Ocena brak

Średniowieczny bohater pozytywny - Legenda o św. Aleksym

Autor /Odillo Dodano /04.06.2013

Żądanie, aby literatura była zaangażowana, nie jest wynalazkiem naszych czasów. Jest prawie tak stare jak sama literatura. Właściwie zawsze wymagano od niej, aby służyła jakiejś sprawie, by uczyła, zwalczała, krytykowała, dawała wzór, stwarzała wartości, które można by przejąć i stosować w życiu, wreszcie — a to rzecz nie ostatnia, choć często zapominana — by była piękna.

W pewnych epokach owe wymagania służby społecznej przyjmowano chętniej, jako rzecz zupełnie naturalną i oczywistą, np. w średniowieczu lub oświeceniu, w innych-z pewnymi oporami, traktując je jako rodzaj spłacania długu, np. w romantyzmie, w innych wreszcie— z gwałtownym sprzeciwem, twierdząc, że to nie literatura winna służyć społeczeństwu, lecz społeczeństwo literaturze, ńp. w modernizmie.

Literatura średniowieczna z zasady była zaangażowana, służebna w tym właśnie sensie.'Miała służyć władcy feudalnemu, a częściej jeszcze — jak wszelkie żywe stworzenie — Kościołowi, czyli Bogu, za którego reprezentanta i dyspozytariusza ziemskiego Kościół wówczas uznawano. Co więcej— literaturę, która stanowiłaby cel sam w sobie, wyłącznie estetyczny, rozrywkowy — automatycznie uznawano za coś gorszego, niższego, jak to miało miejsce z popularnymi, skądinąd pięknymi romansami rycerskimi o miłości królowej Ginewry i Lancelota lub Tristana i Izoldy. Zdarzały się też wypadki, że różne ucieszne, a nawet swawolne opowieści, datuj ąceśię jeszcze z antyku czy folkloru, włączano w ramy moralizatorskie, na siłę dopinano im dydaktyczny cel i odpowiedni komentarz, czasem zupełnie sprzeczny z ich treścią (np. słynny zbiór Gęsta Romanorum), co dziś powoduje efekty zupełnie zabawne.

Średniowiecze było epoką ścisłych hierarchii. Było dokładnie i wyraźnie uporządkowane. W skali społecznej najwyżej stał władca, najniżej — chłop feudalny. W sferze wartości duchowych najwyżej było niebo. Ono ogarniało wszystko. Namiestnikiem Boga był papież, papież przekazywał część swojej „boskiej” władzy cer-sarzowi, cesarz swym wasalom — królom i książętom, książęta — rycerzom; W-;,drabinie stworzenia” wszystko miało swoje dokładnie wyznaczone miejsce. Wszystko, co „poza”, automatycznie stawało się zbędne, bezwartościowe. W równej mierze dotyczyło to sztuki, która też w zasadzie była religijna, kościelna, podporządkowana oficjalnemu światopoglądowi katolickiemu. Miała nauczyć, przybliżyć człowieka Bogu. I na tym właśnie polegało jej zaangażowanie.

Mówi się nieraz i mówi się od dawna, że literatura jest zwierciadłem swojej epoki. Ludzie każdego czasu pragną widzieć w niej swoje oblicze, przejrzeć się, dowiedzieć czegoś o sobie: jakimi są naprawdę lub jakimi być powinni. W pierwszym wypadku możemy otrzymać krzywe zwierciadło satyry. Wypadek drugi oznacza potrzebę wzorców idealnych. Takim wzorcem od wieków był tzw. bohater pozytywny. Cóż to takiego? — To postać literacka, która skupia w swym charakterze i czynach główne dążenia i wymagania epoki, jej najistotniejsze pragnienia i ideały. Postać, która przede wszystkim jest taka, jakimi ludzie wg autora być powinni. Wciela ona tęsknoty, które w życiu nie zawsze mogą się spełnić. Każda epoka ma swojego pozytywnego, reprezentacyjnego bohatera. Młodzież początków socjalizmu miała swojego Pawkę Korczagi-na, romantycy -— swoich Konradów, pozytywizm — Janów i Justyny. A średniowiecze?

Średniowiecze w wytwarzaniu takich idealnych postaci wzorcowych celowało. Miało nawet dla nich specjalny gatunek literacki. Była to mianowicie literatura hagiogra fi c z n a, czyli zajmująca się życiorysami świętych. W Polsce najciekawszym, mającym dziesiątki wydań, zbiorem hagiografieznym były XVI~wieczne już Żywoty świętych Skargi. W literaturze europejskiej najwybitniejszym przedstawicielem tego gatunku pisarstwa był żyjący w XIII w. włoski arcybiskup Jakub de Yoragine, autor księgi zwanej Złotą legendą. Stała się ona na długie lata kopalnią motywów z biografii rozmaitych świętych, a także wzorcem dla innych żywotów, jak np. w Polsce — żywotów św. Stanisława, św. Kingi, św. Doroty, św. Wojciecha. Utwory te powstawały od XIII wieku po łacinie, niektóre z czasem zostały spolszczone, np. Żywot św. Stanisława dopiero w XVI w., co świadczy o niesłabnącym zapotrzebowaniu — renesansowego już przecież społeczeństwa — na tego rodzaju literaturę i tego rodzaju idealne postaci. Ideały bowiem zawsze są w cenie i bolącfcką wielu współczesnycfi czytelników jest dziś właśnie to, że literatura współczesna nie wytworzyła jak dotąd bohatera na miarę naszych wewnętrznych potrzeb i ideałów. Dlatego bohaterami współczesnymi stają się — równie dla nas anachroniczni jak dla człowieka renesansu ów Aleksy czy św. Stanisław — Kmicic i pan Wołodyjowski.

Legenda o św. Aleksym nie jest utworem polskim, choć stanowi jeden z najstarszych zabytków języka polskiego. Jest XV-wieczną popularyzującą przeróbką z opowieści łacińskiej, która o wiele wcześniej narodziła się wśród chrześcijan Bliskiego Wschodu. O tym popularyzującym nastawieniu świadczy już choćby jej forma wierszowa, ułatwiająca zapamiętanie i ustny przekaz; być zresztą może, iż jak większość poezji średniowiecznej, która najprawdopodobniej wiązała się ze śpiewem, był ten utwór odśpiewywany przez rozmaitych wędrownych żaków i kleryków. W ten sposób — przy rzadkiej wówczas umiejętności czytania, stawał się własnością ogółu. Tego rodzaju legendy popularyzowane były również inaczej: przez włączenie ich do kazań jako przykładów ilustrujących nauki moralne. Tak np. XV-wieczne Kazania gnieźnieńskie pełne są bardzo nieraz ciekawych legend hagiograficznych, czerpanych zazwyczaj z Jakuba de Voragine.

Rozpatrując Legendę o św. Aleksym jako typowy wzorzec średniowiecznej ascezy, trzeba koniecznie pamiętać, że obraz średniowiecza nie jest bynajmniej jednolity, bądź co bądź obejmuje ono przestrzeń blisko tysiąca lat! A już w żadnym wypadku nie wolno traktować tego utworu jako realistycznego odbicia epoki.

Legenda zadomowiła się w Polsce już w pełni „jesieni średniowiecza”. Atmosfera pierwotna uległa znacznej zmianie. Nie było świętych ascetyków, lecz — jak uczy inny tegoczesny utwór:

plebani z miąższą szyją,

jiż-to barzo piwo piją

i podgardłki na pirsiach wieszają

Pojawili się weseli, niespokojni waganci, wisielczy humor, cynizm i nihilizm Franciszka Villona, biologiczny naturalizm Rabe-lais’go. Odwieczne wartości zostały zachwiane, świat począł się komplikować. Może więc tym bardziej odczuwano potrzebę jakiejś przeciwwagi, odbudowy prawd jasnych, prostych i niewątpliwych? Atmosfera utworu zbliża się do pierwszych okresów chrześcijaństwa, wspominanych zapewne w XV wieku jako dawne dobre czasy, gdy ludzie byli bliżej Boga i wszystko działo się tak, jak dziać się powinno (nie tylko dziś starsi zwykli mówić, że dawniej było lepiej!), do czasów, kiedy roiło się od świętych męczenników, rozmaitych Antonich Pustelników i Szymonów Słupników. Szczególnie właśnie Bliski Wschód i północna Afryka dostarczały Kościołowi świętych w pierwszych latach naszej ery.

Jak więc te stare wzorce przetrwały, jak mimo wszystko ocaliły swą aktualność aż do XV wieku i przecież o wiele, wiele dłużej ? — Otóż Kościół był — i jest nadal — instytucją, która, opierając swój byt i swoje zasady na pozaziemskich, idealnych prawach — w istocie swej zmienia się bardzo mało. Życie ulęga przekształceniom, ale ideał; który ród swój wiedzie „nie z tego świata” — pozostaje ciągle ten sam. I tym bardziej chce, by był przypominany, im bardziej życie o nim zapomina.

Bohater średniowieczny tego typu, co św. Aleksy, zachował swą popularność, choć już nie w tak szerokim zakresie, jeszcze przez wiele wieków. Więc np. w wieku XVIII (!) stworzono legendę o Kazimierzu Korsaku, dokładnym polskim wcieleniu Aleksego: szlachcic wyrzeka się majątku i tytułów, po latach umartwień wraca na swą własną wieś i pracuje jako sługa u własnego chłopa pańszczyźnianego. Legenda wcielała się nawet w życie. Oto w fanatycznym wieku kontrreformacji prawie dokładnie odpowiada jej życiorys kasztelanica, Stanisława Kostki. Żywotność ideałów ma bowiem częstokroć niewiele wspólnego z ich „życiowością”. A iluż było i jest w literaturze — iw życiu może też? — świeckich „świętych”, dalekich od religii, a wyrzekających się wygód, sławy, zaszczytów, i żyjących dla mniej lub bardziej realnych ideałów? Może warto od tej strony spojrzeć na rzymskiego księcia-żebraka, którego życiorys nieporadnym polskim wierszem zapisał przed 500 laty jakiś mazowiecki mnich?

Do góry