Ocena brak

Literatura sowizdrzalska XVII wieku

Autor /Saleta Dodano /04.10.2012

Do najciekawszych i najoryginalniejszych nowości literackich XVII wieku na­leży tak zwana Literatura sowizdrzalska. Ochrzcił ją tym imieniem najwięk­szy znawca piśmiennictwa staropolskiego, Aleksander Brückner, nie tylko z tego względu, że składają się na nią głównie utwory humorystyczne, przypominające rodzajem humoru starą powieść o Sowizdrzale, ale nade wszystko dlatego, że utwory te wychodziły spod pióra rozmaitych sowizdrzałów, wesołych i złośliwych, których żywiołem były nie same puste żarty, ale także dowcipne drwiny ze wszyst­kiego, często zawierające w sobie poważną i trafną satyrę na rozmaite strony życia. Autorami tych utworów, które zaczęły się ukazywać w Krakowie już przy końcu XVI wieku, a których najbujniejszy rozkwit przypada na pierwsze dwa dziesię­ciolecia wieku XVII, byli przeważnie mieszczanie krakowscy przeciętnie wykształ­ceni albo i niedokształceni, ale nie pozbawieni pewnego zacięcia literackiego i peł­ni tego niewybrednego humoru, który nazywamy jowialnością staropolską: można być pewnym, że pan Zagłoba studiował w młodości daleko pilniej literaturę so­wizdrzalską niż pisma Kochanowskiego i Skargi.

Nazwiska swoje ukrywali najczęściej sowizdrzali pod pseudonimami, jako to: Jadam Nieboraczkowski, Frant Niebyliński, Jan Dzwonowski - generał pil-zieński, Józef Pięknorzycki, Mauricius Trzyprztycki, Januarius Sowizdralius itp. Kochali się bardzo, za przykładem Reja, w uciesznych dykteryjkach, które nazy­wali to facecjami, to furfanteriami, to żartami krotofilnymi, to wydwornymi po­wieściami. Jeden zbiór tych dykteryjek, bezimienny, wydany po raz pierwszy może jeszcze w XVI wieku, ale prawdopodobniej coś dopiero około roku 1617, ma ty­tuł: Facecyje polskie, inny, późniejszy: Co nowego albo dwór mający w sobie osoby i mózgi rozmaite, z których wy dworne powieści abo dworstwa... zebrane i na pospo­lity pożytek i uciechę są wydane przez Mauriciusa Trzyprztyckiego, Radopatrzka Gładkotwarzkiego. Oto przykłady (pierwszy - z Facecyj, inne - z Co nowego).

O SOŁTYSIE, CO SYN JEGO STUDOWAŁ.
Sołtys jeden nakładał na syna w Krakowie niemałym dostatkiem; ale on nakład próżno wiódł, bo pan student więcej, gdzie szklankami dzwonią, przeleżał aniżli w gollegijum. Gdy mu pieniążków nie stało, powędrował do ojca, aby zaś dał pieniędzy. Nieprawie1 się ojcu chciało, że już był nań niemało nałożył. Prędko jakoś po­tem kładł ociec gnój na wóz, a synaczek dziwował się, we drzwiach stojąc. Za­woła go ociec: «Synu, ba, chodź jedno!» Przyszedł; pyta go: «Jako po łacinie wi­dły ?» Synrzeczy: «Widłatus.»-«A gnój jako?» Odpowie: «Gnojatus.»-«A wóz?» -«Wozatus»-syn powiedział. Rozgniewał sie ociec, dał mu widłami po łbu, mówiąc: «Trafiec ja, łotrze, taką łacinę: znać, żeś się przed szkołą uczył. Nu, łotrze, weźmiż widłatus w rękatus, nakładajże gnojatus na wozatus; niechajże już widłatus będzie twój piórkatus, a darmo mojego nakładu nie traw!» Pospo­licie mówią: «Nie z każdego żaka ksiądz bedzie»; bo ono prawda: «Nie karmią łyżką nauk w Krakowie, - kto tam ma dziatki, snadnie się dowie.»

CONTROVERSIA NIEPOTRZEBNA.
Szlachcic, który się pieczętował Ciołkiem, widząc u drugiego, uboższego, luboby to i podlejszego, że tąż bestyją swoje rzeczy zdobił i woski przyciskał, począł mu odpowiadać, fury-ją stroić, jako potężniejszy słabszego chcąc despektować, jak zwykli furyjaci; jeno że i chudszemu nie wrzód był w gębie, i serce nie pożyczane; Pyta go, o co by takiego nań tak srogo następował. Powiada, że «się moim herbem, a nie wiem dlaczego, pieczętujesz*. Pyta: «Niech wżdy wiem, co za herb twój taki, tobie tylko samemu służący.» Powie, że Ciołek. On też rzecze: «Toż się ja nie tym pieczętuję, bo u mnie musi być abo krówka, abo wołek, gdyż widzisz, że ma rogi niemałe; a co wiedzieć jeszcze, jeśli się ten Ciołek nie z mojej krów­ki abo nie z mego byczka urodził.»

FOREMNY RODZAJ.
Gdy Kreska wyliczał swoje genealogiją, że miał ojca Turka, matkę Mazurkę, rzekł mu na to drugi: «Toś ty pół psa, pół kozy.» Aż też zopytany wzajem, kto by sam był, powiedział, że się na pograniczu ro­dził i miał ojca Mazura, matkę Litewkę. Na co mu pierwszy: «Toś ty sam pół psa, pół kozy.» A on: «Nie każdemu się też to zdarzy, jako tobie, być psem całym.»

LEPIEJ BYĆ BEZ NOSA NIŻ SIĘ DAĆ ŻENIĘ ZA NOS WODZIĆ.
Chojewskiemu, złą żonę mającemu, ucięto nos w zwadzie. Gdy go potem to­warzysze i przyjaciele nawiedzali ciesząc, on sam sobie największej dodawał pociechy mówiąc, że «się tym najbardziej cieszę, że mię więcej żona nie będzie wodziła za nos».

 Odrębny dział literatury sowizdrzalskiej stanowią różne pieśni i śpiewki; wy­dawano je (podobnie jak dykteryjki) w osobnych zbiorach, na przykład: Pieśni, tańce i padwany kwoli zabawom uczciwym szlachetnej młodzi', albo Dzwonek ser­deczny, do którego się co żywo na głos zbiega, tak młodzieńcy, jako i panny, albo jeszcze Dama dla uciechy młodzieńcom i pannom, w której się zamykają pieśni, tańce i padwany rozmaite. Są to przeważnie pieśni miłosne, często niezbyt przystojne, którymi kawalerowie dzwonili do serc swoich bogdanek; ale nie brak i takich, które są nie tylko przystojne, ale i piękne w swojej prostocie i prawdzie uczucia. Autoro-wie tych pieśni zasilali się obficie pieśniami ludowymi (nie tylko polskimi, ale i rus­kimi), starając się im nadać formę literacką, i tak przerobione pieśni powracały nie­raz do ust ludu.

Żałośnie Kasinka płakała,
Gdy za mąż nieboga iść miała.
Rozczesując włosy rozkoszne,
Te słowa mówiła żałosne:
«Włosy moje żółtozłociste!
Wyście mnie zdobiły zaiste,
Ostatnie się już z wami cieszę
I snadź już ostatnie was czeszę.»
Płakała na swoje złe szczęście,
Że się jej przemienia w nieszczęście:
«Czemuś mię, zła chwilo, tak zwiodła ?
Z wesela w dom płaczu przywiodła?
Czemuś mnie w niewolą wprawiła,
A złotej wolności zbawiła.
Ach! mojej wolności zbawiła?
Gdzieżeś mi się teraz podziała?
Gdym była w panieńskim swym wieku Pod moich rodziców opieką, Jak rybkam więc sobie bujała, Frasunków, kłopotów nie znała.
A teraz muszę się frasować I fuki, i puki przyjmować ?» Płakała na swoje rodzinę, Że młodo wydali dziewczynę:
«Czemuż mi, kochani rodzice, Tak mi oddajecie swe dziecię ? Czemuż me niewdzięczne posługi ? Wszakem wam służyła czas długi,
Służyłam, a wiernie, nieboga! Cóżem wam czyniła, dla Boga? Czym ja wam główeczki nie zmyła? Czym kiedy przeciwko wam była ?
Aleć się to nigdy nie znajdzie: Byłam wam powolna po prawdzie, Za stołem siedziałam, chudziątko, Jak jakie pieszczone zwierzątko.
Oczkamim jak sokół patrzała, A łzy z nich jak rosę puszczała.» Płakała idący do ślubu. Śpiewając tę piosnkę nielubą:
«Ach, moja pieszczona młodości, Dziś koniec uczynisz wolności! Nieszczęsne ja teraz stworzenie: Już moja, już wolność o ziemię
I ona z młodzieńcy biesiada Na długi, wieczny czas upada!» Już idąc od ojca i matki, Żegnała rozkoszne dostatki
I ojca, i matkę żegnając Płakała, u nóg im padając: «Żegnam cię, mój gołąbku siwy, Żyj długo z rodziczką szczęśliwy!
Już ci się od was oddalam, Bogu was miłemu oddawam, Za wychowanie wam dziękuję; Inszy mnie opiekun przyjmuje.»
Ganeczek swój łzami skrapiała, Na którym częstokroć sypiała, Mówiąc: «Mój kochany pokoju! Żegnam się z rozkoszą już moją.
Już więc zasypiać tu nie będę, Bo się stąd daleko przesiędę.» Gdy była od matki wpół drogi,
Płakała, aż mi żal niebogi.
Płaczący w domu świekruchy, Przywiodła rodzice do skruchy, Że wszyscy rzewliwie płakali, Jak siwe gołąbki hukali.
Żałośnie pogląda po domu, Nie da się utulić nikomu: «Tuż ja to będę mieszkała? Jakbym się w inszy świat dostała!
Już muszę łańcuszki te schować, Nie masz się tu czasu bryżować. I te pierścionki muszę złożyć, Rękawy za łokcie założyć,
Już mi się z urodą nie drożyć: Muszę rąk do pracy przyłożyć; Małżonka tu już słuchać muszę I swojej wygadzać świekrusze.
Muszę też doglądać czeladzi, I samej ruszyć się nie wadzi.» W rynek ci szła, koszyczek wziąwszy, Dumała przed jatki stanąwszy: «A jakoż tu będzie kupować! Nie nauczyłam się targować, Bom tego u matki nie znała, Gotowego tylkom czekała:
A teraz i przedać, i kupić!» Cóż czynić? musi się nauczyć! Trzeba rzecz zrozumieć na świecie, Żeby mąż nie uczył po grzbiecie.

 Lecz nie facecje i nie pieśni stanowią lwią część literatury sowizdrzalskiej, tylko satyry pełne komizmu. A komizm to gruby, pospolity: albo burleskowy, to jest rubaszny, albo też groteskowy, to jest wpadający w przesadę, czyli w kary­katurę, często fantastyczną. Ofiarą śmiechu i szyderstwa padają tu nade wszystko mieszczanie (rzadziej - chłopi, jeszcze rzadziej - szlachta): pierwiastek mieszczań­ski, który w poezji XVI wieku ukazywał się tylko wyjątkowo (na przykład w Roz­mowie baranów Marcina Bielskiego albo w Worku Judaszowym Klonowicza), jest jedną z najznamienniejszych cech poezji sowizdrzalskiej. Szydzą tedy sowizdrza-li z różnego rodzaju rzemieślników, z kupców, kramarzy i szynkarzy, z nauczycieli szkolnych i żaków, z lekarzy, z klechów, kantorów i rybałtów, z żebraków i próż­niaków, z pątników i włóczęgów, z «gorzałkopijów» itd., itd.
Nie zapominają i o Żydach-szachrajach; w jednej na przykład satyrze mówi Żyd: «Przyrodzenie to własne jest od dawna naszym: - machlować, szalbierować, oszukać, wymatać6, - potwarzyć, przedarować, ukraść i pochwatać... Psa starego na łańcuch trudno przywieść, ale - trudniej Żyda do cnoty przyprowadzić w cale-wilk chowany, Żyd chrzczony - przyjaciel obłudny, z Żyda dobry człek Żaden być nie może - bo się on bez machlerstwa zapomóc nie może.» Oprócz «machlerstwa» wyszydzają satyry sowizdrzalskie tchórzostwo Żydów. Oto na przy­kład w Wyprawie żydowskiej na wojnę (1606) Szmoił, idąc za radą Boruchaja, nama­wia pospólstwo żydowskie, żeby się wyprawiło pod wodzą swego hetmana Mordu-chaja na nieprzyjaciół króla polskiego; jedzie tedy kilkuset Żydów na Podole, ale nie dojechali, po drodze bowiem spotkali się aż z trzydziestoma hultajami, którzy pobili ich na głowę i ranili im Morduchaja; więc wracają pejsaci rycerze do Kra­kowa i już nie myślą o nieprzyjaciołach króla polskiego.
Dotkliwe cięgi dostawały się od sowizdrzałów innowiercom, zwłaszcza lut­rom i kalwinom: są to już nie satyry, ale raczej paszkwile, do których fabrykowania dzielnie pomagali sowizdrzałom jezuici. Treść stanowią ordynarne szyderstwa Z Kalwina i Lutra, z ministrów i predykantów (to jest kaznodziejów) protestanc­kich, z ich wiary i nabożeństwa. O tonie tych szyderstw mogą dać wyobrażenie ta­kie wyzwiska, jak wydmikufel, morzypiwo, świnia, świnister (zamiast: minister), błaznodzieja (zamiast: kaznodzieja) itp. Do ulubionych środków szyderstwa na­leżą opisy pobytu Lutra i Kalwina w piekle: kiedy Luter przybywa po śmierci do piekła, diabli nie posiadając się z radości wydają na jego cześć wspaniałą ucztę; Lu­ter urzyna się wódką, a trąbi ją z olbrzymiego dzbana, który nazywa dekalogiem; w piekle poczubił się raz Kalwin z Lutrem i ugryzł go w rękę, itp. Inny pomysł to parodiowanie śpiewów protestanckich, na przykład: «Błogosławcież już Pana, bło­gosławcie, ludzie, - bo widzicie, jak z kuchnie nam pożytek idzie, - jedne rzeczy z rosołu, a drugie z korzeniem... westchnicie sercem wszyscy przy takim obiedzie: -my mamy w piątek mięso, papieżnicy śledzie.» A oto jeszcze kilka słów z paszkwilu pt. Testament luterski żartownie napisany (to jest testament, który Luter pozosta­wił niby po sobie): «Odkazuję - ciało zborom, pludry braciszkom leguję. - Mini­strów napominam i z ministrzycami, - żeby się wiary mojej trzymali zębami... -Minister każdy ma być w osobie osiadły, - na katoliki, jako pies na morszynę, za­jadły... - minister każdy ma być serdeczka śmiałego - nie ma się bać, jak tchórz, grzechu nawiętszego, - owszem, byśmy się diabłu nie dawali cieszyć, - winniśmy z swej dobroci jak najwięcej grzeszyć, - bo skoro wszystkich diabłów grzechami przejdziemy, - nie diabli nas, lecz diabłów my męczyć będziemy.» Autorem Testamentu (1623) jest sielankopisarz Bartłomiej Zimorowicz.
Nad kobietami znęcała się satyra polska już w wieku XVI; żartował sobie z nich na przykład Rej, twierdząc, że to «naród mdły», a niejaki Bartosz Paprocki (pisarz bardzo płodny, który dużo więcej pisał, niż myślał, autor wielkiej księgi pt. Herby rycerstwa polskiego, 1584) urągał białogłowom ile wlazło; ponieważ sam miał wściekłą żonę, wymyślał złym żonom od ostatnich słów i taką radę dawał mężom: «Naprzód weźmi surowiec ów tęgi wołowy, - a obwiąż jej koszulę czyście koło głowy... - bij godzinę; a jeślić nie przyobiecuje - być dobrą, otoć karę drugą pokazuję. - Za nogi ją związawszy, w kominie zawiesi, - a potem psiego sadła funt i dwa przyniesi, - smarujże co nalepiej, a kijem w nię wcieraj - z oburącz po godzi­nie, a potem obieraj, - spoczywając, które by drewno lepsze było, - co by w tym złym stworzeniu upór odmieniło; - stłukłszy o nię sto kijów, zagrzeb w koń­skim gnoju; - będzieli zła, znowuż w nię, wywiódłszy z pokoju! - Bij, a ręku nie żałuj-po lędźwiach ją mocno smaruj:-wężowej jest natury, - dosięgaj dzie­wiątej skóry!»
Na początku XVII wieku aż się roi od satyr na kobiety, a pisali je głównie sowizdrzali, posługując się często zamiast wyrazu «białogłowa» albo «niewiasta» wyrazem «kobieta», który nie tylko w wieku XVI, ale i w XVII uchodził za pogar­dliwy, bo oznaczał świniarkę. Drwili sobie tedy i z żon, i z wdów, i z panien, zwła­szcza z ich zamiłowania do strojów, i z różnych «fortelów», na które się łapią głupi mężczyźni. Oto na przykład jak żona «małżonka swego męża podchodzi pieszczo­tami: «Więc się w rzeczy1 dla niego bielidłem smaruje, - to się w szaty ustroi, to się perfumuje, - to się k niemu uśmiecha, to rozmawia cudnie, - to się w wie­czór dla niego ubierze w giezłeczko - a mówi: Mój klejnocie, moja perełeczko, - niechajże tu z waściunią będę zabawiała - bobym zgoła na oczu snu w nocy nie miała. - I tak męża zniewoli, że rad nierad musi - słuchać i czynić, co się podoba panusi.»
Są satyry wymierzone specjalnie przeciwko starym babom umiejącym łapać sobie młodych mężów; tak na przykład w satyrze Prokopa Matłaszewskiego z Babożenic pt. Baba abo stary inwentarz tak skarży się na starą połowicę małżonek (mądry poniewczasie): «W nocy spisz, ona kaszle, charcha, na łóżku się prze­wraca, stęka, trzeszczy, wrzeszczy, czeladzi łaje, psy drażni, świece każe całą noc palić abo ogień w kominie, żeby tylko tobie w oczy... Rano... ona jako karw2 leży, ledwie ją dziewka dźwignie z łoża, a niż się ubierze abo narządzi, nadejdzie po­łudnie.) Często jednak skarżą się nie mężowie na żony, tylko żony na mężów: za przykładem Sejmu niewieściego Marcina Bielskiego opisują i sowizdrzali takie sejmy, na przykład Sejm białoglowski, który w sobie zamyka wszelakie swobody, pokoje z mężami, warując to wszytko sobie do lat pewnych, póko swego nie przewiodą według uporu, spisany roku niedawno przeszłego, dnia pierwszej niedziele niektórego miesiąca jasnomodrego, za pozwoleniem rękodajnym wszytkich bialychgłów jasno rumianych. Jedna białogłowa skarży się na męża, «że ją pobił srodze, - że jej z głowy zawicie zleciało, niebodze. - Druga mówi, że kiedy się wyśmiewa, ciska i misami.» Schodzą się na sejmy i panny, na przykład w satyrze Sejm panieński abo rozmowa  o biesiadach i krotofiłach mięsopustnych tudzież o obyczajach mężów, gdzie ze dwu­dziestu panien każda zdanie swe podaje. «Aczkolwiek cicho to panny gadały - i za­pewne się tego spodziewały, - że tego żaden nie miał na nich wiedzieć, - przecie to jedna musiała powiedzieć - temu, w którym się była zakochała - i tak ci swoje drużynę wydała.»

Ulubioną formą satyry sowizdrzalskiej była ta sama, co Krótkiej rozprawy Reja, to jest rozmowa. Już w ostatnich latach XVI wieku ukazało się Mika dia­logów sowizdrzalskich, a na początku XVII posypały się jak z rogu obfitości. Do najwcześniejszych należą dialogi o Albertusie: Wyprawa plebańska (1590) i Albertus z wojny (1596). Pleban sknera wyprawia swego sługę kościelnego Albertusa na wojnę z Tatarami: daje mu na drogę zdychającego konia, starą zbroję, mało żywności, ale za to dużo błogosławieństw i rad zbawiennych, na przykład: «W bitwie jako najdalej w zad uchodź od czoła, - na harc nie jedź, a złego razu Strzeż się zgoła, - o nierówną się nie kuś, weźm' tę radę zdrową: - pomni na to, że muru nie przebijesz głową.» Wraca Albertus z wojny i opowiada księdzu swoje przygody: ugrzązł w błocie, koń mu do reszty zdechł i oto zamiast ciągnąć na Podole siedział sobie nasz rycerz w Bochni, sprzedał prawie całą zbroję i pił na umór, rozumując, że mu Podole nie ucieknie; wreszcie dowlókł się do obozu, ale się z Tatarami nie bił, posłuszny zbawiennej radzie księdza; przywiózł jednak bo­gate łupy: kilka kur, które ukradł w powrotnej drodze, oraz łuk i sajdak ze strza­łami tatarskimi, które kupił od towarzysza.
Te dialogi są satyrą na skąpstwo księży, na niedołężne ruszenie pospolite, na rozpustne życie obozowe, ale nade wszystko na żołnierzy tchórzów, obdzie­rających ubogi lud: popularnym typem takiego żołnierza jest właśnie ów Albertus, z którym spotykamy się w wielu satyrach sowizdrzalskich.
Innym ulubionym przedmiotem dialogów satyrycznych jest «mizeryja szkolna», to jest nędza nauczycieli ludowych, którymi byli śpiewacy i słudzy ko­ścielni (klechy i rybałci), oraz szyderstwa z nauki języka «lackiego», czyli «latań-skiego», jak ironicznie nazywano łacinę, której się na zabój uczyła szlachta, zwła­szcza w szkołach jezuickich. Oto na przykład Colloquium Janasa Knutla, z Chlebówki magistrata, w którym radzi się Szymona, towarzysza swego, czego się na świecie tych czasów jąć ma, ponieważ mu szkoła nie plaguje (1633). Klecha Janas widząc, że «na tym szkolsku nie zarobi strawy», chce «udać się w rzemiosło» i prosi o radę Szymona; ten nie z jednego już pieca chleb jadał: uczył się łaciny w szkole, a śpiewu - u kantora Gardoła, który śpiewał tak pięknie, że raz cielę u chłopa zdechło ze strachu, a raz bydło uciekło do lasu; uczył się muzyki u organisty i kor-necisty, służył «pięć lat za woźnicę», nosił torbę za jurystą pijakiem, był czelad­nikiem karczmarza, piekarza, kotlarza - wszędzie było mu źle, aż wreszcie dostał się na nauczyciela do szkoły i przekonał się, że w szkole mniejsza nędza niż gdzie indziej. Słysząc to Janas już nie chce iść do rzemiosła: «A tak już koniecznie -szkoły będę pilnował i trwał w niej statecznie, - boć ja widzę, jak owo mawiają na Rusi,-choćby przeszedł wszytek świat, wszędy robić musi.» W rozmowie swej przeplatają towarzysze wyrazy polskie łacińskimi, ale taka to i łacina; cóż dziwnego, kiedy jak opowiada Szymon - w szkole

Uczył tam Gregoryjus, mistrz niepospolity,
Persona prawie grava [!], człowiek rodowity...
Kochał się dziwnie we mnie, i wziąłem od niego
Niezły profekt; mam jeszcze i raptury jego.
Łatwiusieńko nam certe łacinę tradował,
Ba, i do nabożeństwa optime wprawował.
Pomnie jak dziś napierwszą jego prekacyją,
Co mi się jej dał naprzód uczyć za lekcyją:
Dominus patris amen, gratias, chabias,
Suripales, depernales, particas, farias,
Incisus Dominasus, bikasus Janasus
Et chloptasus dobrasus, multum rad pijasus.
To to te jego były pierwsze principia,
Aż też zaś potem większe czytał nam studia,
Zwłaszcza owe bukłagi o onym Tytorze6,
Co owo kozy pasał tu, na Babiej Górze...
Pomnieć aliquot versus, zaraz od początku,
Gdy tak właśnie poczynał prawić o szczeniątku:
Ty tire patulae - Tyruśku szczeniątko,
sub tegmine - na kominie,
silvestrem tenui Musom - leśną ułapiłem myszkę,
meditaris avena - rozmyślająca nad owsem...
paulo maiora canamus - o Pawle większym śpiewały...
Dalej nie mogę pomnieć, gdyż już czas niemały,
Jako mi już te plotki z głowy wywietrzały.

Czasami wkraczają sowizdrzalskie dialogi satyryczne w dziedzinę satyry politycznej, jak na przykład: Poselstwo z Dzikich Pól od Sowizrzała do mało cno­tliwej drużyny (1606). Jest to rozmowa Sowizdrzała z Marchołtem, których Pluton wzbudził z krajów podziemnych» i przysłał do Polski, kiedy się dowiedział, że Polacy postanowili poprawić i obostrzyć prawa na różnych złoczyńców wtrąca­jących kraj w otchłań zguby; otóż Sowizdrzał i Marchołt mają wyprowadzić z Polski całą tę «malo cnotliwą drużynę» na Dzikie Pola - «niechby się zła ojczyzna z dobrą rozstrzygnęła*. Tworzą zaś złą ojczyznę, po pierwsze, pospolici łotrowie, rozpustnicy, «polocy», gracze, błazny; po drugie, Żydzi, «którzy w Polszczę i w miastach murowanych - są jak czerw w zrębie pięknym, mól w futrach kosztownych - ...Niech przyjmą do szeregu lichwiarze, szalbierze, - oszusty, łupigrosze i kupce fałszerze- ...wędzikalety, swędry, żmigrosze, mitregi»; po trzecie, wszyscy «jaratycy», to jest heretycy, którzy «dla swego błędu - wymacają świat, państwa i z sobą do szczędu - zagubiają zbyt głupie»; po czwarte, zdrajcy i «przekupnie» ojczyzny. «Tak, co ma wisieć w Polszczę - mówi Sowizdrzał do Marchołta ty na Ukrainę - wywiedź w wszelką swobodę, w przestroną dziedzinę, - cho­rągiew im tę podnieś: na drzewie Judasza - obieszonego6, a ta piękna ich okrasa.»

Satyra ta, której autorem jest Jan Jurkowski (mieszczanin, bakałarz z pilzna), należy do najostrzejszych w literaturze staropolskiej; szkoda tylko, że szpeci ją duch nietolerancji: ziarna nauki jezuickiej nie padały na skałę. A i z tego jeszcze względu zasługuje ta satyra na uwagę, że jest w niej pierwiastek fantastyczny, i to nie tylko w głównym pomyśle, ale i w takim na przykład opisie cudownej ku­racji: «Księża, doktorowie - ci chcąc, by przyszli k sobie szaleni błaznowie - wodzą ich do apteki, gdzie dobroć i cnoty - w puszkach i w słojkach siedzą, a z pilnej ochoty - recepty i syropy świątobliwe dają... a chcąc, by z onych błaznów było co dobrego, - ślą je w koszach do młyna dobrze dziejącego; - tam ich tłuką i w stę­pie7 mieląc pod kamieniem, - pytlują je, sieją je, a przecie z grzebieniem - bła-zeńskim zaś wychodzą; drugim wykurzają-ze łba mózgi szalone w piecach, skąd latają - muchy, dym, wiatr i fsiu bziu, przecie z próżną pracą.»

Lecz najfantastyczniejszą (a niezmiernie popularną) satyrą staropolską jest wydany po raz pierwszy około roku 1615 Sejm piekielny straszliwy i examen książęcia piekielnego abo słuchanie liczby wszytkich czartów, co który zrobił na świecie za te lata od strącenia z nieba aż do dnia sądnego. Pomysł tej satyry wziął bezimienny autor z powieści fantastycznej XVI wieku Postępek prawa czartowskiego przeciw narodowi ludzkiemu (1570). Lucyper wzywa uniwersałem wszystkich diabłów na sejm; zbierają się więc: Belzebub, «najprzedniejsze książę i senator piekielny»; Cerberus «obżarły, tłusty, brzuchaty»; Lewijatan, «książę gniewliwe»; Smojfea; Pluto, «książę piekielne pyszne, z wielkim orszakiem pompose przyjdzie»; Daemon scholaris, alias szkolny diabel»; Rogalec «też przyjedzie na ożogu, czarownik»; Asmodeus, «karczemny diabeł, przyjdzie pijany, w wieńcu, a kufel drożdży w ręku trzyma, a drugi przed nim gra na gęśliczkach i będzie pił do Lucypera»; Bies, «diabel ruski»; Nuncius apostaticus, czyli «heretycki diabel» - i inni jeszcze. Lucy­per zagaja sejm, po czym diabli po kolei zdają sprawę ze swojej działalności na ziemi, przechwalając się psotami, jakie płatali ludziom. Pluton na przykład opo­wiada, jak to za jego podszeptem ludzie zadzierają nosa do góry: jest to satyra na ową «szara pychę», którą już Rej ośmieszał, tylko że Pluton poduszcza do niej nie samą szlachtę, ale i mieszczaństwo. Belial skarży się, że ludzie, kiedy wpadną w gniew, to sadzą diabłami, zwłaszcza

. . ........niewiasty: kiedy komu łają,
Razem wszytkie diabły wziąwszy to nań wypuszczają...
Jeszcze druga nie doroście, bestyjeczka niska,
Jak się rozgniewa na kogo, to nań diabły ciska.
Pacierza druga nie umie ani się przeżegnać,
A już umie egzorcyzmy, jako diabły wegnać.
By go tak umiał wypędzić, jako umie wsadzić,
Żaden się mu nie odejmie, trudno o tym radzić.
I te, co po ziemi łażą, malusieńkie dzieci,
Umieją już sobie łajać: «0, Baboł w cię wleci.»
A matusia mu poświadcza abo się mu śmieje:
«Jeszcze to rozumu nie ma, nie wie, co się dzieje.»
Nanusiek mu jeszcze każe: «Łaj, duszko, macierzy,
Mów: bodajeś diabła zjadła dzisia na wieczerzy!»

Rogalec z triumfem opowiada Lucyperowi, jak «poczynił z dobrych nie­wiast wielkie czarownico), które ludzi uczą głupich zabobonów: oto czarownica

Maściami się nasmaruje, a na ożóg wsiędzie...
Tam po polach i po miedzach czary zakopuje...
Kiedy się do domu wraca, kotką się przeczyni,
I sam gospodarz nie pozna, by to gospodyni.
Nuż w sobotę wielkanocną, kiedy wodę święcą,
To się wtenczas czarownice po chałupach kręcą,
Biegają około domu, brząkając w siekacze,
A druga, wlazłszy na gniazdo, z kokoszami gdacze;
Wziąwszy ognia święconego dobytek nim kadzi...
Anioła z domu wypędzić, a diabła tam wegnać,
Śmieciami ciskać, gdy księża chodzą po kolędzie,
Do poduszki się wy ścigać tam, kędy ksiądz siędzie:
Mniema druga, że tam księdza odpusty opadły,
Więc się do nich wyścigają. Bodaj diabła zjadły!
Święcone w dzień wielkanocny wkoło domu noszą:
Aby wężów nie widali, kiełbas o to proszą.
Lecie zasię, kiedy trzaska, gdy się boją gromu,
Oknem naczynie żelazne wyciskają z domu:
Siekierę, motykę, widły, łopatę i grabie,
A ziela nakłaść na ogień każą leda babie...
Nie przyda się baba ni na co, jedno na czary:
Człowieka osuć, ostudzić, oślepić, pokrzywić,
Małżeństwo k sobie ostroczyć, człowieka nie żywić
.
Wysłuchawszy raportu swoich poddanych Lucyper dziękuje im za ich pracę, nie posiadając się z radości, że będzie miał w piekle tych wszystkich, którzy się dali uwikłać w sidła diabelskie; więc rozkazuje czynić przygotowania na przyjęcie miłych gości:

Wapna w pomyje namieszać, piołunu, gorczyce,
A tym będziemy częstować wszytkie pijanice...
Mam też dla ludzi opasłych mosiądzowe łoże,
Szrubami go na nim przypiąć, gdy kto spać nie może,
Węgla dobrze podsypować podeń ognistego,
A spodkiem poddymać, wziąwszy miechu kowalskiego...
Heretycy zaś osobne będą mieć mieszkanie,
Bo to naszy kochankowie, trzeba mieć wzgląd na nie: Wprzód im nosy pourzynać i wyłupić oczy... Dobrze by im ich języki w tył wywłóczyć szyją, Pisma im kazać pożywać wespół z pomyjami, Wszytkie księgi nimi skarmić, które robią sami. Trzeba przy nich ustawicznie mieć rzeźnicze jatki: Żaby, jaszczurki, niedźwiadki i inne dostatki... Trzeba siarki, smoły, prochu, soli, szkła tartego, Pieców dobrze upalonych, łuczywa smolnego. Zdrapawszy ich ośnikami, nacierać ich rany, Potem ich kłaść do kąpiele, do żelaznej wanny. Tamże im trunki zadawać smrodem zaraźliwe, ;IfŚ A bestyje kłaść w paszczęki i jaszczurki żywe; Potem w smrodliwych kominiech wieszać na dół głową. Tu będzie krzyk, usłyszymy niejedne pieśń nową, Kiedy będą własne dzieci rodzice przeklinać, Dni, których się porodzili, z żałością wspominać; Imię boże będą bluźnić, «ach, ach!» niestytając, Włosy na sobie targając, zębami zgrzytając. A my im, mąk przyczyniając, będziemy służyli, A z ich płaczu na wieki się będziem weselili.

Podobne prace

Do góry