Ocena brak

Ukryty wymiar - Dystans publiczny — faza dalsza (odległość od 7,5 m i więcej)

Autor /Stefan Dodano /03.08.2011

Ważne osobistości oddzielone są dystansem 10 metrów. Znakomity tego przykład napotykamy w książce Thedore'a H. White'a Making of the President 1960, w mo-mencie gdy nominacja Johna F. Kennedy'ego stała się pewnością. White opisuje zgromadzenie w ustronnym domku wiejskim, do którego wszedł Kennedy: „Kennedy wbiegł do domku swym lekkim, tanecznym krokiem, młodzieńczy i gib-ki jak wiosna, głośno pozdrawiając tych, którzy stali na drodze.

Zdawał się umykać im wszystkim, schodząc z piętra do kąta, gdzie gawędzili oczekujący nań brat Bobby i szwagier Sargent Shriver. Pozostali rzucili się do przodu chcąc do niego podejść. I wtedy zatrzymali się. Dzielił ich dystans zaledwie 10 metrów, lecz był nieprzekra-czalny. Stanęli z boku — wszyscy ci starsi ludzie o ustalonym od dawna prestiżu i wpływach — i patrzyli na niego. Odwrócił się po paru minutach, spostrzegł ich i szepnął coś do szwagra. Shriver przekroczył oddzielającą przestrzeń, by zaprosić ich do towarzystwa. Najpierw Averell Harriman, potem Dick Daley i Mike Di-Salle, jeden po drugim, zaczęli składać gratulacje. Nikt jednak nie mógłby bez zaproszenia przejść przez ten niewielki odstęp, bo roztaczała się wokół niego lekka aura izolacji i wiedzieli, że nie są tu jego patronami, lecz jego klientami. Mogli się zbliżyć tylko po zaproszeniu, bo miał zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych”.

Taki zwyczajowy dystans dotyczy nie tylko ważnych osobistości, może się nim po-sługiwać każdy przy okazjach publicznych. Niezbędne jest wszakże dokonanie pew-nych korektur. Większość aktorów wie o tym, że przy odległości 10 i więcej metrów zanikają pewne subtelne odcienie znaczeniowe komunikowane normalnym głosem, jak również szczegóły ekspresji mimicznej i ruchowej. Nie tylko więc głos, ale i wszystko inne winno być odpowiednio wzmocnione i wyolbrzymione. Porozumiewanie się niewerbalne zaczyna funkcjonować głównie przez gestykulację i pozycję ciała. Ulega nadto zwolnieniu tempo mówienia, słowa wypowiadane są wyraźniej, pojawiają się też pewne zmiany stylistyczne. Znamienny jest termin Martina Joosa „styl oziębły”: „Styl oziębły przeznaczony jest dla tych, którzy mają pozostać nieznajomymi”.

Całą postać człowieka odbieramy przy  tym dystansie jako zupełnie małą i postrzegamy ją wraz z tłem. Widzenie fowealne obejmuje coraz to większe fragmenty człowieka, dopóki znajduje się on całkowicie w obrębie strefy maksymalnej ostrości. Widzenie pod ką-tem 60 stopni ogarnia tło, a widzenie peryferyczne sygnalizuje nam ruch po bokach. Podsumowując opis stref dystansu zaobserwowanych w badanej grupie Ameryka-nów, winienem poczynić parę końcowych uwag dotyczących klasyfikacji. Można bo-wiem słusznie zapytać: dlaczego cztery strefy, a nie sześć lub osiem? Po co w ogóle wydzielać jakiekolwiek strefy? Skąd wiadomo,  że taka klasyfikacja jest poprawna? W jaki sposób dokonano wyboru tych właśnie kategorii? [...] Wszelki system klasyfi-kacyjny zakłada jakąś teorię czy hipotezę o naturze owych danych i o najbardziej pod-stawowych formach ich porządkowania. Za obraną tu klasyfikacją proksemiczną kryje się założenie następujące: w naturze wszystkich zwierząt, nie wyłączając ludzi, tkwi pewien typ zachowania zwanego terytorialnością. Działając tak posługują się oni różno-rakimi zmysłami, za pomocą których różnicują odległości i przestrzeń.

Wybór określo-nego dystansu zależny jest od danego układu; od więzi  łączącej kontaktujących się osobników, od tego, co czują i co robią. Zastosowaną tu czteroczłonową klasyfikację popierają badania prowadzone zarówno na zwierzętach, jak na ludziach. Dystans in-tymny, indywidualny i społeczny przejawia się nie tylko u ludzi, lecz również u pszczół i ptaków. U ludzi Zachodu czynności oraz relacje społeczne i zawodowe skupiły się w jednym dystansie; pojawia się u nich nadto coś takiego jak postać publiczna i więź publiczna. Relacje „publiczne” i sprawy „publiczne” praktykowane tak, jak to się dzieje u Amerykanów i Europejczyków, wyróżniają ich zdecydowanie od reszty świata. Tkwi w nich bowiem  implicite nakaz traktowania wszelkich osób nieznajomych w sposób ściśle określony. W sumie więc do czynienia mamy z czterema zasadniczymi typami więzi (intymną, indywidualną, społeczną i publiczną) i ze związanymi z nimi typami aktywności i typami dystansu.

W innych częściach naszego globu relacje międzyludzkie podpadają pod zupełnie odmienne szablony, jak choćby wzorzec oparty na przeciwsta-wieniu rodziny i nie-rodziny, powszechny w Hiszpanii, Portugalii i w byłych koloniach tych państw, czy system kastowy w Indiach. Również Arabowie i Żydzi odróżniają zdecydowanie tych, z którymi są spowinowaceni lub spokrewnieni, od tych, z którymi nic ich nie łączy. Moje badania wśród Arabów każą przypuszczać, że posługują się oni systemem organizowania przestrzeni nieformalnej, która diametralnie różni się od tego, co obserwowałem w Stanach. Więź wieśniaka arabskiego, czyli fellacha, z jego szej-kiem lub z Bogiem nie jest więzią publiczną. Ma ona charakter bliski, osobisty i nie wymaga pośredników. Aż do dziś o potrzebach przestrzennych człowieka myślano wyłącznie w kategoriach masy powietrza wypieranej przez jego ciało.

Nie dostrzegano w ogóle faktu, że opisa-ne powyżej strefy przestrzenne są ekstensjami osobowości ludzkiej. Zróżnicowanie owych stref, a właściwie samo ich istnienie, ujawniło się dopiero wówczas, gdy Ame-rykanie nawiązali kontakty z cudzoziemcami, którzy posługiwali się swymi zmysłami tak odmiennie, że co było kwestią intymną w jednej kulturze, mogło się okazać kwestią indywidualną, a nawet publiczną w innej. Amerykanie zaczęli być  świadomi swoich własnych otoczek przestrzennych, które przedtem traktowali jako coś zupełnie oczywi-stego. Poznanie owych różnych stref kontaktu i związanych z każdą z nich specyficznych emocji, więzi oraz czynności zaczyna być dziś sprawą niezmiernie ważną. Ludność świata tłoczy się w miastach, a budowniczowie i projektanci pakują ludzi we wznoszo-ne pionowo pudełka biur i domów mieszkalnych. Traktując ludzi tak, jak czynili to dawni handlarze niewolników, rozważając ich potrzeby przestrzenne wyłącznie w kate-goriach granic wyznaczonych przez ciało, nie przywiązuje się należytej wagi do skut-ków zatłoczenia.

Jeśli jednak spojrzymy na człowieka jako na coś tkwiącego w sieci niewidzialnych otoczek  przestrzennych o wielkościach wymierzalnych, architektura tektura przedstawi się nam w zupełnie nowym świetle. Zaczyna się wtedy pojmować, że ludzie mogą być skrępowani przestrzenią, w której muszą żyć i pracować. Mogą, co więcej, czuć się wpędzeni w zachowania, więzi i reakcje emocjonalne, które okazują się dla nich nad miarę stresujące. Podobnie jak ciążenie, wzajemny wpływ dwu ciał na sie-bie jest odwrotnie proporcjonalny nie tylko do kwadratu dzielącego je dystansu, lecz może nawet do jego sześcianu. W miarę narastania stresu zwiększa się też wrażliwość na zatłoczenie — ludzie stają się bardziej napięci — potrzebują coraz więcej przestrze-ni, w miarę tego jak dostają jej coraz mniej.

Do góry