Ocena brak

Ukryty wymiar - Przestrzeń trwała

Autor /Stefan Dodano /03.08.2011

Tworzenie przestrzeni trwałej jest jednym z podstawowych sposobów organizowa-nia działalności indywidualnej i grupowej. Obejmuje ono zarówno zmaterializowane, jak niewidoczne wzorce, które kierują zachowaniem człowieka. Budowle są jednym z przejawów wzorców przestrzeni trwałej; co więcej, są one również w charakterystyczny sposób grupowane i dzielone wewnętrznie zgodnie z kulturowo zdeterminowanymi modelami. Topografia wiosek, miasteczek i miast, a także prze-dzielającego je pejzażu nie jest przypadkowa, wynika z planu, który zmienia się w zależności od epoki i kultury. Nawet wnętrze domu na Zachodzie jest zorganizowane przestrzennie. Znajdują się w nim pomieszczenia  nie tylko dla spełniania określonych funkcji, jak np. przygoto-wywania posiłków, jedzenia, prowadzenia życia towarzyskiego, odpoczynku, relaksu i prokreacji, ale również dla celów higienicznych.

Jeżeli, jak to się czasem zdarza, wytwory lub czynności związane z pewną przestrzenią zostaną przeniesione do innej przestrzeni, fakt ten  jest natychmiast zauważalny. Ludzie  żyjący „w bałaganie”, „w permanentnym zamieszaniu” to ci, którzy nie potrafią uporządkować czynności i wytworów wedle jednolitego, konsekwentnego, dającego się sformułować planu przestrzennego. Przeciwne miejsce na tej skali zajmuje taśma montażowa, precyzyjna organizacja przedmiotów w czasie i przestrzeni. W rzeczywistości współczesna wewnętrzna topografia domu, traktowana przez Ame-rykanów i Europejczyków jako coś oczywistego, jest zupełnie  świeżej daty. Aż do XVIII stulecia, jak wykazuje Philippe Aries w Centuries of Childhood, pomieszczenia w europejskich domach nie miały swych stałych funkcji. Członkom rodziny nie przy-sługiwała taka prywatność jak obecnie. Nie było przestrzeni przeznaczonych do określonego celu ani miejsc nienaruszalnych. Obcy wchodzili i wychodzili wedle własnego uznania, a łóżka i stoły były zestawiane i rozkładane w zależności od nastrojów i apety-tów.

Dzieci ubierano i traktowano tak jak małych dorosłych. Nic dziwnego, że pojęcie dzieciństwa i związane z nim pojęcie rodziny nuklearnej musiały czekać na specjali-zację pomieszczeń wedle funkcji i na odseparowanie ich od siebie. W wieku XVIII dom zmienił swoją formę. We francuskim zaczęto odróżniać chambre od salle. W angielskim funkcje pokoju zaczęła wskazywać jego nazwa— bedroom, living room, dinning room. Pokoje zaczęto planować tak, by otwierały się na korytarz lub hali, podobnie jak domy na ulicę. Mieszkańcy przestali przechodzić z jednego pokoju do drugiego. Uwolniony od atmosfery dworca czy zajazdu, chroniony przez nowe przestrzenie, wzorzec rodzi-ny zaczął się stabilizować i wyrażać w formie domu.

Książka Presentation of Self in Everyday Life Ervinga Goffmana1 jest drobiazgo-wym, precyzyjnym zapisem obserwacji dotyczących związku między fasadą, jaką lu-dzie ukazują  światu oraz własnym „ja”, które za nią skrywają. Posłużenie się termi-nem „fasada” jest już samo w sobie znaczące. Sygnalizuje istnienie pewnych płasz-czyzn, które powinny zostać zbadane, i napomyka o funkcjach pełnionych przez twory architektoniczne. Zapewniają nam one coś w rodzaju parawanów, za którymi możemy schować się od czasu do czasu. Napięcie wywołane utrzymywaniem fasady może być ogromne. Architektura potrafi uwolnić nas od niego. Daje nam ona też możliwość schronienia, w którym możemy włożyć domowe pantofle i być swobodnie sobą. Faktu,  że tak niewielu businessmanów ma biura we własnych domach, nie da się wyjaśnić wyłącznie konwencją i trudną sytuacją dyrektora, gdy nie ma on wokół sie-bie podwładnych. Spostrzegłem, że wielu ludzi ma dwie, a nawet więcej różnych oso-bowości: jedną w pracy, a zupełnie inną w domu.

Odseparowanie miejsca pracy od domu w takich wypadkach strzeże owe dwie, często sprzeczne ze sobą osobowości przed popadaniem w konflikty, a nawet służy ustabilizowaniu idealnej wersji każdej z nich, wersji dostosowanej do obrazu zaprojektowanego przez architekturę i otoczenie. Związek między przestrzenią trwałą a osobowością i kulturą nigdzie nie jest tak wi-doczny jak w wypadku kuchni. Kolidowanie ze sobą w kuchni mikrowzorców wywołu-je coś więcej niż tylko irytację u kobiet, z którymi przeprowadzałem wywiady. Moja żona, borykająca się przez wiele lat z kuchniami różnego rodzaju, tak skomentowała projektantów: „Gdyby któremukolwiek z mężczyzn projektujących kuchnię przyszło w niej pracować, nigdy nie zrobiliby tego w taki sposób”. Niezgodność między ele-mentami projektu, wzrostem i budową kobiecą (kobiety zwykle nie są na tyle wysokie, by mogły swobodnie sięgać po różne przedmioty) a czynnościami, które trzeba wyko-nać, choć nie zawsze od razu widoczna, bywa niekiedy wręcz niewiarygodna.

Rozmiary, kształty, uszeregowanie i rozplanowanie wnętrz domu, wszystko to mówi gospody-niom o tym, jak wiele lub mało wiedział projektant o szczegółach przestrzeni trwa-łych. Poczucie właściwej orientacji w przestrzeni sięga u człowieka dość głęboko. Umiejętność ta jest ostatecznie spleciona ze zdolnością do przeżycia i ze zdrowiem psychicznym. Dezorientacja w przestrzeni to tyle co psychoza. Różnica pomiędzy działaniem z szybkim refleksem a koniecznością zatrzymania się i zastanowienia w nagle powstałej sytuacji może oznaczać różnicę między życiem a śmiercią— regu-ła ta odnosi się w równym stopniu do kierowcy manewrującego pomiędzy pojazdami, co i gryzonia umykającego drapieżnikowi. Lewis Mumford zauważa,  że jednolity, kratkowy wzorzec, wedle którego zbudowane są nasze miasta, „sprawia, iż przybysze czują się w nich równie zadomowieni jak starzy mieszkańcy”. Amerykanie przyzwycza-jeni do tego wzorca są często sfrustrowani, gdy zetkną się z czymś innym.

Jest im trud-no czuć się jak w domu w stolicach  Europy, które nie zostały zorganizowane wedle tego prostego planu. Nieomal bez wyjątku przybysze używają słownictwa i tonu, które kojarzą się z osobistym afrontem, jak gdyby miasto się przeciw nim sprzysięgło. Nie należy też dziwić się, że ludzie przywykli do francuskiego systemu promienistej gwiaz-dy czy rzymskiej kratownicy mają kłopoty w takich miejscach jak Japonia, gdzie cały wzorzec przestrzeni trwałej jest zasadniczo i radykalnie odmienny. Istotnie, gdyby ktoś zechciał zaprojektować dwa kontrastujące ze sobą systemy, nie mógłby tego zrobić lepiej. Systemy europejskie akcentują i nazywają linie, japońskie zaś traktują w spo-sób formalny wszystkie punkty przecięcia i o linie nie dbają zupełnie. W Japonii na-zwy nadaje się nie ulicom, lecz ich przecięciom. Domy są uporządkowane nie w przestrzeni, ale w czasie i numeruje się je w tej kolejności, w jakiej zostały zbudo-wane. Wzorzec japoński podkreśla hierarchie wyrastające wokół centrów; amerykań-ski zaś znajduje swój szczytowy wyraz w jednakowych przedmieściach, gdzie jakikol-wiek numer wzdłuż ulicy jest równie dobry jak każdy inny.

W Japonii dom, który zo-stał wybudowany w pierwszej kolejności, stale przypomina mieszkańcom pod nume-rem 20, że numer 1 był pierwszy. Niektóre aspekty przestrzeni trwałej uwidaczniają się dopiero przy obserwowaniu ludzkiego zachowania. W Ameryce na przykład powoli zanika instytucja dinning ro-om, ale do dziś jeszcze zauważa się linię oddzielającą strefę związaną z posiłkami od reszty pokoju. Niewidzialna granica wyodrębniająca na przedmieściach jedno podwórze od drugiego jest inną trwałą cechą kultury amerykańskiej lub przynajmniej niektórych jej subkultur. Architekci tradycyjnie zajmują się wizualnymi wzorcami struktur — tym, co się widzi. Są oni całkowicie nieświadomi faktu, że ludzie noszą w sobie pewne internaliza-cje przestrzeni trwałej, których nauczyli się na początku życia. Nie tylko Arabowie, ale i Amerykanie popadają w depresję, jeśli nie mają dość przestrzeni.

Jeden z moich rozmówców powiedział: „Mogę sobie dać radę ze wszystkim, jak długo mam obszer-ne pokoje i wysokie sufity. Widzi pan, wzrosłem w starym domu w Brooklynie i nigdy nie przyzwyczaję się do czegoś innego”. Na szczęście są jeszcze architekci, którzy znajdują czas na to, by uwzględnić głęboko zakorzenione potrzeby ich klien-tów. Jednakże indywidualny klient nie jest tym, co interesuje mnie najbardziej. Pro-blemem, który staje dziś przed nami w projektowaniu  i przebudowie naszych miast, jest zrozumienie potrzeb większości ludzi. Budujemy olbrzymie budynki mieszkalne i gigantyczne biurowce bez pojęcia o tym, czego pragną ci, którzy będą je zajmować. Ważnym szczegółem przestrzeni trwałej jest to, że stanowi ona coś w rodzaju for-my odlewniczej, modelującej większą część naszych zachowań. To właśnie miał na myśli Winston Churchill, gdy mówił: „Kształtujemy nasze budynki, a one kształtują nas”. Podczas powojennej debaty  nad odnowieniem Izby Gmin Churchill wyraził obawę, że odejście od intymnego wzorca przestrzennego Izby, w której partie prze-ciwne siedzą naprzeciw siebie po  dwóch stronach wąskiej nawy, może poważnie zmienić styl rządzenia.

Nie był on pierwszym, który wskazywał na doniosłą rolę prze-strzeni trwałej, ale nigdy przedtem pogląd ten nie został wyrażony tak dobitnie. Jedną z wielu podstawowych różnic między kulturami jest to,  że dokonują one ekstensji odmiennych anatomicznych i behawioralnych cech ludzkiego organizmu. Jeżeli dochodzi do zapożyczenia międzykulturowego, jest konieczne, by elementy zapożyczane uległy adaptacji. W przeciwnym razie to, co nowe, i to, co stare, nie harmonizuje ze sobą, a w niektórych wypadkach dwa wzorce są całkowicie sprzeczne. Japonia na przykład miała trudności ze zintegrowaniem samochodu w kulturze, w któ-rej do linii łączących pewne punkty (tj. dróg) przywiązuje się znacznie mniej wagi niż do samych tych punktów. Stąd też Tokio słynie z doprowadzania do najbardziej imponujących korków ulicznych na  świecie. Motoryzacja  źle się przyjmuje także w Indiach, gdzie miasta są fizycznie zatłoczone, a społeczeństwo ma wyszukane ce-chy hierarchiczne.

Jak długo hinduscy inżynierowie nie zdołają zaprojektować dróg, które izolowałyby powolnych pieszych od szybko poruszających się wehikułów, kla-sowo uwarunkowany brak względów kierowcy dla nędzarzy wywoływać będzie ciągle tragedie. Nawet budowle Le Corbusiera w Czandigarh, stolicy Pendżabu, mu-siały zostać zmodyfikowane przez lokatorów, by stać się mieszkalne. Hindusi obudo-wywali ścianami balkony Le Corbusiera i zamieniali je na kuchnie. Analogicznie Ara-bowie przybywający do Stanów Zjednoczonych konstatują, że nabyte przez nich wzor-ce przestrzeni trwałej nie godzą się z budownictwem amerykańskim. Czują się w nim udręczeni — zbyt niskimi sufitami, zbyt małymi pokojami, brakiem należytej pry-watności i widoków przez okno. Nie należy jednak sądzić,  że niezgodność między wzorcami zinternalizowanymi a zeksternalizowanymi zdarza się tylko na styku różnych kultur.

W miarę jak rozwija się nasza technologia, takie jej osiągnięcia, jak klimatyzacja, oświetlenie jarzeniowe, ściany dźwiękoszczelne, pozwalają nam projektować domy i biura bez oglądania się na tradycyjny wzorzec drzwi i okien. Ale innowacje te częstokroć dają w wyniku ogrom-ne pokoje-stodoły, w których terytorium dziesiątków urzędników tkwiących w swoich klatkach jest nie ustalone.

Podobne prace

Do góry