Ocena brak

Wychowanie bez porażek

Autor /zofia Dodano /17.03.2011

Wymagany Adobe Flash Player wesja 10.0.0 lub nowsza.

praca w formacie pdf Wychowanie bez porażek

Transkrypt

Książka ta była przed kilku laty bestsellerem w krajach Zachodu. Dr Thomas Gordon lansuje w niej bowiem - wynikającą z bogatego doświadczenia i praktyki - nową, skuteczną
metodę pedagogiczną (odnoszącą się nie tyle do wychowania
religijnego, ile do wychowania w ogóle) posługującą się swoistą ideą rozwiązywania konfliktów powstających między rodzicami a dziećmi.
Autor, krytykując dotychczasowe modele rozwiązywania
konfliktów (oparte na błędnym schemacie „zwycięzca - pokonany"), proponuje stosowanie metody bez pokonanych. Dąży
do wprowadzenia takich zasad komunikacji, które w sytuacji
konfliktowej pozwolą znaleźć rozwiązanie kompromisowe,
zadowalające obie strony.
Wielką zaletą pracy T. Gordona, obok jasnego wykładu
oraz prostego języka, jest konkretne ukazanie, jak się praktycznie posługiwać metodą bez pokonanych.
Choć odnosi się ona przede wszystkim do rozwiązywania
sporów między rodzicami a dziećmi, może być wykorzystana
także we wszelkich międzyludzkich sytuacjach konfliktowych.

ISBN 83-211-1130-0

THOMAS GORDON

WYCHOWANIE
BEZ PORAŻEK
ROZWIĄZYWANIE KONFLIKTÓW
MIĘDZY RODZICAMI A DZIEĆMI

TŁUMACZENIE I WSTĘP
ALICJA MAKOWSKA, ELŻBIETA SUJAK

INSTYTUT WYDAWNICZY PAX, WARSZAWA 1993

Tytuł oryginału
P. E. T., Parent Effectiveness Training.
The Tested New Way To Raise Responsible Children
© 1970 by Thomas Gordon
Ali rights reserved including the right
of reproduction in whole or in part in any form.
This edition published by arrangement
with the Putnam Berkeley Group Inc.
© for the Polish Edition
by Alicja Makowska, Elżbieta Sujak
Projekt okładki
Maria Sołtyk
Redaktor
Grzegorz Łęcicki
Redaktor techniczny
Barbara Kubiszewska
Anna Troszczyńska
Korektorzy
Hanna Dyszkiewicz
Krystyna Księżuk

ISBN 83-211-1130-0

Wydanie II
Druk: Zakłady Graficzne w Toruniu.
INSTYTUT WYDAWNICZY PAX, WARSZAWA 1993

SŁOWO DO CZYTELNIKA POLSKIEGO
Tłumaczenie książki, która przed paru laty była bestsellerem w krajach zachodniej Europy, a w kraju pochodzenia Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej stworzyła własną szkołę wychowania rodzinnego, stało się przygodą intelektualną także i dla tłumaczących. Książka nie stanowi rejestru praw i obowiązków rodziców oraz dzieci, ani wykazu
powinności rodzicielskich, występuje przeciw manipulowaniu dzieckiem, a także przeciw manipulacjom dziecięcym
stosowanym wobec rodziców, głosi nowe możliwości kształtowania atmosfery rodzinnej. Autor obiecuje szkolonym
przez siebie rodzicom możliwość zupełnej rezygnacji z karania jako zabiegu wychowawczego, bolesnego zazwyczaj dla
rodziców prawie tak samo jak dla dzieci, jeśli nie doszło do
głosu samo tylko impulsywne odreagowanie gniewu czy
działanie odwetowe za przeżytą przykrość.
Zasady wychowawcze Gordona wyrosły z psychologii komunikacji i są w gruncie rzeczy proste, choć trudne do wyuczenia, wymagają bowiem pewnej dyscypliny wewnętrznej ~
chciałoby się powiedzieć - ascezy. Nie są także czymś działającym natychmiast skutecznie, jak przemoc wobec małego
dziecka, której skutki zresztą bywają tym groźniejsze, że są
dalekosiężne w swym niszczącym działaniu na więź rodzinną.
Na ile Wychowanie bez porażek przystaje do realiów życia rodzinnego w naszym kraju - oceni sam Czytelnik. Nie
warto irytować się tym, że przedmiotem konfliktu między
rodzicami i dojrzewającymi ich dziećmi bywa korzystanie z
samochodu albo uparte pielęgnowanie przez chłopców długowłosych fryzur - od czasu napisania tej książki moda zdążyła się zmienić - ważne wydaje się raczej to, że autor proponuje metodę porozumiewania się z dzieckiem, które spra5

wia, że staje się ono bardziej samodzielne i bardziej odpowiedzialne, że wzajemny szacunek między rodzicami i
dziećmi jest czymś naprawdę przeżywanym, a nie powinnością narzuconą dziecku, zanim mogło ono dostrzec u rodziców wartości, które ten szacunek budzą.
Propozycje wychowawcze Gordona służą także rozwojowi
osobowemu rodziców. Uwalniając od żmudnego grania „roli
wychowawczej", pozbawiającej spontaniczności i na tyle
męczącej, że podświadomie redukuje się kontakt z dzieckiem do najkonieczniejszego minimum, pozwala każdemu z
rodziców być sobą w kontakcie z dzieckiem, dopuszcza niekonsekwencje i niekiedy niezgodność rodziców w jakiejś
kwestii, co jest bardziej naturalne niż kurczowe trzymanie
wymuszonego wspólnego frontu. Trud wyuczenia zostaje
nagrodzony uwolnieniem od napięć, a dziecko, bardziej samodzielne w rozwiązywaniu własnych problemów, nie
odwołuje się z każdym drobiazgiem do sądu rodziców, pozwala przeżywać wspólne życie domowe w atmosferze wolności i odprężenia. Emocje nie muszą być tłumione: lepiej,
gdy zostają nazwane oraz wyrażone w sposób nie naruszający więzi rodzinnej. Tego usiłuje nauczyć Gordon.
Być może niektóre zasady wychowawcze Gordona będą
wydawać się dyskusyjne. Wydaje się jednak, że warto podjąć
taką dyskusję choćby w monologu wewnętrznym albo podjąć próbę zastosowania metody Gordona we własnej rodzinie. Tak żywotna i serdeczna to sprawa - wychowanie własnych dzieci, uczestniczenie w ich rozwoju w człowieczeństwie, podczas gdy literatura na ten temat niezbyt bogata w
propozycje. Dlatego warto niewątpliwie przyjrzeć się proponowanym zasadom Wychowania bez porażek.
TŁUMACZKI

Rozdział I

RODZICÓW SIĘ OBWINIA, CHOĆ NIE BYLI
SZKOLENI
Wszyscy przypisują rodzicom winę za problemy, jakie
przeżywa młodzież, a także i za te, jakie młodzież stwarza
dorosłemu społeczeństwu. Rodzice są wszystkiemu winni skarżą się psychologowie po lekturze budzących niepokój
statystyk wykazujących stale narastającą liczbę dziewcząt i
chłopców - ujawniających ciężkie zaburzenia emocjonalne i
niewydolność życiową - którzy bądź sięgają po środki odurzające albo dokonują samobójstw. Politycy i pracownicy
wymiaru sprawiedliwości także obwiniają rodziców, którzy
ich zdaniem wychowali całe pokolenie niewdzięcznych,
konspirujących, demonstrujących, wymigujących się od
służby wojskowej hipisów czy punków. A gdy dzieci mają
niepowodzenia szkolne albo stają się beznadziejnymi wagarowiczami, nauczyciele i administracja szkolna twierdzą
również, że winę za te zjawiska ponoszą rodzice.
A kto pomaga rodzicom? Co robi się, by wspomóc rodziców w ich staraniach wychowawczych dla uzyskania prawidłowego procesu rozwoju ich dzieci? Gdzie mogą dowiedzieć się, jakie i kiedy popełniają błędy i jak ich uniknąć,
względnie jak należałoby postępować właściwie?
Rodziców się oskarża, ale się ich nie szkoli. Każdego roku
miliony nowych matek i ojców podejmują pracę, która uważana jest słusznie za jedną z najcięższych, jakie można wykonywać: rodzi się ich dziecko, mały człowiek, zupełnie bezradny i oni podejmują odpowiedzialność za jego fizyczne i
psychiczne zdrowie, za wychowanie go na człowieka produktywnego, zdolnego do życia w społeczeństwie i współpracy, odpowiedzialnego obywatela. Czyż nie jest to zadanie
najtrudniejsze i stawiające największe wymagania?
7

Ilu spośród tych rodziców zostaje przygotowanych do tego
zadania? Jaki powszechnie dostępny program wykształcenia
zawodowego mają do dyspozycji? Gdzie mogą nabywać wiedzę i umiejętności, by zadanie to i pracę wykonać z pełnym
powodzeniem?
W roku 1962 podjąłem w Pasadenie w Kalifornii bardzo
nieśmiałą próbę zaradzenia takiej potrzebie w mojej gminie.
Początkowo planowałem jeden kurs, który miał za zadanie
przeszkolić tych rodziców, którzy mieli problemy wychowawcze ze swymi dziećmi, i zaprosiłem do udziału w nim
kilkoro rodziców. Osiem lat później z tej pierwszej „Szkoły
dla rodziców" rozwinęło się ponad dwieście placówek rozmieszczonych w osiemnastu stanach. Pracuje w nich ponad
trzystu ofiarnych nauczycieli, którzy przeszli specjalny program szkoleniowy. Pod nazwą „treningu skutecznego wychowania dla rodziców" kursy te ukończyło ponad piętnaście tysięcy matek i ojców i liczba ta nie jest zamknięta:
jeszcze wielu rodziców w wielu krajach uzyska odpowiednie
wykształcenie. Kursy te obejmują nie tylko tych rodziców,
którzy przeżywają trudności wychowawcze ze swymi dziećmi; coraz częściej zgłaszają się pary małżeńskie mające jeszcze zupełnie małe dzieci albo nie mające jeszcze ich wcale.
Dla tych młodych rodziców program szkolenia ma szczególne znaczenie zapobiegawcze: zostają przeszkoleni, zanim
mogą pojawić się trudności wychowawcze.
Nasze interesujące doświadczenia dowodzą, że wielu ludzi
dzięki odpowiedniemu przeszkoleniu specjalnemu może
podnieść znacznie swoje kwalifikacje wychowawcze i zapewnić sobie sukcesy w wychowaniu własnych dzieci. Mogą
oni uzyskać specjalne umiejętności sprawnej komunikacji
międzyosobowej, szczególnie między rodzicami i dziećmi.
Mogą nauczyć się nowej metody rozwiązywania konfliktów
dotyczących rodziców i dzieci, metody, która zamiast zwykłego w sytuacjach konfliktowych rozluźnienia więzi uczuciowych przynosi ich zacieśnienie.
Ten program szkoleniowy przekonał nas, którzy zajmujemy się tą pracą, że rodzice i dzieci mogą pozostawać trwale
w ufnym, serdecznym, opartym na miłości i szacunku kontakcie. Przekonaliśmy się, że można uniknąć w rodzinie
osławionego „konfliktu pokoleń". Przed dziesięciu laty by8

łem przekonany, jak wielu specjalistów i rodziców, że nie
można uniknąć trudności, jakie przynosi ze sobą tzw. wiek
dojrzewania. Trudności te są naturalnym wyrazem dążenia
młodych do uniezależnienia się poprzez sprzeciw wobec rodziców. Byłem przekonany, że wiek młodzieńczy, jak wykazuje większość badań, przynosi nieuniknione kryzysy i burze w rodzinach. Nasze doświadczenia z treningu skutecznego wychowania w rodzinie dowiodły, że się myliłem. Coraz
to nowi przeszkoleni rodzice sygnalizują brak trudności wychowawczych w tym okresie życia ich dzieci, niespodziewanie wolnym od oczekiwanych buntów i niepokoju.
Dziś jestem przekonany, że młodzież nie buntuje się przeciw rodzicom. Buntuje się jedynie przeciwko określonym
destrukcyjnym metodom wychowawczym, które charakteryzują prawie wszystkich rodziców. Niepokój i niezgoda w
rodzinach mogą stać się czymś wyjątkowym, gdy rodzice
nauczą się wprowadzać nowe metody rozwiązywania konfliktów i postępowania w sytuacjach trudnych.
Wprowadzony program rzucił także nowe światło na rolę
kary w wychowaniu dzieci. Wielu z naszych przeszkolonych
rodziców dowiodło nam, że w procesie wychowania dzieci
można rzeczywiście i trwale zrezygnować ze stosowania kary
- a myślę tu o każdym ze stosowanych powszechnie rodzajów kary, nie tylko karze cielesnej. Rodzice mogą wychować
dzieci pełne odpowiedzialności, zdyscyplinowane, zdolne do
współdziałania, bez posługiwania się bronią strachu; mogą
nauczyć się, jak doprowadzić do tego, że dzieci tylko ze
względu na potrzeby i prawa rodziców będą liczyły się z ich
zdaniem, zamiast ze strachu przed karą i pozbawieniem
przywilejów.
Brzmi to zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe? Możliwe. I mnie tak się zdawało, zanim wzbogaciłem się w doświadczenia wyniesione ze szkolenia rodziców. Jak większość specjalistów, nie doceniałem rodziców. Tymczasem to
oni mnie nauczyli, jak bardzo potrafią się zmienić, jeśli tylko zdobędą możliwość przeszkolenia. Zdobyłem nowe zaufanie i wiarę w zdolności matek i ojców, wiarę w ich możliwości przyjęcia nowych wiadomości i przyswojenia sobie
nowych umiejętności. Z małymi wyjątkami nasi uczący się
rodzice starali się przyswoić sobie nową postawę wycho9

wawczą, musieli jednak zdobyć przekonanie, że ta nowa
metoda się sprawdzi. Większość spośród słuchaczy wie, że
ich stare metody postępowania z dziećmi są nieskuteczne.
Dlatego wykazują gotowość do przestawienia się na nowe
tory, a nasz program wykazał, że potrafili się przestawić.
Nagrodą naszą stał się jeszcze jeden niespodziewany wynik przeprowadzenia programu szkolenia rodziców. Jednym
z naszych najwcześniejszych celów pracy było przyswojenie
rodzicom także tych umiejętności, jakimi posługują się zawodowi doradcy i psychoterapeuci z akademickim wykształceniem w swej pracy z dziećmi wykazującymi nieprzystosowanie uczuciowe i nieprawidłowości zachowania. Jakkolwiek może się to wydawać absurdalne w oczach niektórych z
rodziców i wielu zawodowych terapeutów - dziś wiemy, że
najbardziej wypróbowane metody potrafili przyswoić sobie
również i ci rodzice, którzy nigdy nie przerabiali choćby najkrótszego wprowadzenia w nauki psychologiczne, a jednak
potrafili nauczyć się, kiedy i jak posłużyć się nimi, by pomóc własnym dzieciom.
W procesie rozwoju naszego programu doszliśmy do tego,
by akceptować rzeczywistość, która niekiedy odbiera nam
odwagę, a jednocześnie przynosi uczucie tym większego wyzwania: w wychowaniu własnych dzieci i przy zmaganiu się
z problemami wewnątrz rodziny rodzice dzisiejsi wciąż stosują wszędzie te same metody, które stosowali ich rodzice,
rodzice ich rodziców i dziadkowie ich rodziców. W przeciwieństwie do prawie wszystkich dziedzin cywilizacji stosunki wzajemne rodziców i dzieci zdają się pozostawać wciąż
niezmienne. Rodzice wciąż zawierzają metodom, jakimi posługiwano się przed dwoma tysiącami lat!
Nie znaczy to, że rasa ludzka nie zdobyła nowych wiadomości w dziedzinie stosunków międzyludzkich. Wprost
przeciwnie. Psychologia, zwłaszcza rozwojowa, i inne dziedziny wiedzy o zachowaniu się człowieka zebrały wiele
przekonywających nowych wiadomości dotyczących przeżywania przez dzieci i rodziców stosunków międzyludzkich, a
także tego, jak pomagać drugiemu człowiekowi w jego dojrzewaniu i jak wypracować zdrową psychologiczną atmosfe10

rę kontaktów międzyludzkich. Sporo wiadomo jest z dziedziny komunikacji na temat stosowania siły i jej wpływu na
życie społeczne, znane są metody owocnego rozwiązywania
konfliktów.
Tylko niestety ci, którzy odkryli nowe elementy i wypracowali nowe metody, nie potrafili zbyt dobrze przekazać ich
rodzicom. Ogłaszamy w książkach i czasopismach fachowych nasze odkrycia kolegom, a nie zwracamy się z tym do
rodziców, najbardziej uprawnionych do posłużenia się tymi
nowymi metodami. Oczywiście niektórzy specjaliści próbowali przekazać rodzicom nowe idee i metody, jednakże przekonaliśmy się na naszych kursach, że nawet ci rodzice, którzy czytali niejedno z adresowanych do nich opracowań, nie
wykazywali najmniejszej zmiany swojego postępowania wobec dzieci, a szczególnie swojej postawy w stosunku do dyscypliny i postępowania w konfliktach między rodzicami i
dziećmi.
O tej książce można będzie pewnie powiedzieć, że wykazuje te same niedoskonałości co inne opracowania, jednak
mam nadzieję, że będzie inaczej, ponieważ staram się w niej
przedstawić wyczerpująco to wszystko, co jest konieczne dla
uzyskania w każdych okolicznościach trwałej, skutecznej
wychowawczo, pełnej więzi z dzieckiem.
Z tej książki mogą rodzice czerpać nie tylko wiadomości i
metody postępowania, lecz także zrozumienie, kiedy, dlaczego i w jakim celu mogą je zastosować. Jak na naszych
kursach, tak i w tej książce, dajemy rodzicom kompletny system wychowania - zarówno w zakresie pojęć, jak i technik
postępowania. Jestem przekonany, że trzeba rodzicom powiedzieć wszystko - wszystko, co wiadomo o tworzeniu więzi między rodzicami i dzieckiem, począwszy od kilku podstawowych prawd o tym, co rozgrywa się we wzajemnych
stosunkach między jednym a drugim człowiekiem. Wtedy
zrozumieją, czemu służą proponowane metody, kiedy trzeba
je zastosować i jakie przyniesie to skutki. Rodzice otrzymają
możliwość, aby sami stali się dla siebie specjalistami w postępowaniu z tymi nieuniknionymi problemami, jakie pojawiają się w każdym układzie rodzice - dzieci.
Tak, jak w naszym programie szkoleniowym, przekazujemy rodzicom wszystko, co wiemy, a nie tylko cząstki posia11

danej wiedzy. Przedstawiamy z wszystkimi szczegółami pełny model prawidłowo rozumianego układu rodzice - dziecko i często posłużymy się doświadczeniami oraz przykładami zaczerpniętymi z naszej pracy.
Większość rodziców uważa nasz program za rewolucyjny,
ponieważ różni się zasadniczo od postępowania tradycyjnego. A jednocześnie przydaje się on zarówno rodzicom z
całkiem małymi dziećmi, jak i tym wychowującym nastolatków, tak rodzicom dzieci niepełnosprawnych jak i całkiem
„normalnych".
Tak, jak na naszych kursach, opisujemy nasz program wychowawczy w języku potocznym, zrozumiałym dla każdego;
jeśli to tylko możliwe, unikamy języka specjalistycznego.
Niektórzy rodzice początkowo nie będą umieli zgodzić się z
jedną lub drugą metodą, lecz bardzo niewielu stwierdzi, że
ich nie rozumie.
Ponieważ czytelnicy nie będą mieli możliwości zgłaszać jak wykładowca na kursie - swoich zastrzeżeń, przedstawiamy tu kilka punktów, które mogą okazać się na początek
bardzo przydatne.
Czy chodzi tu o jakąś jeszcze inną postawę ustępowania w
wychowaniu? W żadnym wypadku. Nazbyt ustępujący rodzice natrafiają równie często na trudności jak rodzice
nazbyt surowi, gdyż ich dzieci okazują się samolubne, uparte, nie współdziałające oraz bezwzględne wobec potrzeb
swoich rodziców.
Czy może jedno z rodziców skutecznie zastosować nowe
metody, podczas gdy drugie pozostanie przy dawnych metodach? Tak i nie. Jeśli tylko jedno z rodziców zastosuje nowe
metody, jego relacje z dzieckiem ulegną wyraźnej poprawie,
natomiast relacja z drugim z rodziców może się nawet pogorszyć. Niezależnie od tego, jeśli oboje spróbują przyswoić
sobie razem nowe metody, mogą sobie nawzajem bardzo pomagać.
Czy zastosowanie nowych metod nie pozbawi rodziców
ich wpływu na dziecko? Czy nie zmniejszymy ich odpowiedzialności za wskazanie dziecku kierunku i orientacji w
świecie? Pewnie lektura pierwszych rozdziałów książki
zrobi wrażenie, że tak być może. Nowy system wychowawczy może zostać przedstawiony w książce tylko krok po
12

kroku, stopniowo. Pierwsze rozdziały zajmują się możliwością pomocy dziecku, szukającemu własnych rozwiązań problemów, jakie mu przynosi życie. W tych sytuacjach rola
przeszkolonego rodzica może wydawać się inna niż dotychczas, o wiele bardziej pasywna i rezygnująca z rozstrzygnięć,
niż to bywało poprzednio. Dopiero dalsze rozdziały przedstawiają, w jaki sposób można modyfikować i zmieniać te
zachowania dziecka, które są nie do przyjęcia, i jak wpływa
się na dziecko, by uwzględniało bardziej niż dotychczas potrzeby i oczekiwania rodziców. W takich sytuacjach przedstawione zostaną różne możliwości postawy rodzicielskiej
bardziej odpowiedzialnej i bardziej niż dotychczas wpływającej na postępowanie dziecka. Dlatego będzie pożyteczne
zapoznanie się na wstępie ze szczegółowym spisem treści
dalszych rozdziałów. Ta książka - podobnie jak kurs - przekazuje rodzicom łatwą do wyuczenia metodę pobudzenia
dziecka do tego, by przyjęło odpowiedzialność za samodzielne znajdowanie rozwiązań własnych problemów, oraz ukazuje, jak mogą rodzice metodę tę natychmiast zastosować w
praktyce w swoim domu. Rodzice uczący się tej metody,
zwanej aktywnym słuchaniem, przeżywają może to samo, co
napisali nam tak szkoleni rodzice:
„Sama myśl, że nie muszę wynajdywać odpowiedzi na
wszystkie problemy moich dzieci, przynosi mi taką ulgę".
„Ten program pozwolił mi o wiele wyraźniej dostrzec i
uznać zdolność moich dzieci do rozwiązywania ich własnych problemów".
„Nie spodziewałem się, że metoda aktywnego słuchania
tak oddziałuje. Moje dzieci przychodzą z własnymi rozwiązaniami swoich problemów; rozwiązaniami, które są o wiele
lepsze niż te, które mogłabym im zaproponować".
„Zawsze czułam się trochę niewyraźnie w roli jakby Boga,
miałam uczucie, że zawsze muszę wiedzieć, jak powinny postępować moje dzieci wobec problemów, jakie napotykają".
Dzisiaj tysiące młodzieży opuszczają swoich rodziców; i
jeśli uwzględnić ich punkt widzenia, nie bez powodu twierdzą np.:
„Moi rodzice nie rozumieją dziecka w moim wieku".
13

„Ja po prostu nienawidzę wysłuchiwania karnych przemówień codziennie wieczorem po powrocie do domu".
„Nigdy nie opowiadam o sobie moim rodzicom, gdybym
nawet próbowała - nie zrozumieliby mnie".
„Życzę sobie, aby moi rodzice zostawili mnie w spokoju".
„Jak tylko będę mógł, odejdę z domu - nie mogę znieść
tego, że zawsze mają mi coś do zarzucenia".
Wypowiedzi rodziców na naszym kursie dowodzą, że zdają sobie oni z tego sprawę, iż stracili swój autorytet.
„Nie mam absolutnie żadnego wpływu na mego szesnastoletniego syna".
„Daliśmy sobie spokój z naszą córką".
„Syn nie chce nawet jadać z nami. Nie odzywa się do nas
ani słowem. Ostatnio zamierza przeprowadzić się do pokoiku nad garażem".
Marka nigdy nie ma w domu. Nigdy nie chce nam powiedzieć, dokąd wychodzi ani co zamierza zrobić. Gdy go o
to pytam, mówi, że nas to nie powinno obchodzić".
Uważam to za tragedię, gdy potencjalnie najbardziej bliska więź uczuciowa w ludzkim życiu sprawia tyle napięć i
złej krwi. Dlaczego tak wielu młodych dochodzi do tego, że
na swoich rodziców patrzy jak na wrogów? Dlaczego tak dominuje dziś w rodzinach konflikt pokoleń? Dlaczego rodzice
i dorastające dzieci dosłownie toczą wojnę między sobą?
Odpowiedzi na te pytania znajdą czytelnicy w rozdziale
czternastym, który zajmuje się szczególnie tym, dlaczego
dzieci nie mają powodu buntować się przeciwko rodzicom i
występować przeciw nim. Nasz program jest rewolucyjny,
ale nie stanowi metody wywołującej rewolucję. Jest raczej
metodą, która sprawi, że rodzice nie zostaną odrzuceni; która zbliży do siebie rodziców i ich dzieci w okresie, w którym
stają się zazwyczaj przeciwnikami dla siebie nawzajem.
Rodzice, którzy z początku być może byliby skłonni
odrzucać nasze metody jako zbyt rewolucyjne, może zostaną
zachęceni do tego, żeby zająć się nimi bez zobowiązania, gdy
przeczytają wycinek z opisu, jakiego dokonało dwoje rodziców po ukończeniu naszego kursu:
„Gdy Bill miał szesnaście lat, stał się dla nas wielkim pro14

blemem. Odwrócił się od nas. Włóczył się po okolicy i był
zupełnie nieodpowiedzialny. W szkole zaczął otrzymywać
noty zaledwie dostateczne i niedostateczne. Mimo ustaleń
nigdy nie wracał do domu o oznaczonej porze i jako usprawiedliwienie zgłaszał defekt pojazdu, zegarek, który akurat
stanął, albo brak paliwa w baku. Śledziliśmy go, a on nas
okłamywał. Ukaraliśmy go aresztem domowym, odebraliśmy mu prawo jazdy, zablokowaliśmy kieszonkowe. Nasze
rozmowy były pełne wzajemnych oskarżeń. Wszystko bez
rezultatu. Po ostrej sprzeczce położył się w kuchni na podłodze, krzyczał i kopał, wrzeszczał, że chyba zwariuje. Wtedy
zgłosiliśmy się na kurs doktora Gordona dla rodziców.
Zmiana nie przyszła nazajutrz... Nigdy nie uważaliśmy się
za bardzo kochającą się i serdecznie związaną rodzinę. To
stało się dopiero po głębokich zmianach w naszej postawie i
hierarchii wartości... Ta nowa myśl, że każdy z nas stanowi
osobowość: silną, samodzielną osobowość z prawem do własnego zdania, którego nie narzuca się innym, ale które stanowi przykład, to był punkt zwrotny. Wtedy uzyskaliśmy o
wiele większy wpływ... Od postawy buntowniczej z napadami wściekłości, od niepowodzeń szkolnych Bill zmienił się w
otwartego, przyjaznego i kochającego człowieka, który swoich rodziców potrafił określić jako «dwoje najbardziej przez
niego kochanych ludzi»... Nareszcie należy on znów do rodziny... Mój stosunek do niego jest taki, jakiego nie śmiałbym wymarzyć, nie wyobrażałem sobie nawet, że jest możliwy: tak pełen miłości, zaufania i niezależności. On ma silne
zasady, podobnie każde z nas. Żyjemy i rozwijamy się rzeczywiście jako rodzina".
Rodzice, uczący się naszych nowych metod wyrażania
swych uczuć, prawdopodobnie nie mają takiego dziecka jak
pewien szesnastoletni chłopiec, który w moim gabinecie z
nie poruszoną twarzą oświadczał: „Nie muszę nic robić w
domu. Dlaczego zresztą miałbym? Rodzice mają obowiązek
troszczyć się o mnie. Są do tego prawnie zobowiązani. Ja ich
nie prosiłem o to, żeby mnie na świat wydali, no nie? Dopóki jestem niepełnoletni, muszą mnie żywić i ubierać. A ja
nie muszę nawet palcem kiwnąć. Nie jestem wcale zobowiązany sprawiać im radość".
Gdy słyszałem tę wypowiedź młodego mężczyzny, przy-

15

szły mi na myśl pytania: jakiego rodzaju ludzi wychowujemy, jeżeli pozwalamy dzieciom rosnąć w przekonaniu, że
tak wiele im się od świata należy, gdy oni dają z siebie tak
mało? Jakich obywateli wypuszczają rodzice na świat? Jakie
społeczeństwo stworzą tak samolubne jednostki?
Można rodziców z grubsza podzielić prawie bez wyjątków na trzy grupy: „zwycięzców", „zwyciężonych" i
„chwiejnych". Rodzice pierwszej grupy bronią usilnie i podkreślają swoje prawo, autorytet i władzę sprawowaną nad
dzieckiem. Wierzą w moc zakazów, nakładanie ograniczeń,
żądają określonego zachowania, wydają polecenia i oczekują
posłuszeństwa. Posługują się groźbą kary, by skłonić dziecko
do posłuszeństwa i rzeczywiście nakładają kary, jeśli nie posłucha. Powstające konflikty między potrzebami rodziców i
potrzebami odczuwanymi przez dziecko zostają przezwyciężone z reguły w ten sposób, że rodzic zwycięża, a dziecko
bywa pokonane. Najczęściej rodzice ci uzasadniają swoje
zwycięstwo w następujący schematyczny sposób: „ojciec wie
najlepiej", „to dla dobra dziecka", „w gruncie rzeczy dzieci
chcą mieć silnych rodziców", albo wyrażają ryzykowne
przekonanie, że „rzeczą rodziców jest wygrywać swój autorytet dla dobra dziecka, ponieważ rodzice wiedzą najlepiej,
co jest dobre, a co złe".
Druga grupa rodziców, liczbowo nieco mniej liczna niż
zwycięzcy, zapewnia swoim dzieciom wiele swobody. Ci rodzice świadomie unikają ograniczania dziecka i wyznają
dumnie, że nie uznają metod autorytatywnych. Gdy między
potrzebami dziecka i potrzebami rodziców powstaje konflikt, wtedy z zasady zwycięża dziecko, a rodzic ustępuje,
ponieważ ci rodzice wierzą, że odmowa spełnienia życzeń
dziecka jest szkodliwa dla niego.
Prawdopodobnie najliczniejszą grupę stanowią rodzice,
dla których jest niemożliwością przyjęcie konsekwentnie jednej z tych postaw. Wobec tego chwieją się w usiłowaniach
wypracowania „rozsądnej mieszaniny" obu z nich, składającej się po części z surowości, po części z ulegania, twardości
i łagodności, ograniczania i cierpliwości, zwyciężania i podlegania. Ich postawa waha się między biegunami. Jedna z
matek tak to przedstawiła:
„Próbuję ulegać moim dzieciom, aż wreszcie mam tego
16


dość, więcej nie potrafię znieść. Wtedy zdaje mi się, że powinnam przykrócić cugli i zaczynam używać swego autorytetu, aż wreszcie staję się tak surowa, że znów sama siebie
znieść nie mogę".
Rodzice, którzy na jednym z naszych kursów podzielali te
doznania, nieświadomie wypowiadali się w imieniu całej
grupy chwiejnych. Są to rodzice, którzy prawdopodobnie są
bardzo niepewni oraz rozdarci i których dzieci - jak to później ujawnimy - najczęściej są niedostosowane.
Głównym dylematem współczesnych rodziców jest to, że
znają tylko te dwa pojęcia i sposoby postępowania w sytuacjach konfliktowych, które w rodzinie między rodzicami a
dziećmi są nieuniknione. Znają w wychowaniu tylko te dwie
możliwości: jedni przyznają się do zasady:,, ja zwyciężam ty przegrywasz", drudzy do zasady, ja przegrywam - ty zwyciężasz", podczas gdy inni nie mogą się zdecydować na żadną z nich.
Rodzice, którzy chcą uświadomić sobie z nami swoje problemy, stwierdzają zadziwieni, że istnieje trzecia możliwość
obok obu zasad „zwycięstwo i porażka". Nazwaliśmy ją
„metodą bez porażek". Służy ona rozwiązywaniu konfliktów i stanowi jeden z najważniejszych celów naszego programu pomocy rodzicom: nauczyć, jak ją skutecznie stosować. Chociaż metoda ta od dawna już służy rozwiązywaniu
innych konfliktów społecznych, tylko bardzo niewielu rodziców miało możliwość poznać ją jako możliwość rozwiązywania konfliktów między rodzicami i dziećmi.
Wielu mężów i wiele żon wyjaśnia swoje sytuacje konfliktowe i rozwiązuje je wspólnie. Podobnie postępują ludzie
interesów. Kierownictwa zakładów przemysłowych i związki zawodowe wyważają umowy, które zobowiązują obie
strony. Rozstrzygnięcia majątkowe w wypadkach np. rozwodów starają się uwzględniać interesy obu stron, które dochodzą do obopólnej zgody. Nawet dzieci potrafią przezwyciężać sytuacje konfliktowe między sobą poprzez dojście do porozumienia lub przez nieformalne umowy, które są do przyjęcia dla obu stron (Jeśli zrobisz to tak, zgadzam się"). Coraz częściej dyrekcje zakładów pracy szkolą swoich kierowników w tym, by rozwiązywali konflikty drogą porozumień wzajemnych.
17

Choć nie stanowi żadnej „sztuczki" ani też nazbyt łatwej
drogi do prawidłowego rozumienia rodzicielstwa, „metoda
bez porażek" wymaga podstawowej zmiany w postawie
większości rodziców wobec ich własnych dzieci. Potrzeba
czasu na zastosowanie jej w domu i wymaga ona od rodziców, żeby przyswoili sobie umiejętność słuchania bez uprzedzeń i nauczyli się uczciwie wypowiadać swoje uczucia.
Dlatego metoda bez porażek jest szczegółowo przedstawiona
dopiero w dalszych rozdziałach tej książki. Jej pozycja w tej
książce (w sensie kolejności przedstawienia) nie odpowiada
jej rzeczywistemu znaczeniu w procesie wychowania i naszych poglądach ogólnych dotyczących postępowania z
dziećmi. W istocie właśnie ta nowa metoda przez skuteczne
rozwiązywanie konfliktów wprowadza w rodziny dyscyplinę, cel naszych starań. Ona bowiem jest kluczem skutecznego wychowania rodzinnego.
Rodzice, którzy poświęcają swój czas, by ją zrozumieć i
wprowadzić poważnie w swoje rodziny na miejsce zasady
zwycięstwa i porażki, zostaną sowicie wynagrodzeni, zazwyczaj ponad swoje nadzieje i oczekiwania.

Rozdział II

RODZICE SĄ LUDŹMI, A NIE BOGAMI
Kiedy ludzie zostają rodzicami, zachodzi coś szczególnego
i godnego pożałowania. Traktują rodzicielstwo jako funkcję
lub zaczynają odgrywać rolę rodziców i zapominają, że są
ludźmi. Teraz, kiedy wkroczyli do świętego królestwa obejmującego wszystkich rodziców, wierzą, że muszą włożyć
płaszcz rodzicielski". Usiłują więc zachowywać się w określony sposób, ponieważ sądzą, „że rodzice powinni zachowywać się tak właśnie". Dwie istoty ludzkie: Frank i Helen
Bates, przeobrażają się nagle w pana i panią Bates, którzy są
rodzicami.
Ważna, ale i przykra jest ta przemiana - „objęcie roli" gdyż często zdarza się, że rodzice zapominają, że są w dalszym ciągu ludźmi z ludzkimi wadami, z sobie właściwymi
ograniczeniami, prawdziwymi ludźmi z prawdziwymi uczuciami. Zapominając o realności swego własnego człowieczeństwa, z chwilą gdy zostaną rodzicami często przestają
być ludźmi „ludzkimi". Mówiąc to stanowczo nie mam na
myśli żadnej abstrakcji. Po prostu nie czują się już wolni,
aby być sobą bez względu na to, co mogą odczuwać w innych chwilach. „Jako rodzice" mają teraz obowiązek być
czymś lepszym niż „tylko" ludzie.
Ten okropny ciężar odpowiedzialności niesie z sobą i stawia wymagania ludziom, którzy stali się rodzicami. Sądzą,
że muszą być zawsze konsekwentni w swoich uczuciach,
muszą stale kochać swoje dzieci, muszą bezwarunkowo
akceptować je i być tolerancyjni, muszą odsuwać na bok
swoje własne egoistyczne potrzeby i poświęcać się dla swoich dzieci, muszą zawsze postępować sprawiedliwie i przede
wszystkim nie wolno im popełniać tych błędów, które ich
rodzice popełnili w stosunku do nich.
19

Chociaż te dobre zamiary są zrozumiałe i godne podziwu,
ich efekty są najczęściej o wiele mniejsze od spodziewanych.
Zapominać, że się jest człowiekiem, to pierwszy poważny
błąd, który można zrobić podejmując ojcostwo i macierzyństwo. Rodzice, którzy zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa „grania rodzicielskiej roli", pozwalają sobie na to, aby
być ludźmi, prawdziwymi ludźmi. Dzieci bardzo wysoko cenią u swoich rodziców ich autentyczność, to, że są ludźmi.
Często tak się wyrażają: „Mój ojciec to prawdziwy kumpel",
albo: „Moja matka to miły człowiek". Kiedy dzieci dochodzą do wieku młodzieńczego, mówią często: „Moi rodzice są
dla mnie bardziej przyjaciółmi niż rodzicami. Są wspaniałymi ludźmi. Mają wady, jak wszyscy inni, ale lubię ich takich, jacy są".
Co mówią te dzieci? Widać jasno, że podoba im się to, że
ich rodzice są ludźmi, a nie bóstwami. Dzieci reagują pozytywnie na swoich rodziców jako ludzi, a nie aktorów, którzy
wcielają się w jakąś rolę i udają, że są kimś, kim faktycznie
nie są.
W jaki sposób mogą rodzice być ludźmi dla swoich dzieci?
Jak mogą zachować prawdziwą autentyczność rodzicielską?
W tym rozdziale chcielibyśmy pokazać rodzicom, że nie potrzebują wyzbywać się swojego człowieczeństwa, aby być rodzicami „wyszkolonymi". Każde z nich może akceptować
samego siebie jako człowieka, który ma w stosunku do dziecka zarówno pozytywne, jak i negatywne odczucia. Nie potrzeba nadzwyczajnej konsekwencji, aby stać się takim
ojcem czy matką. Nie trzeba w każdej chwili udawać, że się
żywi wobec dziecka uczucia akceptacji i miłości, gdy naprawdę czasem nie czuje się tego. Nie trzeba także odczuwać jednakowej miłości do wszystkich dzieci i akceptować je w
tym samym stopniu. I wreszcie małżonkowie nie muszą
stwarzać wspólnego frontu w stosunku do swoich dzieci.
Istotne jest, aby nauczyli się uświadamiać sobie zupełnie jasno, co rzeczywiście odczuwają. Stwierdziliśmy na naszych
kursach, że kilka diagramów pomaga rodzicom rozpoznać,
co odczuwają i co powoduje, że w różnych sytuacjach mają
różne odczucia.

20

DIAGRAM AKCEPTACJI" DLA RODZICÓW

Wszyscy rodzice są ludźmi, którzy od czasu do czasu przeżywają dwa różne rodzaje uczuć w stosunku do swoich dzieci: akceptację i brak akceptacji. Rodzice - „prawdziwi ludzie" - odczuwają, że postępowanie ich dziecka jest niekiedy do przyjęcia, niekiedy zaś - nie do przyjęcia. Wszelkie
możliwe zachowania naszego dziecka - wszystko, co przypuszczalnie zrobi lub powie - można przedstawić za pomocą prostokątnej płaszczyzny.

Jest oczywiste, że jedną część jego zachowania możesz
przyjąć bez zastrzeżeń, drugiej - nie. Możemy przedstawić tę
różnicę, kiedy podzielimy prostokąt na zakres do przyjęcia i
na zakres nie do przyjęcia.

Oglądanie telewizji przez wasze dziecko w sobotę, dzięki
czemu macie czas na prace domowe, znalazłoby się w zakresie do przyjęcia. Jeśli jednak nastawi ono aparat telewizyjny
tak głośno, że od hałasu pękają ściany, zachowanie to podpadłoby pod zakres braku akceptacji.
Linia podziału w prostokącie biegnie naturalnie różnie u
różnych rodziców. Jedna matka stwierdza, że bardzo mało
zachowań jej dziecka jest dla niej nie do przyjęcia, więc bardzo często odczuwa wobec niego serdeczność i akceptację.
21

Rodzic stosunkowo
często akceptujący

Inna matka może uważać bardzo wiele zachowań swego
dziecka za nie do przyjęcia, więc rzadko jest w stanie odczuwać wobec niego uczucia serdeczności i akceptacji.

Rodzic stosunkowo
rzadko akceptujący

Stopień akceptacji własnego dziecka często zależy od tego,
jakim człowiekiem jest jego ojciec czy matka. Wielu rodziców ma zdolność okazywania dzieciom akceptacji po prostu
na podstawie swoich osobistych skłonności. Co ciekawe,
tacy rodzice zazwyczaj okazują wiele akceptacji w stosunku
do ludzi w ogóle. Akceptacja jest cechą charakterystyczną
ich osobowości, ich wysokiego progu tolerancji. To fakt, że
lubią samych siebie, to fakt, że ich uczucia w stosunku do
siebie samych są w pełni niezależne od tego, co się wokoło
nich dzieje, i od innych cech ich osobowości. Każdy miał do
czynienia z takimi ludźmi: choć może nie uświadomiliście
sobie, jak to się stało, uważacie ich za „ludzi akceptujących". W otoczeniu takich ludzi każdy czuje się dobrze można rozmawiać z nimi otwarcie, bez zahamowań. Można
wobec nich „być sobą".
Inni rodzice po prostu jako ludzie nie akceptują innych.
Jakoś uważają, że często zachowanie innych ludzi jest dla
nich nie do przyjęcia. Kiedy obserwujecie ich razem z ich
dziećmi, może dziwicie się, dlaczego tak wiele zachowań,
które wam wydają się do przyjęcia, są dla nich nie do zaakceptowania. Może mówicie dyskretnie: „Zostaw te dzieci nikomu przecież nie przeszkadzają!"

22

Często są to ludzie z bardzo ściśle określoną i surową opinią na temat, jak „powinni" zachowywać się inni ludzie,
które zachowanie jest „prawidłowe", a które „błędne" - nie
tylko w odniesieniu do dzieci, lecz w stosunku do każdego
człowieka. W obecności ludzi tego rodzaju i wy czujecie się
źle, ponieważ przypuszczalnie zadajecie sobie pytanie, czy
oni was akceptują.
Niedawno obserwowałem w domu towarowym pewną
matkę z dwoma małymi synkami. Wydawało mi się, że
chłopcy zachowywali się naprawdę dobrze. Ani nie byli głośni, ani też nie robili żadnych głupstw. Pomimo to matka
mówiła im bez przerwy, co mają robić, a czego nie. „Nie zostawajcie z tyłu za mną!", „Nie ruszajcie samochodu!",
„Idźcie obok mnie, a nie stójcie w drodze!", „Pośpieszcie
się!", „Nie dotykajcie produktów żywnościowych!", „Zostawcie torby w spokoju!" Wyglądało, jak gdyby matka nie była
w stanie przyjąć niczego, co robili chłopcy.
Podczas gdy na linię, która oddziela zakres akceptacji od
braku akceptacji, wpływają częściowo czynniki zawarte wyłącznie w charakterze rodziców, stopień akceptacji jest określony również przez dziecko. Niektóre dzieci trudniej budzą
uczucie akceptacji. Są być może w zbyt wysokim stopniu
przedsiębiorcze i aktywne albo mają wygląd odpychający
lub mogą okazywać pewne cechy charakteru, które nie bardzo się podobają. Jest zrozumiałe, że większość rodziców ma
trudności z akceptacją dziecka, które zaczyna życie od chorób, z trudem zasypia lub często krzyczy.
Występujący w wielu książkach i artykułach napisanych
dla rodziców pogląd, że rodzice powinni odczuwać jednakową akceptację wobec każdego dziecka, jest nie tylko błędny,
lecz spowodował, iż wielu rodziców ma poczucie winy, kiedy obserwują u siebie różny stopień akceptacji wobec swoich
dzieci. Większość ludzi przyznałaby natychmiast, że także
wobec dorosłych, których właśnie poznali, odczuwają różne
stopnie akceptacji. Dlaczego sposób przeżywania kontaktu z
dziećmi miałby posiadać jakąś inną formę?
Fakt, że akceptacja poszczególnego dziecka przez rodziców zależy od właściwości tego dziecka, można przedstawić
w sposób następujący:
23

Rodzice w stosunku
do dziecka A

Rodzice w stosunku
do dziecka B

Niektórzy rodzice uważają, że łatwiej zaakceptować
dziewczynkę niż chłopca, inni na odwrót. Bardzo żywe dzieci są dla niektórych rodziców trudniejsze do zaakceptowania. Dzieci, które odznaczają się aktywną ciekawością i
chętnie samodzielnie dowiadują się wielu rzeczy, są dla niejednych rodziców trudniejsze do zaakceptowania niż dzieci
bierne i zależne. Znałem dzieci, które w sposób trudny do
wytłumaczenia wywierały na mnie taki urok i były tak
atrakcyjne, że wydawało się, że mógłbym zaakceptować prawie wszystko, co robiły. Miałem także nieszczęście spotkać
takie, których obecność była dla mnie niemiła i w zachowaniu tych dzieci wiele wydawało mi się nie do przyjęcia i było
dla mnie denerwujące.
Pewna dalsza okoliczność mocno wpływa na to, że linia
podziału między akceptacją i brakiem akceptacji nie pozostaje niezmienna, lecz przesuwa się w górę i w dół. Porusza
ją wiele czynników łącznie z aktualnym nastrojem uczuciowym i sytuacją, w której znajdują się rodzice i dziecko.
Rodzic, który w pewnej określonej chwili czuje się pełen
energii, zdrowy i szczęśliwy, może prawdopodobnie odczuwać akceptację wobec wielu zachowań swojego dziecka.
Mniej z tego, co robi dziecko, będzie przeszkadzać, kiedy
sam czuje się dobrze.

Rodzic, który czuje się
dobrze

24

Kiedy rodzic czuje się śmiertelnie zmęczony z powodu
braku snu, odczuwa ból głowy lub jest niezadowolony z siebie, wiele rzeczy, które robi dziecko, może mu przeszkadzać.
Tę niekonsekwencję można zilustrować w następujący
sposób:

Rodzic, który czuje się
źle

Uczucie akceptacji będzie się zmieniało również zależnie
od zmiany sytuacji. Wszyscy rodzice wiedzą sami, że zwykle
o wiele mniej akceptują w zachowaniu swoich dzieci, gdy
idą w odwiedziny do przyjaciół, niż gdy są sami w domu. I
jak nagle przesuwa się próg tolerancji rodziców wobec zachowania własnych dzieci, kiedy dziadkowie przychodzą z
wizytą!
Często musi się dzieciom wydawać dziwne, że rodzice gorszą się ich manierami przy stole, gdy są goście, choć akceptują takie same maniery, kiedy rodzina jest sama.
Tę niekonsekwencję można zilustrować w następujący
sposób:

Sytuacja A
/np. w odwiedzinach/

Sytuacja B
/ np. rodzina u siebie/

Fakt, że rodziców jest dwoje, przyczynia się do złożoności
obrazu akceptacji w rodzinach. Przede wszystkim zdarza się,
że jedno z rodziców jest często bardziej akceptujące niż drugie.
25

Jack, mocny, żywy pięcioletni chłopak bierze dużą piłkę i
zaczyna rzucać do swojego brata - w pokoju mieszkalnym.
Matka złości się i uważa, że jest to zupełnie nie do przyjęcia,
ponieważ obawia się, że Jack zniszczy coś w pokoju. Ojciec
przeciwnie, nie tylko akceptuje to zachowanie, ale mówi
dumnie: „Popatrz na Jacka - będzie z niego kiedyś dobry
piłkarz. Czy widziałaś, jak zacentrował?"
Prócz tego linia podziału charakterystyczna dla każdego
rodzica przesuwa się zależnie od sytuacji, a także od aktualnego nastroju w różnych momentach. Dlatego ojciec i matka
nie mogą mieć zawsze jednakowych odczuć w stosunku do
tego samego zachowania swojego dziecka w określonej chwiRODZICE MOGĄ BYĆ I BĘDĄ NIEKONSEKWENTNI

Jest więc nie do uniknięcia, że rodzice będą niekonsekwentni. Czy istnieje inna możliwość, jeśli ich uczucia zmieniają się z dnia na dzień, od dziecka do dziecka, od sytuacji
do sytuacji? Jeśliby nawet rodzice próbowali zachowywać
się konsekwentnie, nie mogliby być takimi w rzeczywistości.
Tradycyjne przypominanie rodzicom, że muszą być konsekwentni wobec swoich dzieci we wszelkich okolicznościach,
nie liczy się z faktem, że sytuacje są różne, dzieci są różne, a
ojciec i matka są ludźmi, którzy różnią się od siebie nawzajem. Poza tym ta rada oddziaływała szkodliwie skłaniając
rodziców do hipokryzji i do odgrywania roli człowieka, którego uczucia są niezmienne.
RODZICE NIE MUSZĄ TWORZYĆ „ZWARTEGO FRONTU"

Co jeszcze ważniejsze, rada, aby być konsekwentnym we
wszystkich sytuacjach życia codziennego, doprowadziła niejedną matkę i niejednego ojca do przekonania, że muszą być
zawsze zgodni w swoich uczuciach i stanowić wobec swych
dzieci zwarty front rodzicielski. Jest to nonsens. A przecież
tak wygląda jedno z najgłębiej zakorzenionych przekonań o
wychowaniu dzieci. Zgodnie z tym tradycyjnym wyobrażeniem rodzice powinni zawsze popierać się nawzajem, by
26

spowodować, aby dziecko wierzyło, że oboje odczuwają to
samo w stosunku do jakiegoś określonego zachowania.
Pomijając niesłychaną nieuczciwość tej strategii - tworzenia przymierza dwojga skierowanego przeciw jednemu dziecku - prowadzi ona często d o „
n
i
e a u t e n t y c z n o ś c i " jedne
rodziców.
Pokoik szesnastoletniej dziewczyny jest najczęściej utrzymywany nie w takim porządku, jaki odpowiadałby życzeniom matki. Zwykły sposób sprzątania przez córkę jest dla
matki nie do przyjęcia (mieści się w jej zakresie braku akceptacji). Ale ojciec stwierdza, że pokój jest czysty i posprzątany
wystarczająco. To samo zachowanie mieści się w jego zakresie akceptacji. Matka stosuje wobec ojca nacisk, aby podzielił jej opinię na temat sprzątania pokoju, żeby mogli utworzyć zwarty front (i w ten sposób wywrzeć większy wpływ na
córkę). Jeśli ojciec współdziała, jest nieuczciwy wobec swych
prawdziwych uczuć.
Sześcioletni chłopiec bawi się swoim samochodem ciężarowym i robi więcej hałasu, niż jego ojciec może zaakceptować. Ale matce to w ogóle nie przeszkadza. Jest zachwycona, że jej dziecko bawi się samo, zamiast biegać za nią przez
cały dzień. Ojciec zwraca się do matki: „Dlaczego nic nie
zrobisz, żeby przestał hałasować?" Jeśli matka będzie współdziałała z nim, będzie to niewątpliwie przeciw jej prawdziwym uczuciom.
FAŁSZYWA AKCEPTACJA

Żadne z rodziców nie odczuwa akceptacji wobec każdego
zachowania dziecka. Niektóre zachowania dziecka będą zawsze należeć do „zakresu braku akceptacji" przynajmniej jednego z nich. Znałem rodziców, których „granica akceptacji" leżała bardzo nisko w naszym prostokącie, ale nigdy nie
spotkałem „akceptującego bez zastrzeżeń". Niektórzy rodzice udają, że akceptują wiele w zachowaniu własnych dzieci,
ale także ci rodzice grają tylko rolę przykładnych rodziców.
Dlatego ich akceptacja jest w pewnej mierze fałszywa. Chcą
oni postępować na zewnątrz w sposób akceptujący, wewnętrznie jednak odczuwają rzeczywiście brak akceptacji.
27

Przypuśćmy, że jedno z rodziców irytuje się, ponieważ
pięcioletnie dziecko chodzi spać bardzo późno. Ma osobiste
potrzeby - chciałoby np. przeczytać nową książkę. Poza tym
martwi się, że dziecko ma za mało snu i następnego dnia
będzie może słabsze i przeziębi się. Jest to matka, która usiłuje postępować wobec dziecka łagodnie i odczuwa niechęć
do stawiania mu wymagań z obawy, że nie byłoby to zgodne
z jej zasadami. Nie pozostaje jej nic innego, jak dokonać
„fałszywej akceptacji". Chce tak się zachowywać, jak gdyby akceptowała to, że dziecko długo wieczorem siedzi,
wewnętrznie jednak zupełnie nie może zdobyć się na akceptację tego; jest wyraźnie rozdrażniona, może gniewna i niewątpliwie sfrustrowana, ponieważ jej własne potrzeby nie
zostaną zaspokojone.
Jak ostoi się wpływ na dziecko, kiedy jedno z rodziców
uprawia fałszywą akceptację? Jak każdy wie, dzieci reagują
na nastrój swoich rodziców zadziwiająco sensownie. Posiadają naprawdę niesamowitą zdolność domyślania się prawdziwych uczuć swoich rodziców, ponieważ rodzice wysyłają
do nich „komunikaty bez słów", sygnały, które dzieci chwytają czasami świadomie, a czasami nieświadomie, Rodzic,
który czuje się wewnętrznie podrażniony lub gniewny, może
nie okazywać niczego innego jak tylko subtelne sygnały,
może zmarszczenie czoła, podniesienie brwi, szczególny ton
głosu, określone gesty, napięcie mięśni twarzy. Nawet bardzo małe dzieci rozumieją takie sygnały i uczą się z doświadczenia, że zazwyczaj oznaczają one, że matka naprawdę nie
akceptuje tego, co robią. Dziecko jest w stanie odczytać dezaprobatę - w tym szczególnym momencie odczuwa, że rodzic go nie akceptuje.
Co dzieje się, kiedy matka w rzeczywistości nie akceptuje,
28

ale jej zachowanie wydaje się dziecku aprobujące? Dziecko
odbiera również ten komunikat zachowania. Teraz jest rzeczywiście speszone. Otrzymuje „mieszane komunikaty" lub
sprzeczne sygnały: zachowanie, które mu mówi, że jest w
porządku, jeśli nie idzie spać, ale też komunikaty bezsłowne,
które mu zdradzają, że właściwie matka nie chce, żeby dłużej siedziało. Dziecko jest w kłopotliwym położeniu. Chciałoby nie iść do łóżka, ale wolałoby, żeby matka była z niego
zadowolona (aprobata). Nie pójście spać wydaje się do przyjęcia dla matki, ale na jej twarzy widać wyraźnie niezadowolenie. Co więc dziecko ma robić?
Wprowadzanie dziecka w taką niepewność może poważnie zaszkodzić jego zdrowiu psychicznemu. Każdy wie, jak
nieprzyjemna i frustrująca jest sytuacja, kiedy się nie wie, na
jakie zachowanie powinno się zdecydować, ponieważ otrzymuje się mieszane komunikaty od drugiego człowieka. Przypuśćmy, że podczas wizyty gość pyta panią domu, czy nie
będzie miała nic przeciw temu, że zapali fajkę wjej mieszkaniu. Ona odpowiada: „To mi nie przeszkadza". Ale kiedy
potem gość zapali fajkę, z jej twarzy i oczu nadchodzą sygnały, które mu mówią, że jest temu całkiem przeciwna. Co
gość robi? Może zapytać: „Czy rzeczywiście palenie fajki nie
przeszkadza?" Albo wkłada fajkę ze złością do kieszeni.
Albo się tym nie przejmuje i pali mając przez cały czas
uczucie, że jego zachowanie nie podoba się pani domu.
Dzieci przeżywają podobny dylemat, gdy stają wobec
akceptacji, która wydaje im się fałszywa. Częste przeżywanie
sytuacji tego rodzaju może spowodować, że dzieci będą czuły się niekochane. Może prowadzić do częstych dziecięcych
„prób" sprawdzania prawdziwych uczuć rodziców, może
spowodować ciężkie przygnębienie, podtrzymywać u dziecka uczucie niepewności itd. Doszedłem do przekonania, że
najtrudniej dzieciom dojść do ładu z tym z rodziców, które
mówi w sposób przyjazny, jest „pobłażliwy", nie stawia wymagań, w sumie tak postępuje, jak gdyby akceptował, ale w
subtelny sposób daje odczuć brak akceptacji.
Istnieje niebezpieczny produkt uboczny fałszywej akceptacji i jeśli trwa ona przez dłuższy czas, może być nawet
jeszcze bardziej szkodliwa dla stosunków między rodzicami i
dzieckiem. Kiedy dziecko otrzymuje „mieszany komuni29

kat", może się zdarzyć, że zacznie mieć poważną wątpliwość
co do szczerości lub uczciwości rodzica. Z wielu doświadczeń dziecko uczy się, że matka często mówi jedno, a odczuwa drugie. W końcu dziecko dochodzi do tego, że nie ma
zaufania do takiej matki.
A oto podaję kilka odczuć, którymi podzieliły się ze mną
nastolatki:
„Moja mama jest oszustką. Zachowuje się tak miło, ale w
rzeczywistości nie jest taka".
„Nie mogę mieć zaufania do moich rodziców, gdyż choć
tego nie mówią, wiem, że nie zgadzają się na wiele rzeczy,
które robię".
„Wychodzę i myślę, że moich rodziców nie interesuje,
kiedy przyjdę do domu. Ale kiedy wrócę zbyt późno, następnego dnia karzą mnie milczeniem".
„Moi rodzice nie są surowi. Pozwalają mi na wszystko,
czego chcę. Ale mogę zauważyć, na co się nie zgadzają".
„Za każdym razem, gdy zjawiam się boso przy stole, moja
matka ma złą minę. Ale nigdy nie powie ani słowa".
„Moja matka jest zawsze tak cholernie mila i wyrozumiała, ale wiem, że ktoś taki jak ja jej nie odpowiada. Lubi mojego brata, bo jest bardziej do niej podobny".
Kiedy dzieci mają takie odczucia, jest oczywiste, że ich rodzice faktycznie nie ukryli swoich prawdziwych uczuć lub
nastawień, choć może wierzyli, że im się to udało. W tak ścisłym i trwałym związku jak stosunek rodzice — dziecko
rzadko rodzice mogą ukryć przed dzieckiem swoje prawdziwe uczucia.
Jeśli więc rodzice ulegną wpływowi orędownika, „pobłażliwości" i spróbują zachowywać się z o wiele większą dozą
aprobaty, niż im dyktuje własne, prawdziwe nastawienie,
wyrządzają nie tylko poważną szkodę swoim stosunkom z
dziećmi, lecz także szkody psychiczne samym dzieciom. Rodzice muszą zrozumieć, że zrobiliby lepiej, jeśliby nie próbowali rozszerzać zakresu akceptacji dalej, niż na to pozwala ich prawdziwe nastawienie. O wiele lepiej jest dla rodziców rozeznać się w tym, kiedy nie akceptują zachowania
dziecka, niż udawać to, czego nie czują.
30

CZY POTRAFICIE AKCEPTOWAĆ DZIECKO NIE AKCEPTUJĄC
JEGO ZACHOWANIA?

Nie wiem, skąd pochodzi ten pomysł, ale zdobył powszechne uznanie i stanowi dużą atrakcję, szczególnie dla rodziców, którzy ulegli wpływowi orędowników pobłażliwości, a przecież sami wobec siebie są wystarczająco uczciwi,
aby stwierdzić, że nie zawsze akceptują zachowanie swoich
dzieci. Doszedłem do przekonania, że chodzi tu o dalszy bałamutny oraz szkodliwy pomysł, który przeszkadza rodzicom, by byli rzeczywiście autentyczni. Wprawdzie może
uwolnić rodziców od części poczucia winy, które im narzucono, to jednak pomysł ten stał się zgubny dla współżycia
wielu rodziców z ich dziećmi. Dostarczył rodzicom profesjonalnego zezwolenia na używanie autorytetu i władzy, aby
zabraniać pewnych określonych sposobów zachowania
(„ograniczyć je"), których nie mogą akceptować. Rodzice
wytłumaczyli to sobie w tym sensie, że jest w porządku, kiedy kontrolują, ograniczają, zabraniają, wymagają czegoś lub
odmawiają, dopóki robią to w zręczny sposób, aby dziecko
nie rozumiało tego zawsze jako odrzucenie osoby, lecz jako
odrzucenie jej zachowania. W tym tkwi błąd.
Jak możecie okazywać waszemu dziecku akceptację niezależnie od i w przeciwieństwie do waszych nieakceptujących uczuć wobec wszystkiego, co dziecko robi lub mówi?
Kim jest „dziecko", jeśli to nie jest także dziecko zachowujące się w określony sposób w określonym czasie i chwili?
To właśnie zachowujące się tak czy inaczej dziecko, a nie żadna abstrakcja zwana „dzieckiem", jest kimś, wobec kogo
rodzic ma uczucia akceptacji lub braku akceptacji.
Jestem pewien, że dziecko ze swej strony tak samo to
odbiera. Gdy przypuszcza, że rodzice zupełnie nie akceptują
jego zachowania, gdy kładzie brudne stopy na nowy tapczan,
bardzo wątpię, aby potem wyciągało ono wymagany w tym
przypadku końcowy wniosek, że choćby nie podobało im się
jego zachowanie z kładzeniem nóg na tapczanie, to jednak
odczuwaliby wobec niego Jako człowieka" nie mniejsze
uczucia akceptacji. Całkiem przeciwnie - niewątpliwie czuje
ono, że to, co robi w danym momencie jako cała osoba, nie
zdobywa mu zupełnie ich aprobaty. Próbować, aby dziecko
31

pojęło, że jego rodzice akceptują je, ale nie akceptują tego,
co robi, choćby nawet rodzice potrafili rozdzielić te dwie
rzeczy, musi być tak samo trudne, jak spowodowanie, aby
dziecko wierzyło, że solidne lanie, które otrzymuje, „boli
bardziej rodziców niż jego".
Czy dziecko odczuje, że nie jest akceptowane jako osobowość, będzie zależało od tego, ile jest nie do przyjęcia w jego
zachowaniu. Rodzice, którzy stwierdzają, że wiele z tego, co
ich dzieci robią lub mówią, jest nie do przyjęcia, niezawodnie utwierdzą te dzieci w głębokim przekonaniu, że ich
osobowości są nie do zaakceptowania. I na odwrót: rodzice,
którzy akceptują wiele z tego, co ich dzieci czynią lub mówią, wychowują dzieci, które najprawdopodobniej będą czuły się akceptowane jako osobowości.
Najlepiej jest wtedy, gdy uświadomicie sobie samym (i
dziecku), że nie zaakceptujecie go jako osobowości, jeżeli w
pewnej określonej chwili zrobi lub powie coś w określony
sposób. Tak dziecko nauczy się odbierać was jako otwartych
i uczciwych, ponieważ jesteście naprawdę autentyczni.
Jeżeli powiecie dziecku: „Akceptuję ciebie, ale przestań to
robić", prawdopodobnie nie zmienicie ani na włos jego
reakcji na to zastosowanie waszej siły. Dzieci nienawidzą,
kiedy ich rodzice odmawiają im czegoś, ograniczają je lub
czegoś zakazują, obojętne, jaki rodzaj wyjaśnienia towarzyszy okazywaniu tego rodzaju autorytetu lub siły. „Zarządzanie ograniczeń" z wielkim prawdopodobieństwem odbije się
na rodzicach w formie oporu, buntu, kłamstwa i złości. Ponadto istnieją znacznie skuteczniejsze metody oddziaływania na dzieci, aby uzyskać zmianę ich zachowania, które jest
nie do przyjęcia dla rodziców, niż używanie siły rodzicielskiej, aby „zarządzić ograniczenia" lub zakazywać.
RODZICE, KTÓRZY SĄ PRAWDZIWYMI LUDŹMI

Nasze schematyczne „diagramy akceptacji" pomagają rodzicom zrozumieć ich własne nieuniknione odczucia i okoliczności, które wpływają na ciągłą zmianę tych uczuć. Prawdziwi rodzice będą przeżywać w stosunku do swoich dzieci
nie tylko uczucia akceptacji, lecz również braku akceptacji;
ich stosunek do takiego samego zachowania nie może pozo32

stawać zawsze jednakowy; musi się różnić od czasu do czasu.
Powinni (i mogą) nie ukrywać swoich prawdziwych uczuć;
powinni pogodzić się z faktem, że to samo zachowanie jedno
z nich może zaakceptować, drugie - nie; powinni zrozumieć,
że każdy wobec każdego z własnych dzieci będzie odczuwał
różny stopień akceptacji.
Jednym słowem rodzice są ludźmi, a nie bóstwami. Nie
muszą wyrażać akceptacji ustawicznie i bez zastrzeżeń czy
przynajmniej zawsze jednakowo. Nie powinni także udawać,
że akceptują, gdy tak nie jest. Chociaż dzieci niewątpliwie
wolą być akceptowane, mogą przecież konstruktywnie przetwarzać nie akceptujące uczucia swoich rodziców, gdy ci wysyłają jednoznaczne i uczciwe komunikaty, które odpowiadają ich prawdziwym uczuciom. To nie tylko ułatwi dzieciom odczytanie życzenia rodziców, lecz także pomoże każdemu dziecku zobaczyć w każdym z nich prawdziwą osobowość - przejrzystą, ludzką - kogoś, z kim kontakt będzie dla
dziecka istotną wartością.

Rozdział III

JAK SŁUCHAĆ, ŻEBY DZIECI CHCIAŁY
ROZMAWIAĆ?
JĘZYK AKCEPTACJI
Na zakończenie tygodniowvch porad u mnie, piętnastoletnia dziewczyna wstaje z krzesła, przed odejściem stoi
jeszcze chwilę i mówi:
„Dobrze jest móc porozmawiać z kimś o tym, co rzeczywiście odczuwam. Dotychczas z nikim nie rozmawiałam o
tych rzeczach. Nie mogłabym nigdy rozmawiać w ten sposób z moimi rodzicami".
Matka i ojciec szesnastoletniego chłopca, który ma niepowodzenia w szkole pytają mnie:
„Jak doprowadzić do tego, żeby Frankie miał do nas zaufanie? Nie wiemy, co myśli. Wiemy, że nie jest szczęśliwy,
ale nie mamy pojęcia, co się z nim dzieje".
Rozgarnięta, sympatyczna trzynastoletnia dziewczynka,
którą przyprowadzono do mnie bezpośrednio po tym, jak
uciekła z domu z dwiema przyjaciółkami, zrobiła następującą
znamienną uwagę na temat stosunku do swojej matki:
„Doszłyśmy do punktu, gdzie już po prostu nie mogłyśmy
sobie zupełnie nic szczerze powiedzieć, nawet na temat najbardziej drugorzędnych spraw - na przykład zajęć szkolnych. Bałam się, że źle napisałam klasówkę i powiedziałem
jej, że czułem się wtedy niezbyt dobrze. Na to ona powiedziała: A dlaczego to? i była na mnie wściekła. Po prostu
zaczęłam więc kłamać. Nie chciałam kłamać, ale kłamałam i
doszło do tego, że nie miało to dla mnie już właściwie żadnego znaczenia... W końcu było po prostu tak, jak gdyby rozmawiali ze sobą dwaj obcy ludzie - żadna z nas nie okazywała swoich prawdziwych uczuć - tego, co rzeczywiście
myślałyśmy".
To nie są żadne niezwykłe przykłady tego, że dzieci pozostawiają swoich rodziców w niepewności i odmawiają im
udziału w tym, co rzeczywiście przeżywają. Dzieci uczą się,
34

że rozmowa z rodzicami nie pomaga, a często jest niebezpieczna. W rezultacie rodzice przegapiają tysiące okazji, w których mogliby dopomóc swoim dzieciom w ich problemach,
które napotykają w życiu.
Dlaczego tak wielu rodziców jest „spisanych na straty"
przez dzieci jako źródło pomocy? Dlaczego dzieci przestają
rozmawiać ze swoimi rodzicami o sprawach, które stanowią
dla nich rzeczywisty kłopot? Dlaczego tak niewielu rodzicom udaje się utrzymać wobec własnych dzieci postawę gotowości do pomocy? Dlaczego tak niewielu rodziców potrafi
stale być pomocnymi w stosunku do własnych dzieci? Dlaczego dzieci stwierdzają, że jest o wiele łatwiej rozmawiać z
solidnymi zawodowymi doradcami niż z własnymi rodzicami? Co zawodowy doradca robi aż tak inaczej, że jest w stanie nawiązać z dziećmi kontakt przynoszący im pomoc?
W ostatnich latach psychologowie znaleźli kilka odpowiedzi na te pytania. Poprzez badanie i doświadczenie kliniczne
zaczynamy rozumieć konieczne elementy rzeczywiście pomocnych kontaktów. Być może najistotniejszym spośród
nich jest Język akceptacji".
SIŁA JĘZYKA AKCEPTACJI
Kiedy jakiś człowiek przeżywa wobec innego człowieka
prawdziwą, nie fałszowaną akceptację i pozwoli mu ją
odczuć, ma możność stać się dla niego ogromną pomocą.
Jego akceptacja drugiego takiego, jakim jest, stanowi ważny
czynnik w pielęgnowaniu stosunków, które pozwalają drugiemu człowiekowi rosnąć, rozwijać się, przeprowadzać
konstruktywne zmiany, uczyć się rozwiązywać swoje problemy, dochodzić do zdrowia psychicznego, stawać się bardziej
produktywnym i twórczym i urzeczywistniać wszystkie swoje możliwości. Jest to jeden z owych prostych, ale cudownie
pięknych paradoksów życia: kiedy człowiek czuje, że ten
drugi akceptuje go rzeczywiście takim, jaki jest, staje się niezależny i od tej chwili może zacząć zastanawiać się nad tym,
jak chciałby się zmienić, jak mógłby stać się inny i zrealizować więcej z tego, do czego jest zdolny.
Akceptacja jest jak żyzna ziemia, która pozwala drobnemu nasionku rozwinąć się w miły kwiatek, który tkwił w
35

nim w zarodku. Ziemia tylko umożliwia, aby nasionko stało
się kwiatem. Uwalnia zdolność nasienia do wzrostu, ale ta
zdolność tkwi wyłącznie w samym nasieniu. Tak samo jak u
nasienia, zdolność dziecka do rozwoju istnieje wyłącznie w
jego organizmie. Akceptacja jest jak ziemia - tylko umożliwia dziecku urzeczywistnienie jego własnych możliwości.
Dlaczego akceptacja rodziców wywiera tak znaczący pozytywny wpływ na dziecko? Tego rodzice na ogół nie rozumieją. Większość rodziców wychowano w przekonaniu, że
dziecko po prostu pozostaje takie, jakie jest, jeżeli się je
akceptuje; najlepszy sposób, aby pomóc dziecku stać się
czymś lepszym w przyszłości, polega na tym, by mu powiedzieć, czego się w nim nie akceptuje. Przy wychowywaniu
dzieci większość rodziców liczy w wysokim stopniu na brak
akceptacji wyrażający się w słowach i wierzą, że jest to najlepsza metoda pomocy dzieciom. Dla rozwoju własnych
dzieci większość rodziców ma stale w pogotowiu zasadę
obfitującą w oceny, osądy, krytykę, wygłaszanie kazań, moralizowanie, nagany i nakazy, które przekazują brak akceptacji dziecka takiego, jakim jest.
Przypominam sobie słowa trzynastoletniej dziewczynki,
która właśnie zaczęła się buntować przeciw rodzicielskim
pojęciom wartości i normom.
„Mówią mi tak często, jaka jestem zła, jakie głupie są
moje pomysły, jak mało można mieć do mnie zaufania, że
wreszcie po prostu robię jeszcze więcej rzeczy, które im się
nie podobają. Jeśli już są przekonani, że jestem zła i głupia,
mogę równie dobrze dalej tak postępować i po prostu robić
to wszystko".
Ta inteligentna dziewczyna była na tyle mądra, żeby zrozumieć stare powiedzenie: „Mów dziecku dość często, jakie
jest złe, a z pewnością stanie się złe". Dzieci często stają się
tym, co im wmawiają rodzice.
Niezależnie od takiego oddziaływania język braku akceptacji odpycha dzieci. Przestają rozmawiać ze swoimi rodzicami. Uczą się, że jest o wiele wygodniej zatrzymywać dla
siebie swoje uczucia i problemy.
Język akceptacji pozwala dzieciom odtajać. Daje im swobodę dopuszczania do udziału w swoich uczuciach, problemach. Zawodowi konsultanci oraz terapeuci wykazali, jak
36

skuteczna może być ta akceptacja. Najlepsze wyniki osiągają
ci terapeuci i doradcy, którzy ludziom zwracającym się do
nich o pomoc mogą zapewnić poczucie, że są rzeczywiście
akceptowani. Dlatego często słyszy się, jak ludzie mówią, że
podczas porady lub terapii czuli się zupełnie niezależni od
opinii doradcy. Twierdzą, że czuli się aż tak swobodnie, że
mogli opowiedzieć mu o sobie nawet najgorsze rzeczy. Mieli
wrażenie, że doradca zaakceptowałby ich niezależnie od
tego, co powiedzieliby lub odczuliby. Akceptacja tego rodzaju jest jednym z najważniejszych czynników, które przyczyniają się do dalszego rozwoju i przemiany zachodzącej w ludziach dzięki poradnictwu i terapii.
I z drugiej strony dowiedzieliśmy się też od tych „zawodowych przemieniaczy", że sam tylko brak akceptacji zbyt często zamyka ludzi, daje im poczucie, że znajdują się w defensywie, wywołuje niesmak; sprawia, że boją się mówić lub
sami siebie analizować. Część „tajemnicy sukcesu" zawodowego terapeuty w uzyskiwaniu przemiany i rozwoju ludzi
nieprzystosowanych polega na tym, że w jego stosunku do
nich nie ma braku akceptacji, jest natomiast zdolność takiego wyrażania akceptacji, że ten drugi rzeczywiście ją odczuwa.
Współpracując z rodzicami na naszych kursach wychowywania skutecznymi metodami wykazaliśmy, że można nauczyć rodziców tych samych umiejętności, z których korzystają profesjonalni doradcy. Większość rodziców redukuje
bardzo efektywnie częstotliwość komunikatów, które wyrażają brak akceptacji i osiągają zaskakująco wysoki stopień
zręczności w używaniu języka akceptacji.
Kiedy rodzice potrafią okazywać dziecku swoimi słowami
wewnętrzne uczucie akceptacji, są w posiadaniu środków,
które mogą przynieść zadziwiające rezultaty. Mogą mieć
wpływ na to, że dziecko uczy się akceptować i lubić samego
siebie i zdobywać poczucie własnej wartości. Mogą w wysokim stopniu ułatwić mu rozwój i zrealizowanie własnych
możliwości, które otrzymał jako cechy dziedziczne. Mogą
przyśpieszyć jego drogę od zależności do samodzielności i
samostanowienia. Mogą mu pomóc, aby samo rozwiązywało
problemy, które życie nieuchronnie z sobą niesie i mogą dać
mu siłę, aby samo radziło sobie w konstruktywny sposób ze
37

zwykłymi rozczarowaniami i cierpieniami wieku dziecięcego i młodości.
Ze wszystkich następstw akceptacji żadne nie jest tak ważne, jak wewnętrzne poczucie dziecka, że jest kochane. Właśnie to przyjęcie drugiego takim, Jaki jest", stanowi prawdziwy akt miłości; czuć się zaakceptowanym, znaczy czuć
się kochanym. A w psychologii dopiero teraz zaczęliśmy
pojmować olbrzymią moc poczucia, że jest się kochanym.
Może ono przyczyniać się do wzrostu duszy oraz ciała i jest
prawdopodobnie najskuteczniejszą ze znanych nam sił leczących zarówno psychiczne jak i fizyczne niedomagania.
AKCEPTACJĘ NALEŻY OKAZYWAĆ

Fakt, że rodzice odczuwają akceptację w stosunku do dziecka, to jedna rzecz; dać odczuć tę akceptację, to druga rzecz.
Jeśli rodzicielska akceptacja nie dociera do dziecka, nie
może na nie mieć wpływu. Ojciec i matka muszą uczyć się,
jak okazać swoją akceptację, żeby dziecko mogło ją odczuć.
Ta umiejętność wymaga szczególnej wiedzy. Większość
rodziców skłania się, aby uważać akceptację za coś biernego,
za wewnętrzny nastrój, postawę, uczucie. Z pewnością akceptacja pochodzi z wnętrza, ale musi być w sposób aktywny
zakomunikowana lub okazana, aby stać się skutecznym
środkiem wpływu na dziecko. Nigdy nie mogę być pewien,
że ktoś drugi akceptuje mnie, póki nie okaże mi tego w jakiś
zewnętrzny sposób.
Zawodowy psycholog lub psychoterapeuta, którego pomoc jest skuteczna w stopniu bardzo zależnym od umiejętności okazywania pacjentowi akceptacji, spędza całe lata na
uczeniu się metod doskonalących jego własną postawę i sposoby nawiązywania kontaktu i porozumiewania się. Poprzez
metodyczne kształcenie się, długie doświadczenie, profesjonalni doradcy uzyskują szczególną zręczność w wyrażaniu
akceptacji. Przekonują się, że od tego, co mówią, zależy to,
czy pomogą, czy też nie. Rozmowa może uleczyć i rozmowa
może zachęcić do konstruktywnych zmian. Musi to być jednak właściwy sposób prowadzenia rozmowy.
To samo odnosi się do rodziców. Sposób, w jaki rozmawiają z dziećmi, rozstrzyga, czy pomagają, czy też mają
38

wpływ destruktywny. Podobnie jak doradca, każde z rodziców musi uczyć się, jak wyrażać swoją akceptację, i zdobywać tak jak on wiedzę o porozumiewaniu się.
Ludzie na naszych kursach pytają sceptycznie: „Czy taki
laik, jak ja, może zdobyć wiedzę zawodowego doradcy?"
Przed dziesięciu laty powiedzielibyśmy „nie". Wykazaliśmy
jednak na naszych kursach, że większość rodziców może
nauczyć się, jak skutecznie pomagać swoim dzieciom. Dziś
wiemy, że to nie psychologiczna wiedza lub intelektualne
zrozumienie stanowią o tym, czy człowiek jest dobrym doradcą. Zależy to przede wszystkim od tego, czy człowiek
nauczy się rozmawiać z ludźmi w sposób „konstruktywny".
Psychologowie nazywają to „komunikacją terapeutyczną", co oznacza aż tyle, że określone rodzaje komunikatów wywierają na ludzi działanie „terapeutyczne" albo
uzdrawiające. Doprowadzając do tego, że „pacjenci" czują
się lepiej, terapeuci zachęcają ich do mówienia, pomagają
im wyrazić własne odczucia, przyczyniają się do rozwoju
poczucia własnej wartości lub szacunku dla samego siebie,
zmniejszają zagrożenie lub obawę, umożliwiają przeprowadzenie konstruktywnych zmian.
Inne rodzaje rozmów s ą „
n
i
e t e r a p e u t y c z n e " , a nawet de
strukcyjne. Tego rodzaju komunikaty skłaniają ludzi do
przeżywania poczucia winy lub tego, że są osądzani; ograniczają szczerość okazywania uczuć, wywołują poczucie zagrożenia, ożywiają odczucie braku wartości lub zbyt małego
szacunku dla samego siebie oraz przeszkadzają rozwojowi i
konstruktywnym zmianom, gdy równocześnie powodują, że
człowiek tym gwałtowniej broni swojego sposobu zachowania.
Chociaż niektórzy, bardzo nieliczni, rodzice intuicyjnie
posługują się tą wiedzą terapeutyczną, a zatem mają naturalny talent, to jednak większość rodziców musi przebyć dłuższy proces, podczas którego początkowo starają się zapomnieć o swoich destrukcyjnych metodach komunikacji, a następnie muszą uczyć się metod konstruktywnych. To znaczy,
że rodzice muszą najpierw odkryć swoje typowe zwyczaje
porozumiewania się, aby zorientować się, dlaczego ich rozmowa jest destrukcyjna i nie terapeutyczna. Potem trzeba ich
nauczyć nowych metod oddziaływania na dzieci.
39

PRZEKAZYWANIE AKCEPTACJI BEZ SŁÓW
Wysyłamy komunikaty za pomocą wypowiedzianego słowa (to, co mówimy) lub tego, co socjologowie nazywają komunikatami bez słów (to, czego nie mówimy). Komunikaty
bezsłowne przekazuje się poprzez gesty, postawę ciała, wyraz twarzy lub inne sposoby zachowania. Kiedy machacie w
kierunku dziecka prawą ręką z dłonią odwróconą na zewnątrz, jest bardzo prawdopodobne, że dziecko zrozumie te
gesty jako „Idź sobie" lub „Wynoś się" albo „Chciałbym,
żeby mi przez chwilę nie przeszkadzano". Jeśli odwrócicie
dłoń od dziecka i machacie z dłonią zwróconą ku sobie,
dziecko zrozumie te gesty prawdopodobnie jako komunikat
znaczący „Chodź tu", „Chodź bliżej" albo „Chciałbym cię
mieć przy sobie". Pierwszy komunikat przekazywał brak
akceptacji, drugi - akceptację.
NIE WTRĄCANIE SIĘ JAKO ZNAK AKCEPTACJI

Rodzice mogą okazać dziecku akceptację przez nie wtrącanie się w jego działalność. Weźcie na przykład dziecko, które
próbuje zbudować na plaży zamek z piasku. Ojciec lub matka, która zajmuje się swoimi sprawami i zostawia dziecko
samo pozwalając mu robić „błędy" i tworzyć własną, jedyną
w swoim rodzaju konstrukcję zamku (która będzie prawdopodobnie odmienna od rodzicielskiej lub może w ogóle niepodobna do zamku) - ta matka przekazuje bezsłowny komunikat akceptacji. Dziecko odczuje: „To, co robię, jest dobre", „Mój sposób budowania zamku spotyka się z akceptacją", „Mama akceptuje to, co w tej chwili robię".
Kiedy dziecko oddaje się jakiemuś zajęciu, pozostawanie
na uboczu jest czytelną bezsłowną metodą wyrażania akceptacji. Wielu rodzicom brakuje rozeznania, jak często dają
swoim dzieciom do zrozumienia brak akceptacji tylko poprzez wtrącanie się, przeszkadzanie, włączanie się, kontrolowanie, wspólną pracę. Zbyt często dorośli nie pozostawiają
dzieci po prostu w spokoju. Wdzierają się w prywatną sferę
ich pokoi lub wpychają się w ich osobiste i prywatne myśli
mając opory przed przyznawaniem im prawa do samodziel40

nej egzystencji. Często jest to następstwo obaw i niepokojów
samych rodziców, ich własnego uczucia niepewności.
Rodzice chcą, aby dzieci uczyły się („Tak powinien rzeczywiście wyglądać zamek"). Czują się zaniepokojeni, kiedy
dzieci robią błąd („Buduj zamek dalej od wody, aby fala nie
zburzyła jego murów"). Chcą być dumni z osiągnięć swoich
dzieci („Spójrz na ten piękny zamek, który wybudował nasz
Jimmy"). Narzucają dzieciom ścisłe wyobrażenia dorosłych
i słuszne, i fałszywe („Czy twój zamek nie powinien mieć
rowu napełnionego wodą?"). Pielęgnują skrycie ambicje
odnoszące się do dzieci („Ty się nigdy niczego nie nauczysz
tylko bawiąc się przez całe popołudnie"). Przesadnie kłopoczą się o to, co inni myślą o ich dzieciach („Mógłbyś wybudować o wiele lepszy zamek"). Chcieliby odczuwać, że dziecko ich potrzebuje („Pozwól tatusiowi, żeby ci pomógł").
W jakiejś sytuacji, w której dziecko czymś się zajmuje,
nie robienie niczego może dawać wyraźnie do zrozumienia,
że rodzice je akceptują. Wiem z doświadczenia, że rodzice
nie dość często zezwalają na ten rodzaj „bycia sobą". Naturalnie niełatwo przychodzi nastawienie „ręce z daleka".
„Było to pierwsze przyjęcie dla chłopców i dziewcząt, jakie urządzała nasza córka w czasie swego pierwszego roku
nauki w liceum. Przypominam sobie, jak bardzo czułam się
wtedy odtrącona, kiedy mi powiedziała, że moje najbardziej
pomysłowe i konstruktywne propozycje zabawienia jej gości
są całkowicie niepożądane. Dopiero kiedy doszłam do siebie
po lekkiej depresji na skutek prośby, abym trzymała się z daleka, mogłam zrozumieć, w jaki sposób przekazywałam jej
bezsłowne komunikaty o braku akceptacji - «Nie możesz
sama urządzić żadnego udanego przyjęcia», «Potrzebujesz
mojej pomocy», «Nie mam zaufania do twojej opinii», «Nie
jesteś jeszcze doskonałą panią domu», «Mogłabyś popełnić
błąd», «Nie chciałabym, aby to przyjęcie nie udało się»,
itd".
BIERNE SŁUCHANIE JAKO ZNAK AKCEPTACJI

Nie mówienie może również jasno wyrażać akceptację.
Milczenie - „bierne słuchanie" -jest przekonywającym bezsłownym komunikatem i może być zastosowane skutecznie,
41

aby dać człowiekowi poczucie szczerej akceptacji. Zawodowo pomagający wiedzą to bardzo dobrze i podczas swoich
konsultacji robią szeroki użytek z milczenia. Człowiek, który opisuje swoją pierwszą rozmowę z psychologiem lub
doradcą, często stwierdza: „On nie powiedział ani słowa, tylko ja mówiłem" albo: „Opowiedziałem mu o sobie wszystkie okropne rzeczy, ale on ani razu mnie nie skrytykował".
Albo: „Myślałem, że nie będę mógł powiedzieć ani słowa,
ale mówiłem cały czas".
To, co ci ludzie opisują, to ich doświadczenie - najprawdopodobniej pierwsze tego rodzaju przeżycie w rozmowie
z kimś, kto ich słucha. Może to być cudowne doznanie, gdy
milczenie człowieka przynosi komuś poczucie akceptacji.
Doprawdy żadna relacja nie obrazuje tego tak, jak przebieg
pewnego spotkania jednego z rodziców z córką, która właśnie wróciła do domu ze szkoły typu licealnego.
Dziecko: Wezwali mnie dzisiaj do gabinetu dyrektora, gdyż
pan Franks powiedział mu, że gadam na lekcji.
Rodzic: Och?
Dziecko: Nie mogę znieść tego starego zgreda. Siedzi przy
pulpicie i mówi o swoich kłopotach albo o swoich
wnukach i spodziewa się, że to nas będzie interesowało. Nie uwierzyłbyś, jakie to nudne.
Rodzic: Hm - hm - hm.
Dziecko: Po prostu nie można siedzieć podczas lekcji i nic
nie robić! Można oszaleć. Jeannie i ja siedzimy i wygłupiamy się, kiedy on mówi. Jest on po prostu najgorszym
nauczycielem, jakiego można sobie wyobrazić. Doprawadza mnie do wściekłości.
Rodzic: (Milczenie).
Dziecko: U dobrego nauczyciela uczę się dobrze, ale kiedy
mam kogoś takiego, jak pan Franks, po prostu nie
mam w ogóle żadnej chęci do nauki. Dlaczego pozwalają, żeby taki chłop był nauczycielem?
Rodzic: (Wzrusza ramionami).
Dziecko: Może lepiej przyzwyczaję się do tego, bo nie
zawsze będę miała dobrych nauczycieli. Jest więcej złych
niż dobrych i jeżeli będę zadzierała ze złymi, nie dostanę
takich stopni, jakich potrzebuję, żeby dostać się na studia.
Prawdopodobnie sama sobie szkodzę.
42

Ten krótki epizod ukazuje wyraźnie wartość milczenia.
Bierne przysłuchiwanie się umożliwiło dziecku wyjście poza
pierwotną informację o fakcie wezwania do dyrektora. Pozwoliło dziecku przyznać się, dlaczego zostało ukarane,
odreagować złość i nienawistne uczucia wobec nauczyciela i
dojść w końcu do własnego, niezależnego ostatecznego wniosku, że taki sposób zachowania przyniesie szkodę jemu samemu. Dziecko wzrosło w krótkim odcinku czasu, w którym zostało zaakceptowane. Wolno mu było wyrazić swoje
uczucia, otrzymało pomoc do samodzielnego rozpoczęcia
rozwiązywania zaistniałego problemu. Z tego wynikło jego
własne konstruktywne rozwiązanie, choć początkowo tak
nieśmiało podjęte.
Milczenie rodzica umożliwiło ten „moment rozwojowy",
to małe „dodanie wzrostu" na wzór organizmu, w którym
odbywa się proces zmiany w wyniku samostanowienia. Co
za tragedia dla ojca lub matki, jeśli przeoczy sposobność,
żeby przyczynić się do rozwoju swego dziecka, kiedy przerywa jego informację potokiem takich typowych nie akceptujących uwag, jak:
„Co się z tobą stało? Posłali cię do zastępcy dyrektora?
Boże kochany!"
„No, to powinno być dla ciebie nauczką!"
Słuchaj, czy pan Franks jest naprawdę taki zły?"
„Kochanie, musisz po prostu uczyć się po trochu panowania nad sobą".
„Lepiej byłoby, żebyś się nauczył dostosowywać do
wszystkich możliwych nauczycieli".
Wszystkie te wypowiedzi i wiele innych, które formułują
rodzice w sposób charakterystyczny w sytuacjach takich jak
ta, nie tylko przekazywałyby dziecku brak akceptacji, ale
ucinałyby dalsze jego informacje i przeszkadzałyby każdemu
rozwiązaniu problemu z jego strony.
Tak więc nie mówienie jak również nie działanie przekazują akceptację. A akceptacja sprzyja konstruktywnemu rozwojowi i zmianie.

43

AKCEPTACJA PRZEKAZANA SŁOWAMI
Większość rodziców wie, że w ludzkich wzajemnych kontaktach nie można długo pozostawać w milczeniu. Ludzie
pragną jakiegoś wzajemnego wpływania na siebie za pomocą
słów. Jest oczywiste, że rodzice muszą rozmawiać z dziećmi,
a ich dzieci pragną rozmów z nimi, jeśli wzajemne stosunki
mają być bliskie i żywe.
Rozmowa jest istotna, ale rozstrzygające jest to, jak rodzice rozmawiają ze swymi dziećmi. Mogę powiedzieć bardzo
dużo o stosunkach rodziców z dziećmi tylko obserwując sposoby porozumiewania się słowami, jakie panują między rodzicami i dzieckiem, a szczególnie to, jak ojciec lub matka
reaguje na podawanie wiadomości przez dziecko. Rodzice
muszą sprawdzać, jak reagują słownie na dzieci, gdyż tu
znajduje się klucz do skuteczności wpływu rodziców.
Na naszych kursach przeprowadzamy pewne ćwiczenie,
aby pomóc rodzicom w rozeznaniu się, jakim rodzajem słownych odpowiedzi posługują się, kiedy ich dzieci przychodzą do nich z wrażeniami i problemami. Jeśli państwo
chcieliby zaraz wypróbować to ćwiczenie, nie potrzebujecie
niczego oprócz czystej kartki papieru i ołówka lub długopisu. Proszę wyobrazić sobie, że wasze piętnastoletnie dziecko
oznajmia pewnego wieczoru przy stole:
Szkoła jest do niczego. Wszystko, czego tam uczą, to
kupa nieważnych faktów, z których nic się nie ma. Postanowiłem nie studiować. Nie potrzeba wyższego wykształcenia,
żeby zostać kimś. Jest mnóstwo innych możliwości, żeby sobie poradzić w życiu".
Teraz proszę napisać na papierze dokładnie, jak zareagowalibyście słownie na tę wypowiedź. Notujcie państwo swoją werbalną komunikację - ściśle te słowa, których użylibyście w odpowiedzi na taką wypowiedź swojego dziecka.
Gdy to uczyniliście, wypróbujcie to w innej sytuacji. Wasza
dziesięcioletnia córka mówi do was:
„Nie wiem, co z sobą zrobić. Ginny zawsze mnie lubiła,
ale mnie już nie lubi. Nie przychodzi tutaj bawić się ze mną.
A kiedy ja idę do niej, bawi się zawsze z Joyce, obie bawią
się razem i jest im przyjemnie, a ja stoję zawsze sama na
boku. Nienawidzę ich obu".
44

Proszę znów napisać, co powiedzielibyście swojej córce w
odpowiedzi na tę wypowiedź. A teraz inna sytuacja, w której
wasze jedenastoletnie dziecko mówi do was:
„Jak to jest, że ja muszę utrzymywać porządek na podwórku i wynosić śmiecie do pojemnika? Matka Johnny'ego
nie wymaga od niego tego wszystkiego. Ty nie jesteś sprawiedliwa. Dzieci nie powinny tak dużo pracować. Nikt nie
jest zmuszany robić tak dużo jak ja".
Zapiszcie swoją odpowiedź. Ostatnia sytuacja. Wasz pięcioletni syn jest coraz bardziej sfrustrowany, kiedy po kolacji
nie udaje mu się zwrócić na siebie uwagi matki, ojca i ich gości - czworo dorosłych rozmawia z zapałem po długiej rozłące, odnawiają swoją przyjaźń. Nagle jest pani przerażona,
kiedy pani mały chłopiec zaczyna krzyczeć głośno:
„Jesteście wszyscy kupą brudnych, starych, wstrętnych
śmierdzących trepów. Nienawidzę was".
Znów proszę dokładnie napisać, co pani powiedziałaby na
tę jednoznaczną wypowiedź. Różne rodzaje waszych reakcji
na te wypowiedzi można podzielić na kategorie. Istnieje tylko około tuzina rozmaitych kategorii, pod które podpadają
słowne wypowiedzi rodziców. Są one przedstawione poniżej.
Proszę wziąć odpowiedzi, które napisaliście na kartce, i
spróbujcie zaliczyć każdą z nich do tej kategorii, która jest
dla niej najbardziej stosowna.
1. Rozkazywać, zarządzać, komenderować.
Mówić dziecku, że powinno coś zrobić, dawać mu dyspozycję lub rozkaz:
„Jest mi obojętne, co robią inni rodzice. Ty musisz wykonywać prace domowe".
„Nie odzywaj się tak do swojej matki!"
„Wracaj i baw się z Ginny i Joyce".
„Przestań się skarżyć!"
2. Ostrzegać, upominać, grozić.
Mówić dziecku, jakie będą następstwa, kiedy coś zrobi:
„Kiedy to zrobisz, będzie ci przykro!"
„Jeszcze jedna taka uwaga jak ta i opuścisz pokój!"
„Dałbyś temu spokój, gdybyś wiedział, co jest dobre dla ciebie".
45

3. Perswadować, moralizować, wygłaszać kazania.
Mówić dziecku, co musiałoby lub powinno zrobić:
„Nie powinieneś tak się zachowywać".
„Powinieneś... "
„Musisz zawsze okazywać szacunek dorosłym".
4. Radzić, dyktować rozwiązania lub robić propozycje.
Mówić dziecku, jak rozwiązuje się ten problem, radzić mu
lub dawać propozycje, dostarczać mu odpowiedzi lub rozwiązania:
„Dlaczego nie zaprosisz razem Ginny i Joyce, żeby tu się bawiły?"
Poczekaj jeszcze parę lat, zanim zdecydujesz, czy pójść na
uniwersytet".
„Proponuję, żebyś to omówił ze swoimi nauczycielami".
„Idź i zaprzyjaźnij się z kilkoma innymi dziewczynkami".
5. Robić wyrzuty, pouczać, przytaczać logiczne argumenty.
Próbować wpłynąć na dziecko przy pomocy faktów, argumentów przeciwnych, logiki, informacji lub własnych poglądów:
„Studia mogą stać się najpiękniejszym przeżyciem, jakiego
kiedykolwiek doświadczysz".
„Musimy kiedyś rozpatrzyć perspektywy różnych zawodów".
„Dzieci muszą uczyć się, jak żyć w zgodzie ze sobą nawzajem".
„Kiedy dzieci uczą się w domu przyjmować odpowiedzialność, wyrosną z nich dojrzali ludzie z poczuciem odpowiedzialności".
„Zastanów się choć raz nad tym, że twoja matka potrzebuje
pomocy w domu".
„Kiedy byłam w twoim wieku, musiałam robić dwa razy
tyle, co ty".
6. Osądzać, krytykować, sprzeciwiać się, obwiniać.
Do negatywnego osądu lub oceny dziecka należą zdania:
„Ty nie myślisz logicznie".
„To nie jest dojrzały punkt widzenia".
46

„Zupełnie nie masz racji".
„Jestem zupełnie innego zdania niż ty".
7. Chwalić, aprobować.
Okazywać pozytywny osąd lub ocenę dziecka, potakiwać:
„Teraz widzę, że jesteś miły".
„Masz możność czegoś dokonać".
„Stwierdzam, że masz rację".
„Jestem tego samego zdania".
8. Zwymyślać, ośmieszyć, zawstydzić.
Narzucać dziecku poczucie, że jest głupie, zaliczać je do jakiejś kategorii, zawstydzać je:
„Jesteś źle wychowany bachor".
„Słuchaj, panie przemądrzały".
„Zachowujesz się jak dzikie zwierzę".
„Pięknie, niemowlaku".
9. Interpretować, analizować, stawiać diagnozy.
Mówić dziecku, jakie ma motywy, lub analizować, dlaczego
coś robi lub mówi, dać mu do zrozumienia, że się je przejrzało i doszło do rozpoznania:
„Ty jesteś tylko zazdrosna o Ginny".
„Mówisz to, żeby mnie nastraszyć".
„W rzeczywistości sam w to wszystko nie wierzysz".
„Masz to poczucie, bo w szkole nic nie robisz".
10. Uspokajać, współczuć, pocieszać, podtrzymywać.
Spróbować doprowadzić dziecko do tego, żeby się lepiej poczuło, próbować wyperswadować mu jego uczucia, rozproszyć jego obawy, złagodzić gwałtowność jego uczuć:
Jutro inaczej będziesz o tym myślał".
„Wszystkie dzieci przechodzą przez to czasem.
„Nie martw się, wszystko będzie dobrze '.
„Przy twoich zdolnościach mógłbyś być świetnym uczniem".
„Wpierw też tak myślałem".
„Wiem, szkoła może być czasem trochę nudna".
„Z innymi dziećmi zgadzasz się przecież bardzo dobrze".
47

11. Badać, wypytywać, indagować.
Próbować znaleźć podstawy, motywy, przyczyny, szukać
dalszych informacji, które pomogą rozwiązać problem:
„Kiedy miałeś to poczucie po raz pierwszy?"
„Dlaczego myślisz, że nienawidzisz szkoły?"
„Czy dzieci mówiły ci kiedyś, dlaczego nie chcą się z tobą
bawić?"
„Z iloma dziećmi rozmawiałeś o pracy, którą one wykonują?"
„Kto ci tę myśl wbił do głowy?"
„Co będziesz robił, jeśli nie pójdziesz na uniwersytet?"
12. Odciągać uwagę, kierować w inną stronę, rozweselać,
zabawiać.
Próbować odciągnąć dziecko od problemu; samemu odwrócić uwagę od problemu; skierować dziecko w inną stronę;
potraktować rzecz żartobliwie; odsunąć problem na bok:
„Po prostu już o tym nie myśl".
„Nie mówmy o tym przy stole".
„Chodź, porozmawiajmy o przyjemniejszych rzeczach".
„Ja to wszystko już wcześniej przeszedłem".
Jeśli możecie każdą ze swych odpowiedzi zaklasyfikować
do jednej z powyższych kategorii, jesteście prawie „typowymi" rodzicami. W przypadku, jeśliby któraś z waszych
odpowiedzi nie pasowała do żadnej z dwunastu kategorii,
zachowajcie ją, aż później będziemy omawiać jeszcze kilka
rodzajów odpowiedzi na wypowiedź dzieci. Może będzie
pasować do któregoś z nich.
Kiedy rodzice robią to ćwiczenie na naszych kursach więcej niż 90% odpowiedzi większości rodziców pasuje do tych
dwunastu kategorii. Ta zgodność zdumiewa większość matek i ojców. W dodatku większości z nich nikt nigdy nie
zwrócił uwagi na to, jak rozmawiają ze swymi dziećmi, jakimi formami komunikacji posługują się, kiedy reagują na
odczucia i problemy swoich dzieci.
Ktoś spośród rodziców pytał ciągle: „Więc pięknie, skoro
teraz wiemy, jak rozmawiamy, co z tego? Czego powinniśmy
nauczyć się ze zrozumienia, że wszyscy posługujemy się typowymi dwunastoma kategoriami?"
48

„TYPOWA DWUNASTKA"

Aby zrozumieć, jakie wrażenia wywierają na dzieciach
odezwania mieszczące się w „typowych dwunastu" lub jaki
wpływ mają na stosunki między dzieckiem i rodzicami, trzeba najpierw pokazać rodzicom, że ich słowne odpowiedzi
zawierają więcej niż jedno znaczenie lub komunikat. Dziecku, które właśnie pożaliło się, że przyjaciółka nie chce go
lub nie chce się z nim bawić, powiedzenie na przykład: „Radzę ci, żebyś spróbowała lepiej obchodzić się z Ginny, wtedy
może będzie chciała bawić się z tobą", przekaże dziecku o
wiele więcej niż prostą „treść" twojej rady. Dziecko może w
niej „usłyszeć" jakąś jedną lub wszystkie ukryte w niej wypowiedzi:
„Ty nie akceptujesz takiego mojego poczucia, dlatego
chcesz, żebym się zmieniła".
„Nie spodziewasz się po mnie, że sama uporam się z tym
problemem".
„Więc jesteś przekonana, że to moja wina".
„Sądzisz, że nie jestem tak rozsądna jak ty".
„Myślisz, że robię coś złego lub fałszywego".
Lub kiedy dziecko mówi: „Nie znoszę szkoły i wszystkiego, co jest z nią związane", a ty odpowiadasz: „Ach, kiedyś
wszyscy narzekaliśmy na szkołę, wyrośniesz z tego", wtedy
dziecko wyciągnie dodatkowe wnioski - komunikaty:
„Uważasz moje odczucia za niezbyt ważne".
„Nie możesz zaakceptować mnie razem z moimi odczuciami".
„Mam poczucie, że to nie szkoła jest winna, ale ja".
„Więc nie bierzesz mnie bardzo poważnie".
„Masz poczucie, że mój sąd o szkole jest niesłuszny".
„Wydaje się, że jest ci obojętne, co ja czuję".
Kiedy rodzice mówią coś do dziecka, często mówią jednocześnie o dziecku. Dlatego wypowiedź robi takie wrażenie
na dziecku jako osobie, a ostatecznie wpływa na związki
między rodzicami i dzieckiem. Za każdym razem, kiedy rozmawiacie z dzieckiem, dokładacie nową cegiełkę do budowy gmachu wzajemnych stosunków między wami i nim. I
każda wypowiedź mówi coś dziecku o tym, co o nim myślicie. Stopniowo powstaje obraz tego, jak widzicie dziecko
49

jako osobę. Rozmowa może być konstruktywna dla dziecka i
jego związków z rodzicami lub może być destruktywna.
Pomagamy rodzicom zrozumieć, w jaki sposób „typowa
dwunastka" może być destruktywna, poprzez prośbę, aby
sobie przypomnieli swoje własne reakcje, kiedy powierzali
przyjacielowi swoje uczucia. Rodzice na naszych kursach
stale informują, że „typowa dwunastka" w większości okazji
ma destruktywne działanie na nich lub na ich stosunki z
osobą, której opowiadają swoje kłopoty. Oto kilka przykładów oddziaływania, które podali rodzice.

„Nie pozwalają mi nic więcej powiedzieć, zamykają mi
usta".
„Zmuszają mnie do obrony, wywołują mój upór".
„Skłaniają mnie do walki, do podjęcia kontrataku".
„Wywołują we mnie poczucie nieudolności i niższości".
„Powstaje we mnie bunt i gniew. "
„Wywołują we mnie poczucie winy lub zła".
„Wywołują we mnie uczucie, że będę zmuszona zmienić się,
że nie zostanę zaakceptowana taka, jaka jestem".
„Dają mi odczuć, że trzeba się mną opiekować, jak gdybym
była dzieckiem".
„Dają mi odczuć, że nie jestem zrozumiany".
„Dają mi odczuć, że moje wrażenia są nieuzasadnione".
„Czuję, że nie pozwolono mi dokończyć".
„Dają mi poczucie frustracji".
„Dają mi odczuć, że jestem poddana przesłuchaniu w krzyżowym ogniu pytań".
„Dają mi poczucie, że słuchającego po prostu nic nie obchodzą moje sprawy".
Rodzice na naszych kursach natychmiast pojmują, że jeśli
„typowa dwunastka" działa w ten sposób na nich w ich stosunkach z innymi, to prawdopodobnie działa w ten sam sposób na ich dzieci.
I mają rację. Te bowiem sposoby słownych odpowiedzi są
tymi właśnie, których zawodowi terapeuci i doradcy nauczyli radzą unikać w swojej pracy z dziećmi. Te formy odpowiedzi s ą potencjalnie „
n
i
e t e r a p e u t y c z n e " lub destrukt
Fachowcy uczą się, aby podejmować inne sposoby odpowiadania na dziecięce wypowiedzi. Owe nowe sposoby wydają
50

się kryć o wiele mniejsze niebezpieczeństwo spowodowania,
że dziecko przestaje mówić, że ma poczucie winy lub nieudolności, że czuje się poniżone, zagrożone we własnej
godności, że jest zmuszone do obrony, że wyzwala się w nim
gniew, że czuje się nieakceptowane itp. W uzupełnieniu
tej książki dajemy wykaz tych „typowych dwunastu" odpowiedzi i zajmujemy się bliżej destrukcyjnym działaniem,
które może mieć każda z nich.
Kiedy rodzice pojmą, jak często posługują się „typową
dwunastką", pytają stale z jednakową niecierpliwością: „Jak
możemy inaczej reagować?" „Jakie istnieją inne możliwości?" Większość rodziców nie przewiduje żadnych innych
odpowiedzi, ale jest kilka.
PROSTE AUTOMATY
DO OTWIERANIA DRZWI
Jednym z najskuteczniejszych i najbardziej konstruktywnych sposobów odpowiadania na wypowiedzi dzieci dotyczące odczuć lub problemów jest - jak to umownie nazwaliśmy - „automat do otwierania drzwi" lub zaproszenie, by
więcej powiedzieć. Istnieją odpowiedzi, które nie przekazują
żadnych osobistych myśli, sądów lub uczuć słuchacza, a jednak wzywają dziecko, aby pozwoliło wziąć udział w jego
własnych myślach, sądach lub uczuciach. Otwierają mu
drzwi, zachęcają je do mówienia. Najprostszymi z nich są
tak niezobowiązujące odpowiedzi, jak:
„Aha".
„Och!"
„Hm... hm... "
„Interesujące".
„Rzeczywiście".
„Serio?!"
„Ty to zrobiłeś, co?"
„Doprawdy?"
Inne trochę wyraźniej przekazują zachętę do mówienia
lub mówienia więcej:
„Opowiedz mi o tym!"
51

„Chciałbym coś o tym usłyszeć".
„Interesowałby mnie twój punkt widzenia".
„Chciałbyś o tym pomówić?".
„Porozmawiajmy sobie o tym".
„Opowiedz mi całą historię".
„Mówże, słucham!".
„To brzmi, jak gdybyś miał o tym coś do powiedzenia".
„To wydaje się być czymś dla ciebie bardzo ważnym".
Te otwieracze drzwi lub zachęty do mówienia mogą bardzo ułatwić drogę do komunikacji. Pobudzają drugiego człowieka, żeby zaczął mówić albo żeby mówił dalej. Prócz tego
„zostawiają mu piłkę". Nie działają tak, jak gdyby zabierały
mu piłkę, jak to czynią wasze własne wypowiedzi, kiedy np.
pytacie, radzicie, pouczacie, moralizujecie itd. Te otwieracze drzwi wyłączają wasze własne uczucia i myśli z procesu
komunikacji. Odpowiedzi dzieci i młodzieży na te proste
otwieracze zaskoczą rodziców. Młodzi ludzie czują się zachęceni, aby się zbliżyć, otworzyć i dosłownie zalewają was
swymi myślami i odczuciami. Podobnie jak dorośli, i młodociani chcą chętnie rozmawiać i robią to zwykle, gdy ich ktoś
do tego zachęca.
Te otwieracze drzwi przekazują też dziecku akceptację i
szacunek dla jego osoby, kiedy wyrażają odpowiednio:
„Masz prawo wyrażać to, co czujesz".
„Szanuję cię jako osobę myślącą i czującą".
„Mógłbym się od ciebie czegoś nauczyć".
„Chciałbym naprawdę usłyszeć, jakie jest twoje stanowisko".
„Twoje myśli są warte, żeby je usłyszeć".
„To mnie interesuje".
„Chciałbym nawiązać z tobą kontakt, żeby cię lepiej poznać".
Na tego rodzaju nastawienie któż nie zareaguje przychylnie? Który dorosły nie odczuje tego jako korzystne, gdy
może poczuć się cenionym, poważanym, znakomitym, zaakceptowanym, interesującym? Nie inne są dzieci. Zaproście je
słownie do otwarcia się, a następnie szybko uchylcie się unikając ich silnej ekspresji i chęci rozmowy. Moglibyście nauczyć się przy tym też coś o nich i o samych sobie.
52

CZYNNE SŁUCHANIE
Istnieje jeszcze inna forma odpowiedzi na wypowiedzi
młodych ludzi, która jest nieskończenie skuteczniejsza niż
„otwieracze drzwi", przy których chodzi tylko o zachętę do
mówienia. Otwieracie dziecku drzwi do mówienia. Jednak
rodzice muszą uczyć się, jak utrzymać te drzwi otwarte.
Czynne słuchanie stanowi godną uwagi sztukę nawiązywania kontaktu „nadawcy" z „odbiorcą" o wiele skuteczniejszą niż bierne słuchanie (milczenie). Przy tym nie tylko
odbiorca", ale i „nadawca" jest czynny. Jednak aby się
nauczyć, jak słuchać czynnie, muszą rodzice zazwyczaj więcej wiedzieć o procesie komunikacji pomiędzy dwojgiem ludzi. Pomoże przy tym kilka diagramów.
Zawsze, gdy dziecko postanawia nawiązać kontakt słowny
ze swoimi rodzicami, czyni to dlatego, że odczuwa taką potrzebę. Zawsze tak się zdarza, kiedy coś dzieje się w jego
wnętrzu. Chciałoby czegoś, czuje się nieswojo, odczuwa coś
z jakiegoś powodu lub czymś się denerwuje - mówimy wtedy, że organizm dziecka znajduje się w pewnego rodzaju zakłóconej równowadze. Aby wprowadzić znowu organizm w
stan równowagi, dziecko postanawia mówić. Powiedzmy, że
dziecko odczuwa głód.
DZIECKO

Aby uwolnić się od głodu (stanu zakłóconej równowagi),
dziecko staje się „nadawcą" i przekazuje to, co jak sądzi mogłoby mu przynieść pożywienie. Nie jest ono w stanie przekazać tego, co dzieje się w nim faktycznie (swojego głodu),
gdyż głód jest złożonym następstwem procesów fizjologicznych, które mają miejsce we wnętrzu organizmu, gdzie
muszą pozostać na stałe. Aby kogoś innego zawiadomić o
swoim głodzie, musi ono wybrać sygnał tego rodzaju żeby,
jak sądzi, mógł dla drugiego człowieka znaczyć Jestem głodny". Ten przebieg wyboru nazywa się „szyfrowaniem" dziecko poszukuje kodu.
53

DZIECKO

Chcemy powiedzieć, że jakieś konkretne dziecko wybiera
kod mówiąc np.:
„Kiedy kolacja będzie gotowa, mamusiu?" Ten kod lub to
połączenie symboli werbalnych zostanie potem wysłany w
atmosferę, gdzie odbiorca (matka) mógłby go złapać.
DZIECKO

Kiedy matka otrzyma zaszyfrowaną wypowiedź, musi przepracować ją w procesie odszyfrowania, aby mogła zrozumieć
jej znaczenie w sensie tego, co dzieje się w dziecku.
DZIECKO

Jeśli matka rozszyfruje właściwie, zrozumie, że dziecko jest
głodne. Jeśli jednak zdarzy się, że matka błędnie rozszyfruje
wypowiedź myśląc, że dziecko chciałoby zjeść, aby wyjść i
móc się pobawić przed pójściem do łóżka, wtedy zrozumiałaby je źle; proces komunikacji załamałby się. Ale tu leży
trudność - dziecko nie wie tego, tak samo jak i matka, gdy
dziecko nie może tak samo odczytać myśli we wnętrzu matki, jak matka nie może przeniknąć myśli dziecka.
To jest to, co w procesie komunikacji między dwiema osobami przebiega błędnie: ze strony odbiorcy dochodzi do nieporozumienia w stosunku do wypowiedzi nadawcy i żadna z
dwu osób nie wie, że nastąpiło nieporozumienie.
54

Przyjmijmy jednak, że matka postanawia sprawdzić słuszność swego rozszyfrowania, tylko aby się upewnić, że źle
nie zrozumiała. Może to zrobić, jeśli faktycznie powie dziecku, co myśli - poda rezultat swojego rozszyfrowania:
„Chciałbyś jeszcze trochę pobawić się na podwórku przed
pójściem do łóżka". Teraz, kiedy dziecko słyszy „sygnał
zwrotny" matki, może powiedzieć jej, że rozszyfrowała fałszywie:
Dziecko: Nie, tego nie miałem na myśli, mamo. Myślałe

Podobne prace

Do góry