Ocena brak

Ignacy Krasicki - Pan Podstoli

Autor /Saleta Dodano /11.10.2012

Inny charakter niż Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki ma druga, znacznie dłuższa powieść Krasickiego: Pan Podstoli; jej część pierwsza wyszła w roku 1778, druga - 1784, trzecia - 1803. Nie ma w niej ani fantastyczności, ani awantur nad­zwyczajnych; pierwiastek obyczajowy jest za to w obfitości i łączy się nie zawsze wprawdzie!, ale często z satyrycznym. Najznamienniejszą jednak cechę tej powieści stanowi tak wielkie przeładowanie jej pierwiastkiem dydaktycznym, że pewien krytyk zaliczył ją - na równi z Wojną okocimską - dó utworów «chłodnych» i «poziewnych». Trochę słuszności w tym sądzie jest: dzisiaj niejeden czytelnik wziąwszy do ręki Fana Podstolego ziewa; j ako powieść bowiem jest to utwór, kto wie, czy nie równie nudny jak Przygody Telemaka Fenelona i Nowa Heloiza Rousseau. Lecz nie mówiąc już o tym, że współcześni czytając Pana Podstolego z pewnością nie ziewali, tylko się bardzo zaciekawiali - i dzisiejszy czytelnik także nie będzie ziewał, jeżeli szukać będzie w tej powieści nie ciekawej fabuły, której nie znajdzie, i nie tylko zwierciadła obyczajowego, które znajdzie, ale nadto obrazu tych myśli i uczuć, rad i przestróg, którymi najszlachetniejsi i najmędrsi Polacy XVIII wieku chcieli za­pewnić swojemu narodowi trwałość i szczęście. «Jak Konstytucja 3 maja wieńczyła powolną i długą pracę ludzką zdążającą ku reformie politycznej, tak ten ideał obywatela-gospodarza polskiego», którym jest pan Podstoli, «wieńczył powolną i długą pracę reformy obyczajowej, która wraz z polityczną nurtowała w Polsce od po­czątków XVIII wieku.

Posiadając umysł trzeźwy, daleki od marzycielstwa i niezdolny do zapału, nie bardzo wierzył Krasicki, zwłaszcza po pierwszym rozbiorze, żeby można było uratować Polskę jako państwo; w tej niewierze mógł go jeszcze utwierdzić pisarz francuski Mably, który w piśmie pt. Polityczna sytuacja w Polsce przepowiadał Pol­sce upadek i doradzał jej obywatelom, żeby jak Cyceron po upadku Pompejusza wycofali się z życia publicznego w zacisze domowe. Nie wierząc jednak w przyszłość Polski jako państwa, nie wątpił Krasicki ojej przyszłości jako narodu. Otóż pragnąc pouczyć ziemian polskich, jak mają pracować dla ojczyzny, choćby ona nawet miała utracić niepodległość, postawił im przed oczy idealnego obywatela, którym jest właśnie bohater powieści Pan Podstoli.
Pomysł stworzenia takiej idealnej postaci zawdzięcza Krasicki może trochę Żywotowi człowieka poczciwego Reja i Dworzaninowi Górnickiego, po części Nowej Heloizie Rousseau, w której jest idealny gospodarz, ale nade wszystko niewielkiej powieści angielskiej bezimiennego autora o idealnym gospodarzu i obywatelu, Ro­gerze de Covery. (Tę powieść, drukowaną w «Spectatorze» angielskim, Krasicki znał doskonale, skoro ją sam przeroby i wydrukował w «Monitorze» jeszcze w roku 1772.) A i w jednej powieści Richardsona, dobrze Krasickiemu znanej, jest idealna postać: Pan Karol Grandison. I w ogóle trzeba wiedzieć, że bardzo niecnotliwy wiek XVIII lubował się w bohaterach będących wcieleniem cnoty.
Lecz pierwowzorem idealnej postaci pana Podstolego byli nie tylko bohatero­wie powieściowi, ale także jeden żywy człowiek: podstoli sanocki Antoni Starzeński, żonaty z Brygidą Krasicką, rodzoną siostrą księcia biskupa warmińskiego. Całej w ogóle treści do Pana Podstolego dostarczyło Krasickiemu życie: to, co widział w Polsce na własne oczy, i to, czego dla Polski pragnął i o czym marzył we własnej duszy.
Zaczyna się Pan-Podstoli tak:

Gdym był raz w drodze około czasów żniwowych, trafiło mi się przejeżdżać przez wieś osiadłą i budowną. Widząc w niej karczmę porządną, lubo jeszcze było daleko do zachodu słońca, zajechałem tam na nocleg, a gdym się gospo­darza pytał, kto tej wsi dziedzicem, odpowiedział mi: «Pan Podstoli.» - «Kto tę karczmę zbudował ?»- «Pan Podstoli.» - «Kto tak dobrą groblę usypał ?» -«Pan Podstoli.» - «Kto most na rzece zmurował?»-«Pan Podstoli.» Zgoła kościół, dwór, folwark, spichlerz, browar, chałupy nawet - wszystko to było dziełem jednego człowieka, a ten był pan Podstoli. Zdjęła mnie niezmierna ciekawość poznać go; bałem się być natrętem, ale mnie karczmarz upewnił, iż pan Podstoli rad był każdemu w swoim domu. Już było po zachodzie słońca, a wieczór piękny, gdy przechadzając się po grobli postrzegłem idącego ku so­bie człowieka w żupanie białym; miał pas rzemienny, na głowie obszerny ka­pelusz z słomy, w ręku kij prosty. Gdy się zbliżał, a postrzegłem twarz po­ważną, rumieniec czerstwy, wąs siwy, domyśliłem się, iż to musiał być pan Podstoli. Przystąpiliśmy ku sobie i po pierwszym przywitaniu rzekłem, iż ^przypadkowe, jako mniemam, pana tutejszej wsi spotkanie nader jest pożąda­ną dla mnie okolicznością*: «Nie mogę albowiem przed WPanem zataić - rzek­łem dalej - podziwienia z tego wszystkiego, co tu widzę; tym zaś bardziej to podziwienie zwiększyłem, gdym się dowiedział, iż wszystko jest skutkiem WPana industryi i pracy.» Podziękował za dobrą opiniją, przyjął pochwałę bez fałszywego wstrętu; a żeśmy byli niedaleko wrót, zaprosił do dworu.
Obszerny dziedziniec płot z kołów wielkich sporządzony otaczał; ten ze­wsząd obsadzony był wybujałymi do góry wierzbami, na śrzodku cztery lipy rozłożyste stały, pod każdą z darnią siedzenie, w śrzodku stół kamienny. Po prawej ręce była porządna oficyna kuchenna z izbami, jakem miarkował, dla czeladzi; po lewej szły stajnie, wozownie, na boku murowany lamus z żelazny­mi u okien kratami i okiennicami, naprzeciwko niego spichlerz. Dwór sam był z drzewa na dobrym i znacznie od ziemi wzniesionym podmurowaniu. We­szliśmy do izby; na śrzodku stał stół dywanem tureckim okryty, kredens był przy drzwiach, tacami, pucharami, dzbanami srebrnymi i złocistymi ozdob­ny; naprzeciwko drzwi wisiał portret króla Jana. W drugiej izbie, niemniej przystojnej, zastaliśmy jejmość nad krosienkami; haftowała, jakem się potem dowiedział, tuwalnią do kościoła. Wstała natychmiast z krzesła i przywitała mnie; obróciła się potem do męża i wziąwszy go za rękę z tym wdzięcznym uśmiechem, którego moda nauczyć nie może, rzekła, iż dzieci ze szkół dziś na noc przyjadą. Dano znać wkrótce o ich przybyciu; weszły do izby razem z dyrektorem; starszy nie mógł mieć więcej nad lat szesnaście, młodszy ro­kiem różnił się w wieku od starszego. Nastąpiła niezabawem wieczerza; siedli gospodarstwo, dzieci, dyrektor i ja, panna służebna, matrona jakaś podeszła i dwóch ojców reformatów. Podczas stołu były dyskursa, jak zwyczajnie przy pierwszym poznaniu, obojętne. Gdyśmy wstali, rzekł do mnie gospodarz, iż zachowywał dawny zwyczaj modlić się po wieczerzy z czeladką; poszliś­my więc do kaplicy i po skończonych litanijach gdyśmy się wrócili nazad, bawiliśmy się dyskursami do godziny dziesiątej, o której odprowadził mnie gospodarz do mojej stancyi. Zastałem pokoiki dwa małe, ale przystojne i czys te; na żadnej wygodzie nie brakowało. Przed odejściem prosił ninie pan Podstoli, abym (jeżeli interesu pilnego nie mam) chciał nieco wypocząć i ode­tchnąć w jego domu, zostawując zupełnie woli mojej czas bawienia. Interes, dla którego wybrałem się w drogę, nie był gwałtowny, dom - taki, jakiegom dawno pragnął: dałem się więc użyć łatwo i obiecałem, iż kilka dni zabawię.

Ale nie kilka dni, tylko kilka tygodni bawił autor u pana Podstolego - po to, aby powróciwszy do siebie znów go odwiedzić; pan Podstoli nie chcąc być dłużnym przyjeżdża do autora, po czym ten odwiedza go raz jeszcze.
Oto i cała treść powieści, a raczej nie treść, tylko dopiero ramy, w które opra­wił autor treść niezmiernie bogatą, opowiadając wszystko, cokolwiek widział i sły­szał w podróży i w domu pana Podstolego. A widział i słyszał mnóstwo: zwiedził cały dom i całe gospodarstwo pana Podstolego oraz chałupy jego włościan; poznał jego domowników, dzieci i żonę, która pracuje od świtu do nocy, ucząc córki, lecząc włościan, «odwiedzając krowy, gęsi, kaczki, kury, zwierzęta nawet niegodne wspomnienia pięknej damy»; poznał zacnego księdza plebana oraz sąsiadów i sąsiadki pana Podstolego; jeździł po okolicznych wsiach i miasteczkach, gdzie spotykały go różne przygody; był na imieninach pani podstoliny i na weselu panny podstolanki itd. Ale nade wszystko nagadał się za wszystkie czasy z panem Podstolim i nasłuchał się od niego wielu mądrych i ciekawych rzeczy: o Kościele i religii, o cnocie i moralności; o obowiązkach Polaka względem ojczyzny, pana względem służby i chłopów, rodziców względem dzieci, proboszcza względem parafian; o ety­kiecie towarzyskiej; o wychowaniu szkolnym i domowym; o gospodarstwie, o ogrod­nictwie, budownictwie, handlu i przemyśle; o naukach i literaturze; o kawie, ta­bace i tytoniu itd. - i wszystko to w powieści swej powtórzył, pragnąc (wystawie­niem dobrego przykładu użyczyć innym tego zbudowania, które sam uczuł»: pan Podstoli bowiem to ideał polskiego ziemianina-obywatela, to «człowiek poczciwy* XVIII wieku, z tą jednak wielką różnicą, że o obowiązkach względem ojczyzny ma pojęcie nierównie szersze aniżeli szlachcic Reja. Wprawdzie i on unika służby pub­licznej tak samo jak «człowiek poczciwy»; był wprawdzie kiedyś posłem ziemskim, był i deputatem do trybunału, ale teraz siedzi już kamieniem na wsi, nie dlatego żeby, jak «człowiek poczciwy» Reja, nie chciał poświęcić ojczyźnie swego <
W czymże jest pan Podstoli użyteczny ojczyźnie? W tym przede wszystkim, że jako zabiegły i zdolny gospodarz, dbały o dobrobyt nie tylko własny, ale i swoich włościan, pomnaża bogactwo materialne ojczyzny; w tym dalej, że jako dobry chrze­ścijanin, jako rozumny i światły człowiek, jako idealny mąż i ojciec wzorowo cho­wający dzieci, jako łagodny i sprawiedliwy pan dla służby i chłopów - świeci przykładem całej okolicy i tym sposobem pomnaża moralne i umysłowe zasoby swego kraju. A zawsze i wszędzie, we wszystkich swych czynach i słowach, w poglądach i upodobaniach umie zachować rozumny, złoty środek pomiędzy wymaganiami nowych czasów a miłością i poszanowaniem przeszłości. Na karcie tytułowej po­wieści wypisał Krasicki słowa: Moribus antiquis (to jest: dawnym obyczajem), pragnąc wpoić w czytelników poszanowanie tradycji i zarazem przekonać ich, że miłość przeszłości narodowej, o ile nie jest zaślepiona, wcale do postępu nie przeszkadza, że owszem, jest jego niezbędnym warunkiem i potężną dźwignią. I miał zupełną słuszność Krasicki, bez miłości bowiem tradycji nie ma patrio­tyzmu, a bez patriotyzmu nie ma i być nie może prawdziwego postępu.
Z jednej więc strony jest pan Podstoli gorącym zwolennikiem i wymownym obrońcą tradycji narodowej. Nasamprzód - pod względem religijnym: wierząc we wszystko, co Kościół do wierzenia podaje^ pełni gorliwie wszystkie praktyki re­ligijne, uczęszcza z całą rodziną do kościoła, słucha kazań, nie łamie postów i bro­ni ich użyteczności, zachowuje dawny ojców «zwyczaj modlić się po. wieczerzy z czeladką»; w podróży «nie wstydząc się chwalebnych zwyczajów ojców naszych)), którzy wszystko od Pana Boga zaczynali», śpiewa psalm Kto się w opiekę poda Pa­nu swemu; «zwyczaj był ściśle zachowany w domu pana Podstolego, iż i przed sto­łem, i po stole modlitwę każdy po cichu czynił, gdy zaś był duchowny, dawał błogosławieństwo». «Między wielu nieszczęściami - mówi pan Podstoli - które nam teraźniejsze czasy przyniosły, to za największe sądzę, iżeśmy się uchylili od śladów poczciwych przodków naszych; cześć Pana Boga jawnie nie tylko w kościele, ale w domu, w drodze i na każdym miejscu była rzeczą powszechną: teraz, gdy się kto starodawnych pobożnych zwyczajów trzyma, uznany jest za świętoszka.» Lecz nie tylko zanik religijności, ale w ogóle odstępstwo od obyczaju staropolskiego poczy­tuje pan Podstoli za nieszczęście, z pogardy bowiem dawnych obyczajów «pomału rośnie obojętność, a na koniec i wzgarda własnego kraju». Więc broni na przykład stroju staropolskiego, a nie cierpi peruk i fraków; broni i tańców staropolskich, a nie lubi francuskich, «nadto wymyślnych, wykwintnych)) i «tak trudnych do wy­konania, iż trzeba się ich pracowicie uczyć, a czasu szkoda», itp. W ogóle jest pan Podstoli zdania, że «im się bardziej państwo ku zgubie nachyla, tym częściej oby­watelom powtarzać należy: Moribus antiquis».
Przy całym jednak poszanowaniu dla tradycji nie jest pan Podstoli «ślepym uwielbiaczem starożytności)), bo rozumie, że nie wszystko, co stare, to dobre. Więc chociaż mówi raz, że mu «bolesno, iż się i w małych rzeczach od toru ojców naszych oddalamy», ale sam oddala się od niego często. «Ojcowie nasi nie kochali się w ogro­dach, nie idzie za tym, żeby ogrodów mieć nie trzeba; ślepe naśladownictwo byd­lęcym jest przymiotem)) — więc jest pan Podstoli zawołanym ogrodnikiem; ojco­wie nasi upijali się - on nie stroni od kieliszka, ale się nie upija; ojcowie przebierali często miarę w gościnności więżąc gwałtem gości u siebie - on jest bardzo gościn­ny, ale nikogo nie gwałci; ojcowie kochali się w szumnych tytułach, adresując na przykład listy: «Wielmożnemu Jegomości Panu Cześnikowiczowi MWMościwemu Panu i Kochanemu Bratu» - ori śmieje się (śmiałby się i dzisiaj) z manii ty­tułów (chociaż woli już daleko takie adresy niż: d Monsieur Monsieur, słusznie mó­wiąc, że «Mości Pan» znaczy tyle samiutko, co Monsieur) itd. Lecz nie tylko w ma­łych, ale i w dużych rzeczach często oddala się pan Podstoli od toru swoich ojców. Przede wszystkim jest to człowiek wykształcony, nie tak jak jego przodkowie, którzy poprzestawali na czytaniu senników i kalendarzy; on tymczasem ma w domu bo­gatą bibliotekę, w której znajdują się najznakomitsi autorowie polscy, a wśród nich ^nieśmiertelny Kopernik». Nie żywi też tego wstrętu, co jego przodkowie, do cu­dzoziemszczyzny, bo wie, że pod wielu względami cudzoziemcy przewyższają Po­laków; więc na przykład choć sam po francusku nie umie, ale dzieci tego języka uczyć każe, a do majątku swego sprowadza uzdolnionego młynarza Niemca, nie bacząc na zgorszenie i drwiny sąsiadów, którzy mówili: «Poczekajcie tylko jesieni, zobaczycie, jak ten dziwacki młyn i z młynarzem Niemcem popłynie do Frankfor-tu; nie poprawi polskiego gospodarstwa niemiecki koncept: lepsze nasze Maćki, Bartosze za kilka złotych i szczupłą ordynaryją niż te Frydrychy, których złocić potrzeba!» Najlepiej jednak postępowość pana Podstolego uwydatnia się w jego stosunku do służby i włościan. Ze służbą obchodzi się po ludzku, «nieuczciwymi słowy, miną pogardzającą, tyrańskimi męczarniami jarzma ich nie powiększa». Nie dosyć na tym: «Gdy u mnie kilkanaście lat wiernie który z czeladzi służył, wyzwa­lam go od jarzma służebniczego, nadaję grunt, wystawiam dom; naznaczam do­żywotnią, a proporcyjonalną do stanu jego pensyją.)) I z włościanami postępuje zupełnie inaczej niż jego przodkowie: nie obdziera ich, ale przeciwnie, troszczy się o ich dobrobyt materialny zarówno, jak moralny, budując im nowe chałupy, wy­korzeniając wśród nich nałóg pijaństwa, zakładając własnym kosztem szkółkę dla dzieci włościańskich itd. Co więcej, chociaż nie zerwał z dawnym poglądem, że «rozdał Pan Bóg rozmaite stany między ludzie, rozporządził, co każdy stan działać ma, i każdego z nas w jednym z nich osadza wedle woli swojej świętej)) - jednak pod­daństwo chłopów nazywa «zastarzałą nieprawością)). To nie przeszkadza, że jest przeciwnikiem natychmiastowego zniesienia poddaństwa i gniewa się na «modnych mędrków)), którzy się tego domagają: «Chcą im nadawać wolność, a nie przyspo­sabiają ich wprzód do tego, iżby z danej wolności korzystać mogli; swoboda u dzi­kich jest miecz w ręku szalonego.)) Do wielkiego dzieła wyzwolenia włościan trzeba, zdaniem pana Podstolego, stopniowo przygotować grunt: ulżyć mianowicie włoś­cianom «ciężaru jarzma, który dźwigają», oraz oświecać ich, inaczej bowiem nigdy nie wyjdą z «dzikości)>. Jak zawsze, tak i tutaj jest pan Podstoli umiarkowany, po­czytując nagłe przewroty za niebezpieczne i szkodliwe. Ale i tak niejeden z przod­ków pana Podstolego przewróciłby się w grobie, gdyby słyszał, jakie to herezje wyga­duje ich wyrodny potomek, że na przykład Żydów (których i on zresztą serdecznie nie lubi) trzeba zmusić do «powszechności pracy», tak żeby się zajmowali nie tylko handlem, ale także rolnictwem i rzemiosłem, a nawet pełnili służbę wojskową, ina­czej bowiem zagarną w swoje ręce cały handel, który przecie «duszą jest kraju», itp.
Takiego to człowieka stawiał Krasicki współobywatelom za wzór do naśla­dowania: bądźcie takimi jak on, kochajcie tradycję narodową, ale jednocześnie kroczcie drogą umiarkowanego postępu, poprawiając i przekształcając to, co w tradycji jest niemądrego albo złego, a naród polski nigdy nie zginie!
Lecz jak w Żywocie Reja, tak i w Panu Podstolim jest nie tylko ideał, ale i rze­czywistość; oprócz idealnych i papierowych (jak zwykle ideały w powieściach) po­staci pana Podstolego, jego cnotliwej małżonki i zacnego księdza plebana są w po­wieści ludzie prawdziwi, z krwią i kośćmi, i nie tak nudni jak tamci: gospodarze i myśliwi, pieniacze i krzykacze trybunalscy, zawadiaki i hulaki, urzędnicy i dostoj­nicy okoliczni, zwolennicy obyczajów staroświeckich i wielbiciele nowych, fran­cuskich; nie brak i kobiet: staroświeckich matron i modnych, sfrancuziałych ele­gantek - słowem, przed oczami czytelnika przewija się cały rój postaci i typów oboj­ga płci, różnego wieku i różnego gatunku, żywcem z rzeczywistości wziętych, scharakteryzowanych czasem krótko, ale zawsze wyraziście. Oto na przykład jakiś szlachcic, przez którego wieś autor przejeżdżał, mówi tylko kilka słów, ale tych dosyć, aby poznać, co to za figura: «Śp. ociec, dziad, a może i pradziad mój, bom go nie znał, tu się porodzili, tu całe życie swoje przepędzili, tu pomarli, a każdy z nich, tak jak ja, ledwo umiał sylabizować i tyle tylko piórem robić, żeby jako tako podpisać się, kiedy się Żydowi daje kontrakt na arendę; zdrowi byli i długo żyli, i ja jestem zdrów z łaski Pana Boga; będą i moje dzieci zdrowe bez szkoły; nie dam ja ich tam, bo im głowy pozawracają i może by mnie potem wypędzili; a choćby i nie wypędzili, to niedobrze, kiedy dzieci mają więcej rozumu niż rodzice. Daj że mi waćpan pokój -mówi do księdza - wszak ja dziesięcinę punktualnie daję, a kto wie, czy nie więcej, niżby się waćpanu należało; każecie się uczyć, a powiadacie na ambonie: błogosławie­ni ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie.)) Paradną figurą jest i ciotka pana Podstolego, co to dowiedziawszy się, że siostrzeniec buduje nowy dom, w tej chwili do niego przyfruwa (choć mieszka o trzydzieści mil) i prosi «ze łzami, żeby nie rozwalał domu, w którym nasi rodzice, dziadowie i pradziadowie mieszka­li, w którym się i ona urodziła, i jam wychował. Któż wie - rzekła - jakie będzie założenie nowego ? - W sąsiedzkich dworach zawżdy coś przeszkadza: w tym, z łas­ki bożej, raz tylko nieboszczka matka, i to w dobry sposób, widziała duszę niebosz­czyka pana Wawrzyńca, który zginął pod Wiedniem; dano zaraz na trycezymę, pobenedykowali ojcowie reformaci i odtąd się już nic więcej nie pokazywało. O starym folwarku ja nic nie mówię: sam waćpan może pamiętasz, że go nieboszczyk mój brat musiał kazać zrzucić dla ustawicznych przeszkód. W lamusie, chwała Bogu, że nikt nie mieszka: zawżdy się tam odzywało; nieraz stróże widzieli Niem­ca na dachu i kiedym ja była z moimi siostrami jeszcze u rodziców, żeby nam złote góry dawano, żadna by tam nie poszła, zwłaszcza pod wieczór.»
A jak doskonałe są charakterystyki różnorodnych ludzi, tak świetne są całe obrazki rodzajowe, w których ci ludzie występują; do najlepszych należy przyjazd pana sędziego do domu pana Podstolego, ale zwłaszcza przyjazd sfrancuziałego kasztelanka z «żokiejsem». Lecz i to jeszcze nie, wszystko. Gospodarstwo i dom pana Podstolego to opisy idealne, ale prócz nich pełno w powieści opisów realistycznych, jako to opisy złych dróg, zepsutych grobli, dziurawych mostów, zapuszczonych pól, brudnych karczem, podupadłych miasteczek, dworów i dworków szlacheckich, «gdzie się ustawicznie w kuchni kurzy», itd. Krótko mówiąc, Pan Podstoli to po­wieść nie tylko dydaktyczna, ale i obyczajowa, to zwierciadło ziemiańskiej Polski XVIII wieku. Krasicki ukazuje się tutaj nie tylko jako nauczyciel swego narodu, ale i jako znakomity malarz życia polskiego oraz wyborny znawca charakteru i oby­czaju polskiego.

GOŚCIE U PANA PODSTOLEGO. Juzem przeszło tydzień w domu pana Podstolego przebywał, gdy nam dano znać, że goście jadą. Był to pan sędzia ziemski z żoną, córką i zięciem, panem skarbnikiem. Wkrótce nadjachali sy­nowie pana sędziego. Najstarszy był regentem ziemskim, śrzedni-po­rucznikiem w regimencie, najmłodszy, towarzysz pancerny, bawił się przy dworze tamecznego pana wojewody. Pan sędzia był to człowiek podeszły, wy­soki, suchy, łysy. Czapka rogata, suknie długie, pikowany żupan i kłapcie u rękawów oznaczały człowieka, który się dawnych zwyczajów trzymał; jej­mość w długich kornetach, w czółku i mantoleciku felpą podszytym pre­zentowała postać naszych prababek. Pan skarbnik, człowiek śrzedniego wieku, ubrany był przystojnie; strój imci pani skarbnikowej wpół był modny, wpół ziemiański: jeszcze muszki z jej czoła nie zeszły były, na skroniu prawym re­prezentowały podobno Plejady, a jedna z lewego boku pilnowała ust. Pan regent, bojąc się podobno ślinogorza, bocianowatą nieco szyję swoją muszlinowym halsztukiem obwinął. Wysmukłość jego wydawała się dokła­dnie w opiętym kontuszu papużym, różową kitajką podszytym, i żupanie tegoż koloru; zastępowały miejsca mankietów szeroko podwijane na żupan od koszuli batystowe zarękawki. Pan porucznik był w kamizelce munduro­wej i fraku angielskim; włosy z przodu miał nisko ostrzyżone, z tyłu zebrane na grzebień. Najmłodszy, towarzysz pancerny, w czerwonych safijanowych skrzypiących butach, opasany pod brzuch, podgolony z wysoka, kuso, buchasto, dźwigał miecz u kolana, ustawicznie ręce zacierał, pluł w bok i po czuprynie się głaskał.
Po pierwszym przywitaniu prezentował pan sędzia naszemu gospodarzowi dwóch młodszych synów: porucznika i towarzysza. Tych lubo od lat kilku, gdy byli w szkołach, widział nieraz pan Podstoli, przy takich jednak odmia­nach przyznał się, iżby mu poznać było trudno. Wzięli to za grzeczny komple­ment i ukłonili się obydwa po swojemu; pancerny zaś tak dobrze nogą w zad machnął, iż stolik wywrócił i szklankę stłukł. Postawiono na swoim miejscu stolik, zebrano szkła kawałki. Wtem nadeszli panowie podstolicowie, pokło­nili się kompanii i udali się do panów sędziców chcąc ich zabawić; ale jakem uważał, byli przyjęci ozięble: domyśliłem się, iż owi rycerze gardzili stu­dentami; zniknęli wkrótce z izby, a gdy przyszło do obiadu, znaleziono pa­na porucznika u panien, towarzysza - w stajni.
Konwersacyja pana sędziego nie była wytworna: najwięcej mówił o intere­sach ziemiańskich, o sprawach obywatelów; doniósł panu Podstolemu, że pani podczaszyna zezwoliła na kompromis z panem podwojewodzym; pan wiceregent zrzucił się z arendy wsi pana cześnika; prowincyjał franciszkań­ski umarł; reszta dyskursów o urodzaju, targach na zboże, defluitacyi do Gdańska, a co, widzę, najbardziej pana sędziego obchodziło, była wieść z Warszawy, że na przyszłym sejmie mają prowizyje spaść do sześciu od sta.
Po obiedzie zniknęła młodzież; panie piły kawę, z nimi ja; ksiądz pleban, pan regent i pan sędzia, nasz pan Podstoli i ojcowie reformaci zabawiali się bu­telką - tak jednak kielichami zarządzał gospodarz, że można było miarkować, iż się ochota bez pijaństwa obejdzie. Już się butelka druga kończyła, gdy trzecią, którą niesiono z piwnicy, postrzegł ze stajni najmłodszy pan sędzic; przybył więc do kompanii, dogonił wkrótce drugich i przerywając dyskurs, na który trafił, zaczął chwalić człapaka, cisawego białonóżkę, którego w staj­ni widział. Kazał go wyprowadzić pan Podstoli; wyszli wszyscy na podwó­rze, a gdy go kilka razy przeprowadzono, prosił pan sędzic, aby go po swoje­mu spróbował i zażył. Pozwolił gospodarz; natychmiast pan sędzic zawinął poły, dosiadł konia raźno, wypuszczał, zwracał, a że kilka kłód na podwórzu leżało, począł przez nie skakać. Udało się dwa razy, za trzecią koń się zwią­zał, padł z nim pan sędzic. Skoczyliśmy ku niemu; szczęściem ani nogi, ani ręki nie złamał; głowę jednak rozciął. Zatamowano krew; rana nie była szko­dliwa, a gdy mu konia pan Podstoli ofiarował, choć z zawiązaną głową, dusz­kiem wielki kielich wina wypił na podziękowanie. Gdy więc na ganku jeszcze podziękowania trwały, jam się zwrócił do dam i zastałem panią sędzinę już kończącą kronikę całej ziemi. Właśnie mówiła o pewnym domu pewnej szlach­cianki, do której pewny jegomość w pewnym interesie bardzo skwapliwie i wielokrotnie uczęszczał, a nawet ostatnią razą był tam w wigiliją Najświęt­szej Panny Zielnej. Broniła, jak mogła, rodzaju ludzkiego nasza pani podsto-lina; szczęściem zaczął pan regent dyskurs o bluzgierach, które już z mody zaczęły wychodzić. Weszła więc w obszerny dyskurs pani skarbnikowa i do­wiedzieliśmy się, kiedy ażusta nastały, palatynki zeszły, jakie były rewolucyje salop z kapturkami i bez kapturków, jakie były odmiany rogówek, spo­soby układania fontaziów. Nie dała dokończyć pani sędzina stara i zaraz zaczę­ła się historyja o bawetach, żużmantach, kabatach, pondelarach, szarpach, czubach; pamięć zaś dawnego a daleko lepszego niż teraz wieku tak ją rozrzewniła, iż byłoby się na obfitym płaczu skończyło, gdyby szczęściem reszta kompanii nie nadeszła. Pan sędzia żegnać się począł, ruszyliśmy się z miejsc i po wielu ceremonijach, ukłonach i oświadczeniach goście odje­chali.

ZABOBONNE WRÓŻBY PRZY ZARĘCZYNACH; UWAGI NAD ZA­BOBONAMI W OGÓLNOŚCI. «Muszę też waćpanu powiedzieć - mó­wił pan Podstoli - co mi się samemu przytrafiło podczas zaręczyn moich. Przyjęto mnie dobrze, dano deklaracyją, czas zaręczyn za dni kilka był wy­znaczony. Przyszedł dzień wyznaczony. Poszliśmy do stołu; uważałem, iż przy drugim zastawieniu potraw matka żony mojej niezmiernie była pomie­szana, kazała kucharza zawołać, coś mu szeptała do ucha i znać było, że go łajała. Nie obeszło mnie to bynajmniej, nie wchodziłem przeto w zgadnienie przyczyn tych trosków. Wstaliśmy od stołu, a gdy przyszło do samych zarę­czyn, ociec oddając mi pierścień upuścił go na ziemię. Matka mojej żony w płacz, sąsiadki dopomogły. Przyszło na koniec do tego, iż z zbytniego roz­rzewnienia omdlała i ledwie się jej dotrzeźwiono. Nie wiedziałem zrazu, jakiej przyczynie tę mdłość przypisać, ale mnie wywiódł z błędu przyszły mój teść; przybliżywszy się albowiem do mnie rzekł: „Niech to waszmość pana nie obchodzi, co widzisz; pomieszanie i słabość mojej żony skutkiem są gu­stów; lubo ona sama wie, jaka jest płochość tych zabobonów, powziętej jed­nak z młodu prewencyi zwyciężyć żadnym sposobem nie może; ja z mojej strony widząc w tej mierze wszystkie usiłowania moje nadaremne, przestałem na tym, że jej żałuję, kiedy poprawić nie mogłem. Przyczyna pierwszego po­mieszania u stołu ta była, iż przed waszmość panem postawiono gęś z czarnym sosem: u niej to fatalny prognostyk; powiększył się nieskończenie, gdym ja przy zaręczynach pierścionek upuścił; niechże jeszcze pod wieczór świeca zgaśnie, wpadnie w rozpacz i gotowa się rozchorować." Szczęściem świeca nie zgasła, jam żony dostał i mimo złe wróżki pobłogosławił nam Pan Bóg.
Słabość ta wierzenia gusłom tak jest przeciwna zdrowemu rozumowi, iż ledwo by można sądzić o jej istności, gdyby inaczej codzienne widoki nie przy­świadczały... Podobneż są obserwacje tych, którzy drżą na sól rozsypaną albo łyżkę wywróconą do góry, albo nóż położony na krzyż z widelcami; tych, co się boją, gdy im zając drogę przebieży, gdy świeca zgaśnie albo sowa zakrzyczy. Cóż dopiero mówić o spotkaniu ciał umarłych, gdy je do grobu niosą, albo o krzywdzie, która się czyni świętym niewiniątkom, gdy dzień ich uro­czystości uczynili fatalnym i każdy poniedziałek zowiąc Dniem Młodzian-kowym, ani weń z domu wyjeżdżać, ani weń żadnej roboty czynić nie chcą? Należą do nich i ci, którzy się w trzynastej liczbie Judasza boją.»

PODRÓŻ. OBRAZ WSI, DO KTÓREJ ZAJECHAŁ AUTOR NA NO­CLEG, JEJ STAN NĘDZNY, KARCZMA NIEPORZĄDNA; ZWY­CZAJNY STAN DÓBR SIEROT, POSTĘPOWANIE OPIEKUNÓW. Gdy już zmierzchać poczynało, stanąłem na nocleg o mil ośm od domu pana Podstolego. Wjeżdżając w wieś ściśnione miałem boleścią serce, pa­trząc na domy, a raczej na szałasze mizernych mieszkańców: słomą pokryte były, a to pokrycie takowe, iż ani od śniegu w zimie, ani od deszczu w lecie
bronić mogło, kominy nie wznosiły się nad dach; a po sczerniałej ku brze­gom słomie znać było, iż dym ustawiczny nieszczęśliwych mieszkańców zaślepiał i dusił. Dziecka wynędzniałe, wpół nagie tuliły się około domu ze wszech stron wklęsłego w ziemię błotnistą. Grobla że świeżo przerwana była, domyślałem się po naprawie albo raczej zarzuceniu ziemi, wstrzymanej gdzieniegdzie cienkimi palami drzewa nadpróchniałego. Młyn był o jednym kole - i ledwo się obracało dla złego umiarkowania spadku wody; most na kilku kijach wsparty trząsł się pod powozem, a skórom w wieś samą wjechał, lubo czasy były dość suche, wpadłem w kałużę głęboką, z której ledwo mnie konie wydźwignąć mogły.
Zajechałem przed karczmę, której nie można by było rozeznać od innych lepianek, gdyby wrót wielkich nie miała; sień albo raczej stajnia tym się tylko od podwórza różniła, iż była niby przykryta dachem. Nie bez przyczyny dodaję to «niby»: słoma albowiem po większej części z krokwiów była zdarta tak dalece, iż gwiazdy z sieni wygodnie można było Uczyć. Wyszedł naprze­ciw mnie z kagankiem w skorupie gospodarz, Żyd, ledwo nagość gałganami okrywający. Do izby wniść nie można było dla błota, musiałem więc czekać na dworze, póki deszczki kawałka wpół zgniłej nie wyszukał: po tej dopiero przeszedłem do miejsca, gdzie miałem nocować. Jakie zaś było to miejsce, niech nikt nie rozumie, iż rzecz powiększam, odwołuję się albowiem na doświadczenie każdego, który w naszym kraju podróże odprawiał. Drzwi naprzód tak były niskie, iż łubom się ledwo nie pół zgiął, wszedłem z guzem na czole. Podłogi żadnej nie było, a gęsi koło drzwi siedzące spoczywały w maleńkiej, wilgocią sporządzonej kałuży; kojce pełne kaczek otaczały piec gliniany, za którym świeżo urodzone cielę miało swoją stajenkę. Okienek w izbie było dwa: jedno wpół gontami przezroczystymi zabite, drugie bez trzech szyb, ale słomą zatkane. Stało w kącie łóżko barłogiem przytrząśnione, od któregom z pierwszego wejrzenia z wstrętem oczy zwrócił. Dziecka wpół nagie siedziały na kojcach, a jedno kołysało niedawno urodzonego; ten płacz ustawiczny, Świerczów wrzask, gęsi i kaczek gęganie, cielęcia ryk, dzieci gospodarza krzyczenia i zwady i jeszcze oprócz tego rozmarzonych gorzałką kilku chłopów hałasy do tego mnie przywiodły, iż lubo noc, ile w jesieni, prawie była mroźna, wolałem się poddać w niebezpieczeństwo kataru lub przeziębienia śpiąc w odkrytej kolasce niżeli się dusić w smrodliwej i pełnej dymu żydowskiej izbie.
Kazałem zawołać gospodarza i spytałem, czyja to była wieś tak mizerna i nieporządna. «Zwyczajnie, sierocińska» - odpowiedział. Pytałem się, gdzie dwór. «Był - rzekł - ale po śmierci nieboszczyka pana zgorzał i odtąd nowego nie postawiono; folwark kilku słupami podparty wywrócił się był przeszłego roku; natychmiast pan opiekun kazał chłopa jednego z chałupy wypędzić i tam podstarościego osadził.» Dowiedziałem się dalej, iż pięć jeszcze wsi do tej majętności należało, a wszystkie w podobnym stanie. Pan opiekun raz w rok przyjeżdżał: rachunków wysłuchawszy podstarościego, z pienię­dzmi wracał, a że dobra jego własne o granicę z sierocińskimi były, bydło co najlepsze do jego folwarku pozapędzano; z lasów stodoły i gumna bardzo porządne sobie wystawił, nawet drzewa owocowe z ogrodu do siebie prze­niósł; że zaś na przyszły rok wyjść miały dzieci z opieki, za prace, koszta i zabiegi znaczne do ich substancy i miał pretensyje. Żyd, lubo mizerny i ubogi,-dość mi się zdawał oświecony. Wypytywałem się go więc o wszy­stkim i ile miarkować można było, zdawało mi się, iż ów miły pan opiekun miał wolą przyłączyć sierocińską majętność do swoich. Jakoż już do tego uczynił był niektóre kroki: zostało się po śmierci rodziców córek dwie i syn; z tych jedną Panu Bogu w zakonie poślubił, drugą pomimo jej wolą za swego syna wydał, a brata trzymając w kancelaryi, coraz mu za kartami pieniędzy użyczał, intraty albowiem, jak twierdził, ledwie wystarczały na reparacyją dóbr.

PRZYBYCIE KASZTELANICA; JEGO POJAZD I SŁUŻĄCY; ROZ­MOWA O JEGO PRZYPADKACH; BITWA; UWAGI STĄD PANA PODSTOLEGO; CHUSTKA NA SZYI. Jużeśmy mieli do stołu siadać, gdy dano znać, iż goście jadą. Wpadł na dziedziniec z wielkim pędem i trza­skaniem powtórzonym huzar, za nim równie pędząca, przewyższająca wyso­kość sztachetów dworu mojego kolaska-; i gdy zza powozu posuwistym lotem wyskoczył młody chłopiec, tak go bystrość skoku uniosła, iż nie mogąc się utrzymać na nogach, padł na ganek i ledwie mnie nie wywrócił. Huzar na­tychmiast spuścił stopień na kształt drabinki, z której gdy zszedł imć pan kasztelanie, zaczął komplement, przepraszając za eturderyją4 żokiejsa swego. Zaprowadziłem gościa natychmiast do, izby stołowej i zasiadł wraz z nami miejsce dla siebie przygotowane.
Pierwszy dyskurs pana kasztelanica stosowany był do jego podróży, i zasta­nawiając się nad złymi drogami, a chwaląc francuskie proste, brukowne, osadzone krzewami, ubite, pełne zawsze przejeżdżających, na tym skończył, iż na to są sporządzone, iżby każdy w domu siedział. «Jeżeli ten był zamiar przodków naszych - rzekł pan Podstoli - chwalisz ich waćpan, mości panie kasztelanicu!» - «Ganię ich, chociaż szacuję, bo z nich pochodzę» — odpo­wiedział kasztelanie. «Więc nie szacowałbyś ich waćpan - rzekł pan Podstoli -żebyś od nich nie pochodził? Może by nagana mniej była sprawiedliwa, ale wzgląd na poprzedników szacowny, bo rzadki.»
Opowiedział zatem przypadki podróży swojej, a między innymi ten ledwo nie największy, iż choć sam się powoził, wiski roboty najprzedniejszego rzemieślnika w Londynie tak w lesie o korzeń zawadził, iż tylko co się nie wywrócił. «Byłbyś waćpan spadł z wysoka - rzekł pan Podstoli - a takie spadki bardzo niebezpieczne; żeby zabieżeć takowym przypadkom, bo jak ja miarkuję, iż angielskie drzewa korzeni nie mają albo bardzo cienkie, nie można by to więc trochę zniżyć tych kolasek ?»- «Wisków ?»- przerwał pan kasztelanie. «Tak jest, wisków - rzekł pan Podstoli - z przeproszeniem waćpana, mnie się zdaje, iż one są trochę nadto wysokie.» - «Ale lekko noszą» -rzekł kasztelanic. «Czyli nie dlatego, że latają ? - rzekł pan Podstoli - bo to pra­wda, że bardzo się wzbijają w górę; pomiarkował ja to, kiedyś waćpan przyje­chał: wyżej siedziałeś niż ganek jegomościa a waćpana chłopiec...» | «Źokiejs?» - przerwał kasztelanie. «Tak jest, żokiejs - rzekł pan Podstoli - ten tedy waćpana żokiejs, wiesz to waćpan, iżby się był bardzo potłukł, gdyby padł był na kamienie; ale musiał się on podobno w Anglii uczyć, jak to spa­dać należy: bo kiedy oni tak wysokie powozy robią, to muszą razem dawać sposoby, a zatem uczyć, jak to do nich wchodzić, jak to na nich siedzieć i jak to przeszkadzać, żeby się nie wywróciły, a gdy się wywracają, jak się zachować, żeby się nie potłuc; a szkoda byłaby tego żokiejsa waćpana, bo tó młode dziecię i ładnie ubrane, ale podobno trochę kuso, a u nas czasem chłodno. Może gorąco we Francyi albo Anglii, bo tam nie byłem: ale tu pewnie by nasze żokiejsy przeziębły, gdybyśmy im nie dali kożuszków na zimę, a przy­najmniej sukienek trochę dłuższych; co nie wątpię, że i waćpan temu Angiel-czykowi albo Francuzowi uczynisz, jak zima przyjdzie.» - «On z mojej wsi» -rzekł pan kasztelanie. «Pojętny chłopiec - rzekł pan Podstoli - kiedy tak dobrze z powozu jak Francuz i Angielczyk skakać umie; prawda, że się potknął, ale się to trafia i tym, co na sznurze tańcują.»
W dalszym ciągu dyskursu zaczął opowiadać pan kasztelanie przypadki po­dróży swojej w cudzych krajach tak wielkie, iż wielokrotnie w największym niebezpieczeństwie życia zostawał, osobliwie gdy dla nasycenia ciekawości swojej, aby widział potykające się wojska^ wmieszał się wśród bijących. «Za-pewne - rzekł pan Podstoli - iż niebezpieczno mieszać się w bitwę, zwłaszcza gdy żadna potrzeba do tego nie wiedzie. Można i z daleka ciekawość nasycić; gdyby albowiem jaka kula, nie ostrzeżona, iż waćpan tylko tam byłeś dla za­bawy, niegrzecznie zawadziła o waćpana, nie mielibyśmy byli sposobności słyszeć o tak wielkiej batalii, jak nam się teraz zdarza. Trafia się niekiedy, iż bijący się opowiadają bitwy swoje, ale te zawsze podległe wątpliwości: jeżeli albowiem byli w liczbie pobitych, zmniejszają klęskę; jeżeli zwyciężyli, uno­szą się w pochwałach. Cóżkolwiek bądź, jeśli się waćpanu przytrafi jeszcze być w podobnych okolicznościach, racz usłuchać mojej rady, a patrzyć się na bijących z daleka, ale tak z daleka, aby armatnia kula waćpana nie doszła. Najlepiej byłoby stanąć wówczas na górze wysokiej, a gdyby jej nie było, wniść na dzwonnicę; ale jeżeliby jej brakło, naówczas dać pokój tym, co się biją, a powieść zostawić gazetom! Kiedy to jeszcze dwóch za łby pójdą, może trze­ci między nich się wmieszać, żeby ich pogodził: ale się i to nie udaje, bo cza­sem i guza złapie, i bijących się nie rozwadzi. Wracając się teraz do batalii, ja tak sądzę, iż można i z daleka jej się przypatrzyć albo i nie widziawszy wie­dzieć, co na niej zaszło.»
Nie pomogły zbawienne rady opowiadaczowi: z batalii przyszło do szturmu, na koniec rzecz wytoczyła się na morze, a gdy coraz się imć pan kasztelanie, zwłaszcza starym winem, które przy końcu obiadu postawiono, zasilał, uwa­żając, że się już miał ku czwartemu kieliszkowi, rzekł pan Podstoli: «To wino stare, mocne, boję się, iżby inflamacyi nie powiększyło.)) Gdy upewnił pan kasztelanie, iż go gardło nie boli: «Przepraszam za moję troskliwość - rzekł -ale widząc pod chustką ręcznikiem obwiązaną szyję, rozumiałem, iż byłeś chory.» - «Tak teraz noszą we Francji» - rzekł pan kasztelanie. «Nie mam ja na to co powiedzieć - odpowiedział pan Podstoli - jednakże jeżeli się godzi co mówić przeciw modzie, mnie by się zdało, iż chociaż ma ona skądinąd wiel­kie swoje zaszczyty, inaczej byś albowiem waćpan nie chciał z siebie czynić dziwowiska - z tym wszystkim nie jest wygodna, zwłaszcza w lecie. Podczas zimy i ja, kiedy jadę na koniu albo sankami, zawijam kark po francusku, ale-bym się w lecie udusił.» Odjechał pan kasztelanie, a gdyśmy ku wieczorowi przechadzali się po ogrodzie, dziękowałem panu Podstolemu za jego z nim rozmowę, w której przy żarcie była nauka.

POGLĄDY PANA PODSTOLEGO NA SPRAWĘ ŻYDOWSKĄ. Lud­ność żydowska przez ich wczesne małżeństwa bardziej się nad wszystkie in­ne rozmnaża; sposób życia nad miarę wstrzemięźliwy i nędzny rękojmią jest i najdostateczniejszym sposobem do zbogacenia. Jakoż byleby się gdzie roz­postarli, natychmiast przeciągają do siebie handel, a z nim część wielką zbio­rów, które raz w ręce ich dostawszy się, nie insze mają ujścia nad te, które je coraz bardziej pomnożyć mogą. 
Przesąd jest godzien nagany brać wstręt od całego narodu dlatego, iż szcze­gólni mają zdrożności swoje, ale tu miejsca nie ma, gdy rzecz o żydostwie. Znaleźć się mogą między nimi takowi, których sposób myślenia różni się od powszechności, ale przykład takowy, nader rzadki i ledwo kiedy znaleźć się mogący, tym bardziej powszechność obwinia. Gdziekolwiek się rozpostarli, nigdzie się ich użyteczność nie okazała; albo jeżeli się niekiedy wydają uży­tecznymi (ująć im albowiem tego nie można, iż są zdatni do handlu), takowa z nich korzyść tylu szkodom, które czynią, towarzyszy, iż nigdy dobre złemu nie wyrówna.
Powszechność narodu tego ma swoje nieodmienne prawidła i trzyma się ich statecznie. Oszukanie pierwszym jest i byleby tylko zysk przyniosło, żadnej takiej przeszkody nie masz, której by stateczną a natarczywą cierpliwością nie zwyciężyli. Handel duszą jest i jedynym ich celem, i dlatego się rolnictwa, kunsztów ledwo nie wszystkich i rękodzieł zrzekli. Gdy więc ktwtemu jedy­nemu zamiarowi wszystka się ich usilność zwraca, niepodobna, iżby nie wy­górowali w tej mierze nad wszystkich.
Okazuje to widocznie doświadczenie, najbardziej zaś u nas. Z ich jedynie przyczyny nazwisko się tylko mieszczan zostało. Wkradłszy się do miast poma­łu, przekupstwem, obrotem, cierpliwością, bezczelnym na koniec naprzykrze­niem coraz się wzmagając i rozszerzając, nieznacznie wszystkie prawie po­siedli; i jeżeli się który z dawnych właścicielów utrzymał, przypadkowi ra­czej szczęsnemu niżli staraniu i pracy winien ocalenie swoje. Czuwa jednakże i na niego podstęp i szczęśliwej tylko pory oczekuje, aby to, na czym mu jesz­cze brakuje, ochłonął. 
Widziemy ułomki miast naszych i domy nikczemne, gdzie niegdyś stały ka­mienice dostatnie i okazałe. Nie tak wojnom i pożarom jako żydowskiemu rozplemieniu przypisować upadek miast naszych powinniśmy. Jedynie na zysk czuwający ten naród nigdy się tym nie zatrudnia, co jakiżkolwiek wydatek bez sowitej korzyści sprawić może. Jak więc obrzydliwie i niechlujno się przyodziewa, tak i o mieszkanie uczciwe nie dba. Dość ma na czosnku, aby głód opędził, na gałganach, żeby się okrył; byleby dach miał i ścianę ku przytule­niu, o resztę nie dba. I dla tej przyczyny domy uczciwe, których po wypędze­niu mieszczan przywłaszczyli sobie własność, przez ich niedozór upadły albo jeżeli się który zatrzymał, do upadku się skłaniają...
Gdy ludzkość zakazuje z szkodliwymi tymi zgromadzenia częściami we­dług ich wartości obchodzić się, ą bez tego względu oddalić by je należało, nie postępując jednak z tym okrucieństwem, jak dawniej czyniono, zostaje więc i jest najściślejszym obowiązkiem każdego rządu ten zły rodzaj, jeżeli dobrym uczynić nie można, przynajmniej cokolwiek zdatnym i mniej szkod­liwym sprawić.
Już się namieniło, iż gdy baczna zwierzchność temu nie zabieży, podła ta a mnożna zgraja musi z czasem osiąść wszystkie bogactwa kraju, niszcząc rę­kodzieła, kunszta i wszystkie rodzaje handlu posiedzeniem a złym utrzymo-waniem swoim. A że Filip, ojciec Aleksandra, powiedał, iż gotów był dostać najobronniejszej twierdzy, gdzie muł złotem ujuczony dojść może, na tymże prawidle ja wspieram nadzieję zabieżenia złemu.
Naród ten chciwy umie być szczodrym, gdzie o całość jego i polepszenie losu idzie; nie będą przewodzić Żydzi, skoro osoby mające zwierzchność taką się twierdzą staną, gdzie nie już muł i osieł, ale prawy w szalbierstwie Izraelita, złotem juczony, nie dojdzie. Podłe dusze znają współbraci swoich i dlatego w rozmaitych zwierzchności stopniach najcięższy z kruszców sprawiedli­wość przeważa. Nie inaczej więc oprzeć się tym nieprzyjaciołom skrytym a zdradnym powszechności można, jak strzegąc się przekupstwa, którym się wszędzie i utrzymywali, i utrzymują, i utrzymywać będą.
Następuje zagadnienie, jak ten natłok mnogi, podły a szkodliwy zdatnym uczynić. Nie innym sposobem, tylko takim, jaki podłym właściwy: przymusem. Jeżeli chcą być cząstką rządnego zgromadzenia, niech wchodzą w powszech­ność pracy, a zatem niech będą tym, czym inni są: niech ziemię uprawują, niech kraj bronią, niech kunszta żywią, a wówczas równie z innymi i handlem się wzmagają. Ale skoro za przewodnictwem złota, które zdarli, zdarci tak będą niebacznymi, iż im dalej zdzierać innych, a zatem i siebie pozwolą, naówczas nie zostanie nadzieja polepszenia losu uciemiężonych przez nie obywatelów, a złe, coraz bardziej rozpościerając się, do tego stopnia dojdzie, iż mu zabieżeć nie będzie można.

Podobne prace

Do góry