Ocena brak

Wacław Potocki - Wojna chocimska

Autor /Saleta Dodano /08.10.2012

Najpiękniejszy dział poezji Potockiego stanowi poezja historyczna, a na jej czele stoi obszerny poemat rycerski w dziesięciu częściach, obejmujący blisko dwa­naście tysięcy wierszy: Transakcyja wojny okocimskiej, gdzie Osman, cesarz turecki, wszytkie państw swoich z Afryki, z Azyi i z Europy na Polaki zgromadziwszy siły, za laską Najwyższego Pana, roztropnością czułych i opatrznych wodzów a dzielno­ścią rycerstwa polskiego spadł z imprezy swojej i straciwszy sto tysięcy ludzi, część w polu, część do naszych szturmując, część własnych broniąc obozów, starego z Koroną Polską potwierdziwszy przymierza, inglorius wrócił do Konstantynopola... z róż­nych, jako manuskryptów i diaryjuszów, tak z relacyj ludzi starych... zebrano... z łacińskiego na polskie dostatecznie dla nieśmiertelnej narodu polskiego sławy wierszem przetłumaczona. Wykończył ten poemat Potocki w roku 1670, ale go nie wydał: ogłoszono go po raz pierwszy drukiem dopiero w roku 1850 pod tytułem Wojna chocimska.

Najpiękniejszy to utwór rycerskiej poezji epickiej w literaturze niepodległej Polski. Pragnął w nim Potocki «własne ognie przelać w piersi» słuchaczów i wskrze­sić postaci zmarłej przeszłości*; pragnął «strzelać brzmiącymi słowy do serca spół-braci», żeby ci, «kiedy ich piosnka ojczysta poruszy, uczuli w sobie dawne serca bicie, uczuli w sobie dawną wielkość duszy i chwilę jedne tak górnie przeżyli, jak ich przodkowie niegdyś całe życie». Innymi słowy, Potocki z całego serca bolejąc nad tym, że współbracia zatracają ducha rycerskiego, że nie kochają wiary i ojczyzny tak gorąco jak ich przodkowie, że w ogóle są gorsi od swych ojców, postanowił przypomnieć im dla nauki cnotę i męstwo dawnych rycerzy; chciał wpoić w ich serca tę wiarę, że póki się nie odrodzą moralnie, póki się nie staną na nowo rycerzami-obywatelami, których świętym obowiązkiem jest walka z po­gaństwem w obronie własnej ojczyzny i całego chrześcijaństwa - dopóty Bóg nie będzie Polsce błogosławił. Oto przewodnia myśl Wojny okocimskiej, która więc jest pobudką patriotyczną do męstwa i innych cnót rycersko-obywatelskich oraz do wiary, że sam Bóg spośród narodów europejskich wybrał i przeznaczył Polskę na przedmurze chrześcijaństwa.
Za treść swej «piosnki ojczystej* wziął Potocki jeden z najwspanialszych czynów dawnej Polski - wojnę chocimska roku 1621, kiedy to 65 000 wojska, skła­dającego się z Polaków pod, dowództwem Jana Karola Chodkiewicza i Kozaków zaporoskich pod wodzą Sahajdacznego, przez cztery tygodnie z nadludzkim mę­stwem i nadludzką wytrwałością zwycięsko odpierało wściekłe szturmy 400 000 Turków pod wodzą pysznego Osmana; w chwili zawierania pokoju w obozie pol­skim pozostała jedna jedyna beczka prochu!
Twórczej fantazji niewiele się znajdzie w Wojnie okocimskiej; jest to (podobnie jak poematy Twardowskiego) upoetyzowana kronika wojny, napisana głównie na podstawie łacińskich pamiętników Jakuba Sobieskiego (ojca króla Jana); od siebie dodał poeta wstęp, kilka szczegółów przekazanych przez tradycję, kilka opisów natury. A pomimo to jest Wojna chocimska dziełem niepospolitej wartości.
W żadnym innym utworze poezji staropolskiej nie odbił się tak wyraziście charakter rycerzy polskich, w żadnym innym nie przemówiły tak pięknie ich męstwo i religijność - owe dwa nierozłączne z sobą znamiona dawnych Polaków walczących z bisurmanem. Przed bitwą wspierają* ci bohaterowie chocimscy «świętym obrokiem swoje dusze*, «chwalą Boga ze wszech sił i z piąci zmysłów*, a potem lecą w ogień «jak na wesele albo na taniec*, z wiarą, że służą nie tylko matce-ojczyźnie, ale Bogu i Najświętszej Pannie, że sam Bóg im za to nagrodę obmyśli, dając im na tym świecie nieśmiertelną sławę, a na tamtym «indygenat niebieski* (to jest szlachectwo w niebie). Tacy to są ludzie w poemacie Potockiego - i sędziwy Chodkiewicz, i Stanisław Lubomirski, który po śmierci Chodkiewicza objął na­czelne dowództwo, i Jan Lipski, «stary rotmistrz usarskiej drużyny, czterem dorodnymi otoczony syny», i Zienowicz, kasztelan połocki, i Sahajdaczny, ataman kozacki, i wszyscy.  
Chodkiewiczowi «Mars z oczu bije», a «choć starość go przygniata, serca wielkością sił ciała nadpłata»; on ma jedną tylko «prywatę»: «życzyłby, nim ostatnie przyjdzie oczy zmrużyć, - Bogu się i kochanej ojczyźnie przysłużyć»; kiedy mu donoszą, że pyszny Osman zapowiedział, iż obiad jeść będzie w polskim obozie, on na to: «Tylko niechaj nie mieszka, niech nie kwasi grochu, - będzie bigos gorący z ołowiu i prochu!» Lubomirski «Achillesa w męstwie,-w wspaniałym Scypijona wyrównał zwycięstwie»; jest młody, pełen fantazji rycerskiej, a jedno­cześnie «godzien pochwały z roztropnością kiedy wezyr turecki żąda, aby Polacy ich cesarza wiecznym haraczem ubłagali, odpowiada: «Rychlej mu włosy spadną z opleśniałej brody, | niż go takie na tym miejscu potkają gody... jeśli nie tchórz, tu, na bliskim błoniu, - jeśli chce, pieszo, jeśli - czekam go - na koniu, - na ostrąli kopiją, na pałaszli goły.» Jan Lipski, który «pięćdziesiąt lat bez mała... chustem lał krew za miłą ojczyznę», któremu «już żadnej rany - chybaby przez bliznę  ani szabla turecka, ani szwedzka kula, - łuk tatarski i oszczep grubego Moskula... z przodu zadać nie mogła», poległ na polu chwały «jak Leonidas drugi». Poległ i Zienowicz - od «dwudziestu kilku ran, ciętych i sztychowych», ale przed śmiercią, w ostatniej bitwie, «siekł, kogo mógł, z potem krew pijący na poły, - i uciekli po­ganie, a on między trupem - tak gęstym stał, sparszy się na pałaszu słupem,  w tureckiej krwi po kostki». Sahajdaczny, który się już z dawna wsławił męstwem, stawał i pod Chocimiem, jako dobry syn ojczyzny, której dotrzymał wiary, «rzadkiej w kozackim narodzie», z trupów tureckich «groble robił» i w «jusze tureckiej się kąpał».
Lecz są w Wojnie chocimskiej nie tylko wskrzeszone «postaci zmarłej przeszło­ścią ale i własne ognie» poety, który nie umiał i nie chciał się z nimi taić przed czy­telnikiem. Więc wypowiada swoją własną mocną wiarę, że się rycerzami chocimskimi opiekował sam Bóg, który «przez mdłe ręce nasze - krwią pogańską żelazne napawa pałasze», który «każe Michałowi, co dyjabła wysadził, - żeby o rzeczach pol­skich pod Chocimiem radził»; wodzowie i boży hetmani - święte mają anioły, któ­rzy, nie widziani, - w takowych raziech zdrowe dyktują im rady». Nie kryje się Potocki i ze swoją miłością ojczyzny, która przemawia to jako duma patriotyczna, to jako smutek patriotyczny.
Dumny jest poeta i nie posiada się z radości na myśl, że «takie przedtem rodziła Sarmacyja syny»; «rzekłbyś, że to ci wstali z Bolesławem z trumny, - co żelazne po końcach ojczystych kolumny - stawiali». Toteż nie tylko kocha, ale i czci tych ryce-rzów poeta i kiedy się oni w ogień rzucają, woła: «0 chwalebna ochoto! o kochana młodzi!» Kiedy opowiada, jak się Osman znęca nad jeńcami polskimi, dodaje od siebie, że ci biedacy «kończą śmiertelność, ale onymże zawodem - w niebie żyć poczynają, gdzie ich ani głodem, - ani żelazem więcej śmierć już nie namaca, - a na ziemi żaden wiek sławy ich nie skraca». Jak Malczewski w Marii uwielbia rycerzów polskich rannych w boju z Tatarami i woła: «Chodź, do stalowych piersi twój kaftan wełniany - przyciśnij z wdzięcznym sercem i całuj ich rany!»- tak i Potocki rany swoich bohaterów chocimskich czci jako świętość i pociesza rannego wojownika, że rana jego to najwspanialszy podarunek, jaki ojciec może dzieciom do domu przy­wieźć: «Żadneć by jarmarki - takiego specyjału, choćbyś wszystkie fraszki - zaku­pił, objechawszy Paryż i Damaszki, nie dały, jako gdybyś za miłą ojczyznę - pod­jętą na swym ciele synom przyniósł bliznę.» Kiedy umiera sędziwy Chodkiewicz, serce się poecie krwawi i wybucha jękiem: «Hetmanie, mój złoty! - przeczże, przecz zostawujesz zaczęte roboty ?»A kiedy umiera Zienowicz, woła poeta: «Nie umiera, nie w wiecznym śmierć go mroku kryje: I nie da mu cnota umrzeć, która wiecznie żyje!»
Ze zgryźliwością natomiast i ironią odzywa się Potocki o tych wyrodkach, co się prochu boją, co radzi by porzucić obóz i powrócić do domu, o perfumowanych «galantomach», którym wojna mierźnie»; tacy, mówi poeta, są «Bogu obrzydli i świa­tu szkaradzi». Z ironią również odzywa się o królewiczu Władysławie, który się roz­chorował w obozie i niewielką miał ochotę «przesiąść się z żółwia na konia», oraz o Zygmuncie III, o którym chodziły plotki po obozie chocimskim, że kiedy rycer­stwo polskie krew za ojczyznę przelewa, on sobie najspokojniej w świecie poluje na zające pod Lwowem; toteż szydzi z króla Potocki, mówiąc, że mu «psie gony - milsze niż sława dobra, niż całość Korony»; w ogóle nie lubił poeta Wazów, jako cudzo­ziemców, bo król-cudzoziemiec to «kaczka wodząca kurczęta». Ale najsilniej piętnuje spółczesne sobie pokolenie, które, jego zdaniem, niewarte rzemyka u obuwia roz­wiązać bohaterom chocimskim, bo zniewieściało, bo zatraciło ducha rycerskiego, bo się oddaje tylko wygodom i zbytkom, nie myśląc o matce-ojczyźnie; otóż ta świado­mość przepełnia szlachetnym bólem patriotycznym serce poety, który też raz po raz przeciwstawia dzisiejszych «pigmejczyków» (karłów) dawnym olbrzymom; tym spo­sobem Wojna chocimska jest nie tylko obrazem dawnego bohaterstwa, ale i bolesną satyrą patriotyczną na współczesnych, płynącą wprost z serca kochającego syna oj­czyzny, który - jak prześlicznie mówi - pióro swe «omoczył we łzie orła białopiórego».
O Turkach nie może Potocki mówić z zimną krwią, nie cierpi ich bowiem z całej duszy, nazywa ich okrutnikami, łotrami, głupcami. Pohulał sobie zwłaszcza nad Osmanem, o którym się zawsze wyrazi pogardliwie, nienawistnie lub szyderczo: «Osman skacze jak głupi»; na tronie «siedzi jak bałwan, jakby sztukę balku - złoco­nego postawił kto na katafalku»; «trzy dni nie jadł, prócz że swą zjadła pianę chli­pał, - a ciało sam na sobie kąsał, targał, szczypał». Zwłaszcza szydzi Potocki z pychy głupiego sułtana, któremu się zachciało «swój miesiąc naszego orła odziać pierzem», który idąc na wojnę obiecywał swemu dworzaninowi, że zrobi go <
Jednym słowem, poemat jest na wskroś przesiąknięty własnym uczuciem au­tora - jego wiarą w Opatrzność, jego duchem rycerskim, jego miłością ojczyzny, jego nienawiścią względem zaklętych wrogów Polski i chrześcijaństwa. I ta właśnie uczuciowość, ten duch poety stanowi główną piękność Wojny chpcimskiej. Wpraw­dzie i w Wojnie domowej Twardowskiego są Własne uczucia i poglądy autora - ale Potocki umiał je wypowiedzieć bez porównania silniej i piękniej; Wojna domowa Twardowskiego jest przede wszystkim rymowaną opowieścią o wypadkach dziejowych - Wojna chocimska to przede wszystkim pobudka rycerska; Twardowski; (w Nadobnej Paskwalinie) upatruje odrodzenie moralne narodu w życiu ascetycz­nym - Potocki w życiu rycerskim. A jak duchem i nastrojem, tak językiem i stylem jest Wojna chocimska utworem bez porównania lepszym od napuszonych poematów Twardowskiego - wprawdzie i Potocki użyje czasem takiego wyrażenia, jak na przy Wad: «Już Tytan na pół nieba wygnał kwadrygi)) (zamiast: o południu), lecz w ogóle język jest wprawdzie szorstki, czasem rubaszny, ale jędrny, dobitny, malow­niczy, dostrojony do przedmiotu, pachnący siarką i prochem.

INWOKACJA

Wprzód, niżli sarmackiego Marsa krwawe dzieje
Potomnym wiekom Muza na papier wyleje,
Niż durnego Turczyna propozyt szkarady
Pisać pocznę w pamiętne Polakom przykłady
(Który, z nimi zuchwale mir zrzuciwszy stary,
Chciał ich przykryć haraczem z Węgry i Bułgary) -
Boże, którego nieba, ziemie, morza chwalą,
Co tak mdłym piórem, jako władniesz groźną stalą,
Co się mścisz nad ostatnim domu tego węgłem,
Gdzie kto usty przysięga sercem nieprzysięgłem -
Ciebie proszę, abyś to, co ku Twojej wdzięce
W tym królestwie śmiertelne chcą wspominać ręce,
Szczęścić raczył! Boć to jest dzieło Twej prawice:
Hardych tyranów dumy wywracać na nice,
Mieszać pysznych i z błotem górne równać myśli
Przez tych, którzy swą siłą od Ciebie zawiśli!

POTĘGA TURECKA

Zabielały się góry i Dniestrowe brzegi
(Rzekłby kto, że na ziemię świeże spadły śniegi),
Skoro Turcy stanęli, skoro swoje w loty
Okiem nieprzemierzone rozbili namioty...
Skoro Osman zobaczył nasze szańce z góry,
Jako lew krwie pragnący wyciąga pazury,
Jeży grzywę, po bokach maca się ogonem,
Jeżeli żubra w polu obaczy przestronem:
Chce się i on zaraz bić, zaraz chce na nasze Wsieść obozy; hetmany zwoławszy i baszę, Każe wojska szykować, choć już i nie sprawą Dla pola cieśniejszego, iść na nas obławą. Kto mu wspomni nie w polskim wieczerzą obozie, Choć najwierniejszy sługa, będzie na powrozie; Tedy, o tak haniebnej usłyszawszy karze, Biednego ognia składać nie śmieli kucharze... Teraz, gdy Osman każe, lub zysk, lubo strata, Walą się wojska, idzie i groźna armata,
Straszne się bisurmańskie z góry ganią roje,
A białe jako gęsi migocą zawoje.
Janczar-aga we środku, ustrzmiwszy w puch pawi, Ogniste swoje pułki na czele postawi; Sam, dosiadszy białego arabina grzbieta, Jako między gwiazdami iskrzy się kometa, W barwistym złotogłowie pod żorawią wiechą, Buńczuk nad nim z miesiącem, otomańską cechą...
W prawo i w lewo janczar na widoku stały Nie znane oczom naszym dotąd specyjały : Straszne słonie, co trąby okrom mają kielców; Każdy swą wieżą dźwiga, każda wieża strzelców Po trzydziestu zawiera; tak gdzie tylko chodzą  Rozdrażnione bestyje, nieprzyjaciół szkodzą.
Konne wojska po skrzydłach, wyniósszy swe dzidy, Patrzą, rychło się do nich sunie giaur gidy... Wszyscy siedzą, od złota, od rzędów, od pukli (I nie jako na wojnę daleką) wysmukli; Nie widziałeś kirysów, nie widział pancerzy: Każdy się złotogłowi, jedwabi i pierzy; Ogromne skrzydła sępie, forgi, kity, czuby Trzęsą się im nade łby. A ono nie tu by Te prezentować cienie i nikłe ozdoby, Kiedy wróble takimi z prosa straszą boby! Wszytko znieśli, wszytko to dziś na się włożyli, Z czego świat przez lat tyle zdarli i złupili...
W tymże obłoku stali Murzyni cudowni; Jako się bleszczy iskra w opalonej głowni, Tak i tym z warg napuchłych, z czerniejszej na szmelce Paszczeki bielsze niż śnieg wyglądały kielce. Tu się w szeroko białej na wierzchu koszuli
Po polach Mamalucy przestronych rozsuli, Jakoby przy łabędach kto postawił kruki! A gęste się nad nimi wieszają bończuki. Tamże wszytkie narody, które jako sznuru Długiego się z obu stron trzymają Tauru... Toż Wołosza z Multany, co przedtem sąsiedzi, Dziś nam nieprzyjaciele. Tam się wszytka scedzi Zgraja ona niezmierna, niezliczona gęstwa, Z której Polska ma świadka, póki świata, męstwa.
Cóż pisać o armacie? gdy samymi działy Obóz swój osnowali za szańce, za wały, Z takim grzmotem, że ledwie podobny do wiary: Sam to przyznał Chodkiewicz, wódz i żołnierz stary, Który jak się Marsowym począł bawić cechem, Sztuk ognistych nie widział, które ziemię z gruntów Trzęsły, rzygając kule o sześćdziesiąt funtów...
Drą się trąby i surmy i w tyle, i w przedzie, Ale po lepszych w Wilnie tańcują niedźwiedzie! Takie wilcy w gromniczny czas, mrozem przejęty, Takie wydają świnie zawarte koncenty! Łagodną symfoniją tak ślosarz pilnikiem, Tak osieł swoim cieszy ludzkie ucho rykiem!... Przyznałby mi to pewnie Febus złotowłosy, Że jako rozpostarto nad ziemią niebiosy, Jako on dawno snuje swojej sfery wydział, Takiej liczby stad i trzód w gromadzie nie widział! Mułów naprzód i osłów z różnymi ciężary,
Potem cielców ćma sroga, zaprzężonych w kary,
Nuż tak straszna armata, gdzie i po stu wołów
Jedne sztukę ciągnęło! Cóż kule? cóż ołów?
Wszytko to swym taborem, jako się już rzekło,
Kilka mil za wojskami powoli się wlekło.
Porożyste bawoły, barany i kozły,
Krowy, których cielęta na wozach się wiozły...
Nuż maży, które rzeczy potrzebne do żydła
Wiozły, co miały w jarzmach robotnego bydła...
Gdzie faryna i szorbet, i kawa, co spumy6
Trawi w człeku, i we pstrych farfurach perfumy.
Tak się Osman opatrzy prowijantem sporem,
Bojąc się, żeby Polska pospołu go z dworem
Głodem nie umorzyła! Czyli słyszał, że tu
Ryż się nie rodzi, nie masz kawy i sorbetu ?

NIEGDYŚ A DZISIAJ

Chleb a piwo - to żywioł; tłuste mięso z chrzanem,
Gdy zdrowie jest, bez pieprzu, bez cymentu - panem!
Jakoż, byśmy się chcieli rozgarnąć w tej mierze,
A na wieki z tym wszytkim uczynić przymierze,
Czego nam niebo i ta ziemia, co nas rodzi,
Nie dała, dłużej byśmy - i starzy, i młodzi -
Żyli i każdy by z nas trzech Węgrów przesiedział!...
Nie znanoż dawniej pieprzu, kanaru, cymentu, Apetyt był każdemu miasto kondymentu; Patrzmyż też, co za ludzi miały tamte wieki, Którzy nam tę ojczyznę dali do opieki!
Ale że ich mały ślad, i tylko w żelezie, Ledwie że nie z nogami drugi dzisia wlezie W szyszak przodka swojego, puklerza nie dźwignie, Pod mieczem jako wyżeł do ziemie się przygnie, Ledwie by i ostrogę uniósł na ramieniu, A jako w wczesnym krześle usiędzie w strzemieniu...
Przebóg! Cóż nas w tak drobne przerobiło mrówki? Zbytkami nieszczęsnymi, łakomymi gardły Samiśmy się w Pigmejów postrzygli i karły! Co żywo, na nas jeździ i wszyscy nas lubią, Wszyscy nas, jako własne gąski swoje, skubią!...
Jest co widzieć w Krakowie, kiedy na trzy zbyty Drogimi poobija ściany aksamity, Ubrawszy ono łoże na kształt katafalku, Śród pokoju postawi od samego balku6; Wkoło fraszki rozliczne od szkła i kamieni: Tym pompa większa, im się która drożej ceni. Chorągiew by zaciągnął za każde z tych czaczek I, z większą stokroć sławą, choć przynajmniej znaczek Wyprawił w Ukrainę, gdzie jako doroczy Haracz lud chrześcijański pies pogański troczy...
. . Żaden z królów polskich, aże do Trzeciego Zygmunta, nie miał pompy, nie miał fastu tego, Jaki dziś ma starosta! Cóż o senatorze Rozumieć, w jakiej bucie żyje i splendorze!
Nie łoże, nie łabęcie mchy, nie miękkie szaty Przodki nasze a stare zdobiły Sarmaty: Ziemia - łóżko, barłóg - mech, falandysz od festu,
Zwyczajnie karazyi albo też breklestu Na kurty zażywano! Co więcej, obok cię Posadził, choćeś oszył safijanem łokcie, Największy pan: gdzie cnota rycerska nas braci, Ani złotogłów, ani tam aksamit płaci...
Patrzcież na świątobliwe ojców swych obrazy, Które dokąd świat stoi, nie uznają skazy! Patrzcie, a kinąwszy cień marnych ozdób płony, Ich się imcie przykładem sarmackiej Bellony: Bo ci, nie mając chleba królewskiego bułki, Nie rzkąc roty usarskie, lecz stawiali pułki  Nie sząrków, nie Rusnaczków, owych skotopasów -Żołnierza ćwiczonego: Węgrów, Szwedów, Sasów, Co się rodził w obozie, we krwi go kąpała, A trzaskiem muszkietowym matka usypiała, Co mu nie zadrży czoło, choć w ogniu, choć w kurzu, Za którego piersiami staniesz jak w zamurzu!

MOWA CHODKIEWICZA DO RYCERSTWA

Ani mnie ust natura formowała z miodu,
Ani też tam oracyj trzeba i wywodu,
Gdzie Bóg, ojczyzna i pan swoje składy święte
W archiwie piersi waszych chowają zamknięte;
Dziś wam się Bóg swej chwały, dziś ołtarzów zwierza
Nowego, które stwierdził krwią własną, przymierza...
Wam ojczyzna rodzice, krewne, dzieci małe,
Płeć niewojenną, dziewki oddaje dojźrałe...
Wam ubogich poddanych chrześcijańskie gminy,
Ojczyste na ostatek ściany i kominy
Pokazuje z daleka matka utrapiona,
Pod wasze się z tym wszytkim dziś kryje ramiona!
Do was obie wyciąga ręce wolność złota!
Niech się sam w swych poganin obierzach urno ta!
W te ręce król ozdoby swej dostojnej skroni,
Kiedy mu hardy Osman śmie posiągnąć do niej,
Porucza, z których je ma; nadzieje nie traci,
Źe tyran posiężnego sowicie przypłaci.
Ja uniżone Bogu czynię dzięki, że mi
Dał żyć na niskiej do dnia dzisiejszego ziemi,
Dał na tym stanąć miejscu, skąd jeżeli żywo
Wrócę, czeka mnie żyzne wiecznej sławy żniwo;
Jeśli też tu Bóg schyłki wieku mego scedzi,
I to zysk liczę, gdy mnie nie doma sąsiedzi,
Lecz tak wiele chrześcijan pod tureckim niebem
I moje martwe kości ozdobi pogrzebem!
Więc, o kawalerowie, w których serce żywe
I krew igra, przyczyny mając sprawiedliwe
Tak koniecznej potrzeby, Litwa i Polanie,
Osiądźcie Turkom karki i nastąpcie na nie!
Niechaj was to nie stracha, niech oczu nie mydli,
Źe się poganin upstrzy, uzłoci, uskrzydli:
Namioty, słonie, muły, wielbłądy i osły -
To nie bije; stąd serca przodkom waszym rosły
Do szczęśliwych triumfów: i mięso, i pierze,
Lubią sławę i złoto przy sławie żołnierze.
Mało co tam wojennych: dziady, kupce, żydy,
Martauzy postroili i dali im dzidy;
Co człek, to tam rzemieślnik: cień ich tylko ma tu
Osman - każdy zostawił serce u warstatu!...
Tedy do tak nikczemnej, marnej szewskiej smoły
Sarmatów będę równał? - naród, który z szkoły
Marsowej pierwsze przodki, stare dziady liczy?
Który wprzód w szabli niżli w zagonach dziedziczy?
Którym Chrobry Bolesław, gdy Rusina zeprze,
Żelazne za granicę postawił na Dnieprze,
Gdy Niemca, co w fortecach i w swej ufał strzelbie,
Takież kazał kolumny kopać i na Elbie?...
Dobądźmy na dzisiejszy dzień chowanej broni,
A skoro hasło JEZUS po wojsku zadzwoni,
Nie szczędząc bisurmańskiej nikczemnej posoki,
Odbierzmy należyte szablom swym obroki!
Jeżeli się kto boi, jeśli ufa w nogi,
Niech patrzy na bystry Dniestr, tatarskie załogi
(O czym wątpię!), a mężnym bohaterska cnota
Niechaj do wiecznej sławy pootwiera wrota!
A Ty, o wielki Boże, który jednym słowem
Wodzisz wojsk milijony, przeto obozowym
Panem się słusznie zowiesz, Ty sadzasz na trony,
Ty królom z głów niewdzięcznych odbierasz korony -
Pokaż swoje moc w naszej niedołędze lichej,
Zepchni nieprzyjacioły swoje dzisia z pychy!
Oni liczbie tak wielkiej, wozom, koiiiom, a my
W Tobie tylko, jedyny Boże nasz, ufamy.
Racz podrzeć wielkich grzechów naszych katalogi,
Weź im serca, a daj nam! pokrusz im ostrogi!
Niech się im łuki łomią, niech ich szabla stępie)
Daj cześć swemu imieniu w tym ludzi zastępie!

SZTURM TURKÓW DO OBOZU KOZACKIEGO

Ledwo się słońce jęło nad ziemią podnosić,
Każe wojsku wychodzić, szturm ogłosić
Do kozackich taborów - lub zysk, lubo strata:
Tak mu pomsta, tak mu gniew serce w piersiach płata,
Choćby wszytkim Turkom być dzisia na przedpieklu,
Byle dobyć Kozaków .........
«Idźcież - rzecze - wielkiego świata króciciele, Wyroicie i z korzeniem to szkodliwe ziele, Idźcie śmiele! Ja na was będę patrzył z bliska, A kto najpierwszy wpadnie do tych psów łożyska, Dziś weźmie Sylistryją; a kto drugi po niem, Juki złota z ubranym daruję mu koniem; Tak aż do dziesiątego: każdy swej odwagi I męstwa należyte odniesie posagi.»
Kiedy się do wygranej hardy Turczyn bierze, Sześćdziesiąt dział burzących przeciwko kwaterze
Kozackiej wyrychtuje.........
Widzi dobrze Chodkiewicz, na co Turczyn godzi, Więc w pole sześć usarskich chorągwi wywodzi, Kędy i sam w tysiącu swojego wyboru Czołem do kozackiego obróci taboru, A oraz i lisowskie z szańcu ruszy roty; Tak stał w miejscu, czekając Marsowej roboty...
Wtem Osman niecierpliwie każe palić działa: Zaćmi słońce gęsty dym, ziemia z gruntu grzmiała, Rozlegają się góry i przyległe lasy Niewytrzymanym trzaskiem, strasznymi hałasy. Tak twierdzą (jam tam nie był), że z onego grzmotu Kilka ptaków na ziemię spadło zbywszy lotu; Dzieli się Dniestr na dwoje, że mógł każdy snadnie Obaczyć mokry piasek i kamyki na dnie... Grom słuch odjął, a oddech - siarczyste otręby, Wzrok - dym, że sobie ludzie palce kładli w gęby. Twierdził to i Chodkiewicz, że jak począł z młodu Wojnę służyć, takiego huku, dymu, smrodu Nie uznał, jakim nas dziś głuszy, ślepi, dusi,
Kiedy się żwawy Osman o Kozaków kusi. Tylko też było szkody z onej srogiej burze! Bowiem ci, w swoich szańcach siedząc, jako w murze, Tak szkaradą kul gęstwą, która się tam zwali, Jednego tylko z swoich junaków stradali. A skoro kilka godzin bez wszelkiego skutku Grzmi Osman, każe się swym zmykać pomalutku: «Jeśli się tam jeszcze kto morduje z tym światem, Dorżnąć go, a te działa wszytkie z aparatem Wprowadzić do taboru, wygnać niedobitki, A tak podciąć giaurom twardoustym łydki!»
Już umilknęły działa, już nie ryczą smocy, Kiedy tyran zajadły wszytkie wywrze mocy, Żeby obóz kozacki ze czterech stron prawie Obegnawszy, w tak strasznej wziąć go mógł kurzawie. Dopieroż Turcy wałem ruszą z góry ku nam, Tusząc, że się Kozacy tak gęstym piorunom Oprzeć nie mogąc albo zginęli do nogi, Albo swoich taborów opuścili progi...
Długo leżą Kozacy. Jako więc zwykł łowiec Na lisa i wilk, kiedy widzi stado owiec, Nie pierwej ten wypada, tamten zmyka z smyczy, Aż się zbliżą, aż będą pewni swej zdobyczy: Tak Kozacy, swego się trzymając fortelu, Nie pierwej się objawią, dokąd im na celu Nie stanie nieprzyjaciel; toż mu ogień w oczy I z dział, i z ręcznej strzelby sypą, a z uboczy Zawadzi w nich Chodkiewicz i o gołe brzuchy Skruszywszy drzewa6 sroższej doda zawieruchy, Gdy dobywszy pałaszów, jako lew z przemoru6, Pierwszego bisurmanom przygaszą humoru.
Zapomni się pogaństwo i strasznie się zdziwi, Że Kozacy strzelają i są jeszcze żywi, Że ich wszystkich burzące nie pogniotły działa; Smutnie przeto zawywszy swoje hałfa, hałłay Skoro ci jeszcze do nich wysypą się gradem, Naprzód im czoła strachem podchodziły bladem, Potem, kiedy Chodkiewicz wsiędzie na ich roje, Ze łby im ostrą szablą zdejmuje zawoje -Zwątpiwszy o posiłkach, zwyczajnego toru Dzierżąc się, uciekali do swego taboru! Nie pomoże Mahomet i carska powaga,
Gdy śmierć chwyta za gardło, gdy się serce strwaga...
Targa włosy na głowie, gryzie sobie palce Zjadły Osman, żurzy się na swoje ospalce, Już nie wierzy, żeby był Mahomet na niebie, I swych, i nieprzyjaciół, i znowu klnie siebie! Potem się zapomniawszy kiwa tylko głową, Kiedy Turcy, osobą gardząc cesarzową, O jego się tak blisko ocierając strzemię Uciekają; na koniec, pięścią tłukąc w ciemię Od gniewu, i samemu przyjdzie się rozgrzeszyć, Przyjdzie i nieprzyjaciół, niestetyż, rozśmieszyć, A uchyliwszy one prześwietnej grandece,
Uciec z pola! .........
Ale póki w polu stał, jeszcze się wstydali, Jeszcze się jakokolwiek Turcy opierali; Skoro uciekł, skoro się do namiotu schował, Wszytkich w drogę rozgrzeszył i licencjonował.

ZAKOŃCZENIE 

Tobie, Tobie, Monarcho szerokiego świata,
Aczci Cię żadna potkać nie może odpłata...
Niesiemy hołd powinny i wieczne trybuty!
Pełne usta Twej chwały i serce - pokuty!
Tobie w piersiach, podniósszy triumfalne palmy,
Święty pean przez hymny głosimy i psalmy!
Twoja to wiktoryja, Twój fest, Twoje dziwy,
Że Turczyn, który samym strachem końskiej grzywy
Wielkie kruszył fortece i narody gładził,
Pierwszy raz, jako kosa o kamień, zawadził
0 szczyptę Twoich ludzi, których wzgardził przodem
I zamierzać nad nimi śmiał zwycięstwo głodem!...
Twojej to, Twojej dzieło wszechmogącej ręki,
Za coć wszyscy pokorne oddajemy dzięki,
Ofiaręć na czystych serc kładziemy ognisko,
Żeśmy na łup poganom, na urągowisko
Pokrytym przyjaciołom i naszym sąsiadom
Nie przyszli: wszakeś serca człowieczego wiadom6.
Chciejże, wszechmocny Stwórco wszytkich rzeczy, zdarzyć,
Aby pokój, któryś nam dziś raczył skojarzyć,
W tej Koronie wiekował ku Twej chwale świętej,
A z nas grzechu wszelakie wykorzeń ponęty!
Pobożność, mądrość, miłość i insze pożytki
Rozmnóż Świętego Ducha! A przemierzłe zbytki -
Wstręt na niebie i ziemi (byle zaś nie w gniewie!)
Do żywota - niech z nas Twa prawica wyplewie!
Daj w ojczystej swobodzie, w rządzie, dobrej sile
Wyżyć tej śmiertelności zamierzone chwile!

Podobne prace

Do góry