Ocena brak

WAT Aleksander (Aleksander Chwat) (1900 - 1967)

Autor /Wincenta Dodano /22.11.2012

Przebacz, błagam, nie rozpaczaj

Poeta, prozaik, tłumacz, współtwórca polskiego futuryzmu. Jego najsłynniejszym
dziełem był "pamiętnik mówiony" (nagrywany na magnetofonie) Mój Wiek, będący
zapisem wspomnień z czasów drugiej wojny światowej i wstrząsającym świadectwem
czasów spędzonych w Kazachstanie. Wat ciężko zachorował w 1953 roku. Z każdym
rokiem zmniejszały się nadzieje na wyleczenie, zwiększały się natomiast bóle lewej
części twarzy, lewego oka, prawej stopy. Mówił: "Jakby mnie przypiekano
rozpalonym żelazem, wyrywano obcęgami mięsień policzka. Oko, jakby pocierano je
szarym mydłem, stopę posiekano i kazano chodzić po rozpalonych żużlach". Pod
koniec życia nie wystarczały już standardowe środki przeciwbólowe, musiał brać też
morfinę, co uważał za rzecz upokarzającą jego godność.

W Ostatnim zeszycie, będącym jego osobistym dziennikiem, w miesiącach
poprzedzających śmierć często pisał o wielkim bólu, z jakim musiał się zmagać. 22
kwietnia notował: "Po obrzydłych Percodanach, po obrzydłym zastrzyku, po nocy
tortury, po dniach, tygodniach, miesiącach nieprzerwanego wegetowania w piekle".

A już następnego dnia pisał: "W godzinie zasypiania, wysiłek ręki wyciągniętej po
nembutal konsumuje całą resztę mojej siły. W pierwszej chwili przebudzenia
przeklinam całą siłę diabelską ciała, barbarzyńską masywność nóg, niespożytość
torsu i twardą czaszkę, która jak kasa ogniotrwała przechowała wszystkie moje bóle
nieuszczuplone". Na półtora miesiąca przed śmiercią, 10 czerwca w zeszycie znalazł
się zapis: "Ogrom energii, którą muszę wydatkować co dzień, wlokąc się z tapczanu
na fotel, aby przeżyć dzień cały, 16 czy 18 godzin, ile to sekund. I strach, żeby nie
było za późno, żebym się nie obudził rano sparaliżowany, bezradny: nikt mnie
przecież nie dobije".

22 lipca żona wieczorem zgasiła mu światło, przez jakiś czas czytała jeszcze
książkę. "Dobrze już po północy usłyszałam dziwne chrapnięcie. Dziwne, bo spał
zawsze bardzo cicho. Pomyślałam więc, że zasnął, jak to dobrze, już nie cierpi. Więc
i ja zgasiłam swoją lampkę i zasnęłam. Po porannej krzątaninie zdziwiło mnie, że na
mnie nie dzwoni. Miał przy sobie taki mały dzwoneczek, którym mnie wzywał po
obudzeniu. Była już prawie dziesiąta. Weszłam po cichutku. Leżał uśpiony, z
pochyloną na poduszce głową. Wyraz twarzy miał pogodny, spokojny. Zbliżyłam się
po cichutku i dotknęłam jego głowy, pogładziłam leciutko włosy. I wtedy, jak gdybym
nagle zrozumiała, wzięłam go w ramiona, objęłam za plecy i uniosłam ku sobie. Ol! -
krzyknęłam - Ol, obudź się!".

W zeszycie, w którym prowadził dziennik, na pierwszej stronie napisał tamtej
nocy: "Nie ratować". A dalej do żony: "Przebacz mi moją straszną zbrodnię.
Chciałem ciągnąć agonię, ale to już absolutnie niemożliwe. To i tak nie do uniknięcia,
nic nie pomoże żadne leczenie, kilka tygodni, a coraz gorzej byłoby. Przebacz,
błagam, nie rozpaczaj. Myśl, że skończyła się moja męczarnia, nawet ty nie znałaś
jej głębi siły. Kochana, żyj. Dobranoc moje światło dobranoc moja kochana dobranoc
Olu". Niżej do syna: "Andrzeju kochany, nie załamuj się, myśl o mamie, zajmij się
mamą". Oraz: "Na miłość boską. Tylko nie ratować! Już mi się to należało. To będzie
straszne, jeżeli zdołacie mnie uratować! Nie mogę nawet o tym myśleć. Jedyny to
mój już teraz strach. Nie rozpaczajcie!". Owej nocy 29 lipca połknął 40 tabletek
nembutalu.

Podobne prace

Do góry