Ocena brak

Tragedia Makbeta albo wolność wyboru - Makbet

Autor /Odillo Dodano /04.06.2013

Szekspir nazwał swego Makbeta tragedią. Czy jednak ten najbardziej krwawy i ponury spośród jego dramatów można rzeczywiście uważać za tragedię w tym sensie, co utwory antyczne, np. Sofoklesa? Czy istnieje tu bohater tragiczny? Spróbujemy się nad tym zastanowić.

Makbetowi nadarza się okazja zostania królem. Aby tego dokonać, wystarczy zabić panującego króla Dunkana. Czy zbrodnia ta musi zostać popełniona? Nie musi. Makbet nie musi przecież być królem. Jedynie może. Skoro jednak może, więc zbrodnię popełni. Potem, przekroczywszy już raz ów próg między dobrem a złem, dokona jeszcze innych morderstw. Ale nadchodzi dzień rozrachunku i zwykłą koleją rzeczy morderca zostaje sam zamordowany. Taki jest schemat sztuki. A jak to wygląda w tragedii antycznej?

Oto dość podobny przypadek. Bohater Sofoklesa, Edyp, również ma zostać królem. Dowiaduje się nawet więcej: wie, w jaki sposób się to stanie: ma zamordować swego ojca i ożenić się z matką. Tak orzekła wyrocznia. Edyp jednak — odwrotnie niż Makbet — nie zechce skorzystać z okazji. Starannie jej unika: opilszcza Korynt i swych domniemanych rodziców, aby przypadkiem nie zostać mordercą. A jednak zostanie nim i będzie musiał zapłacić za zbrodnie, których nie chciał, które przejmowały go grozą. Bohater tragedii antycznej nie wybiera swojego losu ani swoich uczynków. Los zostaje mu narzucony, określony dokładnie, często już przed jego narodzeniem, co najwyżej ustami wyroczni może być częściowo ujawniony, ale to nie znaczy, że wówczas da się go uniknąć. Jakiekolwiek byłyby starania bohatera, aby „oszukać” przeznaczenie — on sam, nie wiedząc o tym, wypełnia je drobiazgowo. Wszak uciekając z Koryntu, Edyp nie podejrzewa nawet, iż udaje się właśnie tam, gdzie zrealizuje wyrok losu. Tragizm Edypa polega więc na tym, że jego własne uczynki są jak gdyby uczynkami kogoś innego, są ruchami pionka na szachownicy, wypływają z nieodwołalnych postanowień mocy pozaziemskich — fatum. Nie on czyni to, co czyni. Działają w istocie bogowie, on jest tylko ich narzędziem. Ale konsekwencje tych wszystkich działań będzie musiał ponieść sam. W momencie gdy działa, jest kierowany ręką bogów, w chwili kary, pokuty, cierpienia jest całkowicie samotny. Edyp jest przeto skazany na popełnienie zbrodni. Nie wybiera swego postępowania, ale odpowiada za nie tak, jakby je wybrał. Ciężar odpowiedzialności spada wyłącznie na niego, nie może usprawiedliwiać się wolą bogów, obciążać ich swoją winą. Winien jest zawsze człowiek. I on, igraszka w rękach losu, dźwiga samotnie ten ciężar.

Jeśli na tym polega istota tragedii, to czy Makbet jest naprawdę tragedią? Czy tragiczny może być jakikolwiek bohater nowożytny, ktoś, kto wierzy w wolną wolę i może wybierać? Pytanie to od dawna nurtuje historyków literatury.

Makbet, w jaskrawym przeciwieństwie do Edypa, może wybierać. Może zostać królem lub nie. To zależy wyłącznie od niego. Trzy czarownice, które zjawiają mu się na początku akcji, nie są wysłanniczkami przeznaczenia. Oznaczają raczej — jak trafnie zauważa współczesny polski uczony Przemysław Mroczkowski — „pokusę”. Makbet zostaje powiadomiony o awansie, który już się dokonał i naprowadzony na myśl o możliwości jeszcze wyższego awansu; zostaje więc wystawiony na próbę: dlaczego nie miałaby się spełnić druga część przepowiedni, skoro spełniła się pierwsza? Perspektywa zostania królem jest nęcąca. Czarownice posiały niepokój, ale niczego nie rozstrzygnęły. Rozstrzygnąć musi sam Makbet, on musi dokonać wyboru. I wyłącznie ten wybór zadecyduje o losie bohatera. Do ostatniej chwili Makbet może wycofać się, może — jak Banko — odrzucić nęcącą wizję korony lub ją ucieleśnić.

Makbet jest postacią o ogromnej wrażliwości i wyobraźni. Zdaje sobie przeto sprawę z istnienia owej niewiadomej, która — wyraźnie to przeczuwa — obrócić się może przeciwko niemu. Wybór byłby prosty, gdyby nie trzeba było w końcu ponosić odpowiedzialności 2^ to, co się wybrało: „Chce-li los, abym był królem, niech mnie bez przyczynienia się mojego ukoronuje” (akt I, sc. 3). Bohater zdaje sobie sprawę, że puści w ruch machinę, której działania w pełni nie rozumie i której już potem nie potrafi zatrzymać: „Gdyby ten straszny cios mógł przeciąć wszelkie dalsze następstwa, gdyby ten czyn mógł być sam w sobie wszystkim i końcem wszystkiego!...” (akt I, sc. 7). Niestety! będzie to dopiero początek: „Krwawa nauka, którą dajem, spada na własną naszą głowę. Sprawiedliwość zwraca podaną przez nas czarę jadu do własnych naszych ust” (jw.).

Ostatecznie postąpi wbrew temu, co przeczuwa, wbrew własnej wyobraźni i sumieniu, wbrew sobie. Odrzuci moralne rozterki, by ślepo pchnąć nożem, przeciąć skrupuły. W istocie jego cios zwróci się przeciwko niemu. Cios ten będzie oddany. I bohater czuje to nawet w momencie zbrodni: „Makbet zabija sen. Nie zaśniesz już więcej!” (akt II, sc. 2).

Posiadł władzę za jednym zamachem. Nie zauważył tylko i nie przewidział jednego — że właśnie w tej chwili świat posiadł pełną władzę nam nim. Stał się niewolnikiem swej pierwszej zbrodni. Dotąd mógł wybierać. Teraz będzie już tylko starał się sprostać nieprzewidzianym następstwom swego czynu. Będzie mordował nie dlatego, że znów świadomie wybierze morderstwo, ale dlatego że musi mordować, albo od razu się poddać, a to by znaczyło, że owa pierwsza zbrodnia, za którą zapłacił własnym sumieniem, była daremna. Makbet wprowadził w ruch machinę zabijania. Odtąd musi się troszczyć o to, aby ta machina go nie zmiażdżyła. Będzie składał jej ofiary z resztek własnego sumienia, z resztek wolności. Pozostałe zbrodnie popełni wyłącznie ze strachu. Stanie się więźniem tego strachu. Chciał być królem, został tyranem. Tego przecież nie wybrał.

W taki sposób w jego życie wkrada się absurd i nonsens. Bohater zaś zachowuje na tyle wyobraźni i resztek rozumu, że ten absurd dostrzega. Chcąc go jakoś wytłumaczyć, tworzy sobie szczególną filozofię. Dochodzi mianowicie do przekonania, że to nie on — a w każdym razie nie tylko on — lecz cały dookolny świat jest bezsensowny. A więc — iż jego postępowanie jest zgodne ze światem i w pełni prawidłowe: „Wielkość, świętość znikły, same tylko męty zostały w tym lochu marności” (akt II, sc. 3). I dalej:

Życie jest tylko przechodnim półcieniem,

Nędznym aktorem, który swoją rolę Przez parę godzin wygrawszy na scenie,

W nicość popada — powieścią idioty,

Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą.

(akt V, sc. 5)

Ta typowa filozofia tyrana zmierza do tego, aby świat obarczyć odpowiedzialnością za swoje czyny. Makbet zapomniał już o swym sumieniu i swych skrupułach, jakie miał początkowo. Zapomniał też, iż to on sam, naruszając porządek rzeczywistości, uczynił z niej „wrzaskliwą opowieść idioty”.

Tragedia Szekspirowska ukazuje dzieje człowieka, który zbagatelizował wewnętrzne dyrektywy moralne i przestał panować nad swym losem, który — jeśli tak można powiedzieć — utracił samego siebie. Ta mechanika rodzenia się potworów jest właściwa nie tylko epoce Szekspira, czasy współczesne znają ją co najmniej równie dobrze.

Tragedia polega tu ostatecznie na tym, że Makbet osiąga nie to, co wybierał, że między jego zamiarami a ich realizacją pojawia się przepaść. Zbyt późno okazało się, że rzeczywistość, którą Makbet powołał do istnienia, nie jest taka, jakiej pragnął.

Różnica w stosunku do tragedii antycznej jest bardzo znamienna: zło, które zwraca się przeciwko człowiekowi, jest w ujęciu Szekspira wytworem człowieka, rzeczywistość nieludzką tworzy sam człowiek. Podobne sugestie bez trudu odnajdziemy w literaturze XX wieku. I oto mamy odpowiedź, dlaczego Szekspir jest ciągle aktualny.

Podobne prace

Do góry