Ocena brak

„Buntuję się, więc jestem” - Dżuma

Autor /Albinos Dodano /04.06.2013

Bez względu na to, co się sądzi o Albercie Camusie jako przedstawicielu egzystencjalizmu w literaturze — jego Dżumę można i należy traktować jako utwór realistyczny, tzn. przedstawiający problematykę współczesności i prawdopodobne wypadki. Prześledzimy pokrótce owe wypadki:

W Oranie wybucha epidemia. Zadżumieni lub na razie zagrożeni chorobą mieszkańcy ze zdumieniem stwierdzają, że dotychczasowy ład, porządek, gładkość i oczywistosć ich życia doznały nagłego zaburzenia, wypadły z ustalonych trybów. Niepojęta staje się codzienność, dewaluują się dawne prawa, wartości, przyzwyczajenia; zadżumieni, odcięci od reszty świata Orańczycy tracą nagle system pośrednictwa, jakim były owe prawa. Bezbronni, stają samotni wobec całkiem nowej rzeczywistości — dżumy i zagłady, która skazując człowieka na zło, każe mu jednocześnie wybierać postawę wobec niego. Nie ma tu wyjść pośrednich ani miejsca na kompromis. A dżuma w powieści Camusa może oznaczać wszelkie zło, wszystko, co stawia człowieka wobec siły wrogiej mu i obcej, np. wojnę, okupację, faszyzm. Autor przedstawia świat, w którym groźba katastrofy stała się oczywistością, codziennością, ale codziennością nieludzką i wrogą. Zanim jednak zło dosięgnie ofiar, muszą one znaleźć nowy sposób bycia, szerzej — nową etykę, udzielić sobie odpowiedzi, jak żyć wobec zła, klęski, nieszczęścia, jak pozostać człowiekiem w warunkach nieludzkich.

Większość mieszkańców Oranu poddaje się przerażeniu i chorobie, „godzi się” na dżumę, traktując ją jak coś, co się przydarza tylko innym. Nie mają odwagi spojrzeć zarazie w twarz i podstawiają jej grzbiet. Nie uświadamiają sobie stanu zagrożenia i mimowolnie je akceptują, ulegają śmierci biernie i mimowolnie, tak jak przedtem ulegali oczywistym dla nich prawom, przyjętym normom. Tylko nieliczni podejmują decyzję przeciwstawienia się dżumie — doktor Rieux, Tarróu, dziennikarz Rambert, urzędnik Grand, ojciec Paneloux. Ich „ruch oporu” przyjmuje formy zorganizowanego, wspólnego działania, upartego poświęcenia. Zdobywają się w walce z zarazą na maksimum wysiłku, oddają w służbie człowieka wsżystkie swoje umiejętności i doświadczenia, ich bohaterski opór ma wszelkie odcienie heroizmu w imię człowieka, który „piekłu ofiarę wydrze”, nie ulegnie złu, nie zgodzi się na nie. Etyka bohaterów Camusa wydaje się więc zupełnie prosta. Jest ona zbudowana na tradycyjnych zasadach klasycznego humanizmu: im bardziej nieludzki świat, tym głębiej należy wierzyć w dobro i piękno człowieka, w jego siłę, gdyż ta nieludzkość nie jest w stanie zanegować wewnętrznych wartości ludzkich.

I dżuma ostatecznie odchodzi z Oranu, miasto radośnie święci otwarcie bram i powrót do normalnego życia. Ostatnie fragmenty powieści mogą przypominać uroczystości, jakie miały miejsce w 1945 roku z powodu wyzwolenia, tak jak walka z dżumą może przypominać antyhitlerowską działalność ruchu oporu, w którym, jak wiadomo, Camus brał udział. Byłaby to więc opowieść o klęsce, heroizmie i zwycięstwie. Ale Camus napisał tylko „kronikę czasu zagłady i walki”, pominąwszy milczeniem owoce tej walki i triumf zwycięzców.

Dlatego też zakończenie Dżumy nie jest jasne. Świętujący mieszkańcy Oranu to przecież ci, którzy przedtem poddali się dżumie, którzy niby martwe przedmioty pozwolili jej zapanować nad sobą. Teraz w ten sam sposób „poddają się” radości. Natomiast ci, którzy mogliby uważać się za zwycięzców, nie cieszą się. Doktor Rieux zdaje sobie bowiem sprawę, że dżuma nie ustąpiła na skutek jego medycznej interwencji ani też trudu jego towarzyszy. Odeszła sama, tak jak sama przyszła-1 co więcej — nie odeszła ostatecznie:

Słuchając okrzyków radości dochodzących z miasta, Rieux pamiętał, że radość jest zawsze zagrożona. Wiedział bowiem, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przetrwać przez dziesiątki lat uśpiony [...] i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swoje szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście.

Zdanie to można by sparafrazować następująco: Skoro raz zdarzył się absurd, skoro d,osięgnęło nas ostateczne zło, dotąd niepojęte i odsuwane jako niemożliwe, to czy możemy jeszcze wrócić do dawnej pewności siebie? Zakwestionowane raz pewniki przestają tym samym być pewnikami i nie sposób już na nich budować. Doktor nie traktuje odejścia zarazy jako powrotu do dotychczasowego życia, nie potrafi dzielić z innymi radości zagrożonej.

Camus nie pyta o możliwość stworzenia świata bez dżumy, ale o to, jak być człowiekiem w „królestwie dżumy”. Doświadczenia wojny wykazały, że „niezachwiane wartości” i moralne pewniki — wolność, sprawiedliwość, miłość, braterstwo — mogą przekształcić się we własne przeciwieństwa niezależnie od naszej woli. W powieści Camusa probierzem, tych wartości stała się zaraza. Rieux ostrzega więc: człowiek musi być w ciągłej gotowości, aby to najgprsze, niepojęte, absurdalne i nieludzkie nie zaskoczyło go, nie odebrało mu człowieczeństwa.

Pesymizm i nieufność Ri.eux’go nie mają nic wspólnego z nihilizmem. Przeciwnie, rodzą bunt. I to bunt konkretny, będący manifestacją wewnętrznej niezawisłości jednostki wobec absurdu. Zło istnieje — mówi Camus — i to jest absurd; ja istnieję i zło mnie warunkuje — i to też absurd; ale moja postawa wobec zła to już nie absurd, to bunt* który nadaje owemu zagrożonemu złem światu mój własny, ludzki sens, Afirmację człowieczeństwa zdobywa się działając na przekór klęsce. Bunt to stawanie po stronie skrzywdzonych w każdej sytuacji, mówi Tarrou. To wystąpienie przeciw katom w imię ofiar — razem z nimi. Człowiek ma prawo wybierać tylko takie działanie, które zwraca się przeciwko krzywdzącemu, a jego samego-określa jako zwolennika krzywdzonego. Nawet próba nieingerencji doprowadziłaby nie do afirmacji siebie, lecz do samozagłady, do utożsamienia się z absurdem. Wybierając sprzeciw, jednostka uwalnia się jednocześnie od samotności — skoro bowiem zło jest udziałem wszystkich, to walka z nim jednoczy wszystkich.

Zbuntowanego Syzyfa — dowodził Camus już wcześniej i będzie wracał do tego wielokroć później — bogowie skazali na wieczne powtarzanie tego samego, bezsensownego czynu: była to klęska Syzyfa/Współczesny Syzyf — a dla Camusa każdy z nas jest takim Syzyfem — w owym bezpłodnym działaniu musi odnaleźć swoją wartość. Uwalnia się od absurdu własnej pracy z chwilą, gdy uświadomi sobie, że w niej wyraża siebie samego:, swój ludzki wysiłek i' cierpienie. Zbuntowany Rieux jest wprawdzie pozbawiony złudzeń co do całkowitej efektywności działania, ale nie co do jego sensowności. Niewątpliwie jest w takiej postawie sporo „trudnego humanizmu” i — wiary. Wiary, której nie znajdziemy w postawie Tarrou.

Tarrou neguje wartość działania nie tylko z powodu jego ewidentnej w warunkach zadżumienia nieskuteczności; uważa je za bezsensowne w ogóle: wszystko, co czynimy — mówi — zawiera możliwość zabijania; „działając z dobrej woli, stawałem się mordercą”. Dlaczego w takim razie Tarrou pracuje w służbie sanitarnej, płacąc życiem ?„— Dlatego, że ucieczka od dżumy i jej ofiar byłaby dezercją, brak zaangażowania — zgodą na zło, uchylanie się od wyboru — zgodą na zabijanie. A Tarrou „chce zmniejszyć spustoszenie”, szuka sytuacji, w których mógłby wystąpić przeciw dżumie, i unika takich, w których wbrew sobie mógłby stać się jej sojusznikiem. Wprawdzie nie wierzy w ich realne istnienie, ale to nie podważa słuszności samego dążenia. Stara się postępować tak, jak gdyby one istniały. Pragnie dokonać słusznego wyboru, choć przestał wierzyć w obiektywne reguły słuszności i niesłuszności. Chce być „świętym bez Boga”, poszukuje dobra i prawdy bez kodyfikujących tablic — w sobie samym.

Postawy Rieux’go i Tarrou są więc w istotnej swej treści odmienne. Wewnętrzne przeświadczenie doktora, że jeżeli nawet nie zwalczy dżumy, to na pewno jej nie rózszerzy, zostaje potwierdzone przez obiektywne fakty (istnieją wyleczeni) i to pogłębia sens jego wysiłku. Tarrou nie ma tej szansy. Ale obydwaj postępują tak samo heroicznie, biorą na siebie taką samą odpowiedzialność, ryzyko bezowocności wysiłków i ryzyko życia. To łączy ich również z innymi mieszkańcami zadżumionego miasta. Lecz jest to tylko łączność subiektywna, jednostronna, a nie prawdziwe porozumienie. Naprawdę obydwaj bohaterowie są samotni, bo tylko oni uświadamiają sobie ostateczność. Samotny jest Rieux, który, jedyny wśród rozbawionego tłumu, myśli o tym, że bakcyl dżumy nie umarł,

Camus proponuje niezwykle trudną etykę. Wymaga od człowieka, by sam był dla siebie prawodawcą i sędzią, by ponosił odpowiedzialność za siebie i nawet za to, co jest od niego niezależne — za dżumę, absurd, zło. A w zamian nie daje mu nawet nadziei ani pewności, że postępuje słusznie, obiektywnie słusznie. Etyka ta posiada jedynie wartość indywidualną, nie — społeczną. Niewątpliwie jednak jest to etyka humanistyczna, której główna teza mogłaby brzmieć następująco: można zabrać człowiekowi życie, można odizolować go od świata, uczynić go „nosicielem dżumy”, ale nie można zmusić go, by stał się zwolennikiem zarazy, nie można zabrać mu człowieczeństwa.

Do góry