Ocena brak

Teorie nierówności społecznej

Autor /Rick Dodano /29.07.2011

Refleksja na temat nierówności nie ogranicza się do ideologicznych uzasadnień. Wkracza też na teren nauki, najpierw filozofii, a później nauk społecznych. Powszechność i dotkliwość nierówności społecznych wyzwalała od najdawniejszych czasów dążenie do wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska. Socjologia wnosi tu dwa swoiste punkty widzenia. Jeden wiąże nierówność z pewnymi koniecznymi imperatywami organizacyjnymi życia zbiorowego. Określamy go jako funkcjonalną teorię stratyfikacji społecznej.

Drugi odwołuje się do historycznej genezy nierówności, widząc źródło nierówności w dominacji i władzy. Nazwiemy go teorią skumulowanych przewag. Obie teorie odmiennie widzą perspektywy na przyszłość i mają odmienną wymowę ideologiczną. Teoria funkcjonalna uważa nierówność społeczną za zjawisko odwieczne, nieusuwalne, a co więcej - niezbędne dla istnienia i funkcjonowania społeczeństw ludzkich. Ma więc wymowę konserwatywną i apologetyczną. Teoria genetyczna postrzega nierówność społeczną jako efekt szczególnych warunków historycznych, które mogą być zniesione w przyszłości. Ograniczanie i przezwyciężenie nierówności jest nie tylko możliwe, ale pożądane, stanowi ona bowiem czynnik konflik-torodny, zaburzający i dezorganizujący życie społeczne, mogąc nawet prowadzić do destrukcji społeczeństwa. Teoria ta ma więc wymowę radykalną i krytyczną. Mimo takiej przeciwstawności obu teorii postaramy się pokazać, że obie zawierają wartościowe spostrzeżenia i w pewnym przynajmniej zakresie są wzajemnie komplementarne.

Funkcjonalna teoria stratyfikacji sformułowana została w roku 1945 w niewielkim artykule na łamach „American Sociological Review" przez dwóch autorów, Kingsleya Davisa i Wilberta MooreV. Od momentu publikacji stała się przedmiotem gorących debat, licznych prac krytycznych i komentatorskich. Jej główne idee stały się tak popularne, że weszły do obiegu publicystycznego, a nawet świadomości potocznej i dziś mało kto pamięta o ich rodowodzie. Są to idee bardzo proste.

Autorzy twierdzą, że wszelkie znane społeczeństwa, zarówno historyczne, jak i współczesne cechują się nierównością społeczną. Taka konstatacja dotycząca dotychczasowych stanów rzeczy nie gwarantuje jednak, jak będzie w przyszłości, nie pozwala jeszcze stwierdzić, że nierówność jest w społeczeństwie konieczna, uniwersalna i wieczna. Marks zgodziłby się na przykład z historyczną tezą Davisa i Moore'a, bo sarn w Manifeście komunistycznym twierdził, że „historia całego dotychczasowego społeczeństwa była historią walk klasowych"2. Ale równocześnie przeczył, by tak musiało być w przyszłości.

Przeciwnie, całą swoją twórczość i działalność polityczną podporządkował nadziei na likwidację nierówności społecznych w przyszłym społeczeństwie bezklasowym, komunistycznym. Na to, by dowieść konieczności nierówności, nie wystarczy stwierdzić, że dotąd zawsze występowała, ale trzeba znaleźć takie ogólne prawidłowości życia społecznego, z których ta nieuchronność logicznie by wynikała. I to właśnie ma przynieść funkcjonalna teoria stratyfikacji. Przedstawiając ją, ograniczymy się dla uproszczenia do jednego typu nierówności, nierówności zawodów, ale stosuje się oczywiście mutatis mutandis do nierówności wszelkich rodzajów. Nadamy jej też pewną własną interpretację, maksymalnie życzliwą dla oryginalnych intencji autorów i rozwijającą pewne ich intuicje.

Po pierwsze, według Davisa i Moore'a, różne zawody wykonywane w społeczeństwie mają różną doniosłość funkcjonalną, to znaczy w różnym stopniu przyczyniają się do zaspokojenia „wymogów funkcjonalnych społeczeństwa".

Ta ostatnia kategoria, typowa dla tzw. teorii strukturalno-funkcjonalnej, oznacza takie rzeczy, jak reprodukcja populacji, transmisja kultury, regulacja działań indywidualnych, koordynacja działań zbiorowych, zapewnienie ludziom wyżywienia, schronienia, bezpieczeństwa, środków komunikowania się itp. Są to, inaczej mówiąc, minimalne, niezbędne warunki przetrwania społeczeństwa, jego stabilności i równowagi. Oczywiście trzeba to widzieć w relatywnej perspektywie historycznej. Chodzi o przetrwanie w aktualnej historycznie postaci. Inne są warunki przetrwania społeczeństwa prymitywnego, a inne nowoczesnego. To pierwsze może obejść się bez wielu rzeczy, które są dzisiaj koniecznością życiową. Otóż wśród zawodów są ważniejsze i mniej ważne dla zaspokojenia takich społecznych potrzeb dyktowanych przez historycznie dane warunki egzystencji danego społeczeństwa. Ta myśl jest na pierwszy rzut oka oczywista. Lekarze są ważniejsi niż pielęgniarki, generałowie niż żołnierze, sędziowie niż protokolanci, profesorowie niż studenci, burmistrzowie niż śmieciarze.

Teza druga głosi, że różne zawody wymagają większych lub mniejszych zdolności, talentów, wrodzonych predyspozycji, a ponadto dłuższego lub krótszego kształcenia lub treningu dającego niezbędne umiejętności i kompetencje. W szczególności ważniejsze funkcjonalnie pozycje wymagają więcej zdolności i umiejętności, a więc trudniej o odpowiednich kandydatów i muszą oni przejść dłuższy proces kształcenia czy treningu. Żeby zostać pilotem samolotów pasażerskich, trzeba pewnych stosunkowo rzadkich predyspozycji psychofizycznych, a ponadto skomplikowanych studiów i długiej praktyki w powietrzu. Żeby zostać ładowaczem wagonów, nie jest potrzebne ani pierwsze, ani drugie. Podobnie, żeby zostać mistrzem Wimbledonu w tenisie, trzeba nie tylko wyjątkowych zdolności, ale wieloletniego, mozolnego, uporczywego treningu, żelaznej dyscypliny, odpowiedniego trybu życia itp. Nic takiego nie trzeba, by zamiatać ulice.

Teza trzecia wskazuje, że kształcenie i trening oznacza ponoszenie pewnych kosztów i wyrzeczeń. Wymaga czasu, energii, wysiłku, dyscypliny, nakładów finansowych. Ale ponadto oznacza utratę tego, co można by uzyskać, np. zarobków, gdyby zamiast studiów podjąć od razu pracę w jakimś prostym zawodzie. Jak wobec tego skłonić odpowiednio utalentowanych ludzi, aby podjęli ten wysiłek, ponieśli koszty i wyrzeczenia związane z kształceniem czy treningiem?

Teza czwarta dotyczy ludzkich motywacji. Jedyny sposób, aby skłonić ludzi do podjęcia szczególnych starań i poniesienia szczególnych kosztów związanych z osiągnięciem bardziej wymagającego - a zarazem bardziej funkcjonalnie ważnego - zawodu, to związanie z nim jakichś szczególnych przywilejów: lepszych zarobków, większej puli władzy, wyższego prestiżu. Jedynym mechanizmem zapewniającym obsadzenie ważnych pozycji zawodowych odpowiednio uzdolnionymi i wykształconymi kandydatami jest zatem nierówność społeczna.

Teza piąta to znów element myślenia funkcjonalistycznego: obsadzenie ważnych funkcjonalnie zawodów predysponowanymi i przygotowanymi jednostkami jest imperatywem funkcjonalnym, swoistym metawymogiem funkcjonowania każdego społeczeństwie. Bez tego społeczeństwo nie mogłoby istnieć. To, jakie zawody są funkcjonalnie doniosłe, jest - jak wskazywaliśmy -historycznie uwarunkowane. Ale jeśli myślimy o społeczeństwie nowoczesnym, to jest jasne, że w jego dzisiejszej postaci nie mogłoby przetrwać, gdyby zabrakło uczonych, inżynierów, techników, lekarzy, adwokatów, pilotów, menedżerów, gwiazd filmowych, muzyków rockowych, piłkarzy i kilku jeszcze kategorii zawodowych. W innym typie społeczeństwa lista ta może być inna, ale wszędzie będą takie wymagające zawody, które ktoś musi wykonywać, aby społeczeństwo trwało i funkcjonowało. Nawet w tzw. „społeczeństwie łowiec-ko-zbierackim", gdzie podział pracy ograniczał się - jak jego nazwa wskazuje -do tych dwóch kategorii, trudniej zapewne było zostać myśliwym niż zbieraczem korzonków, ale gdyby nikomu nie chciało się zostać myśliwym, to społeczność wymarłaby z niedożywienia.

Rozumowanie przebiega więc tak: tylko istnienie nierówności społecznych zapewnia motywacje do niezbędnego kształcenia i treningu, co dostarcza pulę kandydatów do wykonywania wymagających zawodów, których wykonywanie jest w społeczeństwie danego typu konieczne, by społeczeństwo to mogło istnieć. Konkluzja wynika już logicznie: w każdym istniejącym społeczeństwie (bo skoro istnieje, to znaczy, że funkcjonuje i przetrwało) spotkamy nierówność społeczną. Nierówność społeczna jest koniecznym, uniwersalnym, wiecznym składnikiem każdego społeczeństwa.

Nietrudno dostrzec, że teoria Davisa i Moore'a jest mocno osadzona w amerykańskim kontekście kulturowym. Stanowi teoretyczne echo, a także uzasadnienie ideologii merytokratycznej. Przedstawia czysty, wyidealizowany obraz, jak wyglądałoby społeczeństwo, gdyby ta ideologia była literalnie realizowana. Wszelkie przywileje byłyby sprawiedliwą, zasłużoną odpłatą za własny wysiłek i talent włożone w wykonywanie ważnych dla społeczeństwa ról zawodowych. Byłyby tym większe, im rzadsze odpowiednie zdolności i im większy wysiłek kształcenia czy treningu jednostka poniosła. A także im większej liczbie ludzi, w ważnych dla nich dziedzinach, działalność zawodowa tego typu przynosi użytek, korzyść lub satysfakcję. W takim modelowym społeczeństwie wszyscy posiadający wysoki majątek, władzę czy prestiż cieszyliby się tym dzięki własnym zasługom, a wszyscy zajmujący niskie pozycje mogliby tylko do siebie samych mieć o to pretensje. Zapewne teoria taka powstać mogła tylko w Ameryce.

Ale i w Ameryce zaczęła od początku budzić wątpliwości. Krytyka skierowała się przede wszystkim przeciwko podstawowej przesłance. Czy można bowiem mówić, że różne zawody mają większą lub mniejszą doniosłość funkcjonalną? Już od omawianej wcześniej koncepcji „solidarności organicznej" Emile'a Durkheima jest jasne, że nowoczesny podział pracy czyni różne zawody wzajemnie komplementarnymi, uzupełniającymi się, nadającymi sobie wzajemnie sens. Lekarze są bez wątpienia ważni, ale wiemy, że szpitale stają, nie przyjmuje się pacjentów, nie odbywają się operacje, gdy strajkują pielęgniarki.

Profesorowie uniwersytetu nie mieliby co robić, gdyby zabrakło studentów, generałowie nie wygraliby wojny bez żołnierzy, dyrektorzy nie wyprodukowaliby samochodów bez mechaników. Zdarzyło mi się być w Nowym Jorku podczas strajku śmieciarzy. W Ameryce produkuje się, tak jak i wszystkiego innego, bardzo wiele śmieci. Przed domami zaczęły się więc pojawiać wielkie czarne worki. Po trzech dniach tarasowały już przejście chodnikiem. Było lato, śmieci zaczęły więc gnić i śmierdzieć. Pojawiała się groźba epidemii. Wielkie nowoczesne miasto zostało prawie sparaliżowane, gdy zabrakło pracowników zakładów oczyszczania. W końcu burmistrz wezwał wojsko, które wywiozło śmieci. Kto jest w tej prawdziwej anegdocie funkcjonalnie ważniejszy: burmistrz czy śmieciarze?

Można by uratować tezę Davisa-Moore'a, gdyby ją zinterpretować trochę inaczej, w sposób, którego u nich nie znajdziemy. Mianowicie gdyby wskazać na różny stopień zastępowalności, czy odwrotnie - niezbędności pewnego personelu do wykonania zadań społecznie koniecznych. Generał może wziąć karabin i zastąpić żołnierza w okopach, szeregowiec nic nie zdziała w skomputeryzowanym sztabie dowodzenia. Chirurg może zrobić opatrunek pacjentowi, gdy zabraknie pielęgniarki, ale pielęgniarka nie wykona operacji. Sędzia może od biedy sam sporządzić protokół, ale protokolant nie przeprowadzi rozprawy i nie sformułuje wyroku. Im trudniej dana rola zawodowa może być zastąpiona przez inną, im bardziej monopolizuje pewien typ potrzebnej działalności, tym - w takim sensie - jej wyższa ważność funkcjonalna.

Inny zarzut jest poważniejszy. Mianowicie model teorii funkcjonalnej działałby tylko w takim społeczeństwie, w którym wszyscy mieliby zapewniony dokładnie równy start, zaczynali zawsze od zera ten wyścig o wyższe pozycje i związane z nimi przywileje, rodzili się w społecznej próżni. Ale nigdy tak nie jest; ludzie startują w społeczeństwie już pre-strukturalizowanym, o zróżnicowanych i nierównych pozycjach. Wchodzą do tej gry z różnych miejsc w społeczeństwie. I dlatego stopień ich wysiłku, koszty i wyrzeczenia, jakie ponoszą, są nierówne.

Na przykład - mają bogatych lub biednych rodziców, mieszkają w wielkim mieście lub małej wiosce, wychowują się w rodzinie słynnego pisarza lub bezrobotnego alkoholika itp. W istotny sposób zaburza to merytokratyczny mechanizm opisywany przez Davisa i Moore'a. Po pierwsze, już same predyspozycje, zdolności czy talenty do pewnych wyższych, bardziej wymagających zawodów muszą zostać rozpoznane, wykryte. Zapewne niejeden jest Janko Muzykant, którego zdolności pozostają utajone, nawet dla niego samego nieznane, bo nie pojawiają się, nierówno przecież dostępne, szansę ich zamanifestowania. Po drugie, te same koszty czy wyrzeczenia związane z wykształceniem czy treningiem znaczą zupełnie co innego dla rodziny bogatej i biednej.

Nie tylko nakłady finansowe, które są drobiazgiem dla bogatych, mogą być ogromnie uciążliwe dla biednych, ale fakt odłożenia dorosłości i zarobkowania na długie lata, zupełnie naturalny w rodzinie bogatej, gotowej udzielać swym dzieciom potrzebnego wsparcia, może być nie do przyjęcia w rodzinie biednej, która sama potrzebuje wsparcia ze strony swoich członków. Po trzecie, środowiska społeczne różnią się istotnie regułami kulturowymi, np. nawykami czytania, uczenia się, chodzenia do teatru, korzystania z wyższych form rozrywki. Mają - jak wiemy już od francuskiego socjologa Pierre'a Bour-dieu - odmienny kapitał kulturowy. To też ułatwia jednym, a utrudnia drugim, samą decyzję podjęcia kształcenia czy treningu, a potem wpływa istotnie na przebieg edukacji. W rezultacie sukces końcowy w postaci zdobycia intratnego, prestiżowego czy dającego władzę zawodu jest w części tylko efektem własnych zasług, a w części warunków niezasłużonych, odziedziczonych zasobów materialnych czy kulturowych. Zdobywanie własnej pozycji społecznej jest więc zawsze w pewnej mierze powiązane z dziedziczeniem pozycji.

Trzeci wreszcie argument dotyczy głównej przesłanki psychologicznej, jaką przyjmują Davis i Moore. Czy mianowicie ludzie kierują się zawsze i tylko motywacjami instrumentalnymi, kalkulacją korzyści materialnych, prestiżowych czy poziomem władzy, jaki zyskają, gdy uda im się zdobyć określony zawód? Wydaje się, że autorzy przyjmują tu bezkrytycznie ideę racjonalności, w tej najwęższej Weberowskiej interpretacji, jako racjonalność ze względu na środki.

A przecież wiele razy pokazywaliśmy już wcześniej, jak wielką rolę w życiu społecznym odgrywać mogą motywacje autoteliczne, bezinteresowne, robienie czegoś dla samej przyjemności, potrzeby twórczej ekspresji, emocjonalnej satysfakcji. Czy gdyby nie takie motywacje, mielibyśmy jeszcze w ogóle wykładowców w uniwersytetach, skoro o tyle łatwiej skończyć kurs dla maklerów giełdowych i zarabiać od razu wielokrotnie więcej ? Wielką rolę mogą też odgrywać tradycje środowiskowe lub rodzinne. Jeżeli na Śląsku ktoś zostaje górnikiem, to często głównie dlatego, że górnikiem był dziadek i ojciec. Jeśli mamy przypadki wielopokoleniowych klanów pisarskich, naukowych, adwokackich, dziennikarskich, artystycznych, to zapewne u dzieci decydowały takie motywacje tradycyjne, a nie zimna kalkulacja przyszłych zysków. Wreszcie zdarza się też racjonalność nieinstrumentalna, ta Weberowska racjonalność ze względu na cele, gdy pewien zawód jest dla kogoś powołaniem uzasadniającym wszelkie koszty. Duchownym czy zakonnikiem nie zostaje się dla pieniędzy, władzy ani sławy.

Słabości teorii funkcjonalnej każą szukać jej alternatywy lub uzupełnienia. Taki status częściowo alternatywny, a częściowo komplementarny ma teoria akumulacji przewag, zwana bardziej tradycyjnie teorią konfliktu. Nawiązuje ona przede wszystkim do spostrzeżenia o dziedziczeniu pozycji, lokując mechanizm ich obsadzania w wymiarze czasowym, w długiej perspektywie historycznej. Główna idea teorii nawiązuje do biblijnej prawdy zawartej w Ewangelii według św. Mateusza, iż z upływem czasu bogaci będą jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi. Socjologowie mówią czasami o „teoremacie Mateusza".

Tłumacząc na język konkretniejszy, chodzi o to, że przywileje mają tendencję do powiększania się, a upośledzenie - do pogłębiania się. Skąd to się bierze? Jeżeli ktoś raz uzyskuje pewne przewagi i przywileje, to wraz z tym zdobywa szansę dalszego powiększania tych przewag i przywilejów. Może to następować w dwóch kierunkach. Pierwszy polega na tym, o czym pisaliśmy wcześniej, że wysoka pozycja uzyskana w którejkolwiek z hierarchii stratyfikacyj-nych pomaga w uzyskaniu wysokich pozycji w innych hierarchiach (konwersja pozycji). Przywileje są transfer owalne, mogą otwierać drogę do pozyskania innych. Majątek może przynosić i władzę, i prestiż. A w każdym razie dzięki mechanizmom korupcyjnym pozwala często uzyskać wpływy w kręgach politycznych. Władza może ułatwiać zdobycie majątku i prestiżu. Na przykład ten, kto ma władzę, zdobywa korzystne informacje, może wywierać nacisk na kontrahentów, wymuszać warunki transakcji, zyskiwać intratne koncesje. Sława daje korzyści majątkowe, a także wpływy. Pozwala wymagać wysokich wynagrodzeń, otwiera dostęp na salony władzy, którą często cechuje pewne niedowartościowanie i wynikający stąd snobizm.

Drugi kierunek dotyczy każdej hierarchii z osobna. Jeśli ktoś ma majątek, to ma też dostęp do różnych możliwości pomnożenia tego majątku: inwestowania, lokowania na dobrych warunkach, zaciągania wysokich kredytów, znajdowania wspólników do działań gospodarczych. Jeśli ktoś posiada władzę, to ma możliwości nacisku, manipulacji, szantażu, a także dostęp do kontaktów i informacji, co pozwala poszerzać jej zakres. Jeżeli ktoś ma wysoki prestiż, to uzyskuje większą widoczność, dzięki której jego wybitne cechy są coraz lepiej spostrzegane i cenione przez społeczność. Kiedy zostanie już raz wyróżniony lub uzyska jedną nagrodę, to sam ten fakt staje się argumentem dla wyróżnień następnych.

Jeżeli ktoś posiada już pewien stopień wykształcenia, to łatwiej i szybciej uczy się, zdobywa więcej wiedzy, w razie potrzeby ma większe możliwości uzupełnienia czy zmiany kwalifikacji, a nawet zawodu. Nie mówiąc o tym, że ma pewne nawyki czy postawy sprzyjające pomnażaniu wiedzy: więcej czyta, kupuje gazety, ogląda programy edukacyjne w telewizji, bardziej się interesuje różnorodnymi problemami, jest pobudzony intelektualnie. Te prawdy potwierdza codzienne doświadczenie. Milionerzy zgodnie przyznają, że najtrudniej jest zarobić pierwszy milion. Politycy - że najtrudniej jest pierwszy raz wygrać wybory. Pisarze dobrze wiedzą, że najtrudniej jest wydać pierwszą książkę. Idole popkultury - że najtrudniej być pierwszy raz zaproszonym do telewizji. Robert Merton analizował „efekt Mateusza" wśród uczonych, pokazując, że znani już z jakichś odkryć zyskują nieproporcjonalnie łatwiej fundusze z gran-tów na dalsze badania, łatwiej publikują w prestiżowych czasopismach, łatwiej wydają książki - i dzięki temu dokonują następnych odkryć, pomnażając swoją sławę i dorobek naukowy4.

Zupełnie odwrotny proces obejmuje tych, którzy raz znalazłszy się w biedzie, zależności czy niesławie, ulegają pogłębiającej się pauperyzacji, podległości i marginalizacji. Dystanse się powiększają, skala nierówności rozciąga coraz szerzej w obrębie każdej z hierarchii stratyfikacyjnych.

Dotychczas rozważaliśmy mechanizm kumulacji w skali jednej biografii, w wymiarze jednopokoleniowym. Ale dochodzi do tego wskazane wcześniej zjawisko dziedziczenia pozycji i przekazywania przewag i przywilejów z pokolenia na pokolenie. Oczywiście ludzie dziedziczą także ubóstwo, biedę, alkoholizm, narkomanię, zniewolenie.

Od miejsca startu życiowego zależą w ogromnej mierze życiowe szansę, dla jednych otwarte i pozwalające podwyższać swoją pozycję, dla drugich zamknięte i blokujące im drogę do awansu. Mówiliśmy wcześniej o szansie dostępu do edukacji, która w nowoczesnym społeczeństwie jest głównym, uznanym społecznie sposobem zdobywania lepszych posad, wyższych zarobków, wpływów czy prestiżu. Koszty i wyrzeczenia związane z edukacją łatwiej poniesie rodzina zasobna niż biedna. Ale oczywiście odziedziczony majątek daje już na wstępie i liczne inne przewagi nad tymi, którzy takich możliwości majątkowych nie mają. I odwrotnie, odziedziczona bieda może przez wiele pokoleń zamykać w upośledzeniu czy nawet niewoli. Na przykład częsta w Indiach zwyczajowa instytucja oddawania się członków rodziny w niewolę za długi prowadzi do pogłębiającej się niemożności ich spłacenia i darmowej, niewolniczej pracy na rzecz wierzycieli przez kilka pokoleń.

Dziedziczeniu ulega nie tylko kapitał w sensie dosłownym - majątek czy pieniądze, ale także wspominany wyżej kapitał kulturowy. Pierre Bourdieu rozumie przez to nawyki, umiejętności, orientacje, jakie nabywa się w rodzinie; sposób codziennego zachowania się i mówienia, ogłada towarzyska, dobry gust, elegancja, asertywność, gotowość do podejmowania rozsądnego ryzyka, umiejętność argumentacji, nawyki czytania, obcowania z wyższymi formami sztuki, zainteresowanie sprawami publicznymi i wiele innych podobnych walorów, które mogą być pomocne w zdobywaniu wyższych pozycji społecznych.

Jest jeszcze trzeci rodzaj kapitału, który też ulega dziedziczeniu - kapitał społeczny. Są to kontakty, znajomości, sieci powiązań rodzinnych i towarzyskich. Jeżeli ktoś ma więcej takich powiązań, to może to przełożyć na inne przewagi: łatwiej mu zdobyć lepszą pracę, dowiedzieć się o jakichś nieznanych innym możliwościach inwestycyjnych, zyskać pomoc i wsparcie w kłopotach, zdobyć wpływy, a nawet podwyższyć prestiż, dzięki pojawianiu się w takich kręgach zjawiska „wzajemnej adoracji" i klikowej reklamy. Indagowani w magazynie „Gazety Wyborczej" biznesmeni z pierwszej dziesiątki najbogatszych ludzi w Polsce, prawie nieodmiennie wskazywali, że tajemnicą ich sukcesu jest właśnie rozbudowany kapitał społeczny: kontakty, znajomości, rodzina, koledzy ulokowani w dobrych miejscach - w polityce, bankowości, urzędach, policji.

Teoria kumulacji przewag jest bardzo przekonywająca. Ma jednak jedną słabość. Mówi o tym, co się dzieje, kiedy ktoś już uzyskał przewagę - wysoką pozycję społeczną, członkostwo w uprzywilejowanej grupie. Dobrze opisuje, jak nierówności rosną, bieguny przywilejów i upośledzenia rozchodzą się, a dystanse społeczne powiększają. Daleko jednak trudniej jej odpowiedzieć na pytanie, jak takie nierówności zaczynają się, kiedy i w jaki sposób się rodzą. Gdzie jest początek tych przewag, gdzie jest punkt startu?

Jak to się stało, że w jakimś momencie historycznym jedne grupy czy pozycje uzyskały przewagę nad innymi, a potem już zgodnie z „efektem Mateusza" nierówności stale się pogłębiały? Pewną hipotetyczną, ale nie całkiem zadowalającą odpowiedź znajdujemy w koncepcjach ewolucyjnych, a zwłaszcza w tzw. determinizmie technologicznym, który za antropologiem kulturowym Morganem rozwijał współpracownik Marksa, Fryderyk Engels. W książce O pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa kreśli on taki mniej więcej scenariusz5. Wraz z rozwojem technologicznym rośnie wydajność pracy, a więc ludzie są w stanie wytwarzać coraz więcej produktów, coraz więcej dóbr ekonomicznych. W społeczeństwie pierwotnym wytwarzali tylko tyle, ile z trudem starczało na zaspokojenie własnych biologicznych potrzeb. Produkowali tylko na własny użytek, aby przeżyć.

Ale w pewnym momencie rozwoju zaczęli lepiej polować, uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, używać narzędzi i dzięki temu wytwarzać więcej, niż sami zdolni byli skonsumować. Pojawiły się nadwyżki produkcyjne. Ci którzy zdołali dzięki sprzyjającym warunkom, własnym talentom, innowacjom, zgromadzić nadwyżek więcej, mogli je korzystnie wymieniać na to, czym dysponowali inni, a także pozyskiwać wpływy, władzę czy szacunek w zbiorowości. Na przykład opisywany przez antropologów zwyczaj „potlaczu", czyli rytualnego, publicznego palenia dorobku, miał właśnie demonstrować dysponowanie nadwyżkami i zdobywać właścicielowi wysoki prestiż.

Te warunki sprzyjające uzyskiwaniu wstępnej przewagi nad innymi nie dotyczyły tylko jednostek i ich wyjątkowych zdolności. Całe zbiorowości mogły być lepiej lub gorzej sytuowane na przykład dzięki położeniu geograficznemu, klimatowi, w którym żyły, posiadaniu siedzib nad brzegiem mórz czy rzek, na terenach żyznych czy bogatych w zwierzynę. Równie ważny był dostęp do szlaków komunikacyjnych, co ułatwiało wymianę dóbr z innymi grupami. A występujące na ich terenie bogactwa naturalne, kamienie szlachetne, złoto czy inne surowce stawały się naturalnymi obiektami wymiany. Różne społeczności różniły się więc zasobami, jakimi dysponowały.

A w obrębie każdej społeczności postępujący podział pracy prowadził do wyłaniania się zawodów o większej wydajności, dających więcej nadwyżek, i takich, które dawały ich mniej. Raz uzyskane przewagi grupowe czy pozycyjne dawały początek procesom kumulacji, pogłębiania nierówności i rozwarstwienia, które opisywaliśmy wcześniej.

Podobne prace

Do góry