Ocena brak

Myśl i czyn romantyka - Czerwone i czarne

Autor /Albinos Dodano /04.06.2013

„Człowiek jest to substancja, której istotę stanowi myślenie” — powiedział w XVII wieku Kartezjusz. W dwa wieki później Stendhal tworzy bohatera, którego losy są egzemplifikacją tej sentencji.

W dobie romantyzmu i kultu uczucia (Czerwone i czarne powstało w 1830 r.), w czasach triumfu serca nad „szkiełkiem i okiem” bohater Stendhala Julian Sorel, jest przede wszystkim człowiekiem myślącym. Analizuje nieustannie siebie i swoje czyny, toczy nie kończący się dialog z sobą samym. Nie jest bierny — działa. Ale działanie to jest przez niego samego natychmiast stawiane w stan oskarżenia, analizowane i osądzane. Postępuje więc zupełnie tak, jak w XVII wieku bohaterowie powieści sentymentalnych i klasycznych tragedii.

Księżna de Cleves, bohaterka romansu pani de Lafayette, z uwagą śledzi etapy narodzin swego uczucia do diuka de Nemours, przeżywa je zarówno w sferze intelektu, jak i wyobraźni; u Racdne-a — miłość Cyda i Szimeny rozgrywa się na płaszczyźnie honoru i obowiązku i jest przede wszystkim efektem przemyśleń i świadomych decyzji. Szimena chce „widzieć jasno w swym sercu” i wiedzieć, by móc powziąć decyzję; bohaterowie Stendhala wiedzą o sobie wszystko i świadomość ta ich poraża, skazuje na tortury rozumu, na proces wytoczony uczuciom i namiętnościom przez intelekt. Z jednej strony obserwujemy więc rysy nieromantyczne, powinowactwa klasyczne, z drugiej zaś — nieobliczalne, szalone działania, romantyczną pasję, uczucia niecodzienne, postawy zbuntowane. Tak przedstawiają się bohaterowie Stendhala.

Pierwszy romans Juliana (z panią de Renal) jest wprawdzie dla niego przede wszystkim sprawą ambicji — ale*miejscami przypomina najbardziej „romansową” opowieść, u jego podłoża leży zresztą ryzyko i wyzwanie losu.

Pierwszym krokiem do zdobycia uczucia pani de Renal jest dla Juliana ukradkowe wzięcie jej za rękę; wykonanie tego zamierzenia przybiera rozmiary batalii: „Z uderzeniem dziesiątej spełnię, com postanowił, albo też pójdę do siebie i strzelę sobie w łeb”. Obmyślanie planu — i desperacka myśl samobójcza; najbardziej intymne przeżycia — i refleksja: „Czy nie uchybiłem w czym samemu sobie? Czy dobrze grałem rolę?” Julian wszak cały czas gra jakąś rolę, której jest zarazem reżyserem i aktoreip. Znakomicie zatem wyreżyserowany i odegrany został cały i6go pobyt w domu mera, podczas którego zdobywa pozycję wśhód miejscowych notabli, a pobyt w seminarium duchownym to Arcydzieło udania, obmyślanej obłudy i inteligentnej hipokryzji. Tej samej zasady —narzucić sobie model postępowania, wymyślić sobie odpowiednią rolę i bezbłędnie ją odegrać trzyma się Julian w domu markiza de la Mole, uczestnicząc w jego rozgrywkach politycznych i przy okazji systematycznie i konsekwentnie uwodząc mu córkę, Matyldę. Są to te same metody, które posłużyły już zdobyciu pani de Renal: plan — decyzja — wykonanie — zachowanie pozorów obojętności. „Ściśle dopełniał nałożonego sobie obowiązku, aby jej rzec od czasu do czasu coś przykrego”.

Zreasumujmy: w świetle tych rozważań Julian jawi się jako obłudnik, hipokryta i cynik, trochę Tartuffe, trochę EJon Juan, w sumie postać z punktu widzenia tradycyjnej moralności negatywna. Cóż więc sprawia, że nie jesteśmy skłonni oceniać go jednoznacznie, że pozostaje dla nas żywy, że zmusza do stawiania sobie pytań w rodzaju: dlaczego stał się on tym, kim się stał?

Przyszło mu żyć we Francji ponapoleońskiej, w czasach Restauracji, w rzeczywistości, gdzie sztandary rewolucji, demokracji i bohaterstwa dawno zblakły, a „wolność i demokracja” stanowiły tylko pusty dźwięk, nie odpowiadający żadnym aktualnym treściom. Obdarzony energią, inteligencją i wolą działania, nakarmiony napoleońskimi snami o czynie i potędze, ambitny i dumny, Julian widzi jasno obłudę i niesprawiedliwość istniejącej sytuacji politycznej i społecznej, pozorność i fikcyjność oficjalnych haseł, wewnętrzną pustkę tych, którzy tę rzeczywistość tworzyli: polityków, dyplomatów, literatów, kleru, dostojników wszelkiego kalibru. Parweniusz, nie ma komu ofiarować swoich zdolności, swej gotowości działania: wartości te nie mogą nikomu utorować drogi — a może już nie ma żadnej drogi? Liczy się bowiem pozycja, spryt, koneksje: ważna jest umiejętność wyczuwania i wyzyskiwania koniunktur, indywidualne wartości i zalety nie są istotne. Julian napotyka na te bariery społeczne, które rzekomo zniknęły już we Francji XIX-wiecznej: dla. nieszlachcica i nawet niemiesz-czanina wszelkie drzwi są zamknięte, miejsca w społeczeństwie już pozajmowane, obsadzone przez figury nijakie i trywialne.

Panuje stan powszechnego samozadowolenia. Trwa spokojna, jak staw pokryty rzęsą, stabilizacja. Julian styka się z tym społeczeństwem najpierw w małym miasteczku, którego mer jest ograniczonym dorobkiewiczem, a szanowane osobistości bogacą się kosztem biedaków z i przy tułku i szpitala. „Przynosić dochód — oto argument rozstrzygający o wszystkim w miasteczku”. Zasady takiego postępowania to — jak mówi Stendhal — „metody z roku 1830”. — Julian opuszcza to środowisko, próbuje kariery duchownej, rezy-gnu je z niej, choć potrafi już „posługiwać się wzorowo językiem przemyślanej obłudy”— i trafia do paryskiego patócu pana de la Mole. Socjeta salonu markiza, wykwintna i subtelna, różni się wprawdzie od towarzystwa prowincjonalnego, gośćmi są wszak osoby „dobrze notowane u dworu”; w sumie jednak — eo Julian wkrótce stwierdza — salon ten zieje nudą. Rzecz bowiem w tym, że nikt z bywalców nie posiada żadnych własnych .poglądów, a liczba tematów do konwersacji jest znikoma:

Byle nie żartować z Boga, z księży, z króla, z wpływowych dygnitarzy ani artystów protegowanych przez dwór, ani ze wszystkiego, co jest p r z y-j ę t e, byle nie chwalić Berangera, dzienników opozycyjnych,, Woltera ani Rousseau, ani niczego, co trąci odrobiną swobody myśli, byle zwłaszcza nie mówić nigdy o polityce, można było Swobodnie rozprawiać o wszystkim.

Toteż goście markiza zachowują się niby ryby w akwarium: senne, gładkie, nijakie. „Każda myśl, bodaj nieco żywsza, wyglądała tam na grubiaństwo”. Społeczeństwo lat trzydziestych XIX wieku myśli więc jak najmniej. „Wasze salony nienawidzą myśli. Trzeba, aby była na wyżynie piosenki z wodewilu, wówczas może liczyć na nagrodę” — mówi do Juliana spiskowiec-banita, włoski hrabia Altamira. Istoty zaludniające tamte salony, którę mienią się literackimi, są „półultra, półliberałami”, ale zawsze — „pół”. Tak bezpieczniej i wygodniej, i w dodatku zwalnia tó z myślenia, nie wymaga ani odwagi, ani inteligencji.

Julian pozostaje równie obcy temu środowisku, jak był obcy w domu mera, w Verrieres. Ocenia je i decyduje się do niego wedrzeć, nie rezygnując bynajmniej z pogardy, jaką dla niego żywi, a zatem znów będzie musiał posłużyć się sztuką hipokryzji. Ma bowiem odwagę myśleć. Myślenie i jednocześnie jasne widzenie motywów działania są jego istotą. Wszelkie decyzje zostają najpierw poddane laboratoryjnej analizie, drobiazgowo opracowane, wielokrotnie zakwestionowane i na powrót akceptowane. Ta nieustanna aktywność intelektu zatruwa jednak bohaterom Stendhala wszelką radość, odbiera satysfakcję z dokonanych czynów. Oto np. Julian decyduje się wejść po drabinie — nocą, przy świetle księżyca — do pokoju panny de la Mole. Trudno zaiste o bardziej romantyczne i romansowe przedsięwzięcie. Najpierw jednak nasz bohater czyni duchowe przygotowania. Pogrąża się na wiele godzin w lekturze pamiętników Napoleona. I dopiero po tym wstępnym etapie, uzbrojony w odpowiednią — jego zdaniem — porcję zdecydowania, śpieszy na schadzkę,    która w gruncie rzeczy jest dla niego nie tyle sprawą uczucia, ile sprawą szacunku wobec własnych decyzji. Stendhala to przede wszystkim przygoda intelektualna:

Miłość z głowy — mówi Stendhal — zbyt jest świadoma, bez ustanku sądzi samą siebie, nie tylko nie przesłania myśli, ale istnieje wyłącznie siłą myśli.

Czerwone i czarne to rozgrywka, to walka dwóch istot o jednakowo silnych namiętnościach i woli, pojedynek na wolę i odwagę, gdzie stawką jest ambicja. Ale powinowactwo takich postaw z klasycznymi dramatami Corneille’a jest tu w gruncie rzeczy pozorne. Bohaterowie Stendhala ponoszą bowiem klęskę — niszczą sami siebie, nie znajdując wyjścia z sytuacji, które sami, świadomie i przenikliwie, za cenę wielu rezygnacji i kolosalnych zmagań wewnętrznych — zbudowali, postępując do końca konsekwentnie i logicznie.

Logika i konsekwencja, odwaga i duma, same przez się wyróżniające bohaterów dodatnio, uczyniły wszak z Juliana zabójcę i zaprowadziły go na szafot. Nie zdołał on stworzyć niczego pozytywnego, jego wartości wewnętrzne mają jedynie charakter potencjalny. Zabrakło bowiem punktów stycznych z rzeczywistością. Więcej — właśnie w zetknięciu z rzeczywistością te potencjalne wartości tracą swą wartościowość, przestają istnieć. Dochodzi wprawdzie do czynu, ale czynu destruktywnego, burzącego. Bunt Juliana jest konsekwentny jedynie na płaszczyźnie mentalnej. Nie zawiera żadnego programu. Słuszna, choć subiektywna krytyka sytuacji społecznej podyktowała Julianowi wzgardę, ironię, nie podsunęła jednak żadnych rozwiązań.

Cóż jednak w gruncie rzeczy jest treścią Czerwonego i czarnego? Jest nią przede wszystkim historia kariery młodego, ubogiego plebejusza: kariery najpierw duchownej, potem wojskowej, wreszcie dyplomatycznej. Zasadniczo jest mu przy tym wszystko jedno, w jakiej dziedzinie uda mu się wybić, gdzie otrzyma wysoką rentę i zaszczyty: „czarne” — strój duchowieństwa — zmienia na „czerwone” — mundur wojskowy. Przejrzawszy reguły gry społeczeństwa, które budzi w nim odrazę, Julian posługuje się bronią przeciwnika: przywdziewa maskę hipokryzji. Stawiałoby go to na płaszczyźnie pogardzanego przeciwnika, gdyby nie fakt, że jest on od swojego wroga silniejszy. Silniejszy mianowicie o świadomość, że jego oręż jest sztuczny, że jest to maska, która nie stanie się prawdziwym obliczem obłudnika, ponieważ została wybrana z rozmysłem i z rozwagą.

Hipokrytą jest wszak Julian od początku — od chwili objęcia posady nauczyciela u mera, pana de Renal. Kolejne etapy jego drogi do kariery naznaczone są również obłudą i swoistym, stend-halowskim egotyzmem. Napięcie, natężenie uwagi, nieustanna samokontrola, ciągła aktywność intelektu wynikają z konieczności pamiętania o masce, o roli. Julian jest stale w akcji, w ruchu.

I oto nagle następuje niespodziewane zaćmienie jasności i precyzji owego myślenio-działania: próba morderstwa -fU'zerwanie maski.

Julian nie gra już żadnej roli, gdy zostaje skazany na śmierć, gdy odrzuca możliwość obrony (apelację, adwokata), gdy występuje ze swą ostatnią, oskarżycielską mową w sądzie. Nie nosi maski wtedy, gdy skazany i uwięziony przeżywa jeszcze raz, a właściwie po raz pierwszy naprawdę, miłość do pani de Renal. Ostatnie jego czyny są więc o tyle bezsensowne i nielogiczne, o ile nareszcie autentyczne i pozbawione kalkulacji. I prowadzą do klęski, choć w swym bezsensie pozostają nadal zgodne z psychiką Juliana: dwoistą, sprzeczną, konsekwentną może wewnątrz owych sprzeczności, ale niespójną i niekonstruktywną, nie podporządkowaną żadnej koncepcji.

Jest w postaci Juliana Sorela jakieś romantyczne pokrewieństwo z Hamletem: Julian to też „chłopiec z książką w ręku” (z pamiętnikami Wielkiej Armii!), chłopiec, który myśli i planuje tak wiele, dostrzega i rozumie tyle, a którego działanie prowadzi do klęski i ma pozory szaleństwa. Ostatecznie przecież Julian niczego nie dokonuje (on, którego katechizmem były czyny napoleońskie!), niszczy natomiast samego siebie. Jego śmierć jest właściwie samobójstwem. Podobnie jak w wypadku Hamleta rządzi nim nieustanna sprzeczność między intelektem a działaniem, między czynem a analizą czynu, sprzeczność, której jedynym rozwiązaniem jest śmierć. Śmierć z cudzej ręki, ale przecież wybrana świadomie.

Podobne prace

Do góry