Ocena brak

Adam Naruszewicz (1733-1796)

Autor /Saleta Dodano /09.10.2012

Oprócz «Monitora)) wychodziło za Stanisława Augusta inne jeszcze czaso­pismo moralne»: «Zabawy Przyjemne i Pożyteczne< (1770-1777). I ono także krze­wiło idee oświecenia w duchu umiarkowanego postępu, i ono walczyło zarówno ze starodawną ciemnotą, jak z nowoczesną wolnomyślnością religijną i upadkiem obyczajów. Nade wszystko jednak miało to czasopismo charakter literacki: drukowa­ło poezje i w ogóle utwory beletrystyczne w duchu francuskim, przez co przyczy­niło się niemało do odrodzenia piękna w literaturze. Nie unikało także polityki o tyle, że nawoływało do posłuszeństwa królowi i okadzało go przesadnymi często pochwałami. Kadzidła te palił najgorliwiej sam redaktor, jezuita Adam Naruszewicz (1733-1796), rodem z Pińska, biskup smoleński, autor Histo­rii narodu polskiego.

Pochodził ze znakomitego, lecz zubożałego rodu; party ambicją, mając-jak sam mówi - «wrodzoną miłość sławy», pragnął ród swój podźwignąć i uświetnić. Okoliczności mu sprzyjały; po ukończeniu studiów za granicą, po zwiedzeniu Fran­cji, Włoch i Niemiec osiadł w Warszawie i tutaj pozyskał sobie nie tylko*względy i uznanie, ale i przyjaźń króla, z którego ręki niejedno dobrodziejstwo i niejeden zaszczyt spłynął na «kochanego Narucha». Ale oprócz ambicji «podobania się kocha­jącemu i krzewiącemu nauki panu», do którego się naprawdę szczerze przywiązał, miał inną jeszcze, prawdziwie piękną: oto będąc gorącym patriotą i jedyne zbawie­nie dla ojczyzny widząc w zerwaniu z anarchią, złotą wolnością, fanatyzmem i ciem­notą, pragnął otwierać oczy rodakom na te wszystkie grzechy i w ogóle pracować dla kraju. Jakoż przez całe swoje życie pracował tak usilnie jak mało kto za jego cza­sów; nie był to bowiem, jak słusznie sam sobie świadczy, «tego gatunku człowiek, żeby ująwszy się raz oburącz pługa, folgować sobie umiał». I miał zupełne prawo mówić o sobie: «Nie zna spoczynków miękkich duch szlachetny, - chciwy nie-zwiędłej sławy przed narodem, - i choć otrzyma w darze wieniec świetny, - śpie­szy po nowy nieścigłym zawodem-ani ociekłej z potu otrze skroni, - aż go w tym biegu chyba śmierć dogoni.»
Ta wręcz nadzwyczajna (zwłaszcza w Polsce) pracowitość Naruszewicza, szlachetna ambicja i szczery, gorący a rozumny patriotyzm to trzy najpiękniejsze cechy jego charakteru; ale nie wyczerpują jeszcze jego całej zacności: nie darmo nazywał go król advocatus miserorum (obrońcą biednych), albowiem był to człowiek bardzo miłosierny, wspierający ubogich to z własnej niebogatej kieszeni, to z boga­tej (dzięki zaciąganym długom) szkatuły królewskiej, do której gorliwie i skutecznie pukał, ilekroć pragnął kogoś wesprzeć, a własna kieszeń była pusta. Szturmował zresztą do hojności i rozrzutności królewskiej wtedy także, kiedy mu brakowało pieniędzy na własne wydatki, na własne wesołe życie. Katonem bowiem, a cóż do­piero czystym Józefem, nie był biskup smoleński: nie odznaczał się ani surowością, ani nawet nadmierną czystością obyczajów, nie będąc zresztą pod tym względem ani lepszym, ani gorszym od ogromnej większości owoczesnych dostojników kościel­nych. A i język miewał często zbyt swawolny: komponował dla uciechy «dobrych towarzyszów* mało przystojne albo raczej, nazywając rzecz po imieniu, plugawe wiersze (jak prawie wszyscy pisarze stanisławowscy, nie wyłączając duchownych). Czasem pozwalał sobie nawet, przy całej swojej prawowierności i szczerej religij­ności, na drwiny z niektórych praktyk i obyczajów kościelnych, na przykład z od­pustów, a na wolnomyślność religijną pomstował tak wesoło, jak gdyby się raczej cieszył, że dzięki niej znikają niektóre objawy dawnej pobożności; na przykład: «Bodaj w bezdennym piekle na wieki osiedli - i wrzącą smołę pili, i padalce jedli farmazoni, janseniści, - nieprzyjaciele wiary i cnoty nieczyści... Ich ci to bezecną sprawą - leżą zdeptane świątości pod ławą: - paski, szkaplerze, jako rzeczy bała­mutne; - ustali biczownicy i kapy pokutne, - nie masz świąt jako żywo,-gdzie pobożny katolik łykał dobre piwo, - nic w domu nie robił, - a nieraz się ku chwale bożej w karczmie pobił. - Owo zgoła wiara upadła - i tak złość serca osiadła, - że gdybyś wszystkie mnichy spędził na szarwarek,  gdyby i ksiądz Meter, i ksiądz Marek, - i ksiądz Enoch kazanie prawił wpośfzód rynku, - może by jedna baba różańcowa w szynku - albo szewc w grzeszne piersi się uderzył - i w gorące pie­kło uwierzył.»
Lecz takiego rodzaju wierszyki były tylko rzadkimi wybrykami dobrego hu­moru Naruszewicza, tym rzadszymi, że w gruncie rzeczy był to człowiek raczej smutny niż wesoły, a nawet zgryźliwy i mrukliwy jak niedźwiedź litewski (a i nie­zgrabny jak niedźwiedź, z czego się też ludzie śmieli). Głównym zaś przedmiotem jego smutków były nieszczęścia ojczyzny, które wtrąciły go pod koniec życia w czar­ną melancholię i w grób.
W ogóle był Naruszewicz człowiekiem niemałej wartości moralnej, nie mó­wiąc już o tym, że należał do najwykształceńszych i najmędrszych ludzi swego czasu. Znał i kochał literaturę starożytną, znał także myślicieli francuskich; Wolterowi i Rousseau zawdzięczał wiele, ale nie przejął się ślepo wszystkimi ich myślami, sta­rając się pilnie (chociaż nie zawsze szczęśliwie) zachować, zgodnie ze swym roz­ważnym, spokojnym usposobieniem i ze swoim przywiązaniem do tradycji, «złoty środek» pomiędzy postępem a konserwatyzmem.
 Działalność literacką rozpoczął Naruszewicz od poezji, chociaż nie urodził się poetą jak Kochanowski albo Krasicki: on się poetą raczej stał. W szkole jezuickiej uczył poetyki, obowiązkiem zaś profesora tego przedmiotu było nie tylko wykładać teąrię poezji* ale i samemu płodzić wiersze, żeby dać dobry przykład uczniom. I oto Naruszewicz zaczął je smażyć, a kiedy raz zaczął, to smażył je dalej... w pocie czoła, do czego się, biedak, sam później przyznał królowi: «Lecz wiek na czole piąty krzyżyk pisze, - Febowe dziewki nie chcą bawić ze mną, - długo się człowiek głową na-kołysze, - nim mu myśl zrządzą do rymu przyjemną.)) Owoców tego kołysania gło­wą jest aż cztery tomy, które wyszły w roku 1778 pt. Dzieła Naruszewicza; tom czwarty zawiera w sobie przekłady (Anakreonta, Horacego i innych poetów rzym­skich tudzież Sarbiewskiego), trzy pierwsze - utwory mniej lub więcej oryginalne: ody i w ogóle poezje liryczne (jako to: pieśni, wierszyki ulotne, epigramaty) oraz bajki, sielanki i satyry.
Liryką Naruszewicza zachwycali się współcześni, jedni może tylko przez grzeczność dla czcigodnego autora, ale inni szczerze: podobała się im uroczy­stość i sztuczność stylu, która znamionuje nade wszystko ody. Wzorował się w nich Naruszewicz po części na odach Pindara i Horacego, a tu i owdzie -na pieśniach Kochanowskiego; naśladował także pseudoklasyka francuskiego Jana Chrzciciela Rousseau. Są w tych odach bogowie olimpijscy, są epitety złożone (na przykład: siebielubna pycha, sercołomne troski, śmiercioskrzydły ołów), są takie omówienia, czyli peryfrazy, jak kastalśka panienka (zamiast: Muza), spiżowe potwory (zamiast: działa); rzeka «wchodzi licznymi wroty w oceańskie ściany)) (to jest: wpada do morza); albo jeszcze: «Szumny Akwilon, gdzieś między Lapony - pierzchnąwszy, sypie z pyska ostre śrzony» (to jest: skoń­czyła się zima) itp. Ta napuszystość stylu cechuje nade wszystko ody pochwalne, czyli panegiryczne. W pochlebstwach przebiera tu Naruszewicz wszelką już miarę. «Placem mu całe życie, orężem myśl dzielna, - celem przykład, a zyskiem - sława nieśmiertelna)); słowa te są wyraźnie echem słów Kochanowskiego: «Grób jego jest Europa, słup śnieżne Bałkany, - napis wieczna pamiątka między krześcijany)), tylko że Kochanowski uwielbił tutaj bohaterskiego wojownika, Władysława Warneń­czyka, a Naruszewicz - głupiego i opasłego leniwca, Augusta III, tuż po jego śmierci. Kadził i żywym, na przykład Czartoryskim, ale nade wszystko panu swemu i protektorowi, Stanisławowi Augustowi. Raz na przykład porównywa króla, zwie­dzającego szkołę, z .Tytanem (słońcem) udzielającym swych promieni Arktom (krajom północnym); innym razem zaręcza, że w dniu urodzin króla «styczeń wodokowy - nad bieg przyrodni zelżył gniew surowy». O stylu tych ód może dać pojęcie początek Dytyrambu z powodu zupełnego ozdrowienia Jego Królewskiej Mości: «0 ty, co wiecznie krążąc wkoło płodnej ziemi, - otaczasz ląd i wody lejcy ognistemi,-a nieupracowany tocząc wieki ruchem,-rzeźwisz gnuśne żywioły wszystkożywnym duchem, - migni, o złote słońce, dzielniejszym promykiem! -Niech twe bystre dzianety, rączym sprzęgle szykiem, - promienne zjeżą grzywy, a trakt gwiazdolity - lotniejszymi, dzień niosąc, przemierzą kopyty.))
Nie wszystkie jednak utwory liryczne Naruszewicza są tak górnolotne; trafiają się, chociaż bardzo rzadko, wolne od napuszoności, na przykład wierszyk Dziecięciu nowo urodzonemu:

Po tylu kwiatkach, które los zazdrosny
W samych pierwiastkach miłej z warzył wiosny,
Nowy się rodzisz, fijołeczku, światu
Na rozkosz ojcu i matce, i bratu.
Wróżyć nie umiem, ukochane dziecię,
Jaka cię dola ma spotkać na świecie,
Wiele lat jeszcze porwie wiek skwapliwy,
Nim powiem, żeś jest grzeczny i cnotliwy.
To jednak śmiele mogę ci rokować:
Jeśli rodziców będziesz naśladować,
Będziesz zapewne (łatwo tego dociec)
Piękny jak matka, poczciwy jak ociec.

Niecała także liryka Naruszewicza jest wypełniona przesadnymi i niesmacz­nymi kadzidłami na cześć króla i możno władców: nie brak utworów, których treść stanowią własne poglądy na życie ludzkie. Poszedł tu Naruszewicz za przy­kładem Kochanowskiego i tym sposobem wskrzesił stworzoną przezeń, a z biegiem czasu zaniedbaną polską lirykę refleksyjną. Filozofia Naruszewicza nie jest zbyt wesoła. Kiedy świat fizyczny rządzi się niezłomnymi i mądrymi prawami, które mu nadał Pan Bóg, ludzie rządzą się źle, słuchają bowiem głosu nie rozumu, tylko namiętności, które są ich największym wrogiem; liczą więcej na jakąś fortunę niż na samych siebie, a stąd bardziej cenią powodzenie niż zasługę, zazdroszczą ludziom szczęśliwym i rzucają na nich niegodziwe potwarze itd. Jakaż rada na to wszystko? Iść za głosem rozumu, a ten nauczy człowieka, że prawdziwe szczęście polega na umiarkowaniu («nic nadto!»), które osiągnąć można za pomocą opano­wania namiętności; siłę zaś i sposoby do ich poskromienia daje nie co innego, tylko ten sam rozum: «Kochajmy mądrość: wszak to największa nauka-znać siebie i żyć z sobą; kto jej pilnie szuka - prowadzi wiek szczęśliwy...» «Płodny jest świat w występki, i póki go stanie, - nie wyplewi ich nigdy najsroższe karanie; -ty jednak, mój rozumie, ujmij mię w swe pęta, - by mię żaden błąd, żadna nie zwiodła ponęta.» Przez tę przesadną ufność w rozum, jako niezawodną pobudkę i najsilniejszy bodziec do moralnego życia, jest Naruszewicz nieodrodnym synem epoki oświecenia. Duchem oświecenia tchnie także inny utwór jego liryki reflek­syjnej, wymownie świadczący o szlachetności jego duszy, utwór, którego tematem jest nie ślepa wiara wieku oświeconego w nieograniczoną potęgę rozumu ludzkiego, lecz humanitarne poglądy tej epoki na obowiązki jednostki wobec społeczeństwa: O powinnościach człowieka w towarzystwie. Potępia tu Naruszewicz, podobnie jak z czasem będzie piętnował Mickiewicz w Odzie do młodości, niegodziwość
i gnuśność samolubów nie pracujących dla społeczeństwa: «Ocknij się, martwy leniu, o ty, cząstko świata - dzielnego na pół skrzepła! czemu próżne lata - w marnej grążysz gnuśności?...)) «Ty, odludku, w ponurych gdzieś myślach zagrzęzły,-żadnymi się ze światem nie chcesz łączyć wędy; - twa dusza, lodowatym zewsząd skrzepła głazem,-nie jest że żywym srogiej pustyni obrazem?... Ty śpisz, a wkoło nędza łzy tysiączne roni, - ziemia na łup nieszczęściu w krwawej pływa toni, - nie masz końca złej doli,- a głos, wytłoczony - z piersi żalem ujętych, brzmi na wszystkie strony. - Patrz na ten smutny widok: nie krewże to twoja?-Tu starzec o kęs chleba żebrze u podwoja, - tu płaczące sieroty, tu wybladłe matki -pędzą w głodzie łakomym nędznych dni ostatki. - Tu niewinny w tarasie, srogie wlekąc pęta,-stęka, że go nienawiść zgnębiła przeklęta; - stępiała sprawiedli­wość, a umysł zbrodniczy, - cisnąc ubogi ludek, szuka z łez zdobyczy. - Ej! bój się, by cię niegdyś, z podziemnej katusze - wymknąwszy się, posępne nie ścigały dusze, - a mordując sumnienie żałosnymi jęki, - nie wołały: ach, z twojej zgi­nęliśmy ręki!» Te dusze posępne będą z czasem mordowały sumienie złego pana -w drugiej części Dziadów Mickiewicza.
Odrębne stanowisko zajmują w liryce Naruszewicza ody historyczno-patrio-tyczne, których treścią, obok ulubionych kadzideł dla Stanisława Augusta, są poglądy na przeszłości teraźniejszość Polski, przepojone uczuciem patriotycznym. Na czele tych ód stoi utwór ogłoszony drukiem dopiero w ostatnim roku Sejmu Czteroletniego, ale napisany daleko wcześniej (w końcu listopada roku 1778): Głos umarłych. Jest to jakby elegia, która, jako poezja grobów, należy do pier­wiosnków preromantyzmu polskiego. Lecz nie przez to jedno godna jest uwagi: nigdy przedtem i nigdy już potem uczucie Naruszewicza nie przemówiło tak szczerze i mocno, tak poważnie, podniośle a nienapuszenie, nie mówiąc już o tym, że jego pogląd na dzieje Polski jest wprawdzie (jak przystało na rachunek sumie­nia, który szuka przede wszystkim grzechów, nie cnót) jednostronny, ale pełny prawdy - gorzkiej, bolesnej, ale zasłużonej. Szkoda tylko, że i tutaj nie wyzbył się Naruszewicz panegiryzmu względem Stanisława Augusta; zresztą niektóre pochwały, ta zwłaszcza, że za jego powodem «lustr nauk powrócił)), są zupełnie słuszne

 GŁOS UMARŁYCH 

Z kwiecistych posad helikońskiej góry
Miedzy zamierzchłe wtrącony cyprysy,
Gdy mchem porosłe przeglądam marmury,
Nad zatartymi jękając napisy -
Lat waszych niemym świadectwem, królowie,
Taki się z mogił głos do mnie ozowie:

«Ty, co narodu mego piszesz dzieła 
I z umarłymi mieć rozumiesz sprawę! Nie tak nas twardym snem Kloto ujęła,
Zwlókłszy widzialną słabych ciał podstawę, Byśmy część lepszą życia utracili: Żyliśmy, żyjem i będziemy żyli.
W wiecznego kręgu osadzeni świata,
Patrzym na ziemne z wysoka mieszkance; Głos żalów waszych i tu nas dolata,
Gdzie, nieprzebyte usypawszy szańce Twórca na oddział błędu i istoty, Nam dał doznawać, wam dociekać cnoty.
Czegóż się błędny uskarżasz narodzie,
Zwalając los twój na obce uciski? Szukaj nieszczęścia w twej własnej swobodzie
I bolej na jej opłakane zyski! Żaden kraj cudzej potęgi nie zwabił, Który sam siebie pierwej nie osłabił.
Stargawszy węzeł pokoju i zgody, Niegdyś w najwyższej władzy osadzony
Rozbiegliście się, jako liche trzody. Bez wodza, rządu, rady i obrony. Ostygło dobra publicznego serce, Albo pochlebcę, alboście oszczercę!
Cóż kiedy niesfor głów tysiąca zrobił?
Wiążąc bezczynne monarchów ramiona, Zdzierał publiczność, swe prywaty zdobił,
Szerzył ze starostw dziedziczne imiona, A pod pozorem wolności mniemanej Określał króla, rozmnażał tyrany.
W niczym ojczyzna dotąd nie urosła, Jako się członki rozprzęgły od głowy:
Stracił kmieć przemysł, upadły rzemiosła, Włożyła w pochwy Temis miecz surowy;
Kapłan dla zbioru, pan został dla zwady,
Król dla pozoru, żołnierz dla parady.
Święte Jagiełłów i Piastowe zbiory, Na pastwę dumy nikczemnie zmienione,
Gnuśne próżniaków uzłociły dwory Albo w stołowych zbytkach ponurzone;
Zginęły z królów odarte łupieże.
Wiatr ich roznosi i zamki, i wieże.
Zbrojnych zastępów ogromne szeregi Pod jednym berłem ledwo kto policzy;
Drżały przed nimi oba morza brzegi, Gdzie im Dniepr z Wisłą pławi swe zdobyczy:
Dziś ni rycerstwa, ni wojennej sławy,
Chociaż się liczne podniosły buławy.
Pod jednej matki skrzydła rozpostarte Sierocych piskląt garnie się drużyna.
Gdy na nie orlik, pazury otwarte Z góry podnosząc, uderzać zaczyna;
Wyście ją z piórek obnażyli marnie:
Czymże was w trwodze ta matka ogarnie?
Nie masz pod słońcem, jak świat stoi światem, Gdzie by się w rządzie większe działy cuda.
Po cóż królewskim błyskać Majestatem,
0 Jeśli bezczynna w nim tylko obłuda? Po co ich szukać, łożąc kosztów wiele, Jeśli królowie są nieprzyjaciele ? 
Ociec król - czemuż dziecię mu nie wierzy? 
Pan - cóż poddaństwo w hołdzie mu oddawa? Wódz jest najwyższy - czemuż bez żołnierzy ?
Sędzia - gdzież w jego ręku miecz i prawa? Nędznaż to ziemia, dzika i szalona,
Gdzie same tylko w rządzących imiona!
O! błędna trzodo herbownej gołoty
Co, na twe chytre patrząc przewodniki, Nie znasz, jak z twojej żartują prostoty, «
Klejąc, zrywając przedajne sejmiki! Dla swych cię oni prywat używają: Ty chcesz wolności - a oni ją mają!
Dziedzicznych swobód twierdzę i obronę
Za kielich trunku, ukłon bałamutny, Wybierasz posły jaśnie oświecone
Wrzeszcząc do chrypki na rząd absolutny. Nie tobie oni twoją łowią wędą:, Ty pługiem orać - oni tobą będą!
Kto tylko wielkim żył na waszym tronie,
Musiał za pasy chodzić z niewdzięczniki; Zwano go ojcem, ale już po zgonie,
W martwych popiołach miedzy nieboszczyki! Wasz to obyczaj cierń w życia przeciągu Kłaść im na głowy, kwiat - aż na posągu.
Dzielny Łokietek, co Polskę zjednoczył, Trzykroć ojczystą musiał rzucać ziemię;
I choć sto grodów murami otoczył,   Choć dzikie w kluby praw osadził plemię,
Złość i Wielkiego Kazimierza przecie »
Czarnymi farby oćmiła na świecie.
Tęsknił Jagiełło nieraz w tej koronie;
Syn jej nie pragnął, zwlekając czas długi;
Zygmunt choć mówił, że śmiało na łonie
Poddanych spocznie za liczne usługi, Targnęliście się po dwakroć nań, dzicy: Buntem we Lwowie, a kulą w stolicy!
Któż twe policzy przykrości, Stefanie,
O ty, północnej siły mężny gromie? Kto trudy twoje, Kazimierzu Janie?
Los cię przymusił umrzeć w obcym domie; Uratowałeś ojczyznę w złej toni: Twoi się na cię porwali do broni!
I ty, choć pędzisz wiek w troskach i pracy,
Znosząc win cudzych ciężar, Stanisławie! Pewnie ci wdzięczni zostają Polacy,
Że im królujesz mądrze i łaskawie? Oto ci co dzień, w samej wieku wiośnie, Z smutku na głowie śnieżny włos urośnie.
Tyś ciągłej rady duchem rząd ocucił,
Co śpiąc dwa roki, ocknął się i zasnął; Za twym powodem lustr nauk powrócił -
Już on był prawie w barbarzyństwie zgasnął; Łagodzisz wrzawy, wprowadzasz porządki, Targasz zawisne na kraj losów wątki.
Za miłość wierną króla-patryjoty,
Wie świat, coś cierpiał od wzięcia korony; Więcej w twym sercu utaiły cnoty
i do dobroci umysł urodzony.
Nie wzdychasz na twe i szwanki, i szkody: Bardziej cię bolą ojczyste przygody.
Czekaj tej słodkiej, lecz późnej zapłaty,
Kiedy twe zwłoki zimny głaz przywali; Zapłacze naród twej w czasie utraty -
Cnota dopiero po zgonie się chwali -I, żeś był ojcem swej ojczyzny, powiel* Na tym się ziemny głos zakończył słowie.

 W dziedzinie bajki i sielanki nie stworzył Naruszewicz nic godnego pamięci; okazał się natomiast utalentowanym satyrykiem. Nie on pierwszy za Stanisława Augusta pisał satyry; w roku 1773 ogłosił Gracjan Piotrowski, pijar (1735-1785), dwadzieścia pięć satyr pod tytułem: Satyr przeciwko zdaniom i zgorszeniom wieku naszego za powodem «Satyra» Jana Kochanowskiego, książęda naszych poetów, który się na końcu satyr kładzie. Już ten długi i niezgrabny tytuł (opiewający, że Kocha­nowski położył się na końcu satyr Piotrowskiego) trąci mocno zepsutym smakiem czasów saskich; o tym samym świadczą same satyry, wcale ciekawe jako zwierciadło obyczajów, bardzo rozsądne w swojej myśli przewodniej (którą jest, że zarówno ze­psucie, jak ciemnota w Polsce płynie ze złego wychowania, zwłaszcza domowego), ale jako utwory poezji - liche. Tymczasem Satyry Naruszewicza (jest ich tylko osiem) nie tylko są zwierciadłem ujemnych stron życia polskiego za Stanisława Augusta, ale także jako utwory poezji satyrycznej posiadają rzetelną wartość - z wy­jątkiem pierwszej {Sekret), która jest nudnym i rozwlekłym kazaniem.
Wzorował się Naruszewicz na satyrach poetów rzymskich i Boileau, a stąd wszystkie jego satyry mają postać bądź przemowy, czyli monologu autora, bądź rozmowy autora z przyjacielem; jedna tylko satyra mą, podobnie jak Sen majowy Marcina Bielskiego, postać wizji sennej: śni się autorowi jakaś fantastyczna kraina, a w niej «pałac pochlebstwa*. A i w treści zadłużył się trochę Naruszewicz; satyrom Boileau zawdzięcza pomysły do trzech satyr: O prawdziwym szlachectwie, Głupstwo i Małżeństwo. Ale to nie przeszkadza, że wszystkie satyry mają charakter na wskroś polski: piętnuje w nich autor, ale tylko przelotnie, polskie grzechy polityczne (na przykład: rozpędzanie sejmików przez możnych panów, brak silnego rządu, pełnego skarbu i stałego wojska) oraz grzechy społeczne (ucisk ludu wiejskiego), głównie jednak ma co innego na myśli: «Ja w szczególności nikomu nie łaję, - czołem biję osobom, ganię obyczaje, - życząc miłej ojczyźnie, by miasto fircyków - miała poczciwych ziomków, dzielnych wojowników.* Są to więc satyry obyczajowe, ga-niące lub ośmieszające zarówno sarmatyzm (jak wówczas nazywano ogół ujemnych cech starodawnego życia), jako też obyczaje nowomodne. Sarmatyzm, a mianowicie: gadulstwo uniemożliwiające dochowanie tajemnicy, wstrętny zwyczaj schlebiania umarłym i żywym, choćby nawet skończonym łotrom, byle tylko możnym, oraz ciemnotę szlachecką i płynący z niej wstręt do czytania poważnych książek i w ogó­le do postępu - ten sarmatyzm chłoszcze Naruszewicz w czterech satyrach: Se­kret, O prawdziwym szlachectwie, Pałac pochlebstwa i Chudy literat. W czterech po­zostałych: Głupstwo, Wiek zepsuty, Reduty i Małżeństwo - piorunuje na nowy wiek zepsuty*, a więc na zanik dawnej cnoty, wolnomyślność i obłudę religijną, marno­trawstwo, zbytki, karciarstwo, blagę i dyletantyzm, rozluźnienie węzłów w rodzi­nach wielkopańskich i w ogóle rozpustę w stolicy.
Dowcipu w Satyrach niewiele, jest za to silna, złośliwa ironia, a niekiedy (zwłaszcza w satyrze Wiek zepsuty) szczere, głębokie oburzenie zacnego obywate­la i zgryźliwego człowieka na upadek obyczajów; jest nadto niezmiernie wyrazista, dosadna charakterystyka postaci, różnych typów satyrycznych, na przykład na-bożnisia: «A ówże gryzipacierz, wilk w baraniej skórze,-co kościanymi gałki pobiją na sznurze! - Już na wszystkich obrazach polizał pokosty, - podziurawił łysiną cerkiewne pomosty, - co się boi przestąpić krzyżyka ze słomy, - a on sam łgarz, pieczeniarz i zdzierca łakomy... czyliż się za świętego nie udaje człeka, - że każdego oczerni, każdego oszczeka?* Jeszcze dosadniej opisuje Naruszewicz «fircyka*, to jest modnego kawalera, posiadającego w sobie wszystkie główne wady «wieku zepsutego*; posiada on ode mnóstwo zalet: jest «najpierwszym woźnym bogini Świegotki*, to jest plotkarzem; jest pyszałkiem, który «coraz to w oczy swoją mitrą chluśnie» i przechwala się starożytnością swego rodu, «pawim się zalecając, jak kawka, ogonem*; jest obrzydliwym pochlebcą, wkradającym się w łaski kobiet; wreszcie jest próżniakiem i głupcem skończonym: «Fircyk, utrefiony cudnie, - legać mu tylko w betach, - nim minie południe, - albo latać, czy błoto, czy kurz na ulicy, - jeśli który nie mignie kornet z kamienicy, - aby tam, bies wie jakie, mowy rozpościerał, - a słuchającym gęby tęskliwe rozdzierał; -a przecie tak bezwstydną dumą upojony, - że choć mu się w mózgowni lęgną śle-powrony, - choć ledwie trafi, biedny, sens z głowy wylatać, - choć mu kozom ogony, nie rymom zaplatać, - choć mu wierzgać u fary na pniu między żaki, -bierze pracownych piórek dzieła na przetaki-i tonem prawodawczym swoje głupstwo zdobi, - ganiąc w drugim, czego sam nie zna i nie zrobi.*
Już to w ogóle wybrednością stylu nie grzeszy Naruszewicz: «zagwoździć gębę*, «wielomowność ozora*, mosy jak Winogrady, brzuchy gdyby kłody*, «odęty pysk*, «wieloważny kałdun»-oto kilka kwiatków ze «słownika Naruszewicza* (jak on sam nazywa z uśmiechem zasób swojego słownictwa); nie powstydziłby się ich ani Rej, ani Wacław Potocki: ale te kwiatki są wyrazem mocnego oburze­nia, które stanowi tak znamienną cechę Satyr. Niekiedy zdobywa się Naruszewicz, pomimo że nie miał bynajmniej wstrętu do gadulstwa, na niezmierną zwięzłość i jędrność stylu, na przykład w tej przepysznej a bolesnej charakterystyce nierów­ności społecznej: «Bo w Polsce złota wolność pewnych reguł strzeże: - chłopa na pal, panu nic, szlachcica na wieże*, albo w rozpaczliwym okrzyku: «Wszystkich chwalim, iż dobrzy, i świeccy, i księża, - jednak giniem bez skarbu, rządu i oręża.*
Najlepszymi satyrami są Reduty i Chudy literat. W pierwszej autor opro­wadza przyjaciela po ulicach Warszawy podczas karnawału, przypatruje się ka­retom pędzącym na reduty i tłumaczy przyjacielowi, co to za «redutnicy», charak­teryzując utracjusza zbankrutowanego, «bucznego junaka*, mocno podszytego tchórzem, ^pierwszego ministra króla Faraona*, dwóch obłudników i modną «madamę» z nieodstępnym «labusiem»9; w całej poezji staropolskiej nie ma chara­kterystyki tyjpów satyrycznych, która byłaby jednocześnie tak dobitna w wyrazie, a tak szydercza i zgryźliwa w uczuciu - z jednym chyba tylko wyjątkiem: charak­terystyka ciemnego szlachcica w satyrze Chudy literat jest nie mniej świetna, a może i świetniejsza, nie autor bowiem charakteryzuje jego głupotę, tylko on sam-w rozmowie z księgarzem, od którego po długim przerzucaniu książek «poniósł biblijotekę na ładunek głowy:-receptę do dryjakwi i kalendarz nowy*.

Z SATYRY «REDUTY» 
 
Owóż masz! Jedzie w modnej jegomość karocy!
Ma parę takich na dzień, a jedną do nocy.
Co za przepych na koniach, co za szor i siatki!
Mógłby za nie wyżywić i żonę, i dziatki
Niejeden biedny rolnik, co się długo pocił,
By pan gnuśny z łez jego grzbiet szkapi ozłocił.
Wygląda, by święta kość z kryształowej skrzynie:
Po sukniach, ekwipażu i po hojnej minie
Powiedziałbyś, że to pan. Istnać to gołota
Kryje się wśrzód jedwabiu i jasnego złota.
Zostawił ci mu ociec, smaży wiecheć szczery.
Jedząc chleb za pieczyste, rzodkiew za selery,
Kilka włości obszernych, jak testament pisze;
Teraz się przy nim został tylko klucz Hołysze,
Wioseczka Pożyczanka z karczmą Nieoddajem.
Reszta poszła chwalebnym świstaków zwyczajem
Na oferty miłosne, na smaczne obiady,
Na fabryki rozkoszne z podchlebców porady,
Na dwór z łuszczybochenków nikczemnych złożony.
Jeździł, nie wiedzićć po co, raz do Barcelony,
Dwakroć do Włoch, dwa razy i Londyn, i Bernę
Odwiedził, skąd nam jedne przywiózł ficygiernę
Z kilką modnych wachlarzów. Wionęły pieniądze:
Pycha tylko została i niesforne żądze,
Jak by dawną utrzymać, choć w nędzy, figurę.
Zaledwie mu dłużnicy nie obedrą skórę,
Nie masz kupca, patrona i klauzury mniszej
Lub kędy utajony kapitalik dyszy,
Żeby go nie wymodlił, wypłakał, wymęczył.
Czy mu kto lada łajdę i błazna nastręczył,
Że ma sumkę, z szachrajstwa długiego nabytą,
Czy piwkiem robi sobie zysk i akwawitą,
Wnet doń posły wyprawia o jej pożyczenie,
Zawinąwszy w papierek honor i sumnienie.
Teraz u kominiarza stu talerów szuka,
U stróża wziął dwanaście, dziesięć u hajduka,
Dziesięć z płaczem wycisnął, co pod Świętym Janem
Przedaje baba krupy, siedząc pod straganem...
Jeden sposób ratować nikczemne bankruty
(Wszak w jednej chodzą sforze chciwość i rozrzuty)
.......
Najlepiej kiełby chwytać pomąciwszy wody.
Łotr złotem, wilk połyska szercią z cudzej szkody.
Znowu się nadmiesz pierzem, gołoto obrzydła,
Wyrwawszy polskim ptakom i ogon, i skrzydła.
Najpewniejszy to sposób do wszytkiego mienia:
Chciwość, przemoc bez kary, rozum bez sumnienia.

CHUDY LITERAT
A cóż to, mój uczony chudy mości panie?
Już to temu dwa roku, jak w jednym żupanie
I w jednej kurcie widzę literackie boki!
Sława twoja okryła ziemię i obłoki,
Że cię miały w kolebce Muzy mlekiem poić:
A z niej, widzę, że trudno i sukni wykroić. Nie pytam, jak tam twój stół i mieszkanie ma się: Podobno przy gnojowym blisko gdzieś Parnasie Apollo ci swym duchem czczy żołądek puszy; Szeląga nie masz w wacku, a długów po uszy. Z tym wszystkim pod pismami twymi prasy jęczą; Ledwo cię pochwałami ludzie nie zamęczą, Żeś ozdoba narodu, pszczółka pełna plonu Cukrowego, pieszczota, oczko Helikonu, Kwiatek, perła, kanarek, słońce polskiej ziemi. - Przestań mię, miły bracie, szarpać żarty swemi! Mam dosyć ukarania: wszystkom stracił marnie, Żem się na mecenasy spuścił i drukarnie. Te ostatni grosz za druk z kalety wygonią, Tamci dość nadgrodzili, kiedy się pokłonią. Niepokupny dziś rozum: trzeba wszystko strawić, Kto go chce na papierze przed światem objawić. Pełno skarg, że się gnuśny Polak pisać leni, A nie masz, kto by ściągnął rękę do kieszeni, Nie masz owych skutecznych ze złota pobudek! Więcej szalbierz zyskuje albo lada dudek, Co pankom nadskakiwa lub co śmiesznie powie; Bo on za swe rzemiosło podarunki łowi, A ty, biedny, swe pisma, opłaciwszy druki, Albo spal, albo rozdaj gdzie między nieuki, Żeby z nich mogła imość, gdy przyjedzie Jacek Ze szkoły, czym podłożyć z rodzynkami placek. Wolałbym się był lepiej bawić maryjaszem: Chodziłbym jak pan Pamfil - z oprawnym pałaszem;
Kołpak by mi łysinę soboli nakrywał,
A ryś spod brandebury bujny połyskiwał.
To mi to kunszt zyskowny! Często w jednej chwili
Człowiek się pod pieniędzmi ledwie nie uchyli,
A czego nie wypisze przez rok ni wyczyta,
Jedna mu da fortunę w kartach faworyta!
Mój zaś bożek, Apollo, ża usługi krwawe
Dał mi w nadgrodę szkapsko, Pegaza, włogawe,
Który nie z jednym pono, jak się często zdarza, 
Na popas do Świętego zabłądził Łazarza.
Ostatnie to rzemiosło, co prócz sławy kęsa  
Nic nie daje autorom - ni chleba, ni mięsa,
I żyć każe sposobem prawdziwie uczonym:
Wodę łykać, a wiatrem żyć z chamaleonem.
Gdybyć to kupowano księgi, toby przecie
Człowiek jaką łachmanę zawiesił na grzbiecie!...
Lecz w naszym kraju jeszcze ten dzień nie zawitał,
Żeby kto w domu pisma pożyteczne czytał.
Jeden drugiego gani, że czas darmo trawi;
Mówi szlachcic: «Czemu ksiądz księgą się nie bawi?
Jemu każe powinność na to się wysilać,
By nauką i pismem zdrowym lud zasilać...
Alboż mu to o żonce z dziećmi myślić trzeba ?»
A ksiądz: «Toć szlachcic sobie sam nie robi chleba:
Sto pługów na jednego pasibrzucha ryje;
Pewnie się on za dobro pospolite bije?
Nie uziębnie na mrozie, na deszczu nie zmoknie:
Siedzi w zimie przy ogniu, a w lecie przy oknie,
Gadając z panem Żydem, kto w karczmie nocował,
Wiele śledzi wyprzedał, wódki wyszynkowa!...
Mógłby też co przeczytać, a z odętym pyskiem
Nie być tylko szlachcicem herbem i nazwiskiem,
Osobliwie, że mu się nie chce panem bratem
Być prostym, ale posłem albo deputatem;  
Niepięknie to, że sędzia nie zna prawa wcale,
Chociaż jaśnie wielmożnym bywa w trybunale;
Ani ów poseł z wielką przyjeżdża zaletą,
Co tylko na podatki głośne ryknie veto
Tak się oni spierają; po staremu przecie
I ten, i ów nie wiedzą nic o bożym świecie;
Każdy mówi, iż nie mą czasu do czytania,
Każdy się swą zabawą ód książki zasłania:
Chłop ma co robić w polu, a rzemieślnik w mieście;
Mnich zabawny swym chórem lub chodzi po kweście;
Ksiądz... lecz ja nie chcę z takim państwem mieć poswarki;
Kupiec łokcia pilnuje lub zwiedza jarmarki;
Palestrant gmerze w kartach, co je strzygą mole;
Szlachcic pali tabakę lub łyka przy stole;
Dworaczek piętą wierci; żołnierz myśli, kędy
Karmnik z wieprzem, ser w koszu, a z kurami grzędy;
Pan suszy mózg nad tuzem i wymyśla mody;
Kobieta u zwierciadła, póki służy młody
Wiek, siedzi, a gdy starsze przywędrują lata,
Cudzą sławę nabożnym językiem umiata;
Stary duma, jak mu grosz jeden sto urodzi;
Młokos wiatry ugania i bidą płeć zwodzi.
A z tej liczby zabawnych, można mówić śmiele,
Chłopi tylko a kupcy są obywatele.
Słyszałem ja, gdy pewny szlachcic do Warszawy Przybył dla pewnej ze swym proboszczem rozprawy, Który go za wytyczne wyklął z kazalnicy, Ujrzał sklepik z księgami na Farskiej ulicy; Dziad je jakiś przedawał. Spytał na przechodzie: «A nie wyszło też jakie dzieło w nowej modzie, Bym je zawiózł dla dzieci? Dobrze to nawiasem I samemu przy piwku co poczytać czasem; Teraz jest świat uczony; daj Boże, poczciwy Żeby był, a poprzestał już wyrabiać dziwy!» «Mam I odpowie staruszek - i różnych, i wiele: Są Kazania na święta i wszystkie niedziele.» ^Zachowajcie dla księży, mój bracie, boć lepiej Z karty dobrze powiedzieć, niż co drugi klepi, Diabeł wie co, z pamięci na święconym drzewie, A tego, co powiada, sam i słuchacz nie wie.» «Mam wydanego teraz niedawno Tacyta.» «Niech go sobie sam miły pan autor przeczyta: Nie masz tam nic śmiesznego! To pisarz pogański.» «Więc waćpan racz dla śmiechu kupić Sejm szatański.* «To pewnie po radomskiej co nastąpił radzie ?» «£j, nie! Tu, w czarnej siedząc Lucyper gromadzie, Słucha biesów, aby mu rachunek oddali: Wiele ludzi po świecie pooszukiwali, Wiele niewierny patron spraw wygra niesłusznych,
Wiele ktoś nawyłudza złotówek zadusznych,
Wiele łez pan wyciśnie z poddanych okrutny,
Wiele biesów naliczy szuler bałamutny,
Wiele plotek po mniszkach, próżności po damach,
Obietnicy u panów, a łgarstwa po kramach.»
«To coś bardzo strasznego...» - «Owoż arcyśliczna
Książka, co tytuł Przyjaźń ma patryjotyczna
«Musi to być szalbierstwo: teraz patryjotą
Ten tylko, co do siebie zewsząd garnie złoto;
Miłość dobra ojczyzny w księgach tylko stoi;
Każdy się w sobie kocha i o siebie boi;
Żeby mu kordon jakiej nie zagarnął wioski,
Waląc wreszcie na króla i winy, i troski.»
«Są wiersze.» - «To błazeństwo!»- «Są też Polskie dzieje.»
«Bogdajbyście wisieli na haku, złodzieje,
Żeście, w wieczne swój naród podając pośmiechy,
Powyrzucali z kronik i Wandy, i Lechy!»
«A o gospodarstwie też będzie wziąć co wola?»  
«I bez książek pszenicę rodzi moja rola!»
«To o rządzie Europy ?»- «A mnie bies co potem,
Jakim się cudze sprawy wiją kołowrotem!
Ja wiem, że u nas sejmik będzie na Gromnicę,
A jarmark na Łucyją, świętą męczennicę!
Nie baj, miły staruszku; trzeba dla mej pani
Dryjakwi, co od Złotej noszą Węgrzy Bani:
Dwa razy tylko była mi w Warszawie, alić
Nie może, biedna, spazmów od siebie oddalić.»
«Takie rzeczy w aptekach.» - «Więc przecie, mój bracie,
Drukowane jej w sklepie opisanie macie.»
«Cóż więcej ?» - «Kalendarza!» - «A jakiego ?»- «Co by
Uczył, czy będą u nas i jakie choroby  
W tym roku, jeśli pokój czy będziem mieć wojnę,
Czy głód, czy urodzaje obaczymy hojne.»
«Jest mały kalendarzyk.)) - «Ten?... to zdrajca, który
Poodzierał szlacheckie nazwiska ze skóry,
Co nigdy nie napisał (aż mię serce boli!),
Łubom za przywilejem wendeński podstoli5;
Będę się, chyba że mię śmierć ze świata zdejmie,
Publicznie protestował za wzgardę na sejmie,
By mi go zerwać przyszło!...> tak po targu sprzecznym
Dawszy tynfa rudego z mieczem obosiecznym, Poniósł biblijotekę na ładimek głowy:   Receptę do dryjakwi i kalendarz nowy!... Owóż masz literata! Niejeden to taki, Co woli w domu czytać szpargał lada jaki Lub zbijać tylko grosze, by je pan syn stracił, Niż gdyby rozum pięknym czytaniem zbogacił. Więc jako też kto czyta, tak potem i prawi: Pali Euksyn, na piaskach papierowe stawi Okręty, bohatyrów na powietrzne sadzi Wozy i przez obłoki gryfami prowadzi; Zamienia ludzi, w wilcze przyodziawszy skóry; Nosi baby na Łyse przez kominy Góry; Widzi Abla z Kaimem na miesięcznej zorze I solone Syreny prowadzi przez morze...

Podobne prace

Do góry