Ocena brak

Ignacy Krasicki

Autor /Saleta Dodano /09.10.2012

Skarży się «chudy literat» Naruszewicza, że «w naszym kraju jeszcze ten dzień nie zawitał, - żeby kto w domu pisma pożyteczne czytał». Niebawem skarga ta przestała być prawdą: ukazał się pisarz, który o pożytecznych rzeczach pisał tak jasno, a zarazem tak powabnie, jąknie pisano w Polsce od czasów Kochanow­skiego i Górnickiego; pisarz, który wdziękiem swego pióra oczarował i zmusił do czytania wszystkich; wierszy jego uczono się na pamięć, a niektóre jego wyrażenia przetrwały do dziś dnia jako przysłowia lub zwroty potoczne, na przykład: «Trzeba się uczyć, upłynął wiek złoty»; «Dla was jest to igraszką, nam idzie o życie»; Win­szuję, ale nie zazdroszczę»; «Mimo tak wielkie płci naszej zalety - my rządzim światem, a nami kobiety»; «Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły». Autorem tym jest «książę poetów stanisławowskich)), najznakomitszy bajkopisarz i satyryk polski, krzewiciel światła i odrodziciel piękna w literaturze naszej, książę biskup warmiński (a później, od roku 1795, arcybiskup gnieźnieński) Ignacy Krasicki, urodzony 3 lutego roku 1735 w Dubiecku nad Sanem, zmarły 14 marca roku 1801 w Berlinie, gdzie do dziś dnia spoczywają jego prochy (w kościele Św. Jadwigi).

Od dziecka odznaczał się wielkimi zdolnościami i ochotą do nauki, a nadto pociągiem do pisania wierszy: układał pieśni pobożne, żeby sprawić radość matce, którą ubóstwiał i o której, kiedy go osierociła, mawiał, że «nie o nią, ale do niej modlić się należy». Rodzice (Jan, kasztelan chełmski, i Anna ze Starzechowskich), pochodzący oboje ze starych i znakomitych, ale majątkowo podupadłych rodów, aż czterech spośród swoich pięciu synów przeznaczyli na księży, nie tyle ku chwale bożej, ile w nadziei, że choć jeden, osiągnąwszy wysokie i zyskowne godności kościelne, nie tylko podźwignie majątkowo liczną rodzinę, ale i cały róci okryje świetnością. Tym jednym był właśnie książę biskup warmiński. Szybko zrobił bajeczną karierę: ledwie ukończył nauki (na dworach wielkopańskich, we lwowskiej szkole jezuickiej i w seminarium warszawskim), posypały się nań różne god­ności, a to dzięki poparciu możnych przyjaciół, na których temu dziecku szczęścia nigdy nie zbywało. Ale bo też był to mistrz nad mistrzami w jednaniu sobie ludzi -swą przyrodzoną łagodnością i dobrocią, uprzejmością i ogromną kulturą towa­rzyską, złotym humorem i jak świadczy jego synowiec, najprzyjemniejszym w spo­łeczeństwie, od młodości najzabawniejszym, dowcipem, nie mówiąc już o «pięknej figurze i twarzy» o czarnych błyszczących oczach i ustach, z których rzadko kiedy schodził uśmiech, na poły złośliwy, na poły łagodny. Uśmiech ten błąkał się na jego ustach jeszcze w przeddzień śmierci. «Gdy w letarg wpadł i już sądzono, że się nie obudzi, odcknął się, a widząc wielu księży biskupów w pokoju, rzekł do nich: „Mości księża biskupi, prałaci, darujcie, żem dotąd nie umarł, nie bójciś się, nie­długo wam będę zawadzał."» Nie dziw, że nie tylko rodzina, dla której był naj­lepszym syneói i najczulszym bratem, ale i ludzie obcy, dla których «chęć dobrze czynienia miał wrodzoną», kochali się w nim na zabój. Nosił go na rękach sam król, tym więcej że wiele go węzłów z nim łączyło: i ogłada towarzyska, i wykształ­cenie, i miłość nauki, i znajomość charakteru narodowego, i subtelny zmysł este­tyczny, i dobroć, i... słaby charakter. Otóż ze wszystkich przyjaciół Krasickiego najgorliwiej zajął się jego karierą Stanisław August: mianował go swoim kape­lanem, kazał mu wygłosić kazanie podczas koronacji, potem zrobił go prezydentem trybunału lubelskiego, a wkrótce, pragnąc go mieć przy swoim boku w senacie -biskupem warmińskim (w trzydziestym drugim roku życia!). Marzenie rodziców się ziściło. Majątkowo nie dźwignął wprawdzie Krasicki swojego rodu: był bardzo hojny dla rodzeństwa (i w ogóle dla ludzi), ale cóż z tego, kiedy, rozkochany w życiu wystawnym i zbytkownym, nieraz sam po uszy siedział w długach. Kościół nie­zbyt wielką miał z niego pociechę: prawda, że jako biskup warmiński troszczył się pilnie o dobrobyt materialny swojej diecezji i czuwał nad moralnością pod­władnego sobie duchowieństwa, ale sam ani czystością obyczajów, ani w ogóle gorliwością w służbie bożej nie jaśniał. Złośliwy wierszyk krążący w Warszawie podczas sejmu roku 1767, kiedy to Krasicki jako świeżo upieczony biskup war­miński zasiadł po raz pierwszy w senacie, krzywdził go posądzeniem o indyferentyzm religijny, ale nie był pozbawiony cząsteczki prawdy: «Biskup warmiński, gładysz, gładkich sentymentów, - nie lubi mieć za wiarę trudów i zakrętów; -czyli w tej, czyli w onej żyć dla niego jedno, - lepiej jednak w rozkoszy, niżby było biedno; - ten nowomodny galant mszy nigdy nie miewa, - tylko zawsze z damami sursum corda śpiewa.» Nie majątkiem tedy i nie mitrą biskupią uświetnił Krasicki swój ród, tylko zasługą, jaką położył dla ojczyzny, zasługą takiego rodzaju i tak wielką, wręcz nieśmiertelną, o jakiej się z pewnością żadnemu z jego przodków ani jego rodzicom nigdy nawet nie śniło.
A zasłużył się Krasicki ojczyźnie nie jako mąż stanu i nie żeby jej całe swoje serce oddał. Mężem czynu nie był nigdy; w sprawach politycznych, chociaż go król gwałtem do nich ciągnął, żadnej roli nie odegrał i odegrać nie chciał, bo poli­tyki nie cierpiał, nie dlatego żeby się na niej nie znał (przeciwnie, znał się dobrze), ale że wiedział, iż działalność polityczna mąci człowiekowi pogodę ducha, nie pozwala mu zażywać wygody i swobody, a te kochał i cenił ponad wszystko. Bo mimo liczne i wielkie swe przymioty był to, nazywając rzecz po imieniu, samolub i wygbdniś; bał się jak ognia wszelkich kłopotów, zajęcia obowiązkowe nazywał «zakłóceniami»(!!), lubił za to, jak sam powiada, «jeść dobrze, pić smaczno i bawić się w dobranym towarzystwie*. Pioruny biły w ojczyznę, świat się do góry nogami przewracał - on nie tracił wrodzonej pogody ducha, która stanowi najznamienniejszą cechę jego usposobienia; zawsze wesoły, uśmiechnięty, powtarzał sobie swoją ulubioną maksymę Kochanowskiego: «Niech drudzy za łby chodzą, a ja się dziwuję.» Kiedy wskutek pierwszego rozbioru Polski Warmia przeszła pod panowanie pruskie, kiedy i on przestał być obywatelem Rzeczypospolitej, i wtedy mu się nawet nie zakrwawiło serce; z łatwością zdobył się na rezygnację, mówiąc sobie: «Nietrwałość ludzkiej roboty znamieniem, - moment ją stawia i psuje. -Idą w łup czasu za dzielnym wzruszeniem - i gmach, i ten, co buduje;-i dąb stuletnim niemocen korzeniem:-przyjdzie grom, z ozdób wyzuje.-Pył śmier­telności na piętno poddaństwa - przysypał wiecznie mocarze i państwa.» Czasem wprawdzie odzywało się serce mówiąc: «Niech podły służy, niech zyska na panach! -Milsza śmierć wolna niż życie w kajdanach!... Wspaniały umysł działać ma ina­czej: -bronić ojczyznę i zginąć!» Lecz nie poszedł Krasicki za tym głosem. Nie zaprotestował nawet moralną powagą biskupa przeciwko zbrodni i nie tylko złożył wraz ze swoją kapitułą hołd Fryderykowi Wielkiemu, ale nadto służył mu czasem z większą uległością niż biskupi Niemcy: oto kiedy Fryderyk, wbrew papieżowi, nie chciał kasować w swoim państwie zakonu jezuitów, Krasicki złożył najpoddańsze oświadczenie, że się zgadza z wolą królewską, pomimo że dwaj biskupi Niemcy odmówili jej posłuszeństwa. Nie dosyć na tym. W swej rezydencji bisku­piej w Heilsbergu po dawnemu bawił się i hulał, oddawał się z tym samym, co dawniej, zapałem ogrodnictwu, za którym przepadał, po dawnemu zaciągał długi na stare wina i smakołyki, którymi częstował swoich gości - oficerów i dostojników pruskich!... W Warszawie bywać przestał, bywał za to w Berlinie i Poczdamie na dworze swego nowego monarchy, z którym był w jak najlepszej komi­tywie, bo i jego swym wdziękiem oczarował: nazywał go «staruszkiem wesołym, mi­łym, grzecznym»; raz, pisze do brata, «siedzieliśmy cztery godziny u stołu; tak się dzia­dunio rozkomosił i mnie tak rozchichotał, żeśmy się śmiali jak dzieci i naopowia­daliśmy sobie bajek z półtorej kopy». Aż smutno pomyśleć! Podczas Sejmu Cztero­letniego wpadł do Warszawy, ale nie zapalił się do jego pracy patriotycznej, owszem, nie wierząc w jej skuteczność, ledwie sobie z niej nie żartował; dla uczczenia pierw­szej rocznicy ustawy majowej napisał hymn, ale zimny jak lód; podczas powstania Kościuszki nawoływał naród do ratowania honoru i ojczyzny: «Nuże, cnotliwa czeladko! albo gińmy wszyscy, albo bądźmy wolnymi»; ale był to zapał nieszczery: nie wierzył Krasicki w powodzenie powstania, co go jednak o smutek, a cóż dopiero o rozpacz nie przyprawiło: «My jednakże będziemy weseli na złość temu wszy­stkiemu, co się dziać będzie.»
Takim to człowiekiem był książę biskup warmiński. Miał wprawdzie wielkie zalety nie tylko umysłowe, ale i moralne; prawdę powiedział o nim jeden z kano­ników warmińskich: «Sławny przez rozum, przymioty, talenta, - żył z sługi jak ojciec z syny; - pełen dobroci, pełen pobłażania, - grzeczny pan, choć uczony, - był kochany i czczony.» A prócz wielkiej dobroci dla ludzi posiadał jeszcze Kra­sicki tę bardzo rzadką w XVIII wieku zaletę, że ludziom nie schlebiał, i to nie tylko równym sobie, ale i możnym tego świata: nie szczędził im wprawdzie wy­twornych komplementów, ale się przed nimi nie uniżał, i nie są kłamstwem te jego słowa w satyrze Do króla: «Nie mówię tu z pochlebstwa: gardzę tym rzemio­słem, - wiesz, Panie Miłościwy, iż nim nie urosłem.» Człowiekiem jednak charak­teru nie był Krasicki albo - jeśli kto woli - był to charakter nielichy wprawdzie, owszem, raczej szlachetny, ale słaby, bardzo słaby, brakło mu bowiem i silnej woli, i silnej uczuciowości, która by woli nakazywała posłuch: było to serce dobre, ale nie gorące, niezdolne ani do nadmiernej radości, ani do głębokiego smutku, a tym mniej do poświęcenia. Pod tym względem był on nieodrodnym daieckiem wieku oświeconego, wieku rozsądku, ale nie serca, rozumu, ale nie cnoty. A jednak byłoby wielką niesprawiedliwością mówić, że Krasicki nie kochał ojczyzny; kochał ją w miarę sił swoich: nie mógł jej dać gorącego serca, bo go nie miał, dał jej to, co miał: rozum i talent; a te pozwoliły mu spełnić wielki czyn patriotyczny - są nim jego pisma, w których ukazuje się on, po pierwsze, jako mądry i zacny nauczyciel narodu, a po drugie, jako utalentowany pisarz i wielki artysta.
 Jego spuścizna literacka jest bogata i niezmiernie rozmaita: artykuły dzien­nikarskie, felietony i rozprawki moralne, społeczne, estetyczne itp.; małe powia­stki i duże powieści: encyklopedia powszechna, pierwsza poważna w Polsce, i także pierwsza w Polsce historia poezji powszechnej; opisy podróży i pisma historyczne; życiorysy znakomitych mężów i rozmowy zmarłych; sentencje i aforyzmy; bajki, satyry i listy poetyckie; drobne wiersze; poematy żartobliwe i poemat bohaterski; komedie i drobny urywek tragedii historycznej (o Zygmuncie Auguście i Barbarze Radziwiłłównie). Słowem, nie było niemal rodzaju literackiego, którego by Kra­sicki nie uprawiał. A niemal zawsze przyświecała mu w twórczości jedna myśl przewodnia: kształcić swój naród; nie miał ambicji odgrywania roli politycznej, miał ogromną i szlachetną ambicję kształcenia narodu. I słusznie dziękował mu Stanisław August: «Lubo przemocą losu oderwany jesteś od ojczyzny, wkorze-niona miłość ku niej i chęć być jej użytecznym dyktuje ci książki.» Pod tym względem był Krasicki patriotą, był jednym z najzasłużeńszych obywateli zie­mi polskiej.
A czegóż on uczył? Tego przede wszystkim, że oświata jest błogosławień­stwem, a ciemnota, czyli «dzikość» - klęską dla narodu: ona to «jak pożar, gdzie­kolwiek swą moc rozpościera, - wszędzie niszczy, pustoszy, trawi i pożera: - fana­tyzm jej towarzysz, czujny na wzburzenie, - punkt honoru nieprawy, płoche uprzedzenie;-zazdrość, zemsta, ślepota nadchodzą w przydatek»... «stąd liczne błędów mnóstwo, co państwo zgubiło, - stąd ono sławne hasło: niech będzie, jak było!». Więc zachęcał do oświaty, a ośmieszał wszelkiego rodzaju ciemnotę tym gorliwiej,' że poczytywał ją za główne źródło niemoralności. A rozumiejąc, że moralność jest na równi z oświatą nieodzownym warunkiem pomyślności spo­łeczeństwa, że «gdzie cnota w pogardzie, tam naród upadnie», uczył swój naród nie tylko rozumu, ale i cnoty, której brak także poczytywał za «dzikość». Wprawdzie ogarniały go wątpliwości, i to od wczesnego dzieciństwa, czy można człowieka nauczyć cnoty, a nade wszystko, czy cnota zatriumfuje z biegiem czasu nad grze­chem i w ogóle dobro nad złem, którego na razie jest na świecie więcej niż dobra: «Źe złe jest na świecie, doświadczenie uczy; że złe dobro przewyższa, i na to do­wodów nie potrzeba.» Ale takie smutne myśli odpędzał od siebie widocznie, skoro mimo wszystko nawoływał do walki ze ziem: «W czym szczęście? to pytanie od stworzenia świata! - Złe się z dobrym połączą, dobre ze złym brata! - Moja rada: nie szperać, jak się rzeczy dzieją, - dać złemu z dobrym walkę, a wzmóc się nadzieją»-nadzieją, że jednak dobre zwycięży. Tę zaś nadzieję daje człowiekowi nie rozum, nie oświata, nie nauka, tylko serce, wiara i religia. Nie wierzył Krasicki, żeby bez wiary człowiek mógł być moralnym; stąd nie przecząc bynajmniej, że nie we wszy­stko, w co wierzono dawniej, trzeba wierzyć i teraz, gromił tak powszechne za jego czasów płytkie mędrkowanie w rzeczach wiary, i to tym szczerzej, że przy całej swojej trzeźwości i bystrości nie miał tak dalece umysłu filozoficznego: nie lubił przynajmniej, a nawet nie cierpiał zaciekania się w tajemnice świata, mówiąc sobie, że więcej warta ćwiartka doświadczenia niż arkusz spekulacyi». A stąd głosił hasła: «Źle jest nadto dowierzać, gorzej nic nie wierzyć»; «Wierz, nie szperaj! Bądź raczej cnotliwym nieukiem-niż mądrym a bezbożnym!»; «Rozum twój pod jarzmo wiary poddawaj: przewyższa określona1 zdolność pojęcia naszego głębokość tajemnic boskich; wierz, bo co Stwórca stworzeniu swojemu objawić raczył, ze źródła istotnej prawdy pochodzi»; «Obowiązki religii pełń, bo są od Boga przykazane, z istoty swojej święte, z skutkówszacowne... pełń je wszystkie!». Sam Krasicki niekoniecznie pełnił je wszystkie (nie zachowywał na przykład postów i drwił sobie z nich wesoło), nie ma jednak żadnego pewnego dowodu, żeby nie był wierzącym chrześcijaninem, nie mówiąc już o tym, że doskonale rozumiał, iż niedowiarstwo bardzo często podkopuje moralność, zwłaszcza w lu­dziach ciemnych. Wyznawał nadto pogląd, że Kościół, któremu - jak pisał - «straż nieskazitelna wyroków bożych do skończenia wieków jest poruczona», to nie tylko źródło wiary chrześcijańskiej, podstawa moralności, ale i ostoja narodowości; stąd drugie hasło: «Nie oddzielajmy Kościoła od ojczyzny.» Ale od fanatyzmu był daleki, owszem, głosił tolerancję, a istotę Kościoła odróżniał od jego sług, bynajmniej nie tając, że są wśród nich, jak to wśród ludzi, mądrzy i dobrzy, ale są także głupi i źli: mądrych i dobrych chwalił, głupich i złych ganił i ośmieszał -nie bez widocznej przyjemności.
Lecz przez «dzikość» pojmował Krasicki nie tylko ciemnotę i niemoralność, ale także brak ogłady towarzyskiej, rubaszność i złe wychowanie, bezmyślną i nie­szczerą ceremonialność w towarzystwie, a dalej - niechlujstwo i niedbałość czy to w gospodarstwie rolnym, czy w budowie domów, mostów, dróg itd. Więc ubo­lewał na przykład, «iż najdostatniejsi dziedzice żałują wydatku na wygodne mie­szkanie, nie oszczędzając go na rzeczy mniej potrzebne, a czasem i zdrożne; zbutwiałe i spaczone, a w ziemię zalazłe ściany i widok nikczemny i odrażający sprawują, i zdrowiu szkodzą; jedne oszczędzone imieniny zabiegłyby takowym zdrożnościom, a nie przeszkadzając nawet imieninom, można dogodzić w tej mierze i gustowi, i potrzebie».
Jednym słowem, «dzikość» to w oczach Krasickiego w ogóle brak kultury -i umysłowej, i moralnej, i estetycznej, i towarzyskiej, i materialnej; otóż jest on w pismach swoich zaklętym wrogiem dzikości, a nauczycielem kultury - naj­większym, jakiego wydała literatura niepodległej Polski.
W tym zaś nauczycielstwie swoim, w tym nawoływaniu do wszechstron­nego postępu umiał najczęściej zachować rozsądną miarę pomiędzy miłością tradycji narodowej, do której - jak przystało na człowieka tak wyjątkowo kultu­ralnego jak on - był gorąco przywiązany, a przekonaniem o konieczności i obo­wiązku ciągłego udoskonalania życia. Widząc i kochając w przeszłości*swojego narodu wiele stron jasnych, jako to: głęboką religijność, męstwo, rycerskość, patriotyzm, rozumną miłość wolności - nawoływał społeczeństwo do zachowa­nia tych cnót. Ale z drugiej strony, zdając sobie sprawę, że Polska szlachecka ma na swoim sumieniu niejeden ciężki grzech przeciwko ojczyźnie, z którego się otrząsać nie chce, nawoływał ją do poprawy: oburzał się na nieludzkość panów względem czeladzi i chłopów; gromił szlachtę, co to mówiła o chłopie: «Urodzony do jarzma, trzeba, żeby jarzmo znał, inaczej się rozbryka i jeżeli go batog nie nawróci, szubienica chyba reszty dokaże»; przypominał, że «jeśli jest jaka między ludźmi różnica, sama ją tylko cnota sprawuje»; chłostał anarchię i swawolę, pry­watę i zdradę, nieposzanowanie władzy i osoby królewskiej; nawoływał do stwo­rzenia silnego rządu, do zgody i jedności narodu z królem, słowem - do miłości Ojczyzny i jej ratowania. A kiedy upadła Polska, był jednym z pierwszych, którzy rozumiejąc, że jeszcze nie wszystko zginęło, przestrzegali ludzi przed rozpaczą («podła rzecz rozpaczać!») i wskazywali im jako niezawodny środek ocalenia narodowości - pracę kulturalną.
Oto czego uczył Krasicki! A ta jego nauka nie szła w las, bo go ludzie czytali tak chciwie jak nikogo, i to zarówno w oświeconej Warszawie, jak na ciemnym partykularzu: Krasicki to nie tylko najznakomitszy, ale i najpopular­niejszy pisarz XVIII wieku; miał słuszność król pisząc do niego: «Jeśli gust do czytania po wsiach rozszerzył się, przyznać trzeba sprawiedliwie, że Waszej Książęcej Mości dziełom ledwie nie najbardziej dziękować za to potrzeba.» I to jego pierwsza nieśmiertelna zasługa: szerzenie światła w narodzie.
Lecz jest i druga, także nieśmiertelna, na której się również poznał Stani­sław August, posyłając swemu ulubieńcowi biust gipsowy Kochanowskiego, «jako wskrzesicielowi jego dzieł». Znaczyło to, że król poczytywał Krasickiego za wielkiego poetę, za pierwszego wielkiego, jakiego Polska od czasów Kocha­nowskiego wydała. I miał słuszność: Krasicki, jak Kochanowski, urodził się poetą i był, jak Kochanowski, poetą wielkim, tylko że naturalnie zupełnie innym. Do tak podniosłego natchnienia, jak Kochanowski w pieśni «Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary», do tego namaszczenia, co Kochanowski w Psał­terzu, nie był Krasicki zdolny, chociaż i on umiał uderzać w ton wzniosły, mianowicie w satyrach, w których czuć tu i owdzie, jak powiedział Asnyk, natchnio­nego poetę, porywającego czytelników swoją wymową i świętym ogniem obu-rzenia»; zwłaszcza w satyrze Świat zepsuty krzyk boleści patriotycznej jest nie mniej rozdzierający jak w pieśni Kochanowskiego «Wieczna sromota i niena-grodzona szkoda, Polaku!*. Ale to wyjątki. Na ogół biorąc, nie ma w poezji Kra­sickiego wzniosłości. Brak jej także serdecznej rzewności, która jest tajemnicą piękna Trenów. Ale bo też Krasicki nie był lirykiem, a to w tym znaczeniu, że prawie nigdy nie opiewał własnych uczuć (i w ogóle własnego życia), jak Kocha­nowski. Jest wprawdzie i w jego poezji uczucie, ale ujawnia się ono nie bezpo­średnio, tylko pośrednio, a przemawia najczęściej nie jako rzewność ani jako smutek, ale raczej jako beztroska wesołość, jako humor niezgryźliwy, chociaż zabarwiony czasem ostrą, częściej łagodną, a zawsze dowcipną ironią, humor nie mający nic wspólnego ani z rubasznym humorem Reja, Potockiego i Paska, ani ze zgryźliwą sarkastycznością Naruszewicza, humor subtelny i wykwintny: jest Krasicki największym humorystą polskim przed Fredrą, a to jako autor poematów komicznych, satyr, a po części i bajek; w komediach (które należą do jego najsłabszych utworów) humoru jest, rzecz dziwna, bardzo niewiele.
Fantazja Krasickiego nie była bujna (jak wszystkich w ogóle poetów sta­nisławowskich), ale w każdym razie bujniejsza niż Kochanowskiego: umiał on wymyślać różne sytuacje, zwłaszcza śmieszne, zasilając się najczęściej własną niezmiernie bystrą obserwacją ujemnych objawów życia ludzkiego; był także utalentowanym portrecistą; w jego poematach komicznych, satyrach i powie­ściach ludzie źli, a zwłaszcza głupi i w tej głupocie śmieszni, wyglądają jak żywi, nie tylko bowiem żywo się ruszają, ale i mówią żywo, odsłaniając swoje odrębne oblicze duchowe, które nadto sam autor bardzo żywo charakteryzuje od siebie.
Jak Kochanowski, tak i Krasicki miał wrodzone poczucie piękna; rozwinął je sobie i ukształcił po części dzięki podróżom zagranicznym, zwłaszcza po Wło­szech, gdzie (jak opowiada jego synowiec) «przez dwa blisko lata bawiąc, gustu do dzieł pięknych, niemniej do nauk najwięcej nabrał», ale nade wszystko dzięki niezmiernie rozległemu oczytaniu w arcydziełach literatury światowej. Znał Krasicki (prawdopodobnie w przekładach łacińskich albo francuskich) poetów greckich, nie mówiąc już o rzymskich, których, władając biegle językiem łacińskim, czytywał w oryginale; najwięcej przypadł mu do gustu pokrewny mu ogładą i kulturą towarzyską oraz wykwintnością formy Horacy, «którego czytaniem-jak mówił - nasycić się nie można». Lubił i Wirgiliusza, ale (co mu się bardzo chwali i co go odróżnia od późniejszych naszych pseudoklasyków) wolał Homera: Wirgiliusz wprawdzie «godzien porównania z tym, którego naśladował» (to jest z Homerem), co więcej, «w niektórych częściach, osobliwie w ułożeniu i gład­kości stylu, zdaje się go przewyższać, ale w wystawieniu rzeczy i żywości wyrazów takowa między nimi różnica, jakowa jest między ostatnim kunsztu wysile­niem a ciągłą natury prostotą». Z upodobaniem czytywał Krasicki historyków starożytnych, zwłaszcza życiorysy Plutarcha; lubił bardzo Lucjana, do którego był troszkę podobny przez swój wesoły a złośliwy języczek. Z literatur nowożytnych najlepiej oczywiście znał polską i francuską. Kochanowskiego wręcz uwielbiał; Rej był dla niego za rubaszny, toteż znał go piąte przez dziesiąte; znał za to dobrze Górnickiego, bardzo lubił sielanki Szymonowicza, Goffreda Piotra Kochanowskiego, poezje Sarbiewskiego i Lubomirskiego. Z poetów fran­cuskich przypadli mu do smaku nade wszystko Molier, Lafontaine i Wolter. Z włoskich upodobał sobie Ariosta, który (jak mówił) «lubo w Orlandzie swoim żadnego się porządku nie trzyma, a w niepohamowanych zapędach z miejsca się na miejsce ustawicznie przenosząc, zdaje się nie mieć żadnego celu, z tym wszystkim tak powabnym jest w wyrazach, opisaniach, a nade wszystko w ży­wości płodnej imaginacji, iż mimo wielokrotne przywary nie tylko daje się czy­tać, ale raz przeczytany, jeszcze do powtórnego czytania wabi». Nie poznał się natomiast na wielkości Dantego: «Wiersz jego zwięzły, myśl wzniosła ponurością tchnie i czytającego zbyt tkliwym uczuciem przeraża i smuci.» Nie docenił także dwóch największych poetów angielskich, Szekspira i Miltona3: «Szekspir zawiera w sobie niekiedy godne największego zadziwienia i uczucia wyrazy; ale nierówny w locie, częstokroć przesadza zbytnim wysileniem, niekiedy zaś tak się zniża i upodla, iż pojąć prawie nie można, aby takie różnice jednego pisarza były dzie-łem»; Milton: «Myśl głęboko ponura, niekiedy wdzięczne stawia widoki; w pisa­niu i uczuciu częstokroć zadziwia, niekiedy jednak tak się zniża, iż z tego powodu godzien zadziwienia.» Pope'a natomiast chwali bez żadnych zastrzeżeń.
I nie dziw: przecie Pope to największy klasyk angielski XVIII wieku, a Krasicki to także klasyk, największy obok Fredry klasyk polski. I jego poezja, podobnie jak wielkich klasyków francuskich, nie porywa czytelnika ani wysokimi lotami fantazji, ani potężnymi wybuchami uczucia, a cóż dopiero namiętności; jest to poezja spokojna, zrównoważona, ujęta w karby przez myślącą głowę wiel­kiego artysty, który długo i usilnie pracował nad przybraniem swoich pomysłów w odpowiednią formę. Nigdy bowiem nie spuszczał się Krasicki w swej twórczości na sam «pierwszy zapał», to jest na samo natchnienie, nie wierzył bowiem, żeby ono mogło utworzyć coś prawdziwie pięknego bez świadomej pracy artystycznej: «Nie dosyć... opłonąć na czas, żeby następnie nie zagorzeć; trzeba trwałej, a więc dzielnej umysłu mocy, iżby nas stawiła obojętnymi czytelnikami własnego dzieła, a dopiero sprawiedliwy wyrok na siebie dać możemy. Zdać się to może rzeczą osobliwą i niepodobną ku uwierzeniu, co powiem, ma jednak w sobie prawdę: najlepszą rękojmią dobrego dzieła jest to, gdy pisarz mimo usilność, mimo pracę, mimo poprawę z dzieła swojego niekontent... Nie jest myśl moja oznaczać ściśle czasów rozmiary; i Horacyjusz, gdy mówił: nonumque prematur in annum, prze­ciąg wprawdzie dziewięcioletni kładąc, do tego jedynie zmierzał, iżby dał uczuć, że z dziełem dokonanym śpieszyć się nie należy, ale czekać poty, póki pierwsze wzruszenie działacza nie uśmierzy się i nie przejdzie, a dopiero użyczać drugim własności swojej.» Złote słowa! Pierwszy rzut utworu poetyckiego jest zawsze owocem wzruszenia, ale prawdziwie pięknym staje się ten utwór dopiero dzięki świadomej pracy artystycznej nad jego formą. Otóż piękno poezji Krasickiego jest owocem nie tylko wzruszenia, ale nade wszystko tej pracy. Wzorował się on w niej na znakomitych pisarzach starożytnych i nowożytnych, biorąc od nich na przykład gotowe rodzaje literackie (satyry, bajki, listy poetyckie, powieści itd.); ale nie krępował się niewolniczo «prawidłami»: «Umysł wzniesiony regu­łami nie gardzi, ale się nimi nie zacieśniaj «Przepisywać... prawidła... zdaje mi się być rzeczą i niepotrzebną, i nieprzyzwoitą; jeśli jakie być mają, to takowe niech będą, iżby żadnych nie używać, ale czuć żywo i to czucie bez przesady obwieszczać.» Oto hasła Krasickiego. A jeżeli pomimo to z jego utworów poety­ckich dałyby się wysnuć te same «prawidła», co z klasycznej poezji starożytnej i francuskiej, to wcale nie dlatego, żeby tworząc o nich myślał, ale dlatego, że się klasyczną poezją mocno przejął, że ją «czuł żywo». I właśnie dlatego, że «czuł żywo», był poetą oryginalnym i chciał nim być, rozumiejąc, że «kopija, choć i dobra, nie dostarczy8 oryginałowi, a choćby go i przeniosła, zawsze pośledniejsze trzymać musi miejsce od rzeczy i działań oryginalnych)).
Jednym z głównych celów pracy artystycznej Krasickiego była piękność wiersza. Chodziło mu o to, żeby wiersz był w doskonałej zgodzie z treścią, żeby (jak mówi Słowacki) był «taktem, nie wędzidłem)). Takim jest właśnie wiersz Krasickiego. Jego rymy mają nie tylko doskonałość formalną, ale niejednokrotnie służą do lepszego uwydatnienia treści, na przykład w bajce Doktor: «Doktor, widząc, że mu się lekarstwo udało, - chciał go często powtarzać. Cóż się z chorym stało ? - Za drugim, trzecim razem bardzo go osłabił, - za czwartym jeszcze bardziej... a za piątym zabił.)) Główną myślą tej bajki jest, że głupi doktor chorego nie tylko nie leczy, ale przeciwnie, osłabia, a czasem i zabija - i właśnie te wy­razy (osłabił - zabił) rymują się z sobą; niech się nie rymują, niech te wyrazy będą w środku wiersza, a sens bajki nie będzie tak mocno uwydatniony. A jak rym, tak i rytm nieraz służy w poezji Krasickiego do uplastycznienia treści. Więc na przykład nie przestrzega on tak pedantycznie jak pseudoklasycy, żeby wszy­stkie wiersze równozgłoskowe utworu miały koniecznie średniówkę po tej samej zgłosce. Oto na przykład bajka Pan i pies: «Pies szczekał na złodzieja,// całą noc się trudził, - obili go nazajutrz,// że pana obudził. - Spał smaczno drugiej nocy,// złodzieja nie czekał: - ten dom skradł;// psa obili za to, że nie szczekał.)) W pierw szych trzech wierszach średniówka przypada po siódmej zgłosce, ale w ostatnim -  po trzeciej, a nadto część pierwsza tego ostatniego wiersza kończy się zgłoską akcentowaną, to jest wyrazem jednozgłoskowym («skradł))), dzięki czemu uwy­datnia się bardzo mocno ostateczny wynik głupoty, a po części i złości ludzkiej, którym jest to właśnie, że złodziej okradł dom.
Jeszcze pilniej niż o piękny i wyrazisty wiersz troszczył się Krasicki o język i styl swoich utworów (zwłaszcza poetyckich). Był on wielkim miłośnikiem mowy ojczystej, więc gniewało go, że ten język, który w wieku XVI pod piórem Kochanow­skiego, Górnickiego, Skargi doszedł do takiej doskonałości, później zepsuł się do tego stopnia, że «pospolicie mowy i pisma polskie cale były nie po polsku)); «język zamiast wykształcenia z cudzoziemskich i z własnych dziwacznych wyrazów coraz się bardziej od dawnej wytwórczości oddalał i, z istoty będąc jasnym i wdzięcznym, zdziczał i zasępił się nieprzyzwoitą wcale przesadą. Wyrwać język literacki ojczysty z tego zdziczenia i «nieprzyzwoitej przesady* - oto hasło, które przyświecało Kra­sickiemu i jako poecie, i jako prozaikowi. Szukając «prawdziwej treści języka rodo­witego «w dawnych pisarzach swojego narodu* (głównie XVI wieku), pilnie się w nich rozczytywał i pod niejednym względem kształcił na nich swój własny język. Wypowiedział walkę wielu wyrazom cudzoziemskim, posługując się zamiast nich wyrazami to starymi, to utworzonymi przez samego siebie, nieraz bardzo szczęśli­wie, jak na przykład «samolub» albo «działacz*.
Nie tylko jednak czystość języka, ale i jego wdzięk leżał Krasickiemu na sercu: raziły go w języku literackim wyrazy zbyt pospolite, a cóż dopiero rubaszne, które tak lubił jeszcze Naruszewicz; więc zabrał się i do nich, a w tej walce umiał zachować właściwą miarę, odróżniając od wyrazów rubasznych dobitne - tych nigdy się nie lękał; nie bał się na przykład powiedzieć, że w walce mnichów ojciec Gaudenty «ryknął*, ojciec Łukasz «zwinął się w trzy kłęby*, ojciec Kapistran wziął w łeb... obręczem od faski*. Modnych zaś w literaturze stanisławowskiej omówień (peryfraz) uniknął i nazywał rzeczy po imieniu. W ogóle, sam łącząc w sobie wyjątkową wykwintność i kulturę z niezbyt częstą u literatów prostotą i naturalnością (podobny w tym do Sienkiewicza), za ideał stylu literackiego poczytywał zespolenie piękna z naturalnością, czyli jak za jego czasów mawiano, kunsztu z naturą; innymi słowy, wyznawał mądrą zasadę, że «piękność prawdziwa nie potrzebuje przysad*. Nie dziw, że się zachwycał wspaniałą prostotą* pisarzów polskich XVI wieku, że wolał Homera od Wirgiliusza, że nie lubił poezji, w której «nadto się... kunszt wydaje* (to jest takiej, w której forma jest nadmiernie sztuczna), a cóż dopiero poezji mającej więcej słów, niż potrzeba (to jest takiej, w której forma ma przewagę nad treścią). Poczytując prostotę za przyjaciółkę* nie tylko prawdy, ale i piękna, śmiał się z wy­razów brzęczących* w filozofii; a i z napuszoności, i w ogóle ze wszystkich ujemnych stron stylu barokowego w poezji i wymowie drwił sobie złośliwie - czy to w Myszeidzie, czy w Monachomachii, czy w żartobliwym liście Do pana wojewody ruskiego; w poważnej zaś rozprawce pt. Listy chwali Cycerona za to, że w Ustach swoich «kunszt ukrył*. Otóż to właśnie: jedną z największych piękności stylu Krasickiego jest, że przy całej usilnej pracy nad formą umiał ukryć kunszt; styl jego odznacza się, nie mówiąc już o klasycznej jasności, klasyczną prostotą i naturalnością, a do tego nie znaną dawniej w Polsce lekkością i swobodą; poznał się na tym Mickiewicz, mówiąc, że ma on «tok leciuchny, styl podobny do śpiewu, do szczebiotania ptasiego, przy tym pełen wykończenia i precyzji prozy francuskiej*.
Dodać trzeba, że i prozę Krasickiego znamionuje niejedna z zalet, którymi jaśnieje jego poezja; nie ma w niej wprawdzie tego wdzięku, co w poezji, ale pros­tota i jasność - ta sama; co więcej, w prozie zdobywa się niekiedy Krasicki na więk­szą obrazowość niż w poezji, na przykład: «Nauka jest to chleb wyborny i tuczny, ale mąka, z której się ten chleb robi, iżby go wytwornym uczyniła, czystą i subtelną być mając, przez wielokrotne, że tak rzeknę, pytle i sidła przechodzić musi»; «Cecha jest tak cnoty, jako i nauki skromność; po tym najlepiej doskonałego człowieka po­znać można; że zaś skromność z góry nie patrzy, brwi nie zasępia, krzykliwością nie głuszy i na kanapach się nie rozwala, niech stąd każdy miarę bierze, jak i z pierwszego wrażenia o ludziach sądzić można.»
I oto dzięki talentowi i pracy Krasickiego powróciło do literatury polskiej piękno, i to najwyższe piękno, bo połączone z prostotą! Śmiało można powie­dzieć, że on to nie tylko podniósł na nowo literaturę naszą do godności literatury europejskiej, ale nadto utorował jej tak skutecznie, jak żaden inny pisarz stanisła­wowski, drogę na te wyżyny, na które się wzbije w wieku XIX.

DO PANA WOJEWODY RUSKIEGO. Kiedy też ów piękny, rzadki, szacowny wilk, wyprawiony w styczniu, dopiero w lipcu do mnie zawitał wraz z listem dawcy, nie moja więc wina, żem się z podziękowaniem opóźnił.

A jak to nie dziękować, zwłaszcza gdy jest za co ?

Drugiego wiersza nie dokładam, boby w brzmieniu był, prawda, do składu, ale dla kadencyi musiałoby się położyć «ą» zamiast «o». Że mi się więc (jak to mówią, na pierwszym podskoku) nie powiodło, ja przeto fantazyi nie tracę: 

Choć się myśl rymotwórska nie nadała piersza[!], ;
Przecież w nowym zawodzie powracam do wiersza. 

Najeżywszy się więc tak, jak moi współbracia umieją,

Będę ci dziękował odą,
Zacny ruski wojewodo!
Brzmij, Kalijopo, a wspaniałym ruchem
Kastalskich bełtów napuszona duchem,
W grzmotliwym górnych prawideł oddechu
Pędź w swym pośpiechu!

Co widzę! oto zżymają się skały,
Kręty Eurypu huczno się wezbrały,
Nurty się mącą, a zdroje w zawody
Pienią swe wody.

Gdzieżeś, Pindarze?... Ale że się Pindar nie odzywa, więc i ja z górnego tonu spuszczam:

A potknąwszy się już to razy kilka,
Wracam do wilka.

I powiadam: 

Iż to prawnuk tej wilczycy,
Której owi ludzie dzicy
Dali karmić Romulusa
I brata jego, Remusa.

Prawda, iż daleko z Rzymu do Tulczyna: ależ czyliż w przeciągu dwóch tysięcy lat nie mógłby który wilk włoski zawędrować na Ukrainę ? a wreszcie, czy zawędrował, czy nie zawędrował,

Czy on z północy rodem, czyli z wschodu,
Wart być potomkiem tak zacnego rodu.

Dość to na jego pochwałę, a ja za szacowny podarunek i za miłą odezwę z wdzię­cznością dziękuję.

LISTY ...Ile sposobów jest obwieszczenia myśli naszej, tyle według sto­sunków do okoliczności, rodzajów wymowy: ma swoje własną pisanie lis­tów. Źe zaś najwięcej zasadza się na powieściach, zbliża się do dziejopisów, z tą jednak różnicą, iż będąc poufałej rozmowy wyobrażeniem, wznosić się nad nie powinno; lecz chociaż niekiedy z granic swoich wychodzi, zawsze jednak pierwiastkową prostotę ma zachowywać. Użyłem wyrazu prostota nie przeto, iżby listy miały być grubym i nieokrzesanym, jak to mówią, spo­sobem kreślone, ale iżby miały w sobie ów ciąg naturalny i łatwość niby to zwyczajnej rozmowy, która się w posiedzeniu używać zwykła.
Czytamy listy Cycerona statystyczne, moralne, uczone, żartobliwe: znać jednak mimo różnicę celu, do którego zmierzał, iż nie dzieła uczone, nie księ­gi, lecz list pisał. Skrócone są dla tej przyczyny w zwięzłości dosadnej wyrazy i zdania jego, jak gdyby z niechcenia wychodziły, zniżone częstokroć według pojęcia tych, do których pisał: zgoła tak pisane, iż poznać trudno, aby zbytecznie się nad nimi zastanawiał. Co gdy tak jest, przyznać należy, iż w taki spo­sób kunszt ukrył, o jakim ledwo domyślać się można.
Powszechna, przyzwoita i dobrze rzecz wyłuszczająca jest listu definicyja, iż jest rozmową nieprzytomnych. To więc za ich cel pisania brać należy, że rozmowa pospolicie łatwych do wzajemnego porozumienia wyrazów używa: toż samo w Ustach zachowywać należy, ażeby dosyć uczyniły zamiarowi swojemu.
Pisać listy umyślnie dlatego, żeby wytworność stylu okazać, jest to przed­sięwzięcie wielce zawodne: choćby był wytwornych rzeczy pełen, będzie mu brakło na owej przyrodzonej żywości i wdzięku, który nie z zamysłu, ale z rze­czy wypada, a to dla tej przyczyny, iż pisarz nie był zajęty rzeczą, ale się silił na onej udatne określenie, a zatem nie miał celu takowego, jaki Ust każdy mieć powinien, iżby z nieprzytomnym poufale rozmawiał. Wychodzi to właśnie na owe miłosne wiersze, które dla drukarzów głodne poety piszą, a nie mając istotnej, urojone w płodnej a nieczułej imaginacyi Irydy, FiUdy, Lucyndy wielbią! znać z Horacyjuszowych rytmów, iż mu Lidyja nie była obojętną ani Katullowi Lesbija.
Ci, którzy zbytnim na prawidłach zasadzeniem psują osnowę rzeczy i smak wyrazów, nie czynią posługi uczniom lub czytelnikom swoim. Jest wiele pra­wideł, jak Usty pisać: a ci, którzy je składali, podobnymi są do owych gospo-darzów gabinetowych, co to sami ledwo wiedzą różnicę między ziarnem a ziarnem, a chcą innych uczyć, jak i kiedy siać i zbierać zboże należy.
Pisanie listów zarywa nieco na przymiot rymotwórstwa; darem go raczej przyrodzenia niżeli skutkiem kunsztownej pracy nazwać można. Jest zawsze w pracowitym pisaniu jakowaś przesada, która daje poznać, iż rzecz, jak mó­wią, nie z pióra płynęła. Bierzmy przykład z Plinijusza i Cycerona: z tym, zdaje się, mówimy, tamtego widzimy, jak pisze. Przepisywać więc prawidła, jak list pisać, zdaje mi się być rzeczą i niepotrzebną, i nieprzyzwoitą. Jeśli jakie być mają, to takowe niech będą, iżby żadnych nie używać, ale czuć żywo i to czucie bez przesady6 obwieszczać...

 Na .widownię literacką wystąpił Krasicki dosyć późno, już po trzydziestce: pierwsze jego drukowane utwory ukazały się (bezimiennie) w «Monitorze»; są to artykuły i rozprawki z dziedziny moralności i estetyki tudzież powiastki i satyry prozą. Pierwszy drukowany wiersz Krasickiego ukazał się nie w «Monitorze», tylko w «Zabawach Przyjemnych i Pożytecznych*, w roku 1774; jest nim Apostrofa do mi­łości ojczyzny:

Święta miłości kochanej ojczyzny!
Czują cię tylko umysły poczciwe;
Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,
Dla ciebie więzy, pęta nie zelżywe;
Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,
Gnieździsz w umyśle rozkoszy prawdziwe.
Byle cię można wspomóc, byle wspierać,
Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać!

Przez swoją myśl przewodnią, którą jest złożenie wszystkiego, nie wyłącza­jąc szczęścia i życia, na ołtarzu świętej cnoty, żywo przypomina ta apostrofa grecki Hymn do cnoty. Napisał go Arystoteles na cześć swego przyjaciela Hermiasa (rząd­cy miasta Atarneus w Azji Mniejszej), który położył głowę, wydany zdradliwie w ręce króla perskiego: «0 cnoto, celu trudów śmiertelnych ludzi, ty najpiękniej­sza zdobyczy życia, ty dziewico, dla której piękności Grecy idą z ochotą na śmierć i podejmują bez wytchnienia najcięższe trudy: tak wielką wpajasz w ich serca mi­łość nieśmiertelnej sławy, droższej nad wszystko - nad złoto, nad rodziców, nad słodkie wywczasy! W pościgu to za twoją pięknością Herakles, syn Zeusa, i synowie Ledy1 tyle się nacierpieli; z tęsknoty to ku tobie Achilles i Ajaks zstąpili do Hadesu; twojego to wdzięcznego obUcza syn miasta Atarneus opuścił jasność słoneczną, i dlatego ludzie sławią jego czyny, a Muzy, córy pamięci, dadzą mu nieśmiertel­ność...*
Krasicki znał niezawodnie ten Hymn do cnoty i on to prawdopodobnie na­tchnął go do napisania apostrofy. Przez długie lata była ona na ustach wszystkich, stała się, rzec można, hymnem narodowym, którym pieśń Bogurodzica już dawno być przestała, a którym Pieśń legionów Wybickiego, pomimo że powstała w roku 1797, stanie się dopiero podczas powstania listopadowego. SpiewaU apostrofę Kra­sickiego codziennie uczniowie Szkoły Rycerskiejw Warszawie; umiano ją na pa­mięć nie tylko za Stanisława Augusta, ale i w Polsce porozbiorowej; drukowano ją w podręcznikach szkolnych do nauki mowy ojczystej i nie za co innego, tylko za nią konfiskowali w Wilnie Moskale podczas prześladowania młodzieży Gramatykę Kopczyńskiego. Otóż jeśU naprawdę do napisania tej apostrofy (w której, pamię­tajmy o tym, po raz pierwszy w Polsce - i na lat dwadzieścia dwa przed Marsylianką - miłość ojczyzny nazwano świętą) natchnął Krasickiego Hymn do cnoty Ary­stotelesa, to miło pomyśleć, że u kolebki polskiego hymnu narodowego stoi Grecja, i to w osobie swojego największego myśliciela.
  

Podobne prace

Do góry