Ocena brak

Anthony HAYDEN

Autor /Malina1243 Dodano /05.01.2013

Mary Stannard, córka robotnika rolnego z wioski Rockland pod Madison w stanieConnecticut, miała 22 lata i pięcioletnie nieślubne dziecko, oddane gdzieś na wychowanie.

Miała też tak zwane „powodzenie” u mężczyzn, czego pośrednim dowodem było owoniefortunne macierzyństwo.Mary była zawodową służącą, co jej rodzina uważała za doskonałą karierę, ścieraniebowiem kurzu i zamiatanie wydawało się ciężko pracującym na roli ludziom zajęciemwyjątkowo lekkim. W czasach, których dotyczy nasza opowieść, zatrudniona była u państwaHayden w Rockland, a więc w jednym z „najlepszych” domów w okolicy: jej chlebodawca,Anthony Hayden, był miejscowym pastorem.

W lipcu 1878 roku, pewnej niedzieli Mary Stannard otrzymała wychodne, co wówczasbyło dla służących wielkim wydarzeniem, jako że wolne dni trafiały się rzadko. Dziewczynazabawiła czas jakiś w domu swego ojca, po czym wyszła – jak mówiła – na spacer. Gdy jejnieobecność przedłużała się ponad miarę, jej ojciec udał się na poszukiwania.

Mieszkańcy Rockland chadzali na spacer w ściśle określone miejsce, na wzgórze zwaneWhippoorwill Rock. Tam też skierował swe kroki ojciec Mary, który prawdopodobniespodziewał się przyłapać dziewczynę na gorącym uczynku z jakimś wioskowym osiłkiem.Troskliwy ojciec odetchnął zapewne z ulgą, gdy z oddali zauważył leżącą w trawie Mary.Dziewczyna robiła wrażenie pogrążonej we śnie, a co najważniejsze – była sama. Ręce miałaskrzyżowane na piersi, a fałdy sukni starannie ułożone wkoło nóg. Trzeba było jeszczekilkunastu kroków, by nieszczęsny ojciec przekonał się, co naprawdę stało się jego córce.

Wezwana policja odniosła wrażenie, że morderca Mary Stannard chciał mieć pewność, żedziewczyna nie odżyje. Mary miała bowiem poderżnięte gardło, zdruzgotaną czaszkę ipotężną dawkę 50 gramów arszeniku w żołądku. Każdy z tych trzech sposobów byłbyzupełnie wystarczający, by pozbawić dziewczynę życia. Dlaczego sprawca zastosowałwszystkie jednocześnie, pozostawało tajemnicą.

Rozpoczęto śledztwo, polegające głównie na przepytywaniu okolicznych mieszkańców.Już podczas pierwszych przesłuchań wyszły na jaw pewne fakty, które można było określićjako sensacyjne i to nie tylko dlatego, że wyraźnie wskazywały na osobę sprawcy.Otóż na kilka dni przed śmiercią Mary Stannard wdała się w dłuższą pogawędkę zesłużącą z sąsiedniego domu. Nietrudno się domyślić, że obie panienki wymieniały uwagi natemat swych chlebodawców, nie pozostawiając na nich suchej nitki.

Wtedy to Mary „wnajwiększej tajemnicy” zwierzyła się koleżance, że pastor Hayden „nie daje jej spokoju”.Wielebny miał odwiedzać ją co noc w izdebce przy kuchni i grozić kompromitacją wwypadku odmowy świadczenia miłosnych usług. Mary była zresztą jak najlepszego zdania owalorach pastora jako mężczyzny, choć wyznała, że ostatnio jest na niego wściekła. Niemówiła wprost, o co chodzi. Jej rozmówczyni domyśliła się jednak bez trudu, że oto stało siękolejne nieszczęście: Mary zaszła w ciążę z pastorem. O ile rodzina dziewczyny i cała wioskazaakceptowała jakoś jej poprzednią ciążę, owoc przelotnego romansu z wędrownymrobotnikiem sezonowym, o tyle w tym przypadku sprawa była znacznie trudniejsza.

Wielebnemu Haydenowi groziła wręcz katastrofą. 33-letni pastor był bowiem żonaty i miałtroje dzieci z żoną, nie mówiąc już o tym, że jako duchowny nie powinien był w ogólewdawać się w pozamałżeńskie romanse ze służącymi.Mimo chmur, jakie zawisły nad jej głową, Mary była jednak dobrej myśli. Takie przynajmniej wrażenie odniosła jej koleżanka. Pastor – twierdziła dziewczyna – zna bowiemdoskonałe, pewne i szybko działające „lekarstwo” na takie rzeczy. Załatwi dla niej porcyjkę ipo kłopocie. W tym celu jest nawet umówiona ze swym chlebodawcą w pierwszy wolnydzień na Whippoorwill Rock. Cóż, jeśli rzeczywiście tak było, to „lekarstwo” wielebnegoHaydena było istotnie „doskonałe, pewne i szybko działające”...Policja nie miała jednak pewności, czy podekscytowana zabójstwem koleżanka Mary niezmyśla albo nie ubarwia nieco rzeczywistości. Owo planowane spotkanie na WhippoorwillRock właśnie w pierwszy wolny dzień – był to przecież koronny dowód przeciwko pastorowi.Gdy jednak sekcja wykazała, że Mary Stannard istotnie była w pierwszych tygodniach ciąży,wielebnego Haydena przesłuchano ponownie, tym razem wypytując go o alibi na dzieńśmierci jego służącej.Pastor plątał się w zeznaniach, nie mogąc podać choćby w ogólnym zarysie, co robiłowego lipcowego dnia. Po kilkugodzinnym przesłuchaniu został więc aresztowany, a dalsześledztwo skoncentrowało się na zdobywaniu dowodów jego winy.

Dowodów tych, czy może raczej poszlak wskazujących na Haydena jako naprawdopodobnego sprawcę, było sporo. Pomijając już brak alibi, wykryto, że pastor zakupiłuncję arszeniku w dniu śmierci Mary Stannard. Trucizna miała, jak twierdził, posłużyć dorozprawienia się ze szczurami, które tego lata wyjątkowo licznie odwiedzały jego stodołę.

Ponieważ arszenik stanowił ważny czynnik tej sprawy, poświęcono mu wiele uwagi. Myteż musimy to uczynić, tym bardziej że wyniki śledztwa były dość zawikłane. Nie zdołano,mimo starannych przeszukiwań, odnaleźć owej uncji trucizny zakupionej przez Haydena.Policja domniemywała zatem, że zużył on część, by otruć dziewczynę, resztę zaś zdołał jakośwyrzucić czy wręcz potraktował nią szczury. Pastor utrzymywał natomiast, że zawartość całejpaczuszki natychmiast wysypał w stodole. Ani jednak śladów arszeniku, ani też martwychszczurów, które stanowiłyby potwierdzenie zeznań pastora, w stodole nie znaleziono. I oto wkilka dni po policyjnej rewizji jakiś wierny parafianin zabrał się do myszkowania po obejściu.

Po godzinie przybiegł na policję z triumfujących wyrazem twarzy, niosąc paczuszkęzawierającą arszenik, znaleziony rzekomo w stodole, tam gdzie uprzednio policja nie znalazłanic! Pastor w tym czasie przebywał już w areszcie, a więc odkrycie gorliwego wieśniakawzbudziło sporo wątpliwości. Czyżby parafianie zapałali taką niechęcią do swego duchowegoprzywódcy, że postanowili pomóc policji w gromadzeniu dowodów przeciwko niemu?

Problemy z arszenikiem wcale się jeszcze nie zakończyły. Choć znalezienie paczuszki zuncją tej trucizny już po rewizji i aresztowaniu pastora budziło wątpliwości, postanowionojednak przeprowadzić badania laboratoryjne owego znaleziska, by porównać je z arszenikiemznalezionym w żołądku Mary Stannard. Było wątpliwe, by podana zamordowanej truciznapochodziła z tej samej paczki, bo w takim przypadku zawartość opakowania ważyłabyprzecież mniej. Tymczasem policja miała do czynienia z pełną, nie rozpieczętowaną jeszczepaczuszką. Ponieważ był to jedyny materiał do badań porównawczych, zwrócono się doprofesora Edwarda S. Dany, wykładowcy na uniwersytecie Yale, z prośbą o przeprowadzenietakich badań.

Profesor Dana okazał się naukowcem niezwykle sumiennym. Dzięki owemu ekspertowiwielebny Hayden spędził w areszcie prawie rok, podczas gdy profesor Dana dwukrotnie udałsię do... Anglii, by zbadać sprawę na miejscu, w fabryce trutek na szczury. Okazało siębowiem, że specyfik znaleziony w stodole był importowany.Prowadzących śledztwo ogarniało już całkiem zrozumiałe zniecierpliwienie, gdy wreszcieprofesor Dana nadesłał wielostronicowy elaborat, zawierający wyniki badań. Stwierdzał wnim, iż kryształki trucizny odkryte w stodole różnią się od arszeniku znalezionego w żołądkuMary Stannard. Co więcej, arszenik ze stodoły nie pochodził ze sklepu, w którym pastorHayden miał zakupić truciznę. Podobnie jednak miała się sprawa z kryształkami arszenikuznalezionymi w żołądku zamordowanej.

Zdaniem prof. Dany był to jeszcze inny specyfik, awięc nie ten, którego zakupienie pastorowi udowodniono. Ekspert istotnie wykonał mrówcząpracę, porównał bowiem wszystkie trutki na szczury sprzedawane w najbliższym mieście Madison i stwierdził, że trucizna, której użyto do zabicia Mary Stannard, pochodzi ze sklepuw drugim końcu miasta, gdzie zresztą nikt nie przypominał sobie pastora Haydena jakoklienta. W tym momencie policjanci zaczęli prawdopodobnie żałować, że w ogóle przekazaliarszenik do badań. Zamiast zdobyć przekonywające dowody, otrzymali od eksperta dokumentdodatkowo zaciemniający sprawę.

Proces Haydena rozpoczął się wreszcie w październiku 1879 roku, a więc po upływie zgórą roku od zabójstwa Mary Stannard i trwał aż trzy miesiące. Największą sensacjęwywołała żona oskarżonego, która nagle dostarczyła mężowi alibi. Dotychczas,przesłuchiwana wielokrotnie przez policję, utrzymywała, że nie pamięta, co robił jej mąż wdniu zabójstwa, a na ponawiane pytania reagowała omdleniem.I oto teraz, na sali sądowej, pani Hayden wyraźnie i głośno, z podniesioną głowąoznajmiła, że po południu w dniu zabójstwa Mary Stannard jej mąż spędził cztery godziny wdrewutni, zajęty układaniem zapasu drzewa na zimę.

Zapewniła, że nie mógł oddalić się niezauważony przez nią, sama bowiem wykonywała jakąś pracę na podwórzu.Pani Hayden odmówiła odpowiedzi na pytanie, dlaczego wcześniej nie poinformowałapolicji o alibi męża. Sugerowano, a jest to wytłumaczenie całkiem prawdopodobne, żepragnęła po prostu zemścić się na niewiernym małżonku, nie chciała jednak, by otrzymał onkarę śmierci, czy spędził resztę życia w więzieniu.

W zupełnej ciszy padło pytanie prokuratora:

– Pani Hayden, czy powiedziałaby pani prawdę, nawet gdyby ta prawda miała obciążyćpani męża?...

Kobieta nie musiała udzielać odpowiedzi na to niewątpliwie kłopotliwe pytanie.Gwałtowny protest obrońcy spowodował bowiem jego uchylenie.

Narada przysięgłych trwała dwa dni. Wydaje się, że zawikłane wyniki badań profesora Dany, zawarte w przydługim elaboracie, nie zrobiły na przysięgłych większego wrażenia.

Deliberowali głównie nad wiarygodnością zeznań pani Hayden, a przede wszystkim nad tym,jak długo może trwać układanie drzewa w największej choćby drewutni. Szczegóły naradyprzeniknęły później do prasy. Otóż pani Hayden zdołała przekonać większość przysięgłych.Do wydania wyroku konieczna była jednak jednomyślność. Nie zdołano jej osiągnąć. Małagrupka, dowodzona przez 30-letniego farmera, Davida B. Hotchkissa, uparcie twierdziła, żezeznania pani Hayden są wierutną bzdurą. Wreszcie przysięgli poinformowali sąd oniemożności wydania jednomyślnego wyroku. Ława przysięgłych została rozwiązana.

Zgodnie z prawem powinno było dojść do następnej rozprawy, z udziałem nowychprzysięgłych. Jednakże w dziesięć dni po niefortunnym zakończeniu procesu pastor Haydenzostał zwolniony za kaucją. Nie stanął już przed sądem.

Podobne prace

Do góry