Ocena brak

Wojciech Bogusławski (1757 - 1829)

Autor /Saleta Dodano /17.10.2012

W kilka miesięcy po Powrocie posła Niemcewicza, dnia 7 września roku 1791, w rocznicę elekcji Stanisława Augusta, ukazał się na scenie warszawskiej «dialog» pod tytułem Dowód wdzięczności narodu. Rzecz dzieje się na wsi - u tych samych pań­stwa Podkomorstwa, co w Powrocie posła, tylko że kiedy w komedii Niemcewi­cza panuje nastrój radosnej nadziei, że sejm dokona reformy państwa, w dialogu króluje radość, że reformy już dokonano, że już konstytucja uchwalona. Państwo Podkomorstwo spraszają gości na uroczystość zawieszenia portretu króla na szczycie umyślnie w tym celu zbudowanej świątyni Sławy. Zjeżdżają się już nie tylko «urodzeni» (szlachta), ale także «sławetni» (mieszczance) i «pracowici» (chłopi) i tym sposobem uroczystość jest naprawdę «dowodem wdzię­czności narodu» - całego narodu, który teraz dopiero, po uchwaleniu konstytu­cji, w obliczu praw i wolności bądź już osiągniętych, bądź spodziewanych może się stawać «jedną moralną istnością». Wpośród gości jest i pan Szarmantcki, ale zmieniony do niepoznania: fircyk, lew salonowy, przeistoczył się w ożywionego duchem patriotycznym rotmistrza armii narodowej! Jest i pan Starosta, także zmieniony! I teraz wprawdzie jest to szlachcic-karmazyn, w żaden sposób nie może się pogodzić z myślą, żeby chłopom dać wolność i żeby on, Starosta, pochodzą­cy ze starożytnego rodu, pieczętujący się «Świnią Głową i Panną w Koronie», miał zasiąść do stołu wraz z mieszczanami. Ale za to całym sercem cieszy się pan Starosta, że uchwalono konstytucję, a z nią tron dziedziczny; ku królowi pała tak wielką miłością, że jak mówi: f«kto mi słowo piśnie na niego, i uszy, - i ręce poobcinam, na honor przyrzekam, | że go po staropolsku na bigos posiekam»; cieszy się na widok dzielnego wojska, czując, że i w niego, choć stary, wstępuje staropolski duch rycerski, i płacze, ale już nie nad zniesieniem liberum veto, jak w komedii Niemcewicza, tylko na myśl, że się sam nie będzie już bił za ojczyznę, że będzie już w trumnie, kiedy waleczne młodzieńce - zwycięskie na swych głowach nosić będą wieńce». Ten pomysł wewnętrznej przemiany człowieka*(znany już naszej literaturze dzięki Trenom, Nadobnej Paskwalinie, Przypadkom Doświadczyńskiego) będzie bardzo częsty w poezji i powieści naszej XIX wieku. Szkoda tylko, że z wyjątkiem pana Starosty osoby występujące w dialogu to ma­rionetki, którymi porusza sam autor.

Że jednak autor był mocno wzruszony i ucieszony z uchwalenia konstytu­cji, że kochał króla i wierzył w lepszą dolę swej ukochanej ojczyzny, więc te wszyst­kie jego własne uczucia żywo dźwięczą w ustach czy to pana Podkomorzego, który ufa, że umierając zostawi ojczyznę «wolną, zgodną, urządzoną-i mężnym, choć nielicznym, wojskiem opatrzoną*, czy mieszczanina Gębosza, który wdzię­czny jest królowi «za dar najdroższy ludziom, bo za dar wolności», czy to włościa­nina Jakuba, który mówi o sobie: «Choć czasem głodem przymrę, choć się w mustrze spocę... zawszem rześki, ochoczy, do wszystkiego zdolny,-jak sobie tylko wspomnę, że już jestem wolny.» Wszystkie te uczucia są wypowiedziane w sposób ujmująco prosty i właśnie ta prostota, szczerość i serdeczność budzą i w dzisiej­szych jeszcze czytelnikach głęboką sympatię dla autora i każą im zapominać o licz­nych usterkach dialogu. Ale bo też wyjątkowo sympatyczną postacią był autor Dowodu wdzięczności narodu i Krakowiaków i Górali, Wielkopolanin Wojciech Bogusławski (1757 - 1829), jeden z najzacniejszych ludzi, z najszlachetniejszych demokratów, z najgorętszych i najzasłużeńszych patriotów, jakich miała Polska.
Złotymi zgłoskami zapisało się jego nazwisko nie tylko w historii teatru polskiego, ale i w historii polskiej kultury duchowej, mianowicie patriotyzmu polskiego, który on przez lata całe za Stanisława Augusta, a potem długo jeszcze w Polsce porozbiorowej podtrzymywał, rozwijał i krzepił; pod tym względem godzien stanąć tuż obok Niemcewicza. Narzędziem zaś do tej zbożnej i owoc­nej pracy była mu scena.
Będąc w ciągu lat kilkunastu (z przerwami) dyrektorem "i przedsiębiorcą teatru warszawskiego, pracował w pocie czoła, nie zrażając się żadnymi przeszko­dami, nad rozwojem sceny narodowej, której za Stanisława Augusta nie pozwo­lił upaść, a którą później, już za Księstwa Warszawskiego, doprowadził do praw­dziwej świetności; założył nadto w Warszawie (1811) pierwszą polską szkołę drama­tyczną. A i scena lwowska późniejszą swoją świetność (około roku 1840) zawdzię­cza w znacznej mierze także Bogusławskiemu, który po upadku Polski osiadł był na pewien czas we Lwowie i krzątał się tutaj około teatru narodowego równie gorliwie, jak przedtem w Warszawie. Lecz nie tylko Warszawę i Lwów, ale całą niemal Polskę ogarnęła jego działalność: ze swoją trupą dramatyczną jeździł po kraju, j dawał przedstawienia w Wilnie, Grodnie, Białymstoku i Dubnie, w Łowiczu, Kaliszu, Krakowie, Poznaniu i Gdańsku, budząc wszędzie i krzewiąc zamiłowanie teatru, miłość żywego słowa polskiego i uczucia patriotyczne - pomimo wstrętów, jakie mii czyniły rządy zaborcze. A repertuar jego był bogaty: obejmował sztuki II nie tylko polskie, ale i cudzoziemskie. 
Ze sztuk polskich na uwagę zasługuje przede wszystkim komedia Józefa Wybickiego Szlachcic mieszczanin, wystawiona w Warszawie dnia 25 listopada roku 1791, a będąca obroną i pochwałą zrównania mieszczan ze szlachtą. Wcześ­niej jeszcze (dnia 11 lipca roku 1778) ukazała się na scenie warszawskiej pierwsza opera (albo raczej pierwsza operetka) polska pt. Nędza uszczęśliwiona. Napisał ją i ogłosił drukiem w roku 1770, a przerobił w roku 1776 Bohomolec. Tę jedno-aktową komedyjkę ze śpiewami miano wystawić, ale nie wystawiono, w Szkole Rycerskiej; wystawił ją dopiero w teatrze warszawskim (ż muzyką Macieja Kamień­skiego) Bogusławski, uzupełniwszy ją nowymi scenami i śpiewkami i podzieliw­szy na dwa akty. Otóż w tej dopiero postaci jest Nędza uszczęśliwiona, jak mówi Bogusławski, pierwiastkowym źródłem, z którego wypłynęła... sztuka narodowe­go śpiewu», to jest opera polska. Krótka treść jest taka. Z Kasią, córką ubogiej wieśniaczki, pragnie się ożenić biedny parobek Antek i bogaty mieszczanin Jan. Kasia kocha Antka, ale matka ją błaga, by wyszła za Jana. Dobry pan, dowie­dziawszy się o rozterce serdecznej dziewczyny, obsypuje Antka pieniędzmi i da­rami; a wówczas matka pozwala Kasi pójść za głosem własnego serca. Morał jest ten, że szlachcic tylko wtedy jest prawdziwie szczęśliwy, «kiedy z poddanych kogo uszczęśliwia, - tę jedną rozkosz czuje z panowania, - że ma sposobność nędz­nych ratowania». 
Wśród sztuk cudzoziemskich wystawionych przez Bogusławskiego są utwo­ry różnych autorów od XVII do XIX wieku, francuskich, włoskich, niemieckich i angielskich. Nie kto inny, tylko on wystawił po raz pierwszy w Polsce - najprzód we Lwowie (1797), później w Warszawie - Hamleta Szekspira we własnym prze­kładzie (dokonanym jednak nie z oryginału, tylko z tłumaczeń i przeróbek francus­kich i niemieckich). Nie kto inny, tylko on, wystawiając nowoczesne sztuki fanta­styczne, przygotował w Polsce grunt, na którym w XIX wieku wzrośnie, dramat fantastyczny romantyków. 
Za te wszystkie wielkie zasługi słusznie przypadło mu w udziale imię «ojca teatru polskiego». Prawda, że pierwszy teatr publiczny w Warszawie założono, kiedy Bogusławski miał lat osiem, kiedy więc z pewnością nie myślał jeszcze ani o teatrze, ani może nawet o służbie wojskowej, do której wstąpi później; prawda, że dopiero w dziewiętnastym roku życia, kiedy go minął awans w gwardii litewskiej, został aktorem - z rozpaczy; a jednak nie jest przesadą nazywać go ojcem teatru polskiego; przed nim bowiem ten teatr tylko wegetował, a dopiero dzięki niemu zaczął na­prawdę żyć. I nie będzie przesadą powiedzieć, że zostawszy zrazu tylko aktorem, a potem i dyrektorem teatru, poświęcił mu odtąd Bogusławski swoje życie, wal­cząc z brakiem kultury artystycznej i obojętnością ogółu, z jego dzikimi uprzedzeniami wobec artystów teatralnych, z zazdrością i chciwością ludzką, z cenzurą i in­nymi podłościami rządów zaborczych, a czasem nawet - z nędzą i głodem.
Skromniejsze, nie mniej przeto wybitne stanowisko zajmuje Bogusławski jako autor w historii polskiej poezji dramatycznej. «Wolny - jak mówi w napisa­nych pod koniec życia Dziejach teatru narodowego - od wszelkiej autorskiej sławy», był literatem nie tyle z powołania, ile «z biedy»: pisywał utwory dramatyczne je­dynie w celu zasilenia i urozmaicenia teatru, którego był dyrektorem. Jest ich około osiemdziesięciu, ale są to po większej części przekłady i przeróbki sztuk obcych, głównie francuskich. Wszystkie wymownie świadczą o dobrej woli autora, o jego prostej a zacnej duszy, ale wybitniejszego talentu dramatycznego (i w ogóle poetyckiego) nie znamionują.
Popularność jako autor zdobył sobie Bogusławski już w roku 1792 - kome­dią Henryk VI na łowach, której treść wziął głównie z francuskiego przekładu powieści trzeciorzędnego pisarza angielskiego Dodsleya pt. Król i młynarz w Mans­field. Jest to tak zwana komedia płaczliwa (to jest pobudzająca raczej do łez i współ­czucia aniżeli do śmiechu), a zarazem pierwsza w Polsce komedia historyczna. Rzecz bowiem dzieje się w wiekach średnich, w Anglii, za panowania króla Henry­ka VI (1422 - 1461). Nie o Anglii jednak ani o wiekach średnich myślał Bogusław­ski, tylko o Polsce i o wieku XVIII, który się na koniec zbuntował przeciw nie­woli społecznej; napiętnował tedy autor «panów», zwłaszcza jaśnie wielmożnych, jako krzywdzicieli ludu wiejskiego, przeciwstawił zbytkowne, rozpustne życie arystokracji - nędznemu, prostemu życiu ludu i wystąpił w obronie nie tylko jego praw, ale i jego godności ludzkiej. «Poczekaj - mówi pan-nauczę ja ciebie, niegodziwy hultaju, co to jest uszanowanie dla osób mojego stanu.» A na to chłop: «Mospanie... proszę WPana, niechże ten wyraz hultaja już ostatni raz od niego słyszę. Winien jestem WPanu poszanowanie jako osobie wyższego stanu, ale ro­zumiem, że ci w niczym nie uwłóczę, kiedy mówię, że jesteś człowiekiem do mnie podobnym... Muszę ci powiedzieć prawdę: żołnierz, który lat dwadzieścia dźwigał karabin na plecach, okryty bliznami ran odebranych w obronie ojczyzny, wart jest, zdaje mi się, jednego pysznego młokosa, który prócz zbytków i zgorszenia obyczajów nic więcej nie przyniósł swojemu krajowi.»
O wielkim wrażeniu, jakie ta sztuka sprawiła, świadczy oprócz kilku przed­stawień w teatrze jeszcze to, że w jednym tylko roku 1792 ukazały się trzy jej wy­dania. Arystokracja pieniła się ze złości, targowiczanie zwłaszcza poczuli się do­tknięci w swoim honorze (jak gdyby zdrajcy mogli mieć honor) i zakazali przedsta­wień, Ale nie pomogło nic: «Sztuka - opowiada sam Bogusławski - powrócona na scenę przy wielokrotnym powtarzaniu, pozyskała mi dowody przychylności i sza­cunku rodaków, których wspomnienie jeszcze ostatnie życia mojego chwile osła­dzać mi będzie.»
Lecz jeszcze większą sławą, i to nie tylko w Polsce niepodległej, ale i w pierw­szych latach porozbiorowych, w Księstwie Warszawskim i w Królestwie Kongre­sowym, opromieniła Bogusławskiego opera albo raczej komedia ze śpiewkami (wodewil) pt. Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale, Sztuka ta, jedyna wśród jego utworów nie pozbawiona wartości artystycznych, zajmuje bardzo wybitne stanowisko w historii naszej literatury i jeszcze wybitniejsze w dziejach naszego ducha narodowego, a to ze względu na swoją obywatelską, patriotyczną i demo­kratyczną dążność oraz na pierwiastek ludowy i w ogóle swojski charakter treści, mimo że niektóre pomysły autor zawdzięcza komedii francuskiej Poinsineta Czarownik i komedii niemieckiej Weidmanna Student żebrzący, czyli Burza z piorunami.
Żadna inna polska sztuka teatralna nie ma tak ciekawej historii jak Krakowiacy i Górale i żadna inna przed Weselem Wyspiańskiego nie bu­dziła w duszach polskich tylu i takich uczuć patriotycznych. Zagrano ją po raz pierwszy w teatrze warszawskim dnia 1 marca roku 1794, kiedy w Warszawie już wrzało przeciwko załodze moskiewskiej. Otóż jak opowia­da Niemiec Seume, poeta i... oficer sztabowy Igelstroma, «wystawiona w stolicy sztuka pt. Krakowiaki podniosła zapał do niesłychanej wyżyny... trzeba by bardzo być zimnym z natury, by nie dać się porwać powszechne­mu entuzjazmowi; ja sam byłem obecny dwa razy w czasie trzykrotnego jej wysta­wienia i muszę wyznać, że nigdy w życiu nie zauważyłem ani też sam nie doznałem wrażeń silniejszych, głębszych i trwalszych*. Cóż wywołało ten entuzjazm? Z całą dokładnością tego nie wiemy, a to dlatego, że nie znamy pierwotnego tekstu, w którym wystawiono Krakowiaków i Górali, nie ogłosił go bowiem Bogusławski drukiem:.nie pozwoliła na to cenzura, zrazu moskiewska, potem pruska, a jeszcze później, w Królestwie Kongresowym... polska; stąd w wydaniu zbiorowym pism Bogusławskiego (1820-1823) nie ma ani Krakowiaków, ani Dowodu wdzięczności narodu. Drukiem ogłoszono Krakowiaków już po śmierci Bogusławskiego, dopie­ro w roku 1841 - z jakiegoś lichego odpisu... w Berlinie! Z odpisu lepszego wyda­no ich dopiero.w roku 1923! Otóż nie wiemy, czy w tych odpisach tekst nie uległ jakim zmianom. Wolno jednak mniemać, że treść pozostała niezmieniona, że więc można się na jej podstawie domyślać, dlaczego sztuka wywarła tak ogromne wrażenie.
Rzecz dzieje się pod Krakowem. W akcie pierwszym, drugim i czwartym «teatr reprezentuje z jednej strony chałupy wiejskie, pośrzód nich widać karczmę z wystawą; po drugiej stronie pod laskiem młyn i rzeczka, na której stoi mostek; w głębi widać wieś Mogiłę, kościół i grobowiec Wandy». W akcie trzecim teatr reprezentuje las». Osnowa zaś sztuki jest w krótkości taka.
Stach, syn furmana Wawrzeńca, kocha Basię, córkę młynarza Bartłomieja j dziewczyna płaci mu wzajemnością, ale cóż z tego, kiedy o małżeństwie dwojga młodych «ani se gadać nie da», «niewzruszona jak góra w Tatrach skalistych* maco­cha Basi Dorota, która sama się podkochując w Stachu pragnie się pozbyć Basi i w tym celu przyobiecała jej rękę Góralowi Bryndasowi; stary młynarz wolałby wprawdzie wydać córkę za Stacha, ale się nie śmie odezwać, bo go młoda żona «tak osiodłała jak kobyłę starą», i zgadza się na wszystko. Tego samego więc dnia jeszcze mają się odbyć zaręczyny Basi z Bryndasem, którego tylko patrzeć. Na szczęście dla Basi i Stacha zjawia się w Mogile, z książkami i maszyną elektryczną na plecach, ubogi student z Krakowa, Bardos, wypędzony ze szkół (jeśli tylko nie kłamie) za to, że miał więcej rozumu od swoich czcigodnych profesorów (co się jednak czasami zdarza nie tylko w szkołach średnich, ale i wyższych). Otóż student od razu pomiar-kował, co się dzieje w sercu Basi i Stacha, i wzruszony ich niedolą obiecuje im swoją pomoc Niebawem przybywają zza Wisły Górale z Bryndasem na czele, ale Bar­tłomiej, podmówiony przez Bardosa i ośmielony jego obecnością, odprawia ich z kwitkiem. Górale nie posiadają się z oburzenia, Bryndas zwłaszcza: «Nic z tego nie daruję: niechaj mię pierony - ubiją, jeżeli się nie pomscę za taką - krzywdę!* Daremnie Bardos usiłuje ułagodzić: Górale uchodzą, ale nie z próżnymi rękami -porywają Krakowiakom bydło, przeprawiają się z nim na krypach przez Wisłę i co tchu umykają w góry. Pędzą za nimi z pałkami Krakowiacy, ale nie dogoniliby ich nigdy, gdyby nie student, który pomknął zawczasu ze swoją «elektryką» w las i przez drogę przeciągnął drut elektryczny; uciekający Górale przewracają się jeden za drugim, aż tu przypadają Krakowiacy. Do bitki jednak nie dochodzi: Krakowia­cy na wezwanie studenta opuszczają pałki, a Górale, zdumieni i oszołomieni róż­nymi «cudami» maszyny elektrycznej, nie tylko zwracają Krakowiakom bydło «co do jednej kozy», ale nadto składają żal z serca, jednają się z nimi, i wszyscy w jak najlepszej kompanii śpieszą na powrót do Mogiły, aby uczestniczyć w uroczys­tości zaręczyn Basi ze Stachem; bo i Dorotę umiał mądry student ugłaskać, a raczej napędzić jej takiego stracha, że się raz na zawsze swoich «jamorów» ku Stachowi od-rzeka i zezwala na jego małżeństwo z Basią. Wszystko tedy kończy się zobopólną radością i powszechną zgodą. Krakowiacy nie mają słów wdzięczności dla poczciwe­go studenta, który nawzajem pokochał prostych, ale dobrych wieśniaków, nie chce już wracać do Warszawy, gdzie panuje «przewrotna moda», i osiedla się we wsi kra­kowskiej, gdzie «jeszcze szczera zostaje cnota».
Swojskość tematu, obfitość rysów obyczajowych z życia ludu polskiego (któ­rych prawie nie było ani w Panu dobrym i w Nędzy uszczęśliwionej Bohomolca, ani w Trzech godach Kniaźnina) zapewnia Krakowiakom i Góralom ważne stano­wisko w historii poezji polskiej XVIII wieku. «Wezwałem - mówi autor-całej mojej pamięci, całej zdolności do odmalowania zwyczajów, zdań, uczuć, mowy i zabaw ludowych.* I ten swój cel spełnił: doskonale uwydatnił żywość i porywczość, pierwotność i odruchowość uczuć Krakowiaków i Górali, ich przywiązanie do wsi rodzinnej i dobytku; odmalował wcale wiernie ich zwyczaje i obyczaje, jako to uro­czystości weselne - przybycie pana młodego z drużbami i podarkami, błogosła­wieństwo rodziców, pożegnanie panny młodej przez druhny, tańce, śpiewy itd. Nie zapomniał i o języku: inaczej mówią chłopi, inaczej organista Miechodmuch, inaczej student Bardos. Takiej obfitości pierwiastka ludowego i takiej prawdy, ta­kiego realizmu w jego artystycznym uobrażeniu, jak w Krakowiakach i Góralach, nie ma w żadnym innym utworze poezji stanisławowskiej; toteż słusznie nazwał Bogusławskiego Goszczyński skowronkiem zwiastującym wiosnę nowoczesnej poezji polskiej, która się często zasilała pierwiastkiem ludowym.
Lecz przy pisaniu utworu przyświecała autorowi dążność nie tylko literacka, ale nade wszystko patriotyczna: Bogusławski, wierny żołnierz, brał czynny udział w przygotowaniach do powstania roku 1794; otóż ponieważ powstańcy obiecywali sobie dużo po ludzie wiejskim, zwłaszcza krakowskim, więc ten żołnierz pragnął rozbudzić w sercach polskich miłość do ludu i wiarę w jego niespożyte siły żywot­ne. I to jego pragnienie ziściło się: jego «opéra» była pobudką do powstania Kościusz­ki, do walki z przemocą: «Gdzie się w niewoli żyje, - nié mas tam swej lubości; -pies na powrozie wyje, - każdy pragnie wolnosci.» A że nadzieje pokładane w lu­dzie wiejskim nie zawiodły, tego dowiodła bitwa racławicka.
Oprócz tendencji patriotyczno-politycznej jest w Krakowiakach i Góralach inna jeszcze, społeczna; oto przez usta Bryndasa taką daje autor naukę moralną: «Nie pogardzaj ubogimi, - choć jesteś bogaty, - bo nie cynią nas wielkimi - klej­noty i saty; - nie wydzieraj, co cudzego, - sanuj wsystkie stany, - poznaj w cłeku brata swego, - a będzies kochany.» Duch więc Krakowiaków i Górali jest wybitnie demokratyczny.
Lecz to jeszcze nie wszystko. Kiedy Górale uprowadzili bydło Krakowiakom, ci gotują się do odebrania go im przemocą; wówczas jeden z Krakowiaków śpiewa: «Trzeba nam się mężnie bronić-lub zwyciężać, lub umierać! - Bracia, stańmy krzepko w boju, - nie żałujmy krwie i znoju»; otóż współcześni w lot zrozumieli, że to pobudka nie do odebrania bydła Góralom, tylko do wypędzenia Moskali z Warszawy. I takich aluzji, zwłaszcza w śpiewkach, było z pewnością pełno w Kra­kowiakach i Góralach - oto dlaczego sztuka ta budziła taki entuzjazm, oto dlaczego po trzecim przedstawieniu ambasador rosyjski zakazał dalszych przedstawień. Ale Bogusławski nie dał za wygraną: po upadku Polski wystawiał Krakowiaków we Lwowie i w Krakowie (walcząc, jak mógł, z podłą, ale na szczęście głupią cenzurą austriacką), a potem w Księstwie Warszawskim i w Królestwie Kongresowym, znowu w Warszawie. Obliczono, że od roku 1792 do 1820 odbyły się w teatrach pol­skich sto czterdzieści cztery przedstawienia Cudu mniemanego, co na owe czasy jest cyfrą ogromną: żadna inna opera, ani polska, ani obca, nie mogła się poszczycić ta­kim triumfem. Piosnki układano coraz nowe, stosownie do okoliczności: układał je sam Bogusławski, układali inni, improwizowali aktorzy, a wszystkie wzywały do zrzucenia kajdan niewoli.

AKT PIERWSZY, SCENA DRUGA
Stach, Jonek, Basia. Stach i Jonek rozmawiają przed młynem, przez okno na poddaszu młyna pokazuje się Basia.

Stach
Basiu, moja ty dusko! znijdź tu do nas trocha!

Basia
Nie mogę, bo młyn wejcie1 zamknęła macocha.  
Ale patrzajcie jeno, jest ona w stodole?...
Jeżeli jej nie widać, zejdę choć po kole.

Jonek
Nie mas jej: chwilka temu posła za ogrody.

Stach
Zejdź więc, tylko ostrożnie, abyś sobie skody Nie zrobiła.

Basia
 Nie bój się, nie pierwsy raz ci to!  
Schodzi dymnikiem', pokazuje się na kole, po którym pomału schodzi', Stach jej podaje rękę... «

Stach
Ach, Basiu, życie moje! cóz to będzie z nami?

Basia
Alboz co?

Stach
Juz dwie krypy płyną z Góralami. Niezadługo tu staną.

Basia
A to niech i staną!

Stach
To cie wej nic nie martwi? To chces być wydaną Za Bryndasa, Górala?

Basia
Nic z tego nie będzie:
Wsak wies, ze kiedy u nas był raz po kolędzie,
Powiedziałam mu wyraźnie,
íze ja się z nim nie drażnię, Ale mu scyrze mówię, ze jak diabła jego Nie cierpię i ze pójdę za Stacha mojego; A ze on nie chce wierzyć, ze tak jest uparty,
Niechże go porwą carty! Jak przyjdzie, tak tez pójdzie nazad z kwitkiem.

Stach
Dobrze to, moja Basiu, ale gdy z tern wsytkiem Ojciec cię musić będzie albo tez macocha ?

Basia
Ojciec tego nie zrobi, bo mnie mocno kocha, A matuli tez powiem: matulu, słuchajcie, Kiej wam tak Góral miły, to se go kochajcie, Ja zaś wej za Górala nie chcę pójść, i kwita, A jak mnie weźmie gwałtem, pozna, zem kobieta: Tak go gryźć, tak cartowsko zyć-em z nim gotowa, Ze mu za jeden tydzień jak kadź spuchnie głowa... Juz se więc nie gryź głowy, juz ja w to poradzę, Ze tego natrętnego Górala odsądzę; A jak będzie uparty, zaśpiewam mu wreście Tę piosneckę, co to ją jakaś panna w mieście Swemu kawalerowi przed ślubem śpiewała, Kiej ją matka za niego gwałtem przymusała.
śpiewa
Mospanie kawalerze, Nie zeń się, prosę, ze mną, Bo ja powiaddm scerze, Ze ci nie będę wzajemną...
Nie zdś się baran kozie I kacka nie zna kruka, Wabią się ptaki w łozie, Każde swojego suka.
Gdzie się w niewoli żyje, Nić mas tam swej lubości; Pies na powrozie wyje, Każdy pragnie wolności.

AKT DRUGI, SCENA PIERWSZA  
Słychać najprzód muzykę góralską, a wkrótce przypływają dwie krypy z Góra­lami i Góralkami niosącymi różne rzeczy, jako to: ser owczy, ryby suszone, kwiczoły i szpaki, bryndzę. Muzyka ich składa się z piszczałek, jednego bębna, trąby, drumlów, na których grają przy wysiadaniu z kryp, i idą do wioski, śpie­wając wszyscy.

Chór Goralów
My, mieskańcy Tatrów górnych,
Idziem do was, Krakowiaków,
Niesiem w darze worek spaków
I sto serków przewybornych.
Jest i bryndza, i lipienie,
Są kwicoły, jemiołuchy:
Niechajze to nasycenie
Służy dla wasej dziewuchy.
Przyjmijcie nas do gościny
I otwórzcie wase chaty,
A my poślem nase swaty,
By dziś końcyć zaręcyny.

AKT DRUGI, SCENA DRUGA  
Ciz sami, Bartłomiej, Dorota, Wawrzeniec, Stach, Basia, Jonek, Mi echo dmuch pijany, Krakowiacy z karczmy wychodzą na przywitanie Goralów, Basia i Stach są smutni, Dorota ma minę triumfującą, a Bardos trzyma kawał pieczeni przy ustach.

Bartłomiej
Witamy gości do nas.

Miechodmuch
Witamy, witamy! Za wasze zdrowie duszkiem szklanki wychylamy.

Bryndas
Dziękujemy.

Morgal
Dziękujemy.

Miechodmuch tonem oracyi
O jak się cieszemy, Że przecie dzisiaj z wami tańcować będziemy. Dziś pierwsze zaręczyny, a niedługim czaszem Bryndasz złączy się z Basią, a Basia z Bryndaszem. Obym wam prędko zagrał! obym też kubany Doształ, obym was, obym! obym!...

Bartłomiej
Mój kochany
Panie Miechodmuch! Dosyć! Niech racej panowie Spocną sobie z podróży.

Miechodmuch
Zgoda! Ja za zdrowie Ichmościów łyknę jeszcze choć jedne szklenicę!

Bryndas
A ja, za pozwoleniem panacka mojego I godnej wejcie matki, niech oblubienicę Przywitam.
Całuje Basię w rękę.

Morgal
Nie tęskniłaześ, Basiu, bez swego
Jamanta?

Basia
Nie!

Bryndas
Jak to zaś ?

Bartłomiej
Ma dosyć zabawek.

Bardos
Czasem też pasie krówki lub szuka turkawek.
na stronie
Oj, już ten nie dla ciebie przysmaczek, niebożę, Którego ty tu szukasz!

Świstos
Jednak casem może Wspomniała tez panienka na swego Bryndasa?

Basia
Raz tylko.

Morgal
Bo nowego pewnie umizgasa Dostała panna.

Basia
Może

Dorota
ciągnąc ją za suknię
Cyt-ze!

Stach
Mów wyraźnićj!

Dorota
 Milcze, bo jak się z głupim słówkiem tu wyśliznies, To cię tak palnę w papę, ze się az obliźnies.

Morgal
 To cię panna Barbara tylko pewnie drażni. Zwycajnie się panienki przed ludźmi sromają, Nigdy nie mówią tego, co w serdusku mają.

Bryndas
Jd tak myślę. Bo tez to, Bogu wejcie dzięki,
Tak dobrze, jak i drugi, wartem Baśki ręki.
Wsakze i ]& nie wypadł sroce spod ogona!
Raz mi Baśka przez ojca była przeznacona,
Tego się trzymam! Dla niej, choć z niemałą stratą,
Odrzuciłem niedawno dziewcynę bogatą;
A wsyscy mnie z nią chcieli poswatać Górale,
I miała tez dobytek, miała tez korale
I spore stado owiec, i płócien niemało;
Ale mi się to wsystko lichym w ocach zdało,
Jakem wspomniał na Basię! Dalej no, panusko!
Na cóz się z tym utajać, co cuje serdusko?
Wiem, ze mnie kochas, bo tez mas co kochać we mnie
Przypatrz no się, jak zewsąd wyglądam przyjemnie.
obraca się wkoło, śpiewając
Każda mi mówi dziewcyna,
Ziem chłopak hoży i rosły,
Wysmukły jestem jak trzcina,
Chodzę jak żuraw wyniosły.
Wąs carny, wargi zwiesiste,
Ustecka, kiejby malował,
Cidło main białe i cystę,
Bom się na mleku wychował.
Kiedy z siekierką harcuję,
Wsyscy ode mnie zmykają,
Dziewki mię okiem zjadają,
Kiej im z węgierska tańcuję.
Będzies się mogła pochlubić,
Ześ se chłopaka dobrała.
Po ślubie będzies mnie lubić,
Byłeś mnie lepiej poznała!

Stach
Nie wytrzymam i grzmotnę za kark samochwała!

Jonek
Cicho! będzie cas na to.

Basia
Niewiele dobrego Mówią sąsiedzi o tym, co się sam wychwala.

Morgal
Panienko, nie mas u nas Górala żadnego, Co by nie przyznał prśwdę panu Bryndasowi. On pierwsy rej prowadzi pomiędzy chłopaki, On to najzręcniej pstrągi i lipienie łowi, On, jak kot, łapie w sidła kwicoły i spaki, Biega wej, kieby jeleń, mil piętnaście na dzień I do Warsawy cęsto chodzi z obrazami. Co się on tam napatrzał! Oj, tego z nas zadzien Nie widział; ma tez olej w głowie!

Świstos
On wej z nami Dwa razy w rok na odpust chodzi do Krakowa. On kompaniją wodzi, jako pierwsa głowa; A gdy do karmelitów przychodzi na Piaski, On nas zawse tak suto cęstuje z swej flaski, Ze jak po nabożeństwie z kościoła wyjdziewa, Co do krzty wsytkie rzepy w Krakowie wyjewa.

Morgal
Łatwo mu mieć przyjaciół, bo tez mi i grose, A więc ja, jako pierwsy drużba, panny prosę, Aby nie zwłócąc dłużej chwalebnego dzieła, Do serca i do chaty swojej nas przyjęła. Wprzódy jednak, jak kaze zwycaj, bądźcie grzecni Przypatrzyć się, jak wasi sąsiedzi zarzecni
Śpiewają i tańcują wedle swojej mody, Kiedy przychodzą w swaty do obcej gospody. Nuz, chłopaki, do skoków! siądźcie, gospodarze! Jd przyśpiewywać będę; zagrajcie, dudarze!
Mazurek góralski
Darmo Kasia od nds stroni,
Bo juz Górdl za nią goni;
Góral ma nogi bocianie,
Kogo zechce, to dostanie.
Próżno więc nie uciekajta,
Lepiej się same poddajta!
Raz się Zosia Bartka bała
I na górę uciekała,
Ale tez za to z wierzchołka
Wywróciła w dół koziołka...  

Bartłomiej
Prosiemy teraz z nami społem na śniadanie, Potem z sobą o rzecy pomówiemy.

Dorota 
Panie Bryndas, weźcie za rękę swoje narzeconą, Wsak ona juz niedługo będzie wasą zoną.
cicho do Basi Dajze mu rękę, ani mi słowa piśnij!...

ARIA BARDOSA (SCENA SIÓDMA AKTU PIERWSZEGO)

Świat srogi, świat przewrotny,
Wszystko naopak idzie
Kto niewart, pan stokrotny
A człek poczciwy w biedzie

Niemądry, kto wśrzód drogi
Z przestrachu traci męstwo:
Im sroższe ciernie, głogi,
Tym milsze jest zwycięstwo.

Im sroższy los nas nęka,
Tym mężniej stać mu trzeba;
Kto podło przed nim klęka,
Ten niewart względów nieba.

Lecz rozum górę bierze:
Tym sobie życie słodzę.
I ja porosnę w pierze,
Choć dziś bez butów chodzę.

Na górze mieszka Sława,
A Szczęście jeszcze wyżej.
Lecz gdy chęć nie ustawa,
Wnet się człek do nich zbliży.

Mnie chociaż głód dojmuje,
Lecz duszy mej nie szkodzi:
Śpiewaniem biedę truję,
Wesołość troski słodzi.

ZE SCENY DRUGIEJ AKTU DRUGIEGO

Pastuch
...Dalej, prędzej! Zbierzcie się, kto cuje, Niech biegnie, niech swe bydło cym prędzej ratuje! Wsak Górśle na ludzi nasych się porwali, Związali ich i wsystko bydło nam zabrali...

Wawrzeniec
Dalej, bracia, do pałek! siadajmy do łodzi, Bierzcie siekiery, cepy, niech każdy przychodzi!

Pastuch
Ale oni ruśnice i śturmaki mają, Kto się do nich przybliży, jak w dzika strzelają.

Stach
Strasny i ozog w dłoni, Gdy kto swojego broni.

Podobne prace

Do góry