Ocena brak

Stanisław Herakliusz Lubomirski (1642-1702) - Rozmowy Artaksesa i Ewandra...

Autor /Saleta Dodano /08.10.2012

Ani jeden pisarz XVII wieku, nie wyłączając Krzysztofa Opalińskiego i Fredry, nie cieszył się taką poczytnością i sławą za życia i długo jeszcze po śmierci, fak mar­szałek wielki koronny Stanisław Herakliusz Lubomirski (1642-1702), autor wielu pism polskich i łacińskich, prozą i wierszem, «Salomon polski» i «mądry mar­szałek*, jak go nazywali wielbiciele jego mądrości, Jakoż był to człowiek mądry, a przynajmniej wchłonął w siebie dużo mądrości - zarówno z książek, które cMćiwie połykał, jak z życia, któremu się pilnie przypatrywał i nad którym lubił rozmyślić;

Swoją mądrość książkową zawdzięczał nie tyle nauce szkolnej (u jezuitów w Brunsberdze), ile późniejszej obfitej i różnorodnej lekturze. Pociągały go zwłaszcza dzieła historyczne i filozoficzne; z historyków rzymskich najbardziej lubił Tacyta (na którego cześć napisał nawet sonet, zresztą bardzo nieszczególny), z myślicieli rzymskich - Senekę, z autorów greckich - Plutarcha, którego dzieła poznał w prze­kładach łacińskich, bo po grecku, jak się zdaje, nie umiał. Czytywał także uczone pisma nowszych autorów francuskich", angielskich, włoskich, hiszpańskich i holen­derskich; szczególniej przypadł mu do gustu słynny myśliciel francuski, autor Prób (Essais), Montaigne (1533-1592). Znał i literaturę ojczystą, nie tylko współczesną, ale i dawniejszą, na przykład Kromera i Orzechowskiego. To wszystko nie wystar­czało mu jednak, zaspokajało bowiem tylko jego żądzę wiedzy; dla uczucia i wyobra­źni szukał pokarmu w poezji, starożytnej zarówno, jak nowoczesnej: jego ulubio­nymi poetami starożytnymi byli Owidiusz i Lukan, nowoczesnymi - Ariosto, Tasso i Marino. Kochanowskiego znał dobrze. Żywo także odczuwał piękno Starego Te­stamentu, zwłaszcza Ksiąg Salomona.
W ogóle oczytaniem i wiedzą górował «Salomon polski* nad swoim społeczeń­stwem iw pismach swoich lubił się chwalić tą swoją wyższością, sypiąc jak z rękawa cytatami (czasem z tych nawet autorów, których pism sam nigdy na oczy nie oglą­dał!). Ale cóż z tego, kiedy tej swojej wiedzy nie umiał jakoś w głowie uporządkować, skoro nieraz głosił poglądy, które się zawzięcie z sobą kłóciły, a których on, nie mając umysłu filozoficznego, nie umiał doprowadzić do zgody! Nieraz przy tym wątpił, czy wiedza ludzka prowadzi do poznania prawdy, czy choćby najuczeńszy człowiek może coś wiedzieć na pewno; dlatego to właśnie tak bardzo lubił Montaigne'a, który ciągle zadawał sobie pytanie: «Cóż ja wiem?* A jakby mało było wątpli­wości, co jest prawdą, a co ułudą lub fałszem, dręczył mu duszę inny jeszcze^ o wiele gorszy, robak zwątpienia: oto nie wiedział czasami, zwłaszcza pod koniec życia, co dobre, a co złe, co uczciwe, a co niegodziwe dla człowieka, co sku­teczne, a co bezskuteczne, co pożyteczne, a co szkodliwe - dla ojczyzny.
Ten robak zwątpienia wkradł się w duszę Lubomirskiego nie z książek, tylko z życia. A było to życie bardzo bogate.
W młodych latach wiele podróżował: zwiedził Niemcy, Włochy, Francję, a wszędzie, jako magnat polski, a do tego książę Cesarstwa Rzymskiego, miał dostęp do najwyższych i naj wykształceńszych sfer towarzyskich; potem, już w kraju, brał' czynny udział w życiu publicznym, był podstolim koronnym, starostą spiskim, w roku 1670 na sejmie (we wrześniu) piastował laskę marszałkowską, a w sześć lat później Sobieski mianował go marszałkiem wielkim koronnym. Nie brakowało mu więc sposobności do poznania ludzi i życia, ale cóż z tego, kiedy nad jego własnym życiem ciążyła jedna straszliwa klątwa, która mu okaleczała duszę: oto jego rodzonym ojcem był Jerzy Lubomirski, ów dumny i niegodziwy magnat, który dbając więcej o splendor swego świeżo upieczonego wielkopaństwa aniżeli o Polskę, po dwakron ją zdradził, raz spiskując z Austriakami przeciwko Janowi Kazimierzowi, drugi raz burząc przeciwko niemu szlachtę, i który na wyrok sądu sejmowego, skazujący go na utratę urzędów, infamię i banicję, odpowiedział rokoszem. Syn., chowany, jak często bywa w naszych rodzinach magnackich, w psim posłuszeństwie dla ojca, w ślepej wierze w jego dobrą wolę, w atmosferze bezmiernej pychy magnackiej i magnackiego egoizmu, wyrastał na typowego magnata polskiego, to znaczy, że z samym diabłem wejść gotów był w konszachty, byleby tylko wywyższyć swój dom i ród; jakoż już w młodości zaprzedał duszę diabłu: brał udział w rokoszu ojca, a później, kiedy udało mu się już po śmierci ojca znieść z niego infamię, a samemu osiągnąć najwyższą godność - marszałka wielkiego koronnego, stanął na czele spisku mającego na celu nie mniej ani więcej, tylko detronizację Sobieskiego. Tak oto zbrodnia ojca pomściła się na duszy syna: stracił on kręgosłup moralny, a i umysłowy także. Miał przecie za dużo zdrowego rozsądku, aby nie rozumieć, że zdrada, rokosz i spiski przeciwko własnemu królowi to zbrodnia; sumienie mówiło mu to samo: chciał za­głuszyć w sobie jego głos różnymi sofizmatami, chciał opędzić się przed tą oczywistą prawdą, źe ojciec popełnił zbrodnię, i nie mógł; sprawił tylko tyle, że to ciągłe oszu­kiwanie samego siebie osłabiało w nim logikę umysłu i rodziło czasem w duszy różne wątpliwości, nie tylko co do sensu życia i nie tylko co do wolności woli, ale nawet, iak wieść niesie, co do nieśmiertelności duszy. Lecz dusza broniła się: i oto ten sceptyk, nurzający się w kale rozpusty, sypał pieniędzmi na szkoły zakonne, fundo­wał kościoły i klasztory, a w swych pismach głosił zasadę, że nie ma nic wyższego nad cnotę, i nawoływał ludzi do pokuty za grzechy; ten dumny i pyszny magnat, który strzelał tak wysoko myślami, źe kiedyś zamarzył o koronie węgierskiej, ude­rzał w pokorę i kajał się przed Bogiem* błagając o litość, a może i... o wiarę. Tak rozdwojonej duszy nie miał przed Lubomirskim ani jeden pisarz polski, a rozdwoiło mu ją nie co innego, tylko właśnie owa klątwa, że miał ojca zdrajcę i rokoszanina. Otóż to rozdwojenie duszy wycisnęło wyraźne piętno na jego twórczości literackiej.
 Rozpoczął ją Lubomirski, mając niewiele więcej nad dwadzieścia lat, od swa­wolnych komedii pasterskich, czułych sielanek i innych wierszowanych utworów; drukiem jednak tych swoich prób młodzieńczych nie ogłaszał - bez żadnej szkody dla poezji polskiej.
Niebawem jego twórczość spoważniała, a to pod wpływem wypadków życio­wych. Ojciec pobił wprawdzie wojska królewskie pod Mątwami, ale wkrótce potem, w lipcu roku 1666, ukorzył się przed królem w Łęgonicach, przypisując, jak się wy­raził, swój upadek «nieszczęśliwości losu»; w pół roku późnię||imarł, rażony apople­ksją* nie doczekawszy się zdjęcia infamii. To wszystko dało synowi dużo do myśle­nia i z tych to myśli wyrosło pisemko łacińskie, z którego ogłoszeniem nie śpieszył się jednak autor: wyszło dopiero w roku 1688 pt. Adverbiorum moralium, sive de virtute et fortuna libellus; przekład polski ukazał się już po śmierci autora: Adoerbia moralne abo o cnocie i fortunie książeczka, z łacińskiego na ojczysty język przeformowana (1714). Składa się ta książeczka z piętnastu krótkich rozdziałów. Mając w świe­żej pamięci zmienną dolę ojca, doznawszy, że «fortuna kołem się toczy», zastanawia się Lubomirski nad zagadnieniem, co uszczęśliwia człowieka: czy fortuna, czy cnota ? Odpowiada na to pytanie, że nie fortuna, ale jedynie cnota; cnoty zaś są różne, na przykład: pobożność, pokora, skromność, mądrość, roztropność, umiarkowanie, sprawiedliwość, miłość bliźniego (nie wyłączając nieprzyjaciela), stałość, cierpliwość, ale one wszystkie skupiają się w jednej naczelnejcnocie - w kulturze duszy nieśmier­telnej ; a ponieważ dusza jest cząstką bóstwa w człowieku, więc kto pielęgnuje duszę, nie przywiązując wagi do bogactwa, do honorów i w ogóle do niczego, co zhikome, ten staje się podobnym Bogu i zbliża się do Niego, nie mówiąc już o tym, że w tej pracy duchowej nad sobą znajdzie ukojenie we wszystkich nieszczęściach. Czy jed­nak ten ideał człowiek może osiągnąć? Na to nie ma bezpośredniej i stanowczej odpowiedzi w książeczce Lubomirskiego, ale nietrudno spostrzec, że autor o tym wątpi: z książeczki wieje smutek na myśl o niedoskonałości natury ludzkiej.
Większość swoich myśli o cnocie i fortunie zawdzięcza Lubomirski filozofii stoickiej Seneki, ale niejedna z nich jest owocem własnego umysłu, a nade wszystko własnego serca, które boleśnie odczuło tę prawdę, że fortuna jest zmienna i że nie daje prawdziwego szczęścia. Oto na przykład co czytamy w rozdziale .VIII: «Będą cię nadymały, jako góry, wyniosła pycha i ambicyja... które cię wywyższą, wyniosą, strącą na łeb wkrótce, w proch i perzynę obrócą. Gdziekolwiek zaś stąpisz w tak wątpliwej i niebezpiecznej podróży... jak mało tych się rzeczy ukaże, które by praw­dziwą i nieomylną do chwalebnej cnoty objawić i pokazać drogę miały ? Między tedy tak nieznośnymi ciemnościami i wątpliwościami... między tak... utajonymi niebezpieczeństwami abyś zaślepiony nie zbłądził... niechaj cię mądrość oświeca!* A w roz­dziale X: «Pycha, nadętość jest śmierć honoru... pycha wynosi, wywyższa, aby głę­biej strąciła... złodziejem jest, który tobie potajemnie, kryjomo odbiera honory gro­bowcem, który twoje chwałę w niepamięci grzebie.* Nie potrzebował Lubomirski dowiadywać się od Seneki, co to jest pycha. Nie od Seneki także, tylko z własnego doświadczenia nauczył się, że fortuna jest «nikczemna i niestateczna*
 Lecz niebawem fortuna zaczęła się Lubomirskiemu uśmiechać. Polska miała zawsze i ma dotychczas krótką pamięć, więc zapomniała mu jego sprawek i nie tylko obsypywała go zaszczytami (którymi on niby to gardził), ale nadto ofiarowała mu przytykającą do Warszawy wieś Ujazdów; tutaj zbudował sobie dumny magnat wspaniały pałac, w którym liczni goście z kraju i zagranicy nieraz rozmawiali o rze­czach bardzo poważnych (podobnie jak na dworze Sobieskiego - na zamku w War­szawie). Otóż rozmowy te dały Lubomirskiemu pochop do napisania dzieła (w języku polskim) pt. Rozmowy Artaksesa i Ewandra, w których polityczne, moralne i naturalne uwagi zawarte, wedle podanych okazyj, tak jako mówione właśnie były, prawdziwie wyrażone są (1683). Czy rzeczywiście spisał Lubomirski rozmowy prowadzone na zamku królewskim i w Ujazdowie, «tak jako mówione właśnie były*, wolno wątpić: tak znów uczeni nie byli owi rozmówcy, żeby sypać na pamięć cytatami z różnych autorów starych i nowych i żeby mówić tak płynnie i z takim planem jak Artakses i Ewander; ale nie ulega wątpliwości, że o tym, o czym mówią ci dwaj dworzani|| naprawdę rozmawiali nieraz prawdziwi goście Jana III i jego marszałka.
W dziele swoim poszedł Lubomirski śladami Górnickiego. Jak w Dworza­ninie zgromadza się dla rozmowy kilku wykwintnych dworzan w willi biskupa Maciejowskiego, tak tutaj spotykają się raz po raz dwaj wykwintni dworzanie, Artakses i Ewander, to w ogrodzie zamkowym, to w «antykamerze» królewskiej, to w mieszkaniu Ewandra, to na statku, którym płyną do Bielan, to w karecie, którą jadą raz na polowanie królewskie, a drugi raz do obozu. Spotykają się trzy­naście razy, więc i rozmów jest trzynaście. A jak Górnicki opisuje na wstępie willę Maciejowskiego pod Krakowem, tak Lubomirski opisuje na wstępie do każdej rozmowy i miejsce spotkania, i samo spotkanie.
Lecz są i różnice pomiędzy Dworzaninem a Rozmowami Lubomirskiego. Główny temat rozmów w dziele Górnickiego jest tylko, jeden: przymioty ideal­nego dworzanina (i «dwornej pani»); przedmiotem zaś rozmów w dziele Lubo­mirskiego są bardzo różnorodne «sprawy»: «polityczne, moralne i naturalne*. Jak zawierać z sąsiednimi państwami układy i traktaty? jak radzić nad sprawami pań­stwa? jaką siłę zbrojną powinno mieć państwo i jak ją organizować? - to zagad­nienia «polityczne»; jaką wartość ma cnota? na czym polega różnica pomiędzy chwałą a sławą? czym się dzieje, że dusze ludzkie są tak niepodobne do siebie, i dlaczego tak jest? - to «sprawy moralne*; czym się dzieje, że jest porządek i ład na świecie? - to zagadnienie «naturalne». Są jeszcze «sprawy» towarzyskie: jak żyć z ludźmi ? jak sobie zjednać wśród nich powagę ? jak się ma wysoki dygnitarz wy­kręcać, kiedy go natręci proszą o coś, na przykład o protekcję? Jest nadto cała jedna Rozmowa «o stylu albo sposobie mówienia i pisania*.
Zachodzi inna jeszcze różnica pomiędzy dwoma dziełami. W Dworzaninie jest dysputa: jeden rozmówca ma takie zdanie, inny - takie; tymczasem Artakses i Ewander mówią z sobą trochę tylko we wstępach do «rozmów», a w samych (roz­mowach* już nie rozmawiają, tylko jeden słucha w milczeniu wykładu drugiego, po czym nie wyraża odmiennego zdania, tylko komplementuje prelegenta, zga­dzając się na wszystko, co wygłosił. Raz tylko, w Rozmowie dziesiątej, Artakses nie zgadza się z Ewandrem: w poglądach na istotę duszy i jej stosunek do ciała; dają tedy «okazyją ojcu Elizeuszowi*, kamedule na Bielanach, «aby się był obszer­niej ozwał*. I oto zakonnik prawi długo i szeroko «o umyśle, to jest duchu albo duszy ludzkiej*, po czym, >pochwaliwszy Artakses i Ewander racyje i rozsądek ojca Elizeusza i zostawszy niewymownie obaj ukontentowani z wymowy jego», już nie dysputują o duszy, wsiadają do karety i wracają do Warszawy.
Ta zgoda poglądów Artaksesa i Ewandra tłumaczy się tym, że przez usta obydwóch autor wygłasza swoje własne poglądy; jeżeli zaś wykład o duszy kazał wygłosić księdzu katolickiemu, to prawdopodobnie dlatego, że chciał przemycić chytrze poglądy, wprawdzie także swoje własne, ale (niektóre przynajmniej) z nauką katolicką niekoniecznie zgodne.
Najciekawsza to ze wszystkich Rozmów. Powtarza tu Lubomirski (przez usta ojca Elizeusza) swój dawny pogląd, że dusza jest cząstką bóstwa, że więc Człowiek, który troszczy się o «uprawę umysłu* («co łacinnicy nazywają culturam animi»), zbliża się do Boga. Ale co skłania człowieka do tej «uprawy», której naj­piękniejszym owocem jest cnota? «Trudno zaprawdę umysł i duszę swoje do cnoty i doskonałości gwałtem przywieść i nakłonić, chyba za osobliwą łaską bożą: są dusze i umysły, które do złego bardziej niż do cnoty skłonne naturą swoją i które Żadną miarą do mądrości i doskonałości przywieść się nie dają. Są zaś drugie, które jakoby do samej cnoty i mądrości, perfekcyi wszelakiej urodzone były*, które «wnet bez wielkiej pracy i trudności stają się doskonałymi; i te są najszczęśliwsze dusze, które sympatyją i miłość jakąś osobliwą do cnoty mają i które bez prace i wielkiej uprawy owoc swój, to jest prawdziwą cnotę, wydają...» «Są umysły i duchy pospolite, co to, nic nad przyrodzoną drogę i potrzebę w cnotę nie wciągnąwszy, mało co nad zwierząt godności i szczęśliwości mają, jednym słowem, umysły podłe i liche...* «Co człowiek, to umysł; co umysł, to osobliwy występek albo osobliwa doskonałość...* Takie to już są wyroki samego Boga: «Ile gwiazd na niebie, tyle rozlicznych umysłów, tyle dusz... losem ręki i wyroku boskiego uciśnionych znajduje się na świecie...* «Dziwna, zaprawdę, nieskończonej ręki boskiej obfitość, że tak wiele umysłów, w przyrodzeniu ludzkim zawartych, do chwały i nieśmier­telności albo do potępienia przeznaczonych, stworzył...» «Najwyższy umysł, którym jest Bóg, wszystkie inne duchy albo umysły waży i taksuje... niegodne w kącie i śmieciach, jako garki i skorupy liche i daremne zostawuje, godne na pomnożenie chwały, cnoty i doskonałości wybiera... wspaniałe dla powagi i ozdoby cnoty przybiera... sprawiedliwe na tronie i władzy dla zachowania narodów zasadza... pyszne i wyniosłe na próbę doskonałości i pokory cudzej zachowuje...* Krótko mówiąc, w usta ojca Elizeusza wkłada Lubomirski swoją własną wiarę w predestynację, czyli przeznaczenie, to znaczy wiarę, że jednych ludzi Pan Bóg z góry przeznaczył do cnoty i mądrości na ziemi i co za tym idzie - do zbawienia, a innych do występku i głupoty i co za tym idzie- do potępienia. Ta jednak doktryna, którą się Lubomirski podczas swego pobytu we Francji zaraził, prawdopodobnie od jansenistów, nie przeszkadza mu do wypowiedzenia poglądu, że «umysł nasz jest taka rzecz przednia i doskonała, że czegokolwiek drogą od cnoty sobie opisaną pragnie i żąda, stać mu się wszystko i posłusznym być musi*; no, dobrze! ale jeżeli kto nie dostał od Boga «przedniego i doskonałego* umysłu, to co? Uwikłał się więc Lubomirski w sprzeczność, która się tym tłumaczy, że pragnął usprawiedli­wić postępowanie ojca i swoje własne, że wmawiał w siebie: nie nasza to wina, żeśmy tacy, bo takimi nas, magnatów, Pan Bóg stworzył - dał nam umysły «wspaniałe*, wobec nas szlachta to «smiecie» i «skorupy liche», wolno więc ją nam za nos wodzić i czynić wszystko, co do tego celu prowadzi, choćby nawet miało dojść do rokoszu, do spisku przeciwko prawowitej władzy królewskiej, a nawet do ruiny Rzeczypospolitej!
Bardzo ciekawa jest Rozmowa piąta o «sprawach naturalnych*; zawarte w niej poglądy wydają się nam dzisiaj wręcz śmiesznymi, ale wówczas pokutowały jesz­cze w nauce, i to nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Poucza tutaj Artakses Ewandra, że jeśli na świecie jest ład, to dzięki temu, że «rzeczy stworzone* mają ku sobie bądź sympatię, bądź antypatię: «bez sympatyjej nie miałaby była naturai nic w kupie i nic zjednoczonego, bez aatypatyjej zaś nic osobno i nic podzielonego*; w jednoczesnym działaniu tych sprzecznych sił objawia się wszechmoc Pana Boga. A więc na przykład wzajemną sympatię żywią ku sobie: gwiazdy i ziemia, dusza i ciało, księżyc i ostrygi (które mają to gorszy, to lepszy smak, stosownie do zmian.! księżyca) itd.; wzajemną zaś antypatię mają ku sobie różne planety, lew nie cierpi; i boi się koguta, diament nie cierpi magnesu i, «trzymany z nim długo w kupie*, zabija w nim jego sympatię do żelaza itd.
Z innych Rozmów na szczególną uwagę zasługuje trzecia, «o stylu albo sposobie mówienia i pisania*, świadcząca, że autor zdawał sobie doskonale sprawę z zepsucia smaku estetycznego; nikt inny nie rozumiał tak jasno jak on, że nie maj prawdziwie pięknego stylu bez prostoty i naturalności - w prozie zarówno, jak • w poezji. Lecz i w tej Rozmowie są pewne sprzeczności: mówi na przykład autor, że trzeba «być samemu autorem*, to jest nikogo nie naśladować, tuż potem jednak radzi naśladować pisarzów starożytnych; gani nadmiar sentencji, którymi się niektórzy autorowie popisują, a sam nie jest wolny od tego grzechu: nie tylko w tej, ale we wszystkich Rozmowach pełno różnych sentencji i cytat, zwłaszcza z autorów rzymskich, i to najczęściej nie w przekładzie polskim, tylko w oryginale łacińskim. Poza tym jednak styl Rozmów posiada niemałe zalety: daleko mu wprawdzie do piękności i szlachetności prozy Górnickiego, posiada jednak prócz jasności to, czego prozie XVII wieku najczęściej brakuje: prostotę; niepotrzebne wyrazy cudzo-ziemskie, zwłaszcza łacińskie, są (na przykład: alterować, ekskuzacyja), ale na Ogół] biorąc styl jest czysty, a do tego obfitujący w takie zwroty rodzime, jak na przykład: «na swoje kopyto przerabiać*, «dojść po nici do kłębka*, «podbic bębenka* itd.
Jak Dworzanin, tak Rozmowy Artaksesa i Ewandra nie są dziełem orygi­nalnym. Prawda, że nie brak w nim własnych poglądów autora (zwłaszcza poli­tycznych); przeważnie jednak zasilał się on myślą cudzą: z pisarzów starożytnych Cyceron, Seneka i Plutarch, z nowożytnych «wielki w nauce człowiek* «Montanus» (to jest Montaigne), myśliciel angielski Bacon (1561-1626), myśliciel i historyki hiszpański Saavedra (1584-1648), słynny filolog i myśliciel holenderski Justus Lipsius (1547-1606) - oto główne źródła mądrości Lubomirskiego; nie stanie się jego Rozmowom krzywda, jeśli się je nazwie kompilacją, jasno i przejrzyście uło­żoną, chociaż nie wolną od sprzeczności. Lecz na bezrybiu i rak ryba: literatura nasza drugiej połowy XVII wieku tak mało posiada dzieł poważnych pisanych po polsku, nie po łacinie, że ta kompilacja przez lat przeszło sześćdziesiąt była u nas studnią rozmaitych wiadomości naukowych i poglądów na życie.

POCZĄTEK ROZMOWY PIERWSZEJ. Przy pałacu królewskim, tam kędy tylny prospekt najpiękniejszy rząd okien ku Wiśle podaje, jest jedno wesołe wyście, co chociaż do ogrodu przyłączone, a przecie niejako odda­lone, bokiem od ogrodu, miłą osobność sprawuje; to bukszpanowym par­terem i sawinami* na kształt cyprysów wyniosłymi, wysadzone; kamienna balustrata wokoło ogrodu, że kto się na niej wesprze, ten z góry pochodzistej na kształt skarpy oschłe od wiślanych wód piaski daleko okiem odkrywa. Tam niejeden  przedniejszych ludzi królestwa często lubo sprawami zaprzątniony spoczywa, lubo też, nie tylko widzeniem oko pasąc, ale i myślom pokarm dając, albo z towarzyszem rozmową bawi się, albo dworskich napaści syty krótkiej sposobności, póki mu jej albo czas, albo potrzeba, albo importun nie przerwie, łagodnie zażywa. To miejsce, nie prostego gminu retyrata, gdyby mówić wprzód mogło, a potem chciało, o! jako wiele powiedziałoby, co tam odchodzących i przechadzających napiło w się dyskursów! Tam bo­wiem i interesa królestwa nieraz namówione, i poselstwa, i instrukcyje często stanowione, i wojny, i pokoje traktowane, i rady, i namowy, i fakcyje, i mądre rozmowy, i rzadkich nauk ciekawe powieści, krótko mówiąc,.co kilka królów i królowych, niepospolitych w Europie dworów, z obojga płci osób znaczne zebranie namówić, naprawić, nagadać mogło dotychczas rzad­kiego, mądrego, skrytego, ciekawego, dowcipnego w naukach, przyrodzeniu, komplementach, żartach, powieściach politycznych i moralnych, inwencyjach, sekretach i wszelakich roztropnych zabawach-to wszystko tam zostaję schowane i złożone, że o tym miejscu bezpiecznie się może powie­dzieć: «Hic locus ist, quern, si verbis audacia detur - haud timeam magni dixisse palatia coeli.[To prawdziwie jest miejsce, o którym się godzi-rżec śmiele, że o lepszą z samym niebem chodzi.] Tam tedy zszedszy się z sobą dwie znacznego urodzenia osoby, Artakses i Ewander, a do tego osobliwą przy­jaźnią będąc obowiązani, upodobawszy sobie wesołość miejsca i osobność do poufałej rozmowy sposobną, jako często w różnych innych materyjach mądrze i dowcipnie zawsze, dyszkurować z sobą zwykli byli, tak i tam, chcąc się lepiej jeszcze ucieszyć, a przypatrując się damom i kawalerom przecho­dzącym się i różnej kondycyi ludziom po ogrodzie chodzącym, rozmawiać z sobą wzięli się.

Z ROZMOWY TRZECIEJ. O STYLU. Artakses... zastał... Ewandra siedzącego W pokoju U stołu, a związującego do kupy siłę skryptów rozsy­panych po stole... Rzecze: «Owo zda mi się, że responsnaowęinstrukcyją, co w ostatniej radzie była czytana; dziwna rzecz, że tak prędko przyszedł ten respons.* Odpowie Ewander: «Dziś też dopiero doszedł mię przez tę pocztę i jeszczem go dobrze nie uważjtf, ale przeczytajmy go jedno i uważmy z tobą lepiej.* Począł tedy Ewander czytać go, a Artakses pUno słuchał: do każdego niemal punktu przymówił się. Przeczytawszy wszystko, rzekł Artakses: «Cudowna to rzecz, że ci ludzie nie mogą żadną miarą przestać tego stylu szkolnego, tych makaronijuszów niepotrzebnych; mogłoby się to było pół arkuszem wszystko sprawić, co tu nieledwie pół godziny czytaliśmy... Ludzie godni nie mieliby takich spampanat ani pisać, ani mówić. Bo oto widzimy, że wszystkie grube narody, co do nas albo od wschodu, albo od północy przyjeżdżają, przynoszą ramoty nadziane takimi peryjodami, że ledwo zostoją się na papierze. Tylko tego czekać, żeby litery, wziąwsze dusze, albo skakały jeszcze po arkuszu, albo z tym w tykwy poszły, co je czyta.» -«To prawda - rzecze Ewander - dobra to bardzo refleksyja, że wszystkie pogańskie narody najdumniej zwykły mówić. Owo słyszymy nieraz listy, co od Porty przychodzą albo arabskie, albo perskie... To w nich one epitety foremne, podobieństwa zaś niepodobne; jeśli wpadną w słońce albo w gwiazdy, to już ledwie w piętnastym wierszu z jasności się wyciemniają; jeśli w ogród, to tam i róże, i lilije... i cyprysy, i cedry, ledwo nie od palmy aż samego czosnku w tej deskrypcyi nawącham się; jeżeli zaś w przykłady, to tam i błazen stanie się Cyceronem, i Seneka żołnierzem, i Aleksander arcykapłanem, i Sardanapalus filozofem... Już nasz wiek i ludzie dosyć wypolerowali dowcip, że się tego ustrzec mogą.» - «Pozwalam - na to rzecze Artakses - ale przecie siłę jeszcze potrzeba do doskonałości stylu. Nie dosyć to imitować autorów: lepiej być samemu autorem; a starsi, kogo naśladowali? Rozum ich a roz­sądek służył im za autorów. Teraz zaś rozumieją, że ten lepiej mówi, co cytuje autora, choćby lada co mówił, niż ten, co rozsądną i węzłowatą rzecz powie, a nie cytuje nikogo. Tacyt z nikogo tekstów nie cytował, a przecież my go cytujemy. Ba, więcej powiem, że siła godnych ludzi już nie śmie wypaść z sentencyją, bo już tak są niemal wszystkie potoczne, że lada kto to powie, co by potem największemu człowiekowi wstyd było po nim wymówić. Ale przecie, żeby dlatego autorów nie czytać i od nich dobrego przykładu nie brać, nie jestem tego zdania: byli ludzie wielcy -przyznać im to; tylko wiedzieć, czego z nich i jako zażyć, i styl sobie umieć bez afektacyi obrać wedle potrzeby... Tą drogą idąc, którą nam staroży­tność pierwej okryśliła, nie możemy mieć nagany, i jest jakaś powaga i posza­nowanie nadane dawnym pismom i autorom... Tak nam ten słuszny re­spekt przeciwko dawniejszym rozumom jeszcze pierwsze lata prawie jak z ręki do ręki podały, żeśmy im winni jakieś poszanowanie, i owszem4 naśla­dowanie... Nic nie mamy sami z siebie i dawniejsze pisma są nam zwier­ciadłem, wizerunkiem teraźniejszych. Z nich się uczymy... podobieństwem, energiją, która się po polsku jakąś piśmienną żywością, raczej pióra każdego duszą nazwać może, sens tak miarkując, że ani krótkością, ani rozwlekłością oddalić się powinien od przedsięwziętego stylu, ale w równej mierze nie poży­czanymi słowy, ale własnymi swymi idzie torem autora tego, którego naśladuje: jeśli poważny - poważnie, jeśli zwięzły - zwięźle, jeśli obfity - obficie, jeżeli łagodny - łagodnie, jeśli śmiały - śmiele. A to idzie wedle upodobania, z przyrodzenia dowcipu każdego człowieka; jaki ma genijusz albo humor, taki i styl lubi. Nie może się tedy rzec, żeby jeden styl był lepszy nad drugi, bo każdy jest dobry, kiedy jest sposobny do wyrażenia tej materyi, o której się rzecz traktuje albo wypisuje. Kto zaś niezgodnym do swej materyi stylem pisze, grzeszy przeciw rozsądkowi, który jest duszą, żywiołem i tempe­ramentem każdego pisma. Jako to byłoby, kiedy by kto, chcąc gospodarską albo wiejską, lubo ogrodniczą pisać rzecz, wybornym i krasomowstwu, nie gospodarstwu, służącym stylem opisował ją?...
Jako każda rzecz, tak i styl powinien mieć swoje zwięzłość, nie tak, jako czynią owi, co owo jeden peryjod albo sens rozciągnąwszy na dwadzieścia wierszów, a potem, ścisnąwszy go, nie wyciśnie z niego i jednej kropelki erudycyi i nauki; w takim stylu tyle jest słów wyszukanych, właśnie jako owo w lesie gęstym siła drew drobnych i gałęzistych, z których i jedno nie znidzie do budynku, choć ich powierzchownie siłę się widzi. A cóż po takich stylach, które więcej słów niż rzeczy zamykają, zdobią ich wrzkomo słowa, a sens i nierozsądne prowadzenie szpeci je... Są nie inaczej, jako szpetna postać w pięknym odzieniu. A to wszystko sprawuje, że tacy, pierwej dow­cipu niż rozsądku poradziwszy się, porywczo mają się do pióra i choć nier ważno, byle często i siłę mówili albo pisali, konteńtują się. Rozsądek wszy­stkim naukom panuje, którego dowcip jest sługą; jeśli mu tamten źle ordy­nuje, nie dziw, że i ten źle sprawi... «
Nie mogę pominąć i poetów, bo jeżeli dó których, tedy do tych styl należy, którzy do składu miary i symetryi niewolić dowcip muszą, tak jednak, aby... nie odstępowali od wolnego i nieprzymuszonego stylu, ale rzecz przyrodzonym sposobem w klubie zawieszonej słów liczby wiedli i zdobili, coś muzyce podobnego mając. Wszystka tedy stylu poetycznego... chwała na tym się zasadza, aby misternej ppezyi kunsztem jako najprzytodzeniej, bez afektacyi, a uczenie i krótko zamierzonego konceptu treść, własności i istotę wyrazić.

Z ROZMOWY SZÓSTEJ. O POWADZE ALBO IMIENIU MIĘDZY LUDŹMI. Są niektórzy, co rozumieją, że wszystka powaga na twarzy i oka­załym ciała złożeniu najbardziej zawisła; stąd bywa, że więc do rządów ludzi postacią bardziej niż przymiotami wielkich przybierają, przez co pospólstwa lekkomyślnego obłudne i nierozsądne oczy mamią i oszukiwają, aby się im ci, których nad nimi starszymi czynią, bałwanami raczej jakimiś aniżeli ludźmi widzieli. I znajdują się ludzie tak prości i szaleni, że się czasem bar­dziej boją ogromnych niż rozumnych, bardziej się pytają, jeżeli kto osobisty niż jeżeli kto godny albo pozorny...Ale daleko różna rzecz jest powaga a osobistość, bo tę natura oślep, przypadkiem jakimsiś niedoskonałym ufor­mowała, tamte cnota, godność i doskonałość za cel i wizerunek pospolitego poszanowania obrała. Czego tedy respekt i powaga na ludziach nie wymoże, tego zmyślonej postaci próżny postrach nie wymierzy... Wróble to więc tylko i głupie ptaszęta zmyśloną jakąś postacią ustraszają, a i te nawet tak już teraz zmędrzały, że poznają, co chłop, a co snop. Potrzeba czegoś więcej niż osobistej twarzy i wzwyż sążenistej statury, aby światem i głowami władać cudzymi. Ani bojaźnią, ani respektem, ani okazałością powagi sobie żadnej hie zjednasz, jeżeli wprzód cnoty i godności mieć nie będziesz. Dlatego ludziom i panom wielkim o hic dbać nie trzeba, tylko o jedne z cnoty sławę, za którą i powaga idzie; bo wszystkie inne rzeczy snadnie im przez się przy­chodzą, sława jedna i powaga z potem i pracowitym nabyciem ledwie się zdobędzie, a kto gardzi sławą, musi gardzić i cnotą, za którą zaraz i sława idzie.

Podobne prace

Do góry