Ocena brak

Wacław Potocki (1625-1696)

Autor /Saleta Dodano /08.10.2012

Najznakomitszym epikiem XVII wieku i w ogóle jednym z najznakomitszych poetów niepodległej Polski jest autor Wojny chocimskiej, Małopolanin Wacław Potocki (1625-1696) z Woli Łużeńskiej (w powiecie bieckim), arianin. Wyż­szego wykształcenia nie otrzymał: za granicą nigdy noga jego nie postała, do Akademii zaś Krakowskiej, jako arianin^ wstąpić nie mógł; może nawet szkół średnich nigdy nie oglądał; a jednak dzięki wrodzonym zdolnościom, starannemu wychowaniu w domu rodzicielskim oraz własnej pracy i ochocie do kształcenia się, która nie opuszczała go do samej śmierci, należał Potocki do najświatlejszych i najrozumniejszych ludzi swojego czasu. W siedemnastym roku życia służył wojskowo, lecz później ani razu miecza do boku nie przypasał i pędził ciche i spo­kojne życie na roli, rozkochany w swoim gospodarstwie, w poezji i w życiu rodzin­nym. Ale szczęście niedługo trwało: w roku 1658 zapadła uchwała wydalająca arian z granic Polski; wówczas to Potocki przeszedł na katolicyzm, ale żona arianką pozostała, co było dla Potockiego źródłem ustawicznej troski i trwogi: musiał żonę ukrywać, dopóki i ona wreszcie katolicyzmu nie przyjęła. Lecz nie sądzono mu już było zaznać szczęścia na tej ziemi: starszy syn poszedł na wojnę turecką i nie wrócił; niebawem umarła córka, za córką poszedł młodszy syn (także na wojnie tureckiej), a wreszcie umarła ukochana żona. Pozostała mu tylko synowa, która miłością swą i przywiązaniem słodziła nieszczęśliwemu starcowi ostatnie lata życia i zamknęła mu oczy.

Literatura, staropolska niewiele posiada postaci tak wyjątkowo miłych jak Potocki. Był to człowiek łagodny i dobroduszny, otwarty i szczery, gościnny, uprzejmy i chętny do usług, pod powłoką szorstkości i rubasznego humoru kryjący dobre, złote serce polskie, tkliwą miłością kochające żonę i dzieci. Religijny był do szpiku kości i w nieszczęściach swoich poddawał się pokornie niezbadanym wyrokom bożym. Ojczyznę kochał całym sercem: nie szczędził dla niej kosztów (raz na przykład, jak sam sobie świadczy, «kilkadziesiąt człeka na Szwedy, herbu swego okrywszy ich płatkiem, stawił własnym kosztem»), synów wychował na rycerzy; z dumą i radością rozpamiętywał świetną rycerską przeszłość Polski jako przedmurza chrześcijaństwa, płakał łzami bólu nad jego późniejszym nieszczęściem i łzami Wstydu nad jej późniejszą hańbą (Piławce i traktat w Buczaczu, 1672), trwożył się, a nawet rozpaczał na myśl o jej  przyszłości i tradycję narodową i oby­czaje staropolskie szanował i kochał aż do niechęci, a nawet do nienawiści cud; ziemszczyzny; do swego kawałka ziemi odziedziczonego po ojcach, a nie mniej do swego szlacheckiego gniazda i herbu gorąco był przywiązany. Jednym słowem, Potocki to przepyszny typ Polaka-szlachcica starej daty, wyborne wcielenie sar-matyzmu (to jest dawnej polskości) - ale w dobrym, dodatnim znaczeniu tego wyrazu.
Bo od ogółu szlacheckiego był Potocki znacznie wyższy zarówno sercem, jak rozumem. Kiedy ogół szlachty'miał fałszywe i przewrotne pojęcia o służbie bożej, mniemając, że dobry katolik powinien nienawidzić innowierców, Potocki, wycho­wany w zasadach właściwej arianom tolerancji religijnej, był szlachetnym toleran-tem; przeszedł później na katolicyzm nie tyle z przekonania, ile dlatego, że się nie mógł pogodzić z myślą opuszczenia swojej ukochanej ziemi rodzinnej, że nie chciał, jak mówi, «stradać doczesnej ojczyzny*; z czasem dopiero stał się katolikiem gorli­wym i z głębi serca wołał do Boga: «Pasterzu ścięty, i jam z Twej owczarnie - za inszym wodzem obłądził się marnie», ale duchem fanatyzmu nie przejął się już nigdy, bo rozumiał, że albo głupotą, albo zbrodnią jest narzucać komukolwiek gwałtem przekonania religijne, że «ani sam Bóg potrzebuje, żeby z musu Mu człowiek służył*, że «w tej chce umierać wierze człowiek, w której rodził się na świat, jakby wiara szła z natury*.
A jak religijnością, tak i patriotyzmem był Potocki wyższy od braci-szlachty: gorąca miłość Polski nie zamykała mu oczu na jej grzechy i wady; on nigdy nie wie­rzył, że «Polska nierządem stoi», przeciwnie, rozumiał, że Polska nierządem ginie; główne zaś Źródło nierządu upatrywał nie tylko w liberum veto, ale i w słabości władzy królewskiej oraz w obieralności króla; dlatego też przemawiał niejednokrotnie, jeden z bardzo niewielu, za dziedzicznością tronu. I w poglądach społecznych nie był on tak ciasny jak inni; podzielał wprawdzie niedorzeczny pogląd, że «rzemiosło nieła­dnie z szlachectwem się zgodzi»; podrwiwał sobie ze świeżo upieczonego szlachcica, który niedawno jeszcze «pieprz ważył funtem», a teraz się herbem przechwala; wie­rzył, że chłopi «z natury» są «sprawieni do ziemi i do pługa*, że nawet wykształcony chłop zawsze pozostanie chłopem, bo «niepodobna przerobić psa na rysia»; słowem, i on, jak cała owoczesna szlachta, poczytywał szlachcica za jakieś osobliwe stworze­nie; ale domagał się od szlachcica szlachectwa duszy, którego najwspanialszym wy­razem jest służba rycerska w obronie matki-ojczyzny: «Niechaj syn koronny mocno temu wierzy, - że chociaż nie szynkuje i łokciem nie mierzy, - jeśli nie będzie wojny w młodym lecie służył... - szlachcicem być nie może i szczycić się herbem, - nie synem bywszy matce, lecz podłym pasierbem... - niechaj się żaden nie waży ho­noru napierać, - aż się pierwej za matkę nauczy umierać.» O tym poglądzie nie za­pomniał Potocki w swym olbrzymim dziele: Poczet herbów szlachty Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego (1696). Opisał tu wierszem klejnoty, czyli herby szlacheckie, opowiedział ich historię, pochwalił zasługi lub napiętnował grzechy po­szczególnych rodów. Otóż myślą przewodnią tego dzieła jest, że herb to naprawdę klejnot dla szlachcica, ale jedynie dlatego, że przypominając mu zasługi przodków powinien jego samego zachęcać do zacnych i wielkich czynów: przodkowie walcząc z pogany brali ich szablami rżnięte - na ciała charaktery1, żeby w sukcesorach -świeciły, na grobowych kładli je marmorach»; stąd nauka dla potomków: «To stopnie do honorów, do czci, do fortuny: - przez grady strzał tatarskich, przez gęste pioruny - drzeć się dział otomańskich; przez ich szabel ostrze - cnota i wieczna sława plac sobie rozpostrze.*
Poezja była mu (jak Kochanowskiemu i Szymonowiczowi) potrzebą duszy; to­też nie wojenka i nie gospodarstwo, tylko poezja stanowiła główny jego zawód. A ta­lent posiadał ogromny. Wyobraźnia jego nie była wprawdzie bujna, ale za to niezwy­kle żywa, to znaczy, że sam pomysłów do swoich dzieł poetyckich nie tworzył, tylko brał je gotowe | bądź z tego, co przeczytał (mianowicie z książek łacińskich), bądź z tego, co sam widział i przeżył (podobnie jak Twardowski); ale te pomysły już sam uzupełniał i bardzo żywo wyrażał. Uczucie miał szczere, silne, głębokie i wypowia­dał je często z niepospolitą siłą. Posiadał nadto nadzwyczajną łatwość rymowania, a w posługiwaniu się mową ojczystą był prawdziwym mocarzem: pod względem bo­gactwa wyrazów, dobitności języka, zamaszystości i żywego, rodzimego, szczero-polskiego stylu nie dorównał mu ani jeden z dawnych poetów. Miał wreszcie przy­miot bardzo w Polsce rzadki - niezmierną pracowitość: utwory swoje poprawiał i przerabiał raz i drugi, i trzeci, walcząc zwłaszcza z właściwą sobie (i bardzo wielu pisarzom polskim, nie tylko dawnym) rozwlekłością: «Kilką słów sentencyją w łaciń­skim zawartą - w polskim języku trzeba opisować kartą; - filozofom dać pokój, gdyż to każdy przyzna, - że temu nie wydoła uboga polszczyzna.* Niekiedy (ale rzadko) walcząc z rozwlekłością wpadał w drugą ostateczność: w nadmierny, czasem trudny do zrozumienia lakonizm.
W ogóle przy całym swoim talencie, miłości poezji i pracowitości nie był Po­tocki artystą; gdyby nim był, kto wie, może byśmy dzisiaj czcili w nim największego poetę staropolskiego! Na nieszczęście, żyjąc w wieku stopniowego zanikania w Pol­sce dobrego smaku, nie znając nadto współczesnej poezji włoskiej i francuskiej, nie posiadał znajomości zasad prawdziwej sztuki i nie miał należycie wyrobionego poczucia piękna: rozumiał wprawdzie, że makaronizmy są, «jakby w słomianej strze­sze blachą łatał dziury*; rozumiał równie, że «sentencyja... im jest zwięźlejsza i pió­rem, i usty, - im krótsza, tym większe ma w uszu ludzkich gusty*, ale nie unikał wyrazów zbyt pospolitych, rubasznych i nie ustrzegł się pomysłów dziwacznych i tematów już nie tylko nie pięknych, ale często wstrętnych i plugawych. A do tego nie miał pojęcia o budowie utworów poezji, mianowicie większych, to jest, nie umiał tworzyć pięknych całości. W ogóle poezja Potockiego to dziwna mieszanina pię­kności z brzydotą, zdrowych ziarn z pośladem i plewami, których od ziarna nie od­różniał. Te ziarna jednak są tak liczne i często tak piękne, że byłoby krzyczącą nie­sprawiedliwością odmówić Potockiemu miana znakomitego poety.
A jest to poeta tak na wskroś, tak typowo polski, jak ani jeden z dawnych na­szych autorów; w poezji jego odbiło się jak w zwierciadle całe życie Polski XVII wieku, jej klęski i triumfy, jej duch religijny i rycerski, jej wady i przymioty, jej cha­rakter i obyczaje domowe, słowem - całe życie polityczne, wojskowe, religijne i oby­czajowe; a zwierciadło to tak dokładne, że gdybyśmy nawet nie posiadali innych źródeł do poznania Polski XVII wieku, poznalibyśmy ją z poezji Potockiego aż do najdrobniejszych szczegółów. W ogóle jako malarzowi życia polskiego nie dorównał Potockiemu ani jeden z poetów niepodległej Polski, nie wyjmując Reja; i na tym to
polega jego wyjątkowe stanowisko w dziejach naszej dawnej literatury. Nie dosyć na tym. Ponieważ Potocki był wyższy nad ogół swego społlbzeństwa, stąd jest on nie tylko malarzem życia polskiego, ale jednocześnie (podobnie jak Rej) jego sędzM jest znakomitym satyrykiem, którego uwagi nie uszedł ani jeden grzech przeciwko Bogu, ojczyźnie i bliźniemu: ani fanatyzm i nietolerancja religijna, ani prywata i anar­chia polityczna, ani ucisk chłopów. A satyra to inna zupełnie, szlachetniejsza od satyry Krzysztofa Opalińskiego; przemawia w niej nie gniew, nie niechęć ku społe­czeństwu, lecz głęboki smutek zacnego człowieka, który widząc, co się w jego ojczyź­nie dzieje, łamał ręce i rwał włosy - z rozpaczy patriotycznej.

 Spuścizna poetycka Potockiego jest olbrzymia: obejmuje co najmniej trz#fl tysięcy wicfszy, to znaczy, że się ani jeden poeta staropolski mierzyć z nim nie może pod względem płodności. Ale po większej części nie ogłaszał drukiem swych utwo­rów, wiedząc, że słowo nie ma już w Polsce ani posłuchu, ani wolności: «Zawarto wszelki sposób do mówienia: - jakoż i pismo wyniść ma na ludzkie oczy? - abo go spalą, abo mól w kącie roztoczy! - choćby i wyszło, tyle ogłosu uczyni, - co drumka1 abo mucha w hirkańskiej2 pusty ni.» Dopiero w czasach nowszych poznano i oceniono należycie poezję Potockiego. A poezja to wielce różnorodna.  
Bardzo znaczną jej część stanowią wiersze i poematy religijne (na przykład poemat o męce krzyżowej Zbawiciela), znamienne jako wyraz gorącej wiary i serde­cznej skruchy poety.
Dział drugi stanowią romanie - powieści wierszowane, na poły fantastyczne, na poły historyczne, jako to o nadzwyczajnych przygodach mężnego Syloreta, o Ar-genidzie, o Judycie, o cnotliwej Rzymiance Wirginii, o bohaterskiej walce Holandii z Hiszpanią. Powieści to nieoryginalne: ich źródłem są pisarze starożytni i nowo­cześni, których prozę łacińską Potocki przetapiał na wiersz polski (często bardzo piękny); sam otwarcie się do tego przyznaje w tytułach dwóch swoich najobszerniej­szych i najciekawszych romanii. Pierwszą wydano dopiero w roku 1764: Syloret albo prawdziwy obraz nie osłabionego najdotkliwszymi przeciwnościami męstwa i usz­częśliwioną w poddawaniu się boskim wyrokom ufności, w starodawnej historyi, z róż­nych greckich i łacińskich pisarzów wyjętej, odmalowany. Głównie zasilał się tutaj Po­tocki Metamorfozami Apulejusza i słynną powieścią autora greckiego III wieku po Chrystusie, Heliodora, pt. Etiopiki, czyli Teagenes i Charykleja, powieścią, która, przetłumaczona w wieku XVI na język łaciński i francuski, wywarła olbrzymi wpływ na powieściopisarstwo europejskie XVI i XVII wieku. Druga romania ukazała się w rok po śmierci Potockiego: Argenida, którą Jan Barclaius po łacinie napisał, Wacław Potocki, podczaszy krakowski, polskim wierszem przetłumaczył, czyniąc zadosyć żą­daniu wielu czytelników, do druku podana (1697). Treść obu tych powieści, których ośrodkiem jest miłość dwojga młodych, kończąca się mimo piętrzących się straszli­wych przeszkód małżeństwem, wypełniają różne nadzwyczajne, a często nieprawdo­podobne przygody na ziemi i na morzu, jako to: niespodziewane napady nieprzy­jaciół; porwanie kobiety przez wstrętnego jej rycerza, a ocalenie przez ukochanego; różne tajemnice rodzinne, które się wyjaśniają dopiero przy końcu powieści, w tym na przykład rodzaju, że jeden z konkurentów królewny Argenidy jest, jak się okazuje, jej bratem; że Arsina, młoda żona starego Syloreta, podsuwa swemu pasierbowi, gar­dzącemu jej miłością, truciznę, którą się truje... własny syn Arsiny (okazuje się zre­sztą, że się nie otruł, tylko zdrzemnął); cudowne ocalenie bohatera w chwili, kiedy już, już miał zginąć, itp. Niektóre z tych pomysłów, jak zwłaszcza porwanie i ocale­nie panny, przetrwały do ostatnich czasów, jak o tym mogą coś powiedzieć powieści historyczne Sienkiewicza. Otóż pomysły te nie są własnością Potockiego, a jednak niepodobna jego powieści nazwać przekładami; nie jest nim nawet Argenida, osnuta nie na różnych źródłach, jak Syloret, tylko na jednym - na Argenidzie tego samego Barclaya, który napisał głupi i niegodziwy paszkwil na Polskę. Nie mówiąc«juź bo­wiem o pięknym języku i wierszu, które są niezaprzeczoną własnością Potockiego, nadawał on powieściom koloryt tak wybitnie polski, że wszystkie te Sylorety i Po-liarchy, Argenidy i Arsiny wydają się czytelnikowi Polakami i Polkami, a różne kraje zamorskie - Polską; w Argenidzie na przykład są odpusty i sejmiki szlacheckie, woź­nica królewski ma na imię Matyjasz, są jarmarki, na któtych sprzedają maślankę i serwatkę, jest pan starosta, który (choć akcja powieści odbywa się w starożytności) najspokojniej strzela sobie do ptaków... z fuzji. Nie dosyć na tym. Pełno w Argeni­dzie własnych dodatków i własnych poglądów Potockiego, który, dopatrując się podobieństwa między szarpaną przez wrogów Sycylią (gdzie się akcja powieści Bar­claya odbywa) a nierządną Polską, szarpaną przez nikczemnych magnatów i przez głupi motłoch szlachecki, wymownie piętnuje anarchię polską: rządy sejmikowe, słabość władzy królewskiej, zasadę wolnej elekcji i inne jeszcze grzechy polityczne zarówno, jak obyczajowe.

RZĄD ZŁY, GDY POSPÓLSTWO WSZYTKO OPIEKA SIĘ RZECZĄPOSPOLITĄ

W tumulcież się kto zdrowej ma spodziewać rady?
Gdzie tysiąc głów, a każda z swoim zdaniem jedzie,
Tysiąc razem języków, właśnie po obiedzie,
Każdy wrzeszczy, co gardła, choć go nikt nie słucha,
A każdy co inszego; drudzy - do obucha!
Wszytcy swoje osobne interesa mają;
Ci - prywatnym faworem, drudzy narabiają
Nienawiścią i kogo gdzie afekt pociąga,
Zapomniawszy publiki, tam się sam zaprząga.
Krewności, obowiązki, bankiety i wina,
Największa na sejmikach zawsze mieszanina!
A ty chwalisz taki rząd? i wolnością zowiesz
Oczywistą niewolą? a na to co powiesz,
Gdy na takich sejmikach, jak bydło przy żłobie,
Do rządów całej ziemie obierają sobie
Możniejszych senatorów?.........
. . . Godnych zarzuciwszy, takich w krzesła tkają,
Którzy rozumu mało, cnoty nic nie mają!
I chwalisz mi taki rząd Pospolitej Rzeczy,
Gdzie wszytko na możniejszych zawisnęło pieczy?
Wstyd mię za cię, że się tak w swym dyskursie mieszasz,
Jednego króla ganiąc, na dziesięć rozgrzeszasz!
Pytam: kędy większy plac i miejsce swobodzie,
Gdzie jeden czy gdzie dziesięć panuje w narodzie?

WOLNA ELEKCJA 
. . . . Póki dawnych państwo ojcowiców plemię,
Choć obrane, rządziło, syn wstępował w strzemię
Rodzicielskie; i przyznam, że ptak białopióry
Całego prawie świata przenosił Arktury,
Zbytki wprzód, ambicyja do tego obrzydła
Wypierzywać oboje poczęła mu skrzydła...
Bo tam, jako skóro się król z światem pożegna,
Otwierają swej woli wrota interregna:
Gdzie kto duższy, ten lepszy! Nuż kaptury owe!
I odtąd stoją one kaptury bezgłowe!
Aż przyjdzie elekcyja, kędy hurmem bieżą
Konkurenci i w sztuki Koronę porzeżą!
Jednych obietnicami, drugich gotowizną
Korumpują, a trzeci, ledwo kość oblizną,
Ledwie ją na bankiecie winem spłucze mocnym,
Aż swym głosem każdemu gotów być pomocnym,
Aż się każdy o kreskę byle z obcym zgodzi,
Bowiem się mu swojego i wspomnieć nie godzi...
Co się stąd krwie rozlało! co po dziś dzień leje!
Jakowa szarpanina! Niech czyta kto dzieje
Tych ziemi utrapionych, przyzna, że sto razy
Więcej na Pospolitą Rzecz przypada skazy,
Prędsza zguba daleko tedy państwa goni
Niż kiedy u dziecięcia korona na skroni.

Podobne prace

Do góry