają się rozwijać pączki i pierwsze pokolenie liści w nowym sezonie. Maleńkimi żu-waczkami gąsienice objadają delikatne listki i zawiązki pączków kwiatowych. Ponieważ są jeszcze małe, długości niewiele ponad milimetr, ślady żerowania początkowo ledwie można dostrzec.

Dopiero przyjrzawszy się bardzo uważnie, odkryjemy między rozwijającymi się pierwszymi pędami czeremchy delikatne oprzędy z gąsienicami w środku. Ale gąsienice szybko rosną, zwłaszcza gdy wiosna jest ciepła i sucha. Gdy jest zimno i mokro, mają kłopoty, a gdy przychodzą przymrozki i śnieg, większość z nich ginie. Jednakże już na tym etapie rozwoju namiotniki czeremszaczki stosują strategię przeciwdziałania totalnym stratom w wypadku późnych mrozów. Jaja w poszczególnych zniesieniach wylęgają się później, unikając skutków selekcji dokonywanej przez pogodę.

Jeśli warunki pogodowe układają się pomyślnie, spóźnialscy znajdują się w gorszej sytuacji, ponieważ rozpoczynają aktywne życie dopiero wtedy, gdy owady wylęgłe wcześniej są już dobrze podrośnięte. Zważywszy masowe rozmnażanie tego gatunku, mają już marne szanse zdobycia wystarczającej ilości pożywienia. Jeśli natomiast duża liczba owadów wylęgłych wcześniej padnie, znajdują się w korzystnej sytuacji.

Patrząc perspektywicznie, również owady wylęgające się później są więc niezbędne. Co się jednak dzieje, jeśli wszystko układa się pomyślnie: pogoda jest piękna, czeremchy dobrze rosną, a owady roślinożerne, ich największy wróg, jeszcze nie wyszły z zimowych kryjówek. Wówczas gąsienice namiotników czeremszaków rosną tak szybko, że wzrost liści nie dotrzymuje im tempa.

Gąsienice linieją, rosną i jedzą coraz więcej. Snują nie tylko coraz gęstsze oprzę-dy, lecz i coraz szybciej je opuszczają i zastępują nowymi w innych miejscach na drzewie. Objedzone pędy dalej nie rosną, wobec czego gąsienice muszą się przenieść tam, gdzie są jeszcze liście. W ten sposób oprzęd staje się coraz większy i zaczyna osnuwać całe drzewo.

Oprzęd ów składa się z nadmiaru białka, które gąsienice muszą wydzielić. Przypomina on kokon jedwabnika. Gęste oprzędy namiotnika czeremszaczka są tak mocne, że pod koniec ubiegłego wieku próbowano nawet zastąpić tym małym motylem jedwabniki, ponieważ te są bardzo wrażliwe i wymagające - gąsienice jedwabnika morwowego potrzebują świeżych liści morwy, trudnych do zdobycia w Europie Środkowej.

Okazało się, że nie jest to wcale takie proste. W wypadku kokonu jedwabnika wykorzystuje się nić, z której gotowa do przeobrażenia gąsienica przędzie swój kokon.

Nić ma początek i koniec, można ją więc odwinąć z kokonu. W wypadku namiotników czeremszaczków niezliczone nitki produkowane przez ogromną liczbę gąsienic krzyżują się ze sobą tworząc oprzęd. Wprawdzie sam kokon każda gąsienica także przędzie z jednej nitki, ale jest on tak mały, że nie opłacałoby się go rozwijać.

Tym większe sukcesy odnoszą gąsienice w swej działalności. W niektórych latach udaje im się ogołocić i oprząść dosłownie wszystkie czeremchy na danym terenie.

Oprzęd ma dla gąsienic ogromne znaczenie. Jest tak gęsty, że ich główni wrogowie, pasożytnicze gąsieniczniki składające w nich jaja, z najwyższym trudem - o ile w ogóle - przedostają się do środka. Jeszcze trudniej im tego dokonać, gdy mają do czynienia z po-czwarkami. Namiotniki czeremsza-czki przepoczwarczają się przy pniach czy w ukryciach nad ziemią w gęsto upakowanych oprzędach, zawierających setki i tysiące kokonów, ułożonych jedne na drugich.

Te gąsienice, dla których zabrakło wystarczającej ilości pokarmu, żeby mogły osiągnąć odpowiednią wielkość, resztkami sił tak gęsto osnu-wają poczwarki od zewnątrz, że pasożyty nie mogą się do nich przedostać. Swoim „altruistycznym" zachowaniem zwiększają szanse przeżycia rodzeństwa z tego samego zniesienia.

Jako „gąsienice okresu głodu" same nie miałyby szans przetrwania, gdyż mogą jeść tylko liście czeremchy i nic poza tym. Oprzęd namiotników czeremszacz-ków jest nieprzepuszczalny dla deszczu, chroni więc również przed inwazją grzybów. Za działalnością tych owadów kryje się więc w sumie godny podziwu wyczyn i interesujący sposób życia, nawet jeśli leśnicy czy właściciele lasów łęgowych odnoszą się do nich z niewielką sympatią. W lesie łęgowym drzewa czeremchy mają jednak przetrwanie zapewnione!

Gdy bowiem w poczwa-rkach namiotników czeremszaczków dokonuje się wielka przemiana w małego, srebrzystego motyla z pięcioma rzędami delikatnych czarnych kropek, pod oprzędem ukazują się nowe pędy. Wysoka produktywność lasu łęgowego pozwala czeremchom wypuścić w okolicach dnia św.Jana nowe pędy i niemal całkowicie zrekompensować sobie straty poniesione w maju.

Co prawda, nowe liście osiągają zaledwie około dwóch trzecich wielkości typowej dla liści majowych, za to z reguły nikt im nie przeszkadza. Nie opadają ich mszyce wysysające soki, co w wypadkach masowych pojawów powoduje marszczenie się liści. Również inne gatunki owadów żerujących na czeremsze przegrywają wyścig z czasem.

Badając liście w przeciągu lata, stwierdzimy, że pozostają niemal nie uszkodzone. Nie ma więc mowy o niszczeniu drzew! Byłoby całkowitym nonsensem, gdybyśmy chcieli sięgnąć po środki owadobójcze, żeby „ratować" las łęgowy. Taki ratunek nie tylko nie jest mu wcale potrzebny, lecz w dodatku zburzyłby harmonijny system i może nawet wyrządził rzeczywiste szkody w innych miejscach ekosystemu łęgowego.

Namiotnik czeremszaczek skazuje jednak czeremchę na życie w podszyciu lasu. Wyrajające się w lipcu samiczki tego owada znajdują roślinę żywicielską tym niezawodniej, im swobodniej rośnie. Dopóki jest dość mała, by zniknąć w wieczornej mgle na polanie, ma pewną ochronę.

Gdy jednak tylko osiągnie odpowiednią wysokość, niechybnie ją odkryją i obdarzą pakietami jajeczek, które następnej wiosny rozpoczną nowy cykl motylego życia. „Hamulec rozwojowy" czeremchy wychodzi na korzyść olchom, co niekoniecznie obraca się na niekorzyść czeremch, gdyż te pod osłoną koron olchowych rzadziej bywają tak silnie atakowane, jak wtedy gdy rosną pojedynczo lub w większej grupie.

Tak więc czeremcha przy udziale żerujących na niej owadów włącza się do wielogatunkowej wspólnoty lasu łęgowego - wspólnoty, której członkowie w rozmaity sposób oddziałują na siebie wzajemnie i nawzajem od siebie zależą. Dlaczego jednak nie ingerują tutaj ptaki śpiewające? Czy tysiące żółto-czarnych gąsienic, w dodatku często dobrze widocznych na srebrzystych oprzędach, nie powinno być szczególnie mile widzianym źródłem pożywienia dla owado-żerców?

Ptaki śpiewające mają na ten temat inne zdanie. Wystarczy rozetrzeć w palcach liść czeremchy, aby się przekonać, dlaczego. Otóż drzewo to zawiera cuchnący olejek, który większości ptaków najwyraźniej wybitnie nie smakuje i który działa jako środek odstraszający. Gąsienice magazynują w sobie substancję obronną czeremch pobraną razem z pożywieniem, a ptak śpiewający, który raz skosztował tak „zaimpregnowanej" gąsienicy, już więcej podobnej próby nie podejmie.

Chociaż ptaki nie wchodzą zatem w rachubę jako „kontrolerzy", system nie wymyka się spod kontroli. Co najwyżej może się zdarzyć, że jakaś czeremcha pojedynczo rosnąca w parku czy ogrodzie nie poradzi sobie z owadami i poniesie szkodę. Tam drzewo żyje jednak wyrwane ze swojego naturalnego otoczenia i zdane tylko na siebie. Widać z tego, jak działa wielogatunkowa wspólnota.

Wyjątkowe bogactwo gatunków, jakie cechuje lasy łęgowe, często nam daje takie pouczające lekcje obchodzenia się z przyrodą. Nigdy monokultura świerkowa czy inna nie będzie tak funkcjonowała, jak naturalne zbiorowisko różnorodnych gatunków, w najrozmaitszy sposób oddziałujących na siebie nawzajem.

Podobne prace

Do góry