Ocena brak

Wojny krzyżowe i przewaga papieży

Autor /vvv Dodano /14.03.2011

Nie od rzeczy będzie wspomnieć,  że Karol Wielki korespondował z kalifem Harun-al-Raszydem, tym z Tysiąca i jednej Nocy. Opowiadają,  że Harun-al-Raszyd wysłał ambasadorów z Bagdadu — który zamiast Damaszku stał sio teraz stolicą muzułmaństwa — i dał im wspaniały namiot, zegar wodny, słonia i klucze od Grobu  Świętego.

To wszystko dla Karola Wielkiego, którego uważał za swego przyjaciela. Zwłaszcza klucze były dobrze pomyślane, aby pokłócić Bizancjum z tym nowym  świętym rzymskim cesarstwem: oto, kto jest właściwym protektorem chrześcijan w Jerozolimie. Te prezenty przypominają nam raz jeszcze,  że kiedy Europa w IX w. była krajem bezładu, wojny i rozbojów, w Egipcie i Mezopotamii kwitło wielkie państwo arabskie, znacznie bardziej cywilizowane. Tu jeszcze żyła literatura i nauka, kwitły sztuki, a umysł ludzki mógł się poruszać swobodnie, bez lęku ni przesądów. A nawet w Hiszpanii i w Afryce północnej, gdzie panowanie Saracenów było bliskie nierządu politycznego, istniało tęgie  życie umysłowe. W czasach tej ciemnoty europejskiej Żydzi i Arabowie rozczytywali się w Arystotelesie i roztrząsali jego nauki. Oni jedni strzegli zaniedbanego siewu wiedzy i filozofii. Północno-wschodnie części państwa kalifów zajmował szereg plemion tureckich. Plemiona te, świeżo nawrócone na islam, oddane były nowej wierze z większą prostotą i  żarliwością, niż ruchliwsze umysły Arabów i Persów na południu.

W w. X, gdy potęga Arabów rozdrabnia się i upada, Turcy stają się coraz silniejsi. Stosunek Turków wobec kalifatu przybiera formy podobne do tego, jaki łączył Medów z ostatnim państwem babilońskim, czternaście wieków przedtem. W w. XI grupa plemion tureckich, mianowicie Seldżukowie, wchodzi do Mezopotamii i uznaje kalifa za swego pana, właściwie zaś czyni go jeńcem i sługą. Seldżukowie podbili Armenię, potem uderzyli na resztki posiadłości bizantyńskich w Azji Mniejszej. W 1071 armia bizantyńska poniosła ostateczną klęską pod Malasgird, Turcy zaś posunęli się naprzód, tak że nie pozostało ani śladu władztwa bizantyńskiego w Azji. Zajęli twierdzę Niceę, tuż naprzeciw Konstantynopola, i przygotowywali się do zdobycia miasta. Cesarz bizantyński, Michał VII, był w rozpaczy. Miał już bowiem wojnę z bandą normandzkich awanturników, którzy zajęli Durazzo, i z dzikim ludem tureckim, Peczenigami, którzy grasowali nad Dunajem. W tym położeniu szukał pomocy gdzie mógł i jest rzeczą znamienną,  że nie zwrócił się do cesarza zachodniego, lecz cło rzymskiego papieża, jako do głowy chrześcijaństwa  łacińskiego. Pisał do papieża Grzegorza VII, a jego następca, Aleksy Komnenus, pisał z jeszcze większym naleganiem do Urbana II.

Nie upłynęło wtedy jeszcze nawet  ćwierć wieku od rozłamu między  łacińskim a greckim Kościołem. Te rozterki tkwiły żywo w pamięci ludzkiej i papież ocenił sytuację Bizancjum jako nader dogodną sposobność do rozciągnięcia supremacji Kościoła  łacińskiego nad odstępczymi Grekami. Była to również dla papieża sposobna chwila do załatwienia dwu innych rzeczy, które niemało nękały zachodnie chrześcijaństwo.

Jedną z nich był obyczaj „wojny prywatnej”, który rozprzęgał  życie społeczne, a drugą nadmierna, nie znajdująca ujścia energia wojenna dolno-Niemców i chrześcijańskich Normanów, a w szczególności Franków i Normandów. Ogłoszono tedy wojnę religijną, krucjatę, przeciw tureckim zdobywcom Jerozolimy i zawieszenie broni między wszystkimi chrześcijanami (1095). Celem wyprawy miało być odebranie Grobu Świętego z rąk niewiernych. Człowiek pewien, imieniem Piotr Pustelnik, werbował po Francji i Niemczech ludzi do owej armii, w sposób bardzo demokratyczny. Bosy, w nędznym przyodziewku, jechał na ośle, niosąc wielki krzyż i przemawiał do tłumów na ulicy, na rynku lub w kościele. Wskazywał na okrucieństwa, jakich Turcy mieli się dopuścić na pielgrzymach chrześcijańskich, i na hańbę Grobu Świętego pozostającego w rękach niechrześcijańskich. Odpowiedź na jego słowa była owocem nauki chrześcijańskiej, wpajanej od kilku stuleci.

Wielka fala entuzjazmu zaszumiała nad światem zachodnim i objawiło się chrześcijaństwo mas ludowych. Było rzeczą dotychczas w historii nieznaną, żeby szerokie warstwy prostego ludu powstały do walki w imię, jakiejś jednej idei. Nic podobnego w poprzedniej historii Rzymu, Indii lub Chin. W mniejszym stopniu podobne ruchy zdarzały się wśród ludu żydowskiego, po jego oswobodzeniu z niewoli babilońskiej, a później islam miał budzić takie objawy uczuć zbiorowych. Takie ruchy pozostawały bez wątpienia w związku z nowym duchem, który wniosły na świat religie oparte na misjonarstwie. Prorocy hebrajscy, Jezus i jego uczniowie, Mani, Mahomet — wszyscy oni byli przewodnikami indywidualnych dusz ludzkich. Sumienie jednostki postawili twarzą w twarz wobec Boga. Przedtem zaś religia była raczej sprawą fetysza, pseudowiedzy, niż sumienia. Religia starego typu obracała się dookoła  świątyni, wtajemniczonego kapłana i mistycznej ofiary, a człowiekiem rządziła jak niewolnikiem — przez postrach. Religia nowego typu z niewolnika uczyniła człowieka.

Głoszenie pierwszej wojny krzyżowej po raz pierwszy w historii Europy poruszyło masy ludowe. Byłoby to za wiele, gdybyśmy ten fakt nazwali narodzinami nowoczesnej demokracji, lecz niewątpliwie w tym właśnie czasie obudziła się nowoczesna demokracja. Niebawem ujrzymy, jak się budzi po raz drugi, aby wszcząć najbardziej kłopotliwe kwestie socjalne i religijne. To pierwsze obudzenie się demokracji miało koniec bardzo  żałosny. Znaczne oddziały prostego ludu, bandy raczej niż armie, wysłano na wschód z Francji, Nadrenii i Europy środkowej, bez odpowiednich dowódców i  bez wyekwipowania i kazano im odbierać Grota Święty. Była to tzw. „ludowa krucjata”.

Dwie wielkie gromady zabłąkały się do Węgier, wzięły świeżo nawróconych Madziarów za pogan, poczęły szerzyć spustoszenie i zostały wycięte w pień. Trzecia gromada, równie zbałamucona, dokonała najpierw wielkiego pogromu  Żydów w Nadrenii, po czym ruszyła na wschód i została wyrżnięta na Węgrzech. Dwie inne bandy, pod wodzą samego Piotra Pustelnika, dotarły do Konstantynopola, przeprawiły się przez Bosfor i zginęły pod nożami tureckich Seldżuków. Tak się zaczął i tak skończył ten pierwszy samoistny ruch europejskiego ludu. W następnym roku (1097) przeszły Bosfor prawdziwe wojska. Z ducha i z dowództwa byli to Normanowie. Zdobyli Niceę i ruszyli do Antiochii mniej więcej tą samą drogą, którą szedł czternaście wieków temu Aleksander Wielki.

Oblężenie Antiochii zabrało im rok czasu, a w czerwcu 1099 stanęli pod Jerozolimą, którą zdobyli po miesięcznym oblężeniu. Rzeź była okropna. Kopyta końskie grzęzły we krwi zalewającej ulice. Z nastaniem nocy 15 lipca krzyżowcy przebili się do Świętego Grobu: krwią splamieni, upadający ze znużenia i „szlochający z nadmiaru radości”, uklękli do modlitwy. Natychmiast znów wybuchła dawna waśń Greków i  Łacinników. Krzyżowcy byli sługami Kościoła łacińskiego, i grecki patriarcha w Jerozolimie znalazł się w znacznie gorszym położeniu pod rządami triumfujących  Łacinników niż Turków. Krzyżowcy stanęli między Turkami a Bizantyńczykami, wrodzy jednym i drugim. Spora część  AZJI  Mniejszej wróciła do cesarstwa bizantyńskiego, a książęta  łacińscy utworzyli wraz z Jerozolimą szereg buforowych państewek między Turkami a Grekami; Edessa syryjska była z tych księstw najważniejsza. Ale były one bardzo niepewne i w r. 1144 Edessa znów przeszła w ręce muzułmanów. To doprowadziło do drugiej, mało skutecznej krucjaty, która nie odebrała Edessy, ale ocaliła Antiochię od podobnego losu.

W 1169 zjednoczył wszystkie siły islamu kurdyjski awanturnik Saladyn, który stał się panem Egiptu. Ogłosił  świętą wojną przeciw chrześcijanom, odbił Jerozolimą w 1187 i w ten sposób wywołał trzecią krucjatę. Tym razem nie udało się zdobyć Jerozolimy. W czwartej krucjacie (1202—4) Kościół  łaciński otwarcie wystąpił przeciw cesarstwu greckiemu i nikt nawet nie myślał walczyć z Turkami. Wyprawa krzyżowa wyruszyła z Wenecji i w 1204 zdobyła Konstantynopol. Tej awanturze przewodniczyła Wenecja, świetnie rozwijające się wielkie miasto handlowe, Wenecjanie zagarnęli większość wybrzeży i wysp należących do cesarstwa bizantyńskiego. Cesarz „łaciński” (Baldwin z Flandrii) osiadł w Konstantynopolu i ogłoszono, że oba kościoły, grecki i  łaciński, jednoczą się ze sobą na nowo.

Cesarze  łacińscy panowali w Konstantynopolu od 1204 do 1261, w którym to roku świat grecki ponownie strząsnął z siebie hegemonię Rzymu. Wiek XII i początek XIII był wiekiem przewagi papieży, jak XI był wiekiem przewagi Seldżuków, a X Normanów. Zjednoczenie chrześcijaństwa pod władzą papieży zdawało się wówczas być bliższe rzeczywistości niż kiedykolwiek przedtem lub potem. W tych czasach prosta wiara chrześcijańska była czymś istotnie żywym, ogarniającym wielkie obszary Europy. Sam Rzym przeszedł ciemne i upokarzające okresy; niewielu się znajdzie pisarzy, którzy by chcieli usprawiedliwić żywot takiego papieża Jana XI lub Jana XII z dziesiątego wieku: były to wstrętne typy; ale serce i ciało łacińskiego chrześcijaństwa pozostało surowe i proste: ogół księży, mnichów i mniszek prowadził życie przykładne i bogobojne. Potęga Kościoła opierała się na kapitale zaufania, jaki gromadziły takie  żywoty. W rzędzie wielkich papieży przeszłości stał Grzegorz Wielki, Grzegorz I (590—604) i Leon III (795—816), który namówił Karola Wielkiego do przyjęcia tytułu cesarza i ukoronował go wbrew jego woli.

Pod koniec w. XI powstał wielki duchowny mąż stanu, Hildebrand, który umarł jako papież Grzegorz VII (1073—1085). Drugim z kolei jego następcą był Urban II (1087—1099), papież pierwszej wojny krzyżowej. Ci dwaj byli założycielami owego okresu wielkości papiestwa, w którym papieże panowali nad cesarzami. Od Bułgarii do Irlandii i od Norwegii do Sycylii i Jerozolimy rozciągała się władza papieża. Grzegorz VII zmusił cesarza Henryka IV do ukorzenia się przed nim i cesarz jako pokutnik przybył do Kanossy, gdzie przez trzy dni i trzy noce czekał na przebaczenie, we włosiennicy, stojąc boso w śniegu na dziedzińcu zamkowym. W r. 1176 w Wenecji cesarz Fryderyk Rudobrody ukląkł przed papieżem Aleksandrem III i ślubował wierność. Wielka potęga Kościoła w początkach w. XI opierała się na woli i sumieniach ludzkich.

Nie zdołał jednak Kościół utrzymać moralnego prestiżu, który stanowił podwaliny jego potęgi. W pierwszych dziesiątkach w. XIV okazało się, że potęga papieży znikła. Cóż zburzyło to naiwne zaufanie tłumów chrześcijańskich tak dalece, że nagle stały się głuche na wołanie Kościoła i nie chciały dłużej służyć jego celom? Pierwszym powodem było niewątpliwie nagromadzenie bogactw kościelnych. Kościół nigdy nie umierał, natomiast ludzie umierający bezdzietnie często oddawali mu swe posiadłości. Zalecano to zwłaszcza pokutującym grzesznikom. Doszło do tego,  że w wielu krajach europejskich czwarta część ”ziemi stała się własnością Kościoła. Pożądanie bogactw wzrasta w miarę bogacenia się. Już w XIII w. mówiło się powszechnie, że księża nie są dobrymi ludźmi, ze gonią tylko za pieniędzmi i zapisami.

Królom i książętom nie podobał się taki stan rzeczy. Zamiast feudalnych panów, zdolnych do świadczeń wojskowych, kraj ich musiał  żywić opatów, mnichów i mniszki. A ziemie te były w istocie pod obcym panowaniem. Jeszcze przed Grzegorzem VII toczyła się między książętami a papiestwem walka o „inwestyturę”, tj. w sprawie tego, kto ma mianować biskupów. Z chwilą gdy prawo mianowania biskupów uzyskał wyłącznie papież, król tracił nie tylko władzę nad sumieniami poddanych, ale i nad znaczną częścią swego państwa. Albowiem duchowieństwo starało się o uwolnienie od wszelkich danin. Płaciło ono daniny Rzymowi. I nie tylko to: Kościół chciał uzyskać prawo dziesięciny z mienia „laika”, oprócz daniny, jaka, ten był winien swemu księciu. Historia prawie każdego kraju  łacińskiego chrześcijaństwa posiada taki sam okres w XI w., okres walki między monarchą a papieżem w sprawie inwestytur, walki, która zwykle kończyła się zwycięstwem papieża.

Papież bowiem mógł na księcia rzucić klątwę, zwolnić jego poddanych od posłuszeństwa, naznaczyć mu następcę. Mógł nawet cały naród obłożyć interdyktem, a wówczas prawie wszystkie czynności kapłańskie ustawały, z wyjątkiem sakramentu chrztu, bierzmowania i pokuty; księżom nie wolno było odprawiać nabożeństwa, dawać ślubów ani chować zmarłych. Z pomocą tego podwójnego oręża papieże potrafili w XII w. poskromić najkrnąbrniejszych książąt i uśmierzyć najoporniejsze ludy. Była to niezmierna siła, a siły niezmiernej należy używać tylko w wypadkach wyjątkowych. Papieże zaś zaczęli się nią posługiwać w końcu tak często, że osłabili jej znaczenie. W ciągu lat trzydziestu, pod koniec XII w., Szkocja, Francja i Anglia znajdują się kolejno pod interdyktem. Papieże również nie mogli się oprzeć pokusie głoszenia krucjaty przeciw opornym książętom — dopóki duch krucjat nie wygasł. Być może gdyby Kościół rzymski walczył jedynie z książętami, a opierał się na całym społeczeństwie, udałoby mu się utrzymać trwałą władzę nad całym chrześcijaństwem. Lecz szczytne ambicje papieża przeradzały się w zwykłą arogancję u prostego duchowieństwa.

Do w. XI księża  łacińscy mogli się  żenić:  łączyły ich  ścisłe węzły z ludem, wśród którego  żyli; byli naprawdę częścią tego ludu. Grzegorz VII wprowadził celibat; oddalił księży od ludzi świeckich, aby ich tym bardziej przywiązać do Rzymu, lecz w istocie wykopał przepaść między Kościołem a społecznością. Kościół miał swe własne sądy. Sprawy dotyczące nie tylko księży, ale i mnichów, szkolarzy, krzyżowców, wdów, sierot i ludzi potrzebujących wsparcia, podlegały sądom kościelnym, a oprócz tego wszystkie sprawy małżeńskie, testamentów, krzywoprzysięstwa, czarów, herezji i bluźnierstwa. Ilekroć człowiek świecki miał zatarg z duchownym, musiał stawać przed sądem kościelnym. Obowiązki wojny i pokoju na jego tylko barkach spoczywały, ksiądz był od nich wolny. Niepodobna się dziwić,  że w  świecie chrześcijańskim zrodziła się zazdrość i nienawiść do duchowieństwa. Zdaje się,  że nigdy Rzym nie odczuwał należycie, iż jego siła opiera się na sumieniach pospólstwa.

Walczył on przeciw religijnemu entuzjazmowi, który mógł się stać jogo sojusznikiem i doktrynalną prawowierność wypuszczał przeciw szlachetnym zwątpieniom. Lud popierał Kościół jedynie w rzeczach moralności, nigdy zaś w rzeczach doktryny. Kiedy na południu Francji Waldo głosił powrót do prostoty Jezusowej w życiu i wierze, Innocenty III nawoływał do krucjaty przeciw waldensom i pozwolił, aby wytępiono ich ogniem i mieczem, wśród najokropniejszych okrucieństw. Kiedy znów  święty Franciszek z Asyżu (1181—1226) głosił naśladowanie Chrystusa i  życie w ubóstwie i pokorze, uczniowie  jego, franciszkanie, doznawali prześladowań, chłostano ich, więziono i wypędzano. W 1318 czterech z nich żywcem spalono w Marsylii.

Z drugiej zaś strony  ściśle ortodoksyjny zakon dominikanów, założony przez  św. Dominika (1170—1221), znalazł wydatne poparcie u Innocentego III, który z jego pomocą założył Inkwizycję do śledzenia herezji i tępienia myśli wolnej. Tak więc Kościół przez nadmierne uroszczenia, nieusprawiedliwione przywileje i nierozumną nietolerancje; zburzył tę wolną wiarę prostego ludu, która była istotnym  źródłem jego potęgi. Upadek sprowadził nie jakiś możny wróg zewnętrzny — lecz dokonał się on drogą stałego rozkładu wewnętrznego.

Podobne prace

Do góry