Ocena brak

Stanisław Staszic - Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego..., Przestrogi dla Polski...

Autor /Saleta Dodano /16.10.2012

«Czym dla upadłej, zaprzedanej i zawojowanej Grecji był Demostenes, tym dla gubiącej się i gubionej Polski - Staszic.>> Nie ocalił wprawdzie Polski, jak Demo­stenes nie ocalił Grecji, ale rzucił w przyszłość ziarna gorącego patriotyzmu i szla­chetnej demokracji, które będą wydawały plon w Polsce porozbiorowej. Dokonał zaś tego czynu w dwóch dziełach, które wywarły nieopisane wrażenie; obydwa wy­dał bezimiennie, nie ze strachu, żeby się nimi nie narażać tym spośród szlachty, którzy nie chcieli nawet słyszeć o reformie państwa, ale w przeświadczeniu, że je­śli ujawni swoje nazwisko mieszczańskie, to ich szlachta nie będzie raczyła czytać. Dzieło pierwsze wyszło na rok przed rozpoczęciem Wielkiego Sejmu, drugie -w drugim roku jego obrad: Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego, kanclerza i het­mana w.k., do dzisiejszego stanu Rzeczypospolitej Polskiej przystosowane (1787) oraz Przestrogi dla Polski z teraźniejszych politycznych Europy związków i z praw natury wypadające (1790). Tytuł drugiego dzieła jest zupełnie zrozumiały; tytuł pierwsze­go tłumaczy się tym, że Staszic samym imieniem umiłowanego przez szlachtę wiel­kiego hetmana i kanclerza chciał ją zachęcić do przeczytania dzieła, do którego do­dał Pochwalę Jana Zamoyskiego, poświęconą głównie rozważaniom, jak by ratował Polskę Jan Zamoyski, gdyby żył nie w XVI, tylko w XVIII wieku.

Tym dziełom zawdzięcza Staszic swoje nieśmiertelne stanowisko w historii literatury polskiej; żaden inny pisarz polityczny, me wyłączając Konarskiego, nie wstrząsnął tak potężnie opinią publiczną, żaden inny, nie wyłączając Skargi, nie wydobył z serca tyle gorącej i bezinteresownej miłości ojczyzny. Miał Staszic prawo świadczyć sobie: «Nie jestem ani dworskim, ani hetmańskim, ani potemkinowskim, pruskim, cesarskim ani moskiewskim... ale jestemnajprzywiązańszymstronnikiem narodu polskiego.»
Od innych utworów staropolskiej literatury politycznej pisma Staszica róż­nią się tym, że ich pomysły są «z praw natury wypadające», to znaczy, że autor uza­sadnia je nie tylko względami praktycznymi, ale także rozważaniami filozoficznymi nad państwem, nad społeczeństwem, nad stosunkiem jednostki do państwa i społe­czeństwa itd.; tym sposobem praktyka splata się tutaj z teorią. Niejedną myśl teore­tyczną zawdzięcza Staszic myślicielom francuskim, zwłaszcza Rousseau, Helwecjuszowi i Buffonowi, ale każdą umie dostroić do swoich celów, to jest do programu reformy państwa polskiego, nie zapominając o tym, że nie wszystko, co zaleca teo­ria, jest dobre w praktyce, że wiele jest rzeczy, które jak w myśli stawione ukazują się być powabne i użyteczne, tak przy wykonaniu stają się złe i szkodliwe». Tym bar­dziej o tym pamiętał, że wiedział doskonale, iż ogół szlachty nie dojrzał jeszcze ani umysłowo, ani moralnie do zgody na pewne reformy, zwłaszcza społeczne: więc starał się nieraz, choćby nawet wbrew własnym poglądom i umiłowaniom, zacho­wywać złoty środek, na przykład w dziedzinie pomysłów dotyczących reformy wło­ściańskiej . Brał także pod uwagę «teraźniejsze polityczne Europy związki», to znaczy, rachował się z tym, że Polska, zwłaszcza w chwili kiedy jest tak słaba politycznie jak teraz i kiedy sąsiedzi na nią czyhają, nie może i nie powinna sobie od razu po­zwalać na takie reformy, które by stały w jaskrawej sprzeczności z ustrojem i prawa-. mi krajów sąsiednich, na przykład na zniesienie ustroju monarchicznego. Tak więc w obydwóch swoich pismach politycznych musiał Staszic nieraz uciekać się do kom­promisów teorii z praktyką, osobistych przekonań i umiłowań z wymaganiami twar­dej rzeczywistości.
Myślą przewodnią obu pism jest zupełnie to samo, co wypowie później w Odzie do młodości Mickiewicz, który za młodu oddychał w Wilnie ożywczą atmosfe­rą epoki oświecenia: «W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele!» To jest: nikomu nie wolno uganiać się za swoim osobistym szczęściem, o ile ono jest sprzeczne ze szczęściem całego społeczeństwa; albo inaczej: każdy człowiek powinien poczyty­wać za szczęście dla siebie tylko to, co jest szczęściem dla całego społeczeństwa, a za nieszczęście to wszystko, co jest dla społeczeństwa nieszczęściem. Bo spo­łeczność - mówi Staszic - jest jedną moralną istnością, której członkami są obywa­tele)), anie tylko członkami, aleiwłasnością, a stąd «zostać obywatelem jest wyzuć się, czyli oddać swoją wolę i swoją moc osobista towarzystwu całemu» - i uwierzyć, że na tym właśnie polega największe i jedyne prawdziwe szczęście jednostki, do którego dążyć może i powinna. (We Francji głosili tę samą myśl Helwecjusz i Buffon.) Aby jednak społeczeństwo stanowiło naprawdę «jedną moralną istność», do tego potrzebny jest odpowiedni rząd - państwo, które powinno zapewnić społe­czeństwu warunki potrzebne do osiągnięcia powszechnego szczęścia: oto jedyne zadanie i cały sens państwa! I jakież to warunki? Pierwszym jest, oczywiście, urobić duszę każdego obywatela tak, aby właśnie uwierzył, że jego szczęściem jest «użyteczność dla towarzystwa», że «nikt do niewoli, ale każdy rodzi się do posłuszeń­stwa*, że <
Natomiast cie spełniła jeszcze Polska dwóch innych warunków niezbędnych do szczęścia społeczeństwa; a są nimi, po pierwsze, potęga, a po drugie, sprawiedli­wość państwa.
Polska musi być państwem potężnym, bo inaczej do reszty rozszarpią ją są­siedzi, aby zaś być potężnym państwem, musi mieć dobry i silny rząd. Za najle­pszą postać rządu poczytywał Staszic ustrój republikański; państw monarchicznych nie cierpiał z całej duszy, poczytując panujących za nieprzyjaciół wolności i wrogów rodzaju ludzkiego; ale z drugiej strony rozumiał, że ponieważ Polska jest «obtoczona despotycznymi krajami», więc i ona musi być także państwem monarchicznym; inaczej, jeżeli się nie przystosuje do współczesnych «związków polity­cznych*, zginie jak Bóg w niebie, bo «rzecz niepodobna w pośrodku ognia nie być parzonym*. I oto swoje ideały republikańskie składa Staszic na ołtarzu zdrowego rozsądku i miłości ojczyzny: «Większego złego chroniąc się, obieraj mniejsze!* «Pierwej naród, potem swobody! pierwej życie, potem wygoda!* Słowem, Polska powinna pozostać królestwem; nie dosyć na tym: król powinien być nie obie­ralny, tylko dziedziczny: «Ustanowienie następstwa tronu utwierdzi na długo Rzeczypospolitej trwałość.* Szkoda jednak, że temu dziedzicznemu królowi Staszic nie przyznaje, właściwie mówiąc, żadnej władzy, bo odbiera mu nawet władzę mianowania urzędników i senatorów, którzy, jego zdaniem, powinni być obieralni. Całą zaś władzę prawodawczą i wykonawczą oddaje sejmowi, ale nie zbierające­mu się raz na dwa lata, tylko «sejmowi nieustannemu, to jest zawsze do zwołania gotowemu*, na którym «głosów większość prawa stanowić powinna*.
Lecz ani tron dziedziczny, ani silny rząd nie ocali Polski, póki nie będzie miała stałej i potężnej armii, liczącej sto, a choćby i dwieście tysięcy żołnierza. Po­trzebne zaś polsce jest tak wielkie wojsko, nie żeby miała najeżdżać cudze kraje: wojnę mającą na celu bądź ograbienie innego państwa, bądź wzmocnienie władzy panującego despoty, Staszic poczytywał za zbrodnię; za cnotę natomiast i za święty obowiązek poczytywał wojnę mającą na celu obronę praw czy to narodu, czy całej ludzkości.
Lecz aby Polska mogła utrzymać wielką armię, musi mieć dużo pieniędzy, a tymczasem skarb polski świeci pustkami; trzeba więc powiększyć dochody pań­stwowe, a ponieważ ich głównym źródłem są podatki, więc «żaden stan, żaden oby­watel od podatku wyjętym być nie powinien*; to znaczy, że podatki powinni pła­cić nie tylko chłopi i mieszczanie, ale i szlachta: Staszic jest u nas pierwszym pisa­rzem, który się tak śmiało i jasno domaga powszechnego opodatkowania, przed nim bowiem mówiono o tym tylko półgębkiem. Nie dosyć na tym. Żeby można było, rozumuje Staszic, wystawić tak wielką armię i powiększyć dochody państwowe, potrzebna jest oczywiście jak najliczniejsza ludność i-co na jedno wychodzi-jak największy jej dobrobyt, to tylko bowiem państwo «ma ludność wielką, skła­da podatek wielki, które ma urodzaje wielkie*. A kiedy ziemia będzie miała «urodzaje wielkie* ? Tylko wtedy, «gdy się koło niej praca powiększy*. A kiedy się pra­ca powiększy? Odpowiada Staszic: «Ci ludzie tylko więcej pracować będą, gdy wszyscy zdatnymi do nabycia własności zostaną.* Równouprawnienie - oto śro­dek do urzeczywistnienia przez państwo drugiego warunku niezbędnego do szczę­ścia społeczeństwa: sprawiedliwości, która jest z potęgą państwa nierozłączna. I słusznie nazwano Staszica patriarchą demokracji polskiej, bo nikt przed nim tak jasno i gruntownie nie dowiódł, że szlachta jest nie narodem, ale tylko jedną jego częścią, tylko jednym stanem; że naród jako całość, jako «jedną moralną istność* tworzą dopiero wszystkie jego warstwy jako części tak ściśle z sobą spojone, iż nie­szczęście jednej jest nieszczęściem każdej innej i zarazem nieszczęściem całości, a szczęście jednej jest szczęściem każdej innej i zarazem szczęściem całości. «Wniosek oczywisty, że cokolwiek inne stany uczynią dla stanu rolniczego, to uczynią dla kraju; kiedykolwiek wieśniaka dostatki powiększą, zawsze oni wraz z krajem staną się majętniejszymi; gdziekolwiek rolnik zhańbiony, tego kraju szlachcic w pogardzie; gdzie rolnik niewolnikiem, tego kraju szlachcic musi być cudzym słu­gą.* Więc:«... ratuj się, szlachto! nie potrzeba, abyś traciła swoje swobody i wolność, ale potrzeba, abyś swoje prawa upowszechniła, abyś powiększyła liczbę obywa­teli swobodnych i wolnych!* «Bez odmiany poddaństwa.rolnika doczesne są wszys­tkie inne w Rzeczypospolitej odmiany.* «Jakiekolwiek poczynicie w Rzeczypospo­litej ułożenia, jakiekolwiek porobicie w jej rządzie poprawy, jeżeli tej fundamen­talnej ustawy nierządu feodalnego nie wzruszycie, będą to tylko odmiany powierz­chowne; przedłużą, ale nie odwrócą od narodu tej nieszczęśliwej epoki, tego po­wszechnego zburzenia, w którym nas ogarnie wewnętrzny albo zewnętrzny des­potyzm.*
Zdawałoby się, że z tego wszystkiego wyprowadzi Staszic wniosek, że trzeba znieść poddaństwo chłopa, a więc pańszczyznę i sądy patrymonialne, dać mu grunt na własność z prawem dziedzictwa, pozwolić mu się przesiedlać z miejsca na miej­sce - jednym słowem, zrobić go wolnym obywatelem kraju, a wówczas chłop bę­dzie miał za co kochać ojczyznę, będzie jej wiernym synem! Tymczasem wniosek jest połowiczny, bo Staszic znając szlachtę wiedział, że nigdy by takiego wniosku nie uchwaliła, i miał słuszność: przecie nawet Konstytucja 3 maja nie dała chłopu wolności osobistej. Mówi tedy, że «w całym kraju pańszczyzna dzienna zamienio­ną być powinna albo w wydziałową robotę, albo w czynsz; z tych dwóch sposobów wolno każdemu dziedzicowi wybrać sobie jeden; przecież gdy nierównie użyteczniejsze dla kraju czynsze, te szczególniej prawo zachwali; obywatelowi, który w swoich dobrach czynsze postanowi i utrzyma, prawo zapewni od Rzeczypospolitej wdzięczność i nadgrody znamię». Mówi jeszcze: «Każdy gospodarz, który obejmie grunt, obejmie go na całe życie; przeto dziedzic nie może go z tego gruntu zrzucić bez okazania mu w sądzie, iż, nieposłuszny prawu, nie odbywał porządnie wydzia­łowej roboty albo, w dobrach czynszowych, iż czynszu nie płacił.» Ale tuż potem dodaje: «Nawzajem gospodarz żaden już tego gruntu porzucić ani z niego pójść nie może, chyba gdy na swoje miejsce innego gospodarza stawi albo przekona dziedzi­ca, iż go nad prawo krzywdził. Dzieci zaś, które nie obejmą gruntu, wszystkie są wolne: wolno im uczyć się rzemiosła, obsiadać w miastach, obsiadać w innych wsiach, żenić się z tymi, z którymi im Bóg i religija pozwala.» Oczywiście żąda tak­że Staszic zniesienia sądów patrymonialnych (czego domagał się już Modrzewski). Otóż to wszystko jest dużo, może nawet jak na wiek XVIII bardzo dużo - ale nie wszystko, bo do osobistej wolności i równouprawnienia społecznego daleko! O rów­nouprawnieniu zaś politycznym, o tym, żeby i chłopi mieli swoich posłów w sej­mie i mogli piastować urzędy, nie wspomina nawet Staszic: niewątpliwie pragnął tego z całej duszy, ale wiedział, że to żądanie byłoby jeszcze bardziej przedwczesne od żądania równouprawnienia społecznego, i to nie tylko dla szlachty, która by odpowiedziała rykiem oburzenia, i dla duchowieństwa, które «łakomstwem ska­żone... przewróciło prawdy boskie, zgodziło miłość bliźniego z niewolą człowieka», ale i dla chłopów, którzy po wiekach niewoli i ciemnoty nie byli jeszcze zdolni do życia politycznego. Żeby ich stopniowo do wolności przyuczać, domaga się Staszic oświaty ludowej.
Nierównie śmielsze są uwagi i przestrogi dotyczące mieszczaństwa, co się tłumaczy tym, że tak wielkiej przepaści jak pomiędzy szlachtą a chłopami nie wykopała historia pomiędzy mieszczanami a szlachtą - nawet w Polsce; a nadto, kiedy chłopi byli jeszcze ciemni, stan miejski «już oświecił się... do tego stopnia, iż czuje, że jest człowiekiem, wyrzekł: proszę o sprawiedliwość, proszę o moje prawo». Więc domagał się Staszic, żeby .mieszczanin mógł być właścicielem ziem­skim, żeby korzystał z prawa Neminem captivabimus, żeby miał dostęp do urzędów cywilnych zarówno, jak wojskowych; żądał nadto dla mieszczan prawa wysyłania na sejm swoich posłów, którzy by zasiadali w jednej izbie z posłami szlacheckimi, i to w równej z nimi ilości; wówczas dopiero «miasta i szlachta będą jednym narodem». To zaś, żeby cały naród polski był j ednym narodem, było najdroższym ze wszyst­kich marzeń patriotycznej duszy Staszica; :nikt bowiem inny wówczas nie rozu­miał tak dobrze jak on, że kiedy się Polska stanie narodem «z jednej bryły», to będzie tak «hartowna, że w gromach nie pęknie». Śmiało można powiedzieć, że to nie Słowacki, tylko Staszic pierwszy wołał, że dopóki Polska nie zrzuci z siebie «płacht ohydnych» stanowości, dopóki «duszę anielską będzie więziła w czerepie rubasznym», dopóty nie będzie jej «miecz zemsty strasznym*).
W jak najściślejszym związku ze sprawą polepszenia doli chłopów i miesz­czan dotyka Staszic sprawy żydowskiej, bo przecie «Żydzi są pijawkami rolnika» i szkodnikami miast: «Cho6iaż w Polszczę odbierze stan rolniczy sprawiedliwość, a stan miejski bezpieczeństwo i wolność, przecież z trudnością rolnictwo i miasta powstawać będą, dopókąd w ręku Żydów szynk trunków zostanie, dopókąd Żydzi w miastach będą czynić stan oddzielny, od urzędu miasta niezawisły, ale swój osobny urząd i swoich własnych sędziów mający, czyli w mieście drugie miasto czyniący. Tak długo nasz chłop z swojej nędzy z trudnością dźwigać się będzie i od nałogu pijaństwa nie odswoi się, jak długo ród żydowski, przez swoją religiją, przez wychowanie do oszukiwania sposobiący się, będzie władać tą trucizną, przez którą, gdy zechce, może kilku milijonom ludzi bezkarnie głowę zawracać, a na kilka godzin przytomność im odebrawszy, rozrządzać majątkiem polskiego rol­nika, jak mu się podoba.» Odpowiedzialnością za to rozpajanie chłopa obciąża Staszic w swoim głębokim poczuciu sprawiedliwości nie tylko Żyda, ale i szlach­cica, który przecie «w swojej wsi, w swoim miasteczku po pięć, po sześć karczem wystawia... w tych karczmach osadza, dobiera najbieglejszych Żydów, którzy by mu jak najwięcej zapłacili, to jest, którzy by umieli jak najsztuczniej zwodzić i rozpajać chłopów». Natomiast całkowitą odpowiedzialnością obciąża Staszic Żydów za ich religię i moralność: «Ten lud ma obyczajność, sposób życia i moral­ność z moralnością naszej religii niezgodną: czyta on w swoich księgach, iż za krzywdy od ludzi innej religii poniesione, pożyczywszy od nich różnych sprzętów i sreber, można te zabrać i uciec; przeciwnie, nasza religija w każdym przypadku kradzieży i oszukania zakazuje... więc Żyd z swoją moralnością zawsze będzie niebezpiecznym i fałszywym, a przy każdym oszukaniu łatwo zaspokoi sumnienie przezwaniem kradzieży swoich krzywd nadgrodą.» Oto dlaczego radzi Staszic, aby (pomiędzy innymi) «żaden Żyd w całej Polsce nie mógł szynkować trunków», aby Żydom odebrać samorząd, który mieli w sprawach religii, oświaty, rządów gminnych i sądownictwa (w sprawach między Żydami), aby «ich wychowanie było poddane Komisji Edukacyjnej, która by im wyznaczyła nauczycielów, prze­pisała moralność i inne książki elementarne», itd. (Przed niebezpieczeństwem żydowskim będzie Staszic mądrze ostrzegał także Polskę porozbiorową - w roz­prawie O przyczynach szkodliwości Żydów i środkach usposobienia ich, aby się społe­czeństwu użytecznymi stali, 1816.)
Oto główne myśli Uwag nad życiem Jana Zamoyskiego i Przestróg dla Polski. Nie odznaczają się one porządnym układem treści: przeciwnie, pisane są bez­ładnie, a co więcej, nie są wolne od sprzeczności w myślach; styl jest często za­niedbany, tu i owdzie niejasny, niekiedy pozbawiony prostoty i sztucznie uroczysty, deklamacyjny, język nieraz tak bardzo oryginalny, że aż dziwaczny i niepoprawny. Cóż z tego, kiedy przemawiają te pisma nie tylko do rozumu, ale i do wyobraźni, do serca i do sumienia: nikt inny w literaturze niepodległej Polski, nie wyłączając Skargi, nie umiał tak potężnie wstrząsnąć całą duszą polską jak Staszic. Aby od­działać na wyobraźnię czytelnika, kładzie mu on przed oczy obrazy, których treścią jest: to okropna nędza chłopa polskiego, to dokonana pod obcą przemocą elekcja Stanisława Augusta, to przeklętej pamięci sejm roku 1773 pod laską zdrajcy Ponińskiego, krótko mówiąc - wszystkie nieszczęścia i grzechy Polski; opisuje też chętnie za przykładem Rousseau wizje, które miał niby to we śnie albo i na jawie, a których treścią są znowu nieszczęścia ojczyzny, zwłaszcza upośledzenie włoś­cian. Aby przemówić do serca, Staszic to prosi i błaga, to upomina i zaklina, to grozi i gromi, to zawstydza i straszy; i śmiało powiedzieć można, że jak Skarga w wieku XVI, tak on w XVIII był tyranem dusz ludzkich. Poprawnością języka, pięknością stylu i w ogóle sztuką Staszic nawet się równać ze Skargą nie może, ale przewyższa go siłą uczucia. Miłość ojczyzny wyraził Skarga w Kazaniach sejmowych piękniej, majestatyczniej, Starowolski w Lamencie - tkliwiej, ale -ani. jeden, ani drugi nie wyraził jej z taką wręcz żywiołową potęgą uczucia, z takim ogromem straszliwego bólu patriotycznego, upokorzenia i wstydu na widok jej upadku i świętego oburzenia na jej zdrajców. Z większą siłą przemówi miłość nieszczęśliwej ojczyzny dopiero w poezji Mickiewicza. A jak Skardze w wieku XVI, tak Staszicowi w XVIII nikt nie dorównał odwagą cywilną: nikt inny nie ośmielił się tak jasno i bezwzględnie powiedzieć narodowi, że on sam odpowiada za słabość swojego państwa, mianowicie, że «pogarda i niedoskonałość praw są nieszczęścia naszego przyczyną», że «w Polszczę tylko ten prawa wypełniał, komu się podobało»; nikt inny nie poważył się z taką - już nie bezprzykładną śmiałością, ale z szaloną furią napaść na tych, o których Skarga mówił, że mają «złodziejskie serca» - na magnatów; akt oskarżenia przeciwko możno władcom jest zapewne zbyt namiętny, bo czyni ich odpowiedzialnymi za wszystkie nieszczęścia Polski (jak gdyby i szlachta nie była sa nie odpowiedzialna!), ale w swojej odwadze i na­miętności jest wprost niezrównany, nie mówiąc już o tym, że zawiera w sobie dużo, bardzo dużo prawdy! A Obok tego ustępu godzien stanąć inny, także wspa­niały, krwią i łzami pisany - obraz niedoli chłopskiej, ten najwymowniejszy, najpiękniejszy, najgorętszy wyraz uczucia polskiego XVIII wieku, wznoszący się do godności największej poezji serca, do jakiej się wzniosła nasza literatura stanisławowska.

OBRAZ NIEDOLI CHŁOPSKIEJ. Jakiż to wspaniały widok-w zgro­madzeniu z samego wybioru obywatelów złożonym, które o uszczęśliwieniu milijonów ludzi radzi, widzieć króla na tronie, po którego prawicy leży Księga Prawa! Taka wielkość, pierwszy raz widziana, przeraziła mię: przed takim tronem, głębokim uszanowaniem przejęty, stanąłem z daleka w gminie ludu różnego.
Jak spracowanego długą drogą podróżnika z gór biegnących strumieni mru­czenie albo bliższych drzew liścia szelest miłym snem usypia - tak mnie, rażonego wspaniałością tronu, wolne tłumu ludzi ruszanie się i ciche po tym całym mnóstwie gwary w zamyślenie schwyciły...
Usłyszałem z tyłu głos, który mi przerwał dalsze myśli: człowiek w odzieży
ubogiej; jego twarz ukazywała z nieszczęśliwością niewinność; nie był on dziełem sztucznej edukacyi - nie miał nauk, ale był człowiekiem natury -miał czułość. Ten z nieśmiałością zapytał mi się, kto by w tym zgromadze­niu był królem. W tej ciekawości zaspokojony, prosił dalej, co by ta kopa ksiąg przy królu znaczyła. «Są to księgi - odpowiedziałem - którym wszyscy naszą wolność i szczęśliwość winniśmy... są to prawa, które dają nam wszyst­kim życie, majątek i sławę.» Na te słowa rzuciły się łzy z oczu człowieka owego. Przeraziło mię to. Pytałem się ciekawie tego zmartwienia przyczyny. Westchnął i w te odezwał się słowa:
«Ach! nie wszystkim te prawa zapewniają majątek i życie! W tej wielkiej kopie ksiąg tylko kilka tysięcy obywatelów znajduje sprawiedliwość. Milijoay tegoż kraju mieszkańców żadnego w nich nie mają ratunku! Z milijoiia tych niesz­częśliwych i ja jestem. Zachowałem przykazania boskie, żyłem według świętej religii mojej prawideł. Nie wyrzuca mi sumnienie, abym kiedykolwiek skrzyw­dził bliźniego... Chociaż czułem okrutny los poddaństwa mojego, przecież sądząc go być Opatrzności zrządzeniem, w dzień pracowałem wiernie panu, pracowałem i po nocach dla wyżywienia żony i dzieci... Pociągano mię nad po­winność do robocizny, wypędzano do najcięższej pracy, w drogi najgorsze, gdzie siebie i cały mój dorobek zniszczyłem. Nie mogłem się uskarżyć nikomu, gdyż mi nikt sprawiedliwości uczynić nie mógł, tylko pan... Miałem trzech synów. Z tych śrzedni widząc, iż ledwie jeden nadzieję mieć może objęcia roli po mojej śmierci, a drudzy bez ziemi i bez chleba żyć będą musieli i krajowi, i sobie nieużyteczni - nic mi nie powiedziawszy odszedł; jakom się potem dowiedział, uczył się rzemiosła. Po oddaleniu się jego z domu, pan surową karą mi grożąc, jeżeli mu syna nie przystawię-owszem-zaraz do więzienia osa­dziwszy, nie wypuścił mię, dopókąd mu kilkaset złotych za własnego, syna nie zapłaciłem. Wkrótce potem, sądząc mię być bogatym i spodziewając się więcej u mnie pieniędzy, kazał mię znowu wziąć do kłody1 i trzymał dopóty, dopókąd mu syna nie powrócę. Gdy wołałem o sprawiedliwość, przypomina­jąc, że go już drogo opłaciłem, pan nazwał ten żal mój zuchwałością: zaraz kazał mi wszystko z domu pozabierać, a okrutnie mię skatowawszy, w kajdany zakutego wrzucono do chlewa. Wydobyłem się z tego lochu. Uciekając z nie­szczęśliwym życiem, czuję aż nadto, iż dla mnie w kraju nie masz sprawiedli­wości... Tylko ten, który mnie krzywdzi, tylko mój tyran być może moim sędzią! W tych prawach mego stanu człowiek nie znajduje więcej od bydła obrony! Król nawet nie może być ojcem nas wszystkich!*)
Tu przerwałem mu, nie mogąc dalej wstrzymać mej czułości. Złorzekłem barbarzyństwo kraju, a nie mogąc bliźniemu poradzić, tym tkliwiej czułem nieszczęście jego. W tym jednym przykładzie zdawało mi się wi­dzieć nieskończone krzywdy milijonów rolników. Stanęły mi łzy w oczach...
Nagle spostrzegłem przed bramą mnóstwo ludzi, z których każdy trzy­mał w ręku papiery...

W jednych ręku taki był napis:
«Cztery milijony pięćkroć sto tysięcy najużyteczniejszych mieszkańców, któ­rych chociaż stan rozróżniać od ludzi zdaje się, przecież nam reUgija odkrywa jednaki z innymi ludźmi początek, ucząc, że wszyscy od jednego ojca pocho­dzimy, że każdy inny człowiek jest naszym bliźnim - więc na miłość bliźnie­go zaklinamy, prosząc nie o co innego, tylko aby równą z każdym innym czło­wiekiem sprawiedliwość mieliśmy; aby ten, kto nas krzywdzić może, nie był w własnej sprawie i stroną, i sędzią.»  
 U drugich widziałem ten wyraz:
«Milijon kilkadziesiąt tysięcy kobiet, które w krótkim czasie w dwójnasoB kraj zaludnią, jeżeli podług praw boskich nie pańska wola, ale własna ich wola ślub małżeństwajważnym uczyni, jeżeli jednej wsi granice nie będą dla nich człowieczeństwa granicą.»
U innych czytałem:
«Milijon czterykroć sto tysięcy ludzi młodych, jeszcze dwudziestu lat nie mających, przyrzeka w lat kilka liczne Rzeczypospolitej wojsko, obiecuje powiększyć krajowe bogactwa, oszczędzić te miljony, które cudzoziemskim fabrykantom bez powrotu kraj wypłaca - jeżeli zamiast uporczywej i namięt­nością omamionej dziedzica'woli prawo wróci im wolność naturalną praco­wania koło swej żywności wszelkimi pozwolonymi w kraju sposoby i uczenia się, według każdego chęci i zdatności, różnych fabryk i rzemiosł; jeżeli nie jedna wieś, ale cały kraj będzie ich krajem.»
W pośrzód tego tłumu słychać było tu i owdzie przeraźliwy rozpaczają­cych płacz i jęk, wołanie do nieba o pomstę uczynionej im krzywdy i przeklęstwo okrutnej niesprawiedliwości. Przybiegłem do jednego z nich i zapy­tałem się, co by cierpiał. «Krzywdę od samego prawa» - rzekł z zapamięta­łością, rzucając mi kartę.
Podniosłem ją. To zawierała w sobie:
«Jestem syn poczciwego ojca i dobrego obywatela. Rodzice dali mi wycho­wanie stosowne do tego majątku, który przy ciężkiej a sprawiedliwej pracy całe życie dla mnie zbierali i który jako syn dziedziczyć miałem. Przebrzydłe łakomstwo odkryło po śmierci ojca mego, że nie był szlachcicem. Nagle ja utraciłem wszystko, zostałem się bez sposobu do życia. Ciężką pracę ojca mego, tę najsprawiedliwszą własność moją, obcy człowiek bezsumienny...zagrabił.»
Oddałem mu czym prędzej kartę. Nie mogąc znieść tego niesprawiedli­wości obrazu, uciekłem, abym zgubił z oczu te nieszczęsne gwałtu ofiary.
Gdym już nikogo nie widział, rzekłem sam do siebie: «Jakież to praw straszydło! Niewola, gwałt, bezżeństwo, publiczne cudzego majątku odzierstwo-prawem upoważnione! Takie barbarzyństwo w ośmnastym wieku! Rzeczpospolita z takimi prawami, mając sąsiadem cesarza i króla pruskiego, czyliż długo utrzymywać się sądzi
.................................
Pięć części narodu polskiego stoi mi przed oczyma. Widzę milijony stwo­rzeń, z których jedne wpół nago chodzą, drugie skórą albo ostrą siermięgą okryte, wszystkie wyschłe, znędzniałe, obrosłe, zakopciałe. Oczy głęboko w głowie zapadłe. Dychawicznymi piersiami bezustannie robią. Posępne, zadurzałe i głupie, mało czują i* mało myślą: to ich największą szczęśliwością.
Ledwie w nich dostrzec można duszę rozumną. Ich zwierzchnia postać z pierwszego wejrzenia więcej podobieństwa okazuje do zwierza niżeli do człowieka. Chłop - ostatniej wzgardy nazwisko mają. Tych żywnością jest chleb z śrzutu, a przez ćwierć roku samo zielsko; napojem - woda i paląca wnętrz­ności wódka. Tych pomieszczeniem są lochy, czyli trochę nad ziemię wynie­sione szałasze: słońce tam nie ma przystępu - są tylko zapchane smrodem i tym dobrotliwym dymem, który aby podobno mniej na swoją nędzę patrzali, zba­wia ich światła; aby mniej cierpieli, i w dzień, i w nocy dusząc, ukraca ich życie mizerne - a najwięcej w niemowlęcym wieku zabija. W tej smrodu i dy­mu ciemnicy dzienną pracą strudzony gospodarz na zgniłym spoczywa bar­łogu. Obok niego śpi mała a naga dziatwa na tym samym legowisku, na któ­rym krowa z cielęciem stoi i świnia z prosiętami leży..,
Dobrzy Polacy! Oto rozkosz tej części ludzi, od której los waszej Rzeczypos­politej zawisł! Oto człowiek, który nas żywi! Oto stan rolnika w Polszczę!.!..
Tu kiedy sobie pomyślę, żem Polakiem, wstyd mię dalej mówić. Kiedy so­bie przypomnę, żem człowiekiem, porywa mię rozpacz i zgroza!...
W pośrzodku chrześcijan takie okrucieństwo!... Tyrani, bluźniercy  Nie lękacież się, iż spełni się na koniec miara nieprawości waszych?...
Jeżeli Bóg jest sprawiedliwy, nie może być w oczach Jego zbrodni więk­szej nad zbrodnię waszą!
Macież wy miłość ojczyzny? Nie obywatelami, ale nieprzyjaciółmi Polski jesteście! Więcej szkodzicie temu krajowi, niżeli szkodzili Moskale, Szwedzi, Niemcy, Turcy i Tatarzy! Tych okrucieństwo padało na niektórych i skoń­czyło się w lat kilka. Wasze okrucieństwo trapi nie tylko żyjących, ale nadto kładzie przeszkodę wieczną do podobieństwa, aby Polska mogła z sławą po­wstać... 
Upamiętajcie się! Nie bierzcie na złe cierpliwości nieba! Czas poprawy, czas ludzkości!
Oddajcie człowieka Bogu! Oddajcie człowiekowi prawo jego natury: «Nie-chaj rośnie i mnoży się!»
Widzę straszne nieszczęśliwości nad głowy waszymi... A gdy kocham Polskę, a gdy zapomnieć nie mogę, że rodziłem się Polakiem, jak by ten kraj urato­wać, myślę ustawicznie!...
Przezacne duchowieństwo! Ty jesteś tłumaczem tych praw, które Bóg każ­demu człowiekowi oddał, które, mają człowieka zbliżyć do człowieka - nie czynić go ciemiężycielem ludzkości albo nieprzyjacielem plemienia ludzkiego.

KOCHAJ TWOJEGO BLIŹNIEGO JAKO SIEBIE SAMEGO, A BO­GA NAD WSZYSTKO - oto duch tej najświętszej nauki, którą sam Bóg przyniósł z nieba i złożył w ręku waszych. On przy niej dał się męczyć i umarł. Macie przykład, jeżeliście wiernymi uczniami Jego.
W ogłaszaniu tej prawdy nic was fałszywymi czynić nie powinno, ani boga­ctwa, ani godności, ani śmierć sama! Mówcież więc do Polaków, że ten nie jest chrześcijaninem, ten nie żyje podług nauki Zbawiciela swojego, kto z jakiejkolwiek przyczyny zaprzecza drugiemu człowiekowi sprawiedliwość, małżeństwo, wolność przyrodzoną i własność! Jeżeli nauczacie inaczej, nie uczniami CHRYSTUSA, ale zdrajcami rodzaju ludzkiego jesteście! Jeżeli pod najświętszym imieniem JEZUSA, łakomcy, oszczercy, dumni, uspra­wiedliwiacie niewolę - oto słuchajcie i zadrżyjcie:
Spadnie niewinna krew ZBAWICIELA-Człowieka na głowy wasze i potępi was!...
Kończę do was, najużyteczniejsi w kraju nauczyciele edukacyi publicznej, którym Rzeczpospolita powierzyła to, co ma najdroższego - niewinny szczep takiego obywatelstwa, które ma dokończyć dzieła zbawienia Polski!... Te prawdy... wpajajcie w miękkie serca jeszcze cnotliwej młodzieży, tej to jedynej nadziei kochanej ojczyzny naszej! Niechaj dzieci znają obowiązki człowieka!... Dajcie im poznać, że obojętną uczyniło Europę na rozbiór naszego kraju przez nieprzyjaciół naszych opisanie szlachty jakby tyranów ludzi! Dajcie im czytać tę ohydę Polaków w pismach Fryderyka II i przy­dawajcie zaraz, że nie usprawiedliwi się szlachta polska w Europie, nie na­bierze swojego szacunku i świetności, tylko gdy odda sprawiedliwość rol­nikowi, a złączy się z miastami! Róbcie z młodzieży szlacheckiej i z miejskiej jeden naród! Niszczcie między nimi niechęć! Zakrzewiajcie wzajemną mi­łość! Dajcie im równie uczuć, że gdy się wspólnie trzymać będą, Polska zostanie wolną, mocną i sławną! Powtarzajcie im często to wielkie cnotli­wego Rzymianina zdanie: Nie całość jednego stanu, ale całość narodu całego jest prawem najwyższym - Salus Reipublicae suprema lex esto

MAGNACI. Z samych panów zguba Polski. Oni zniszczyli wszystkie uszanowanie dla prawa. Oni, rządowego posłuszeństwa cierpieć nie chcąc, bez wykonania zostawili prawo. Oni zupełnie zagubili wyobrażenie sprawied­liwości w umysłach Polaków. Oni prawo zamienili w czczą formalność, która tylko wtenczas ważną była, kiedy prawo ich dumie, łakomstwu i złości słu­żyło...
Kto na sejmikach uczy obywatela zdrady, podstępów, podłości, gwałtu? Panowie! Kto niewinną szlachtę, najpoczciwiej i najszczerzej ojczyźnie życzącą oszukuje, przekupuje i rozpija? Panowie! Kto od wieku robił nie­czynną władzę prawodawczą, rwał sejmy? Panowie! Kto sądowe magistratury zamienił w targowisko sprawiedliwości albo w plac pijaństwa, przekupstwa, przemocy? Panowie! Kto koronę przedawał? Panowie! Kto koronę kupował? Panowie! Kto wojska obce do kraju wprowadził? Panowie!... Kto przez nierozsądną, nieskróconą osobistość i dumę ród bitnych Ko­zaków od Polski oderwał i nieprzyjaciółmi Polski być zmusił? Panowie! Kto od pewnego czasu, niby to czynność sejmu powracając, zamienił wolę narodu w wolę dworu moskiewskiego? Panowie! Kto przedawał Polaków? Panowie! Kto przy rozbiorze kraju brał zagraniczne pensje? Panowie! Kto na teraźniejszym sejmie przeszkadzał do wojska, nie pozwalał na Komisyją Wojskową? Panowie!
Tak jest! Panowie przyprowadzili kochaną ojczyznę do tego stopnia upad­ku, słabości i wzgardy, z której ją dzisiaj z taką trudnością - dla pr&eszkody tychże panów! - sama szlachta dźwiga!...
Wtenczas kiedy cudzoziemiec rozciągał nad wszystkimi Polakami i nad nimi samymi niewolę, kiedy rzucał na naród wieczną ohydę, kiedy szarpał na sztuki ojczyznę - oni jeszcze w swojej zaciętości ku sobie nie spokoją się, nie łączą się z sobą; owszem, wewnętrznie cieszą się z gwałtu, który ich przeciwników do reszty niszczy. Żaden z panów nie ruszył się z ofiarą swojego majątku i życia na obronę ginącej Rzeczypospolitej. Jedni, którzy dopókąd z ojczyzny zyskiwać można było, zebrali znaczne dostatki, używali ich spokojnie w zaciszu, równie jakby w najszczęśliwszym czasie Polski. Okazują najlepiej, czym są panowie, te przy rozbiorze kraju od nich wyrze­czone słowa: «Niech się dzieje z krajem, co chce, ja to wiem, iż zawsze w mojej wsi będę wójtem!» Inni zaś widząc, że przy rozboju ojczyzny łatwo bogacić się z jej łupów, sami nadarzają się cudzoziemcom za narzędzie do prędszego uskutecznienia gwałtów; ukazują im sposoby do pozorniejszych formal­ności; za pensyje, za własne Rzeczypospolitej dobra, bez zapewnienia ja­kiegoś dalszego losu ojczyźnie i tej niewinnej szlachcie, którą zdradzili, tylko po zabezpieczeniu swoich osobistych losów i swoich osobistych ńadgród niewolę milijonów ludzi podpisali najpierwsi. Szlachcic zaś, który dotąd był łudzony, dopókąd był potrzebny, gdy szedł poct jarzmo, opusz­czony przez panów, którzy tyle lat silnie nad nim pracowali, aby mu odebrać rozum i duszę, zapomniał w ostatniej potrzebie ojczyzny, że miał szablę w pochwie.
Ale nad rozbiór kraju gorsze złe panowie wyrządzili Polakom: zatracili narodowy charakter. Szlachcic z nieustraszonego stał się nad wszystko lęk­liwym, z wyniosłego podłym, z urodzonego do wolności już dojrzałym do najcięższej niewoli: świadkiem tego zabory; stracił to hasło, którego naru­szenie w wszystkich jedno czucie budzić powinno; bez wyobrażenia spra­wiedliwości, największa nieprawość w nim krwi nie burzy; czyli to gwałt prawa, czyli posłuszeństwo prawu równy w jego umyśle skutek sprawują; krzywoprzysięstwo popełnić już mu z łatwością przychodzi; sława narodu, miłość ojczyzny nie zapala go do ofiar, nie ma stałości ducha, na wszystko się zastrasza, już nie czuje, iż milsza śmierć niż niewola podła. Tak jest: zatracili panowie właściwy naszemu narodowi umysł!
Charakter narodu okazuje się najlepiej w publicznym gwałcie, w niebez­pieczeństwie ojczyzny i w karaniu jawnych zbrodni krajowych. Sławny naród polski w podobnych razach: nie brakuje ich w dziejach jego!...
Po owym niesłychanym gwałcie, kiedy z pośrzód stolicy podczas sejmu wzięto czterech najcnotliwszych senatorów, nazajutrz sejmujący o zwyczajnej godzinie zeszli się na śesyją. Nikt nawet głosu nie zabrał o tak niesłychanym wszystkich praw zdeptaniu! Owszem, prócz jednego męża cnoty i stałości, Andrzeja Zamoyskiego, natenczas kanclerza, wszyscy razem ministrowie, senatorowie i wszyscy posłowie, jak gdyby w niczym naruszoną nie była udzielność narodu, tenże sejm kończyli.
Ale już wre krew we mnie! Cóż to za rok polski1, którego dni nie różnią się od nocy! Zbrodniami i nieczułością Polaków napełnione godziny jego! Czyliż mogła ziemia polska wydać tak czarną poczwarę ? I nie byłoż żadnego Polaka, który by z tego straszydła wcześnie był oswobodził ojczyznę?... Ten nie kocha kraju, kto czytając to, nie zapali się publiczną zemstą!...
Trzech utrapieńców rodzaju ludzkiego powzięło zamysł, aby na sztuki rozszarpać naród polski. Do Wykonania takiego bezeceństwa potrzebują czło­wieka Polaka, nierównie od n/ch złośliwszego, który by to do skutku przy­wiódł, co oni pomyśleli, który by taki rozbój narodów formalnym Polaków zezwoleniem upoważnił, a zaszczepionym nierządem w reszcie kraju na zaw­sze uwiecznił. Ukazują złoto. Na brzęk jego zrywa się Poniński: oń jeden z pośrzodka tak wielkiego kraju w dzień, wtenczas kiedy na niego patrzyli wszyscy, bieży na miejsce spisku. Za dwa tysiące czerwonych złotych wyzuwa się z wszelkiej ludzkości, zrzeka się wszystkich obowiązków poczciwości, wdzięczności. Z wesołością bierze ten puinał, który ma nurzać w wnętrzno­ściach swojej Matki... 
Pierwszego dnia sejmu, gdy już zgromadzili się obywatele do izby posel­skiej, wchodzi tam Poniński. W zgromadzeniu blisko tysiąca osób stawa napośrzodku izby. Bierze kij prosty wrękę, podnosi go w górę i woła: «Jestem waszym marszałkiem! rozchodźcie się, a jutro o godzinie ósmej przyjdziecie!» Prawda, że na to zuchwalstwo zbladło wielu Polaków. Ale nie miał żaden tyle duszy, aby w miejscu zuchwalstwo ukarał. Owszem, jeden tylko Rejtan nie dopuścił gwałcicielowi prawa wstępu w miejsce prawa.
Wyszedł z izby zdrajca Polaków. Polacy zamiast tym ściślejszego związa­nia się z sobą, zamiast wykrzyknięcia z jednomyślnością marszałka, zamiast tym prędszego, skuteczniejszego radzenia, jak by od takiego nieprzyjaciela ojczyznę uwolnić - wszyscy z wielką spokojnością wyszli.
Dnia drugiego, gdy się znowu obywatele zgromadzili, Poniński stawa we drzwiach tylko i prostym kijem o próg uderzywszy nakazuje narodowi, aby się zaraz rozszedł, a jutro o tejże godzinie zgromadził. Natychmiast ruszają się wszyscy posłowie, jak gdyby bez Ponińskiego ani rozumu, ani woli nie mieli! Wychodzą z izby. Jeden poczciwy Rejtan krzyczy, woła, zaklina ich na miłość ojczyzny, na miłość ich własną, na honor narodu, aby sobie samym nie czynili tej krzywdy, aby nie gubili ojczyzny, aby tym usilniej, tym nieodstępnie j radzili, im oczywiściej odkrywa się kraju niebezpie­czeństwo. Ale już natenczas nie czuł szlachcic: już w nim przez długą panów nieprawość tak znikczemniony był umysł, iż kto się poważył, mógł bez­piecznie deptać po karku jego.
Stąpił Poniński dalej. Zdrajca kraju czyni się publicznym łupieżcą i tyra­nem jego. 
Wieleż to zbrodni zawiera w sobie dzień 21 kwietnia 1773! Zastanawiam się nad dziejami wszystkich krajów: nie znajduję w żadnym takiego dnia, w którym by tyle razem złoczyństwa jeden człowiek połączył i w którym by jakikolwiek lud do tego stopnia swoją nikczemność okazał. Najpierwej obtacza swój dom moskiewską wartą. Potem zagrabia pod swoją moc skarb publiczny. Dalej każe sobie przysięgać Komisyi Wojsk Rzeczypospolitej. Z huzarami pruskimi najeżdża domy partykularnych i wymusza konfederacyi podpis. Z tąż obcego żołnierstwa zbrojną czeredą wpada do grodu; podaje akt konfederacyi, przez siebie tajemnie z nieprzyjaciołami ojczyzny ułożony, do ksiąg publicznych; wzbraniającym się przyjąć go urzędnikom przytomnym żołdactwem pogrąża; aby żadnego przeciwko temu aktowi zażalenia odbierać w grodzie nie ważono się, surowo zakazuje. Nareszcie twardy człowiek temu udzielnemu narodowi, tak dla niego powolnemu, tak cierpliwemu, wyrządza ostatnią zniewagę: rozkazuje jednemu z swoich rozesłańców, aby poszedł do izby poselskiej i zapowiedział narodowi imie­niem jego, że mu przykazuje zaraz się rozejść.
Jaka boleść tu ściska serce moje, gdy sobie przypominam, że urodziłem się Polakiem! Szlachta ulękła się więcej groźby śmierci niżeli sromotnej hańby! Ohyda rodu naszego! Większa część posłów za odebraniem takich rozkazów natychmiast rusza z miejsc. Nie na ściganie i ukaranie zuchwalcy, ale posłuszna, z spokojnością garnie się ku drzwiom. Jeden Rejtan... Tak jest, jeden poczciwy Rejtan znowu woła, zaklina i krzyczy na wszystkich, aby pamiętali, aby nie opuszczali nieszczęśliwej Polski. A gdy głuchy był na głos męstwa już zepsuty Polak, cnotliwy Rejtan rzuca się w progi pod nogi nieczułych braci. Tam jęcząc krzyczy: «ZDEPCZCIE MNIE, KA­LECZCIE MNIE, KIEDY OJCZYZNĘ GNĘBICIE!.Ani ten widok cnoty nie wrócił dzielności duszom Polaków...
Najwięksi złoczyńcę, najwięksi tyrany wzruszali się na świętość cnoty. Poniński, dla którego już u ludzi nic świętego nie było, który z wolności, z prawa, z narodu, z religii, z przysięgi i z BOGA pośmiewiska sobie czynił - zamiast zastanowienia się w swoim ślepym zapędzie na taki wi­dok cnoty w człowieku wpada, owszem, w największą wściekłość. Skład sam z swej osoby sąd: wydziera Polszczę ostatniego cnotliwego Polaka, poczciwego Rejtana, konfiskuje dobra, ogłasza praw obrońcę nieprzyjacielem ojczyzny. Niecnota rzuca infamiją na cnotę.
Cóż to? Ani tu jeszcze nie znalazł się w całej Polszczę choć jeden przy­najmniej taki obywatel, który jeżeli nie ojczyzny, to przynajmniej cnoty mszcząc się, nie utopił miecza w tak czarnym sercu? Nie!...
Czyliż ten naród ma charakter, w którym jeden człowiek potrafił wypełnić tyle zbrodni bezkarnie ? - więcej powiem - w którym taki publiczny złoczyń­ca nie tylko nie zginął, ale bawił się w kraju, żył lat piętnaście poważany, zasia­dał w senacie ? Tron przybrał go do boku swojego za ministra. Owszem -urzędy handlował, sprawiedliwość przedawał i jeszcze głośno kazał wszys­tkim powiadać, że u niego wszystko jest na przedaż.
I gdzież tu jeszcze charakter Polaków? I gdzież jest to męstwo, ta sta­łość w przedsięwzięciu, co jest tak potrzebną temu, który kraj z niebezpie­czeństwa ratować zamyśla ? Chcemy dać dowody, że odtąd przy obronie oj­czyzny umierać będziemy, a nie mamy tyle mocy duszy, abyśmy dali dowody, że kiarać zdrajcę ojczyzny umiemy. Chcemy się groźnymi uczynić przeciwko zawziętym nieprzyjaciołom ojczyzny, a nam groźnym ukazuje się jeden Poniński w areszcie...
Trzeba koniecznie z powstawaniem naszym podnieść upadły charakter narodu! Ten zniszczyli w szlachcie panowie. Bo nigdy panowie ani do swojej ojczyzny, ani do szlachty przywiązanymi nie byli...
Panowie ... Wasza duma, wasze łakomstwo, wasze niezgody i wspól­ne zawiści do tej niedoli przyprowadziły ojczyznę! Przez zniewagę praw, przez zgwałconą w wszystkich sądach sprawiedliwość zniszczyliście w szla­chcie wyniosłość ducha, męstwo, odwagę, stałość w przedsięwzięciu i miłość wolności.- Zatraciliście własny Polaków charakter, nadając szlachcie podłość, wszystkiego bojaźń i na bezprawie i niesprawiedliwość zupełną nieczułość!
Czas upamiętania waszego! Czas, abyście wrócili prawu dzielność! Bo was gwałt pogrąży.
Starajcie się, nie mogąc już nadać duszy tym, którzy się z wami posta­rzeli, abyście tej duszy nie kazili w młodzieży!... Nie utrzymujcie bardziej waszej familii niżeli Rzeczypospolitej!...
Ja z tych powodów uczyniłem do was tę przemowę, aby przekonawszy was, jak wieleście Polszczę szkodzili, nakłoniłem, żebyście to jej nadgrodzić starali się!... Pamiętajcie, abyście nie skrzywdzili tego sławnego sejmu!...

WNIOSEK WZGLĘDEM PRAW NARODÓW. Prawami narodów są prawa człowieka powszechniej wzięte.
Jak z natury każdy człowiek ma rozum i moc na obronę swoich praw, mi na wydarcie praw drugim, tak każdy naród mieć powinien wolność używania swojej mocy i rozumu na obronę swoich praw, nie na wydzie­ranie praw narodom drugim.

Jak w towarzystwie ten obywatel gwałci prawa drugich, który sobie więcej od nich prawa przyczynia, tak w narodach ta familija, ten naród gwałci prawa innych narodów, który więcej od innych sobie praw przy­właszcza.
Wojna jest ustawą Stwórcy: zgadza się z rozrządzeniem Stwórcy, kiedy jej końcem jest ocalenie rodzaju ludzkiego. Wojna — jest to jedyny sposób, który Najwyższy Prawodawca podał ludziom dla obronienia swoich praw, dla oswobodzenia się od gwałcicielów. Tylko ta wojna jest godziwą i spra­wiedliwą, która prawa ludzi broni.
Gwałcicielem praw narodów jest każdy despota: albowiem gdziekol­wiek choć jeden tylko despotyzm istnie, tam w pogranicznych narodach już z trudnością utrzymują się rzeczypospolite.
Gwałcicielem praw narodów są wszystkie te familije, każdy ten czło­wiek, który w jakimkolwiek narodzie sobie jednemu władzę prawodawczą przywłaszcza. Gwałcicielem praw narodów jest ta familija, to społeczeń­stwo, które utrzymuje wojsko regularne: bo nadaje stu tysięcy ludziom przez sztukę większą moc, niżeli Bóg nadał milijonom.
Gwałcicielem praw narodów jest ta familija albo te familije, które jak ziemię, bydło i inne stworzenia, tak ludzi swoją własnością nazywać ozuchwalają się.
Gwałcicielem praw narodów jest każdy ten książę, król, cesarz, zgoła jaki­kolwiek człowiek, jakikolwiek urzędnik, który waży się przymuszać bronią tego człowieka, tę wieś, to miasto, prowinćyją, naród, aby pod jego rządem zostawali, kiedy to miasto, prowincyja, naród nie podoba sobie pod takim rządem, chce się przyłączyć do innego towarzystwa albo obrać sobie inny rząd. Gwałcicielem praw narodów jest taki książę, król, cesarz, który wydaje wojnę jakiemu krajowi dla odzierżenia go lub dla zagrabienia mu prowincyj, nie wstydząc się zasadzać na tym najsromotniejszym dla ludzi, a najzuch­walszym dla niego dowodzie, że te milijony ludzi są posagiem jego żony, są puścizną po babie, stryju albo wuju. Sprzysiężcami na prawa narodów są wszystkie te familije, pod jakimkolwiek imieniem, które czynią tajem­ne spiski na podzielenie między siebie narodów, które sprzedają, frymarczą, wojnami sobie wydzierają — a po wojnach przez ugody dzielą między sie­bie milijony takichże jak oni ludzi, ustępują sobie, zamieniają naród za naród.
Podpisywać niewolę jednej części współobywateli żaden człowiek i żadne zgromadzenie nie ma władzy - tylko trzeba zezwolenia dobrowolnego tych samych ludzi, o których wolność rzecz idzie. Sejm najlegalniejszy tylko część narodu może z swojego towarzystwa wymazać, ale oddawać w niewolę nie ma żadnej władzy. Ktokolwiek na to się poważa, czyni występek prze­ciwko ludzkości. Człowiek być własnością człowieka nie może.
Dzisiaj już cała ziemia podzielona, obsiadła jest najsprawiedliwszą włas­nością tego, co ją uprawia. Przeto dzisiaj inny sprawiedliwy zamiar wojen być nie może, tylko praw narodów całość. Ta każda wojna jest niesprawie­dliwą, którą zaczyna ktokolwiek dla innego pożytku, nie dla ocalenia praw narodów ani dla powrócenia jakiemu ludowi urodzonej wolności zawierania towarzystwa z tym, z kim dobrowolnie zechce, albo obierania sobie rządu takiego, jaki mu się podoba.
Dzisiaj nie można prowadzić wojny dla ©dzierżenia pod jakimkolwiek pozorem ziemi, bo każdą ziemia jest własnością ludzi, którzy ją pierwsi ob­siedli. Nie można też prowadzić wojny dla odzierżenia tych ludzi, bo ludzie nie są bydlęty, ażeby własnością drugiego człowieka być mogli.
Ale tylko wojna na tym kończyć się powinna, aby tych ludzi przez woj­nę postawić w tym stanie wolności, żeby stowarzyszyć się mogli z tym, z kim sami zechcą, i obrali sobie rząd, jaki im się podobać będzie.

Podobne prace

Do góry