Ocena brak

Ukryty wymiar - Przestrzeń na pół trwała

Autor /Stefan Dodano /03.08.2011

Parę lat temu poproszono Humphry'ego Osmonda, utalentowanego i spostrze-gawczego lekarza, o pokierowanie ogromnym centrum zdrowotno-badawczym w Sa-skatchewan. Szpital ten był jednym z pierwszych miejsc, w których wyraźnie zademon-strowano związek między przestrzeniami na pół trwałymi a zachowaniem. Osmond zauważył,  że niektóre pomieszczenia,  jak np. dworce kolejowe, skłaniają ludzi do trzymania się z daleka od siebie.

Nazwał je przestrzeniami odspołecznymi  (socio-fugal). Inne znów, takie jak kramiki w staroświeckim drug-storze albo stoliki we fran-cuskiej kafejce pod gołym niebem, skłaniają ludzi do skupiania się razem. Te znów nazwał dospołecznymi  (sociopetal).  W szpitalu, którym kierował, pełno było przestrzeni odspołecznych, mało zaś takich, które można by nazwać dospołecznymi. Co więcej, personel pomocniczy i pielęgniarski wyraźnie wolał te pierwsze, gdyż łatwiej w nich było utrzymywać porządek. Krzesła w hallach, które po godzinach odwiedzin zostawały poustawiane w niewielkie kręgi, natychmiast szeregowano w sposób niemal wojskowy, w długie rzędy wzdłuż ścian.

Szczególną uwagę Osmonda zwrócił nowo zbudowany „pokazowy” geriatryczny oddział kobiecy. Wszystko w nim było nowe i błyszczące, czyste i jasne. Było tu dość przestrzeni i dużo radosnych kolorów. Jedyny kłopot polegał na tym,  że im dłużej pacjentki przebywały na oddziale, tym mniej miały ochoty do rozmawiania ze sobą. Stopniowo wszystkie upodobniły się do mebli, permanentnie cicho przylepionych do ścian w regularnych odstępach pomiędzy łóżkami. W dodatku zdawały się wszystkie być w stanie depresji. Wyczuwając, że przestrzenie te były raczej odspołeczne niż dospołeczne, Osmond zaangażował wnikliwego młodego psychologa Roberta Sommera, aby popracował nad związkiem pomiędzy umeblowaniem pomieszczeń a rozmowami. Szukając takiego naturalnego otoczenia, które nastręczałoby wiele różnych sytuacji, w jakich można obserwować rozmawiających ludzi, Sommer obrał sobie kawiarnię szpitalną, ze stoli-kami o powierzchni 90 na 180 cm, przeznaczonymi dla sześciu ludzi.

Pięćdziesiąt posiedzeń obserwacyjnych, w czasie których w regularnych odstępach liczono rozmowy, wykazało,  że: konwersacje po linii F-A (poprzez róg stołu) były dwukrotnie częstsze od konwersacji po linii C-B (bokiem do siebie), które z kolei zda-rzały się trzykrotnie częściej niż konwersacje po linii C-D (w poprzek stołu). W innych dystansach Sommer w ogóle nie zauważył żadnych rozmów. Innymi słowy, układ narożny, gdzie ludzie siedzą pod kątem prostym do siebie, daje sześć razy wię-cej rozmów niż układ twarzą w twarz — poprzez 90-centymetrową szerokość stołu i dwa razy więcej niż układ bokiem do siebie. Rezultaty tych spostrzeżeń zasugerowały rozwiązanie problemu stopniowego wyco-fywania się z izolacji starszych ludzi.

Zanim  jednak cokolwiek zrobiono, trzeba było dokonać wielu przygotowań. Jak wiemy, ludzie bardzo osobiście odbierają porządko-wanie przestrzeni i sprzętów. Ani personel, ani sami pacjenci nie zgodziliby się na to, by ktoś obcy „bałaganił” w ich meblach. Osmond jako dyrektor mógłby wprawdzie nakazać to, czego sobie życzył, ale wiedział dobrze, że personel zacznie spokojnie sa-botować jakiekolwiek arbitralne posunięcia. Pierwszym krokiem było więc wciągnięcie personelu do serii „eksperymentów”. Zarówno Osmond, jak Sommer zauważyli,  że pacjentki tego oddziału znacznie częściej pozostawały do siebie w relacji B-C i C-D, niż siedziały w kafeterii, i że siadały w większych odległościach. W dodatku nie było tam miejsca na położenie czegokolwiek, nie było miejsca na rzeczy osobiste. Jedynymi elementami terytorialnymi związanymi z pacjentką było jej  łóżko i krzesło. W konsekwencji pisma kładzione były na podłogach, skąd szybko wymiatał je perso-nel.

Niewielki stolik dla każdej pacjentki mógł zapewnić jej dodatkowe terytorium i dogodne miejsce przechowywania pism, książek i materiałów piśmiennych. Gdyby stoliki takie były nadto kwadratowe, można byłoby nadać oddziałowi taką strukturę, która zachęcałaby do rozmów. Gdy tylko wciągnięto personel do udziału w eksperymentach, wniesiono małe Mu-liki i poustawiano wokół nich krzesła. Z początku pacjentki przeciwstawiały się inno-wacji. Przywykły do rozmieszczenia „ich” krzeseł w określonych miejscach i niechętnie godziły się z tym, że będą teraz przesuwane przez innych. Personelowi po-lecono, aby starał się utrzymać w miarę możności nowy układ aż do momentu, w którym zostanie on obrany jako coś raczej alternatywnego niż irytującego, na co można nie zwracać uwagi. I ponownie zaczęto liczyć rozmowy. Liczba ich zwiększyła się dwukrotnie, a czytywano trzy razy częściej, prawdopodobnie dlatego,  że było już teraz miejsce na trzymanie książek i czasopism. Podobne przemeblowanie pokoju dziennego wywołało analogiczne opory i w ostatecznym wyniku rosnącą ilość roz-mów.

Trzeba tu wyraźnie powiedzieć trzy rzeczy. Konkluzji, jaką wyciągnięto ze szpital-nych obserwacji, nie da się zastosować wszędzie. To znaczy, dystans w poprzek rogu sprzyja jedynie: a) rozmowom określonego typu, b) między ludźmi pozostają-cymi względem siebie w określonej relacji i c) w ściśle określonym otoczeniu kultu-rowym. Po drugie, to, co jest odspołeczne w jednej kulturze, może okazać się dospo-łeczne w innej. Po trzecie, przestrzeń odspołeczna nie musi być bezwzględnie zła, a przestrzeń dospołeczna uniwersalnie dobra. Tym, co byłoby naprawdę pożądane, jest taka elastyczność i zgodność pomiędzy projektem a funkcją, aby istniała rozma-itość przestrzeni i aby ludzie mogli być wciągani do towarzystwa w zależności od swych pragnień i nastrojów. Dla nas głównym punktem eksperymentu kanadyjskiego jest wykazanie tego,  że struktura przestrzeni na pół trwałej może wywierać głęboki wpływ na zachowanie i że wpływ ten daje się mierzyć.

Fakt ten nie jest niespodzianką dla pań domu, które stale próbują utrzymać równowagę między barierami przestrzeni trwałej a umeblowaniem. Wiele z nich doświadczyło tego,  że pomimo przyjemnego urządzenia pokoju „nie wychodzą” w nim rozmowy, ponieważ zapomniano o odpowiednim ustawieniu krzeseł. Warto zauważyć,  że to, co w jednej kulturze jest przestrzenią trwałą, może być przestrzenią częściowo trwałą w innej kulturze i vice rersa. W Japonii na przykład ściany są ruchome, zamykają się i otwierają w miarę zmian w codziennych zajęciach. W Stanach Zjednoczonych ludzie przechodzą z jednego pokoju do drugiego lub z jednej części pokoju do innej po to, by dokonać określonych czynności — zjeść, po-spać, popracować czy przyjąć wizytę. W Japonii natomiast przyjęte jest, że pozostaje się cały czas w jednym miejscu, a zmienia się jedynie to, czym się zajmujemy.

U Chińczyków mamy inną sposobność do zaobserwowania różnorodności, z jaką lu-dzie traktują przestrzeń, Chińczycy zaliczają do kategorii przestrzeni trwałej pewne elementy, które Amerykanie traktują jako na półtrwałe. Gość w chińskim domu nie porusza swym krzesłem, chyba jedynie na wyraźną sugestię gospodarza. Zrobić coś takiego to tak, jak wejść do czyjegoś domu i poruszyć zasłoną czy przepierzeniem. Na pół trwały charakter mebli w amerykańskich domach jest kwestią rangi i sytuacji. Lekkie krzesła są bardziej modne niż sofy i ciężkie stoły. Jednakże, jak spostrzegłem, niektórzy Amerykanie mają opory przez poruszaniem mebli w cudzym domu. Na czterdziestu studentów w mojej grupie połowa przejawia takie wahania. Kobiety amerykańskie wiedzą, jak bardzo trudno znaleźć cos w cudzej kuchni.

I odwrotnie, ciężko jest porządkować własną kuchnię z pełnymi dobrej woli pomocni-kami, którzy nie wiedzą, gdzie jest „miejsce” jakiejś rzeczy. To, jak i gdzie poukła-dane są przedmioty osobistego użytku, zależy od pewnych wzorców mikrokulturowych, typowych nie tylko dla dużych grup społecznych, lecz także dla owych drobnych od-chyleń od kultury, które decydują o niepowtarzalności jednostki. Podobnie jak zróżni-cowanie tonu i posługiwanie się głosem pozwalają nam kogoś po nim rozpoznać, każ-dy z nas przechowuje swoje rzeczy zgodnie z charakterystycznym, unikalnym wzor-cem.

Podobne prace

Do góry