Ocena brak

Schopenhauer Artur - Metafizyka zycia i smierci

Autor /zofia Dodano /17.03.2011

Wymagany Adobe Flash Player wesja 10.0.0 lub nowsza.

praca w formacie pdf Schopenhauer Artur - Metafizyka zycia i smierci

Transkrypt

1

METAFIZYKA ŻYCIA I ŚMIERCI
Artur Schopenhauer

PRZYCZYNEK DO NAUKI O NIEZNISZCZALNOŚCI
NASZEJ PRAWDZIWIEJ ISTOTY PRZEZ ŚMIERĆ
Choć temat ten omówiłem już w sposób spójny i szczegółowy w swym głównym dziele, sądzę
jednak, iż "skromne pokłosie rozproszonych rozważań w tym zakresie nie będzie dla niejednego
czytelnika bez wartości.
Trzeba tylko przeczytać Selinę Jcana Paula, aby Stwierdzić, jak nader wybitny umysł zmaga się z
narzucającymi mu się absurdalnościami pewnego fałszywego pojęcia, z którego nie chce
zrezygnować, gdyż się doń przywiązywał, wciąż, jednak nękają go przy tym niedorzeczności,
których nie może strawić. Jest to pojęcie dalszego indywidualnego istnienia naszej całej osobowej
świadomości po śmierci. Właśnie owe zmagania się i walki Jcana Paula dowodzą, że tego rodzaju
pojęcia - zestawione z prawdy i fałszu - nie są, jak się twierdzi, zbawczymi błędami, lecz są raczej
czymś zdecydowanie szkodliwym. Nie tylko bowiem uniemożliwia się - przez fałszywe
przeciwieństwo duszy i ciała, jak i podniesienie całej osobowości do rangi rzeczy w sobie, która ma
wiecznie istnieć - prawdziwe, 3olcgającc na opozycji między zjawiskiem a rzeczą w sobie poznanie
niezniszczalności naszej właściwej istoty ja - nietkniętej przez czas, przyczynowość i zmianę, lecz
nadto owo fałszywe pojęcie nie da się nawet utrzymać jako namiastka prawdy; rozum bowiem
buntuje się wciąż od nowa przeciw tkwiącemu w tym absurdowi, ale wraz z nim musi się także
wyrzec wtopionej weń amaigamicznie prawdy, Ta bowiem może na dalszą metę istnieć tylko w
swej czystości: przyprawiona błędami, staje się uczestnikiem ich wątłości, lak jak granit kruszeje
wraz ze zwietrzeniem skalenia, choć kwarc i łyszczyk nie ulegają takiemu zwietrzeniu. Złe więc
rzecz się ma z surogatami prawdy.
Jeśli w codziennych kontaktach zostaniemy zagadnięci przez jednego z wielu ludzi, którzy
wszystko chcieliby wiedzieć, niczego jednak nie chcą się uczyć, o dalsze istnienie po śmierci,
najstosowniejszą, a także najwłaściwszą na razie odpowiedzią będzie stwierdzenie: „Po swej śmierci
będziesz tym, czym byłeś przed swym urodzeniem". Odpowiedź la implikuje bowiem przewrotność
roszczenia, by ten rodzaj istnienia, który ma początek, trwał bez końca; nadto zaś zawiera aluzje, że
może być dwojaka egzystencja i - odpowiednio - dwojaka nicość. Zarazem jednak można by
odpowiedzieć: „Czymkolwiek będziesz po swej śmierci - choćby to była nicość - stanic się dla
ciebie równie naturalne i stosowne, jak naturalny i stosowny jest teraz dla ciebie jednostkowy byt
organiczny; a więc musiałbyś się co najwyżej lękać chwili przejścia. Ba, ponieważ dojrzałe
rozważanie sprawy owocuje przekonaniem, iż nad takie istnienie, jak nasze, należałoby przekładać
całkowity niebyt, to myśl o usianiu naszej egzystencji, lub o czasie, gdy nas już nie będzie, może
nas - rozsądnie biorąc - równie mało smucić, jak myśl, że nigdy dotąd nie istnieliśmy. Skoro zaś
empiryczne "istnienie jest w istocie osobowe, to i kresu osobowości nie można uważać za jakąś
stratę".
„ Temu natomiast, kto - na obiektywnej i empirycznej drodze - podążałby za pozornie zasadnym
wątkiem materialistycznym, i - ogarnięty trwogą z powodu całkowitej .zagłady przez zaglądającą
mu w oczy śmierć - zwróciłby 'się do nas, przynieślibyśmy być może najprościej i w zgodzie z jego
emiprycznym poglądem ukojenie, wykazując mu dobitnie różnicę między materią a biorącą ją
przejściowo w posiadanie metafizyczną niezmiennie siłą, np. w ptasim jaju, którego lak jednorodna,
bezkształtna płynność, skoro tylko przyłączy się odpowiednia temperatura, przybiera tak

2

skomplikowaną i ściśle określoną postać rodzaju i gatunku danego ptaka- Jest to wszakże poniekąd
gatunkowa generalia aequivoca: jest nader prawdopodobne, iż dlatego, że niegdyś - w pradawnych
czasach i w szczęśliwym momencie - przeskoczyła ona od typu ;: zwierzęcia, do którego należało
jajo, do jakiegoś wyższego typu, powstał wznoszący się szereg form zwierzęcych. (; W każdym
razie zaznacza się tu najdobitniej coś różnego , od materii, zwłaszcza że przy najmniejszej
niekorzystnej okoliczności ów różny element nie występuje. Odczuwalne jest tym samym, iż po
spełnionej, lub później udaremnionej działalności, może on leź równie nietknięty od materii
odstąpić; wskazuje to na całkiem odmienną permanencję niż trwanie materii w czasie.
Gdy wyobrazimy sobie jakąś istotę, która by wszystko znała, rozumiała i przewidywała, to pytanie
o nasze dalsze istnienie po śmierci nie miałoby prawdopodobnie dla niej żadnego zgoła sensu; poza
bowiem naszym obecnym doczesnym istnieniem jednostkowym, dalsze trwanie i ustawanie nie
miałyby już żadnego znaczenia, i byłyby nieodróżnialnymi pojęciami. Odpowiednio też do naszej
właściwej i prawdziwej istoty, czyli prezentującej się w naszym zjawisku rzeczy w sobie, nic miałyby
zastosowania ani pojęcie zagłady, ani też pojęcie dalszego istnienia, te bowiem są zapożyczone z
czasu, który jest po prostu forma zjawiska. - Tymczasem zaś możemy sobie wyobrazić
niezniszczalnosć owego rdzenia naszego zjawiska tylko jako jego (rdzenia) dalsze istnienie, i to
właściwie na wzór materii, która - wśród wszelkich zmian form - trwa w czasie. - Jeśli odmówimy mu
tego dalszego istnienia, to uznamy nasz doczesny kres za zagładę, na wzór formy, która znika, gdy
odbierzemy jej materię, będąca jej nośnikiem. Jedno i drugie Jest wszakże metabasis eis allo genos,
mianowicie przeniesieniem form zjawiska na rzecz w sobie- O niezniszczalności jednak, która nic
byłaby dalszym istnieniem, nie możemy sobie wyrobić abstrakcyjnego choćby pojęcia, braknie nam
bowiem dla jego poparcia jakichkolwiek danych naocznych.
Naprawdę jednak to stałe powstawanie nowych istot i ginięcie istniejących trzeba uznać za iluzje
wywołaną przez aparat dwu oszlifowanych szkieł (funkcji mózgowych), przez które jedynie możemy
coś oglądać; zwą się one przestrzenią i czasem, a w ich wzajemnym przenikaniu - przyczynowością.
Wszystko bowiem, co w tych warunkach postrzegamy, jest zwykłym zjawiskiem; nic poznajemy zaś
rzeczy takimi, jakie one same w sobie; tj. niezależnie od naszego postrzegania, mogą być. Jest to
właściwie rdzeń kaniowskiej filozofii; o niej to i jej myślowej zawartości nigdy za często
przypominać, po okresie, gdy sprzedajna szarlataneria - wskutek swych ogłupiających zabiegów przepędziła filozofię z Niemiec, przy ochoczej pomocy ludzi, dla których prawda i duch są
najobojętniejszymi na świecie rzeczami, natomiast pensja i honorarium - najważniejszymi.
Na mocy formy poznawczej: czasu, człowiek (tj. afirmacja woli życia na tej [afirmacji] najwyższym
stopniu obiektywizacji) przedstawia się jako rodzaj stale od nowa rodzących się i potem umierających
ludzi.
Owo jestestwo, które przy śmierci jednostki pozostaje niezakłócone, nic ma za formę czasu i
przestrzeni: ale wszystko dla nas realne jawi się w czasie i przestrzeni; stad też śmierć przedstawia
się nam jako zniszczenie.
Jak można więc na widok śmierci, jakiegoś człowieka - mniemać, iż tu rzecz w sobie obraca się w
nicość? Bezpośrednie intuitywne poznanie podpowiada każdemu, że to raczej tylko zjawisko w czasie,
lej formie wszelkich zjawisk, znajduje swój kres, rzecz zaś w sobie jest przez to nienaruszona; stąd
starano się zawsze wyrazić to poczucie w najróżniejszych formach i zwrotach. Wszystkie one jednak wywiedzione ze zjawiska - odnoszą się w swym właściwym sensie tylko do niego. Każdy czuje, że
jest czymś innym niż stworzoną niegdyś przez kogoś innego z nicości istotą. Rodzi się w nim wskutek
tego ufność, iż śmierć może wprawdzie położyć kres jego życiu, lecz nie jego jestestwu.

3

Człowiek jest czymś innym niż ożywioną nicością: i zwierzę także. Kto wobec tego sądzi, że jego
byt ogranicza się do jego obecnego życia, uważa się za ożywioną nicość: gdyż przed 30 laty był
niczym, i za 30 lat będzie znów niczym.
Im dobitniej uświadamiamy sobie kruchość, nicość l zakrawający na marzenie senne status
wszystkich rzeczy, tym wyraźniej jesteśmy też świadomi wieczności swej własnej wewnętrznej istoty.
Właściwie bowiem tylko w opozycji do niej poznaje się ów status rzeczy; lak jak -szybkie płynięcie
statku postrzegamy tylko w odniesieniu do stałego lądu, nie zaś patrząc w sam statek.
Teraźniejszość ma dwie połówki: obiektywną i subiektywną. Jedynie ta obiektywna ma za formę
wyobrażenie czasu i toczy się przeto niepowstrzymanie dalej; subiektywna trwa nieporuszona i jest
zatem wciąż ta sama. Stąd żywy w naszej pamięci obraz dawno minionych dni, stad też świadomość
naszej nieprzemijalności, mimo uznania przelotności naszego istnienia.
Z mego początkowego zdania: „Die Welt ist meine Vorstellung" wynika w pierwszym rzędzie:
„Najpierw jestem ja, potem zaś świat". Trzeba to w sobie dobrze ugruntować, jako antidotum na
pomieszanie śmierci z zagłada.
Każdy sędzi, że jego najwęwnętrzniejszy rdzeń jest czymś, co zawiera teraźniejszość i się z nie
obnosi.
Kiedykolwiek byśmy żyli, zawsze stoimy ze swą świadomością w centrum czasu, nigdy w jego
punktach końcowych; moglibyśmy z lego wnosić, iż każdy nosi w sobie nieporuszony punkt
środkowy całego nieskończonego czasu. I to daje mu w gruncie rzeczy ufność, z która żyje z dnia na
dzień bez odczuwania stałego dreszczu śmierci. Kto jednak, wskutek intensywności swych
wspomnień i imaginacji, może sobie jaskrawo uprzytomnić dawno minione epizody własnego żywota,
ten staje się - wyraźniej niż inni - świadomy tożsamości «teraz» we wszelkim czasie. Być może zdanie
to jest nawet bardziej prawomocne na odwrót. W każdym jednak razie taka wyraźniejsza świadomość
tożsamości wszelkiego «teraz» jest istotnym warunkiem uzdolnień filozoficznych. Za jej pomocą
ujmuje się to, co najbardziej przelotne, jako jedynie trwające. Kto więc w taki intuicyjny sposób
dostrzega, ze teraźniejszość, będąca przecież jedyną formą wszelkiej realności w najściślejszym
sensie, ma swe źródło w nas, a zatem wypływa z wewnątrz, nie zaś z zewnątrz, ten nic może wątpić o
niezniszczalności swej własnej istoty. Pojmie raczej, że w chwili śmierci ginie dlań wprawdzie
obiektywny świat, wraz z medium jego (świata) przedstawiania, intelektem, to jednak nie nadwyręża
w niczym jego istnienia: tyleż bowiem realności było wewnątrz, co i na zewnątrz. Powie on z pełnym
zrozumieniem: ego eimi pan lo gegonos, kai on, kai esomenon (zob. Stob. Floril. Tit. 44, 42; t. 2, s.
201).
Kto się na to wszystko nie godzi, musi twierdzić coś przeciwnego w rodzaju: „czas jest czymś
czysto obiektywnym i realnym, istniejącym całkiem niezależnie ode mnie. Jestem weń wrzucony tylko
przypadkowo, zawładnąłem małą jego cząstką i tym samym osiągnąłem pewną przemijającą realność lak jak przede mną tysiące innych, którzy już są nicością, i także ja wkrótce obrócę się w nicość. Czas
natomiast, ten jest realny; biegnie dalej beze mnie". Sadzę, że kategoryczność tej wypowiedzi daje
nam odczuć zupełną opaczność, a nawet absurdalność tej opinii.
Stosownie do tego, życie można w istocie uważać za marzenie senne, śmierć zaś za przebudzenie.
Wtedy jednak osobowość, indywiduum przynależę do śniącej, nie zaś czuwającej świadomości;
dlatego leż śmierć jawi się jednostce jako zagląda. W każdym bądź razie nie można jej (śmierci) z
tego punktu widzenia uważać za przejście do stanu dla nas całkiem nowego i obcego, lecz raczej za
powrót do najbardziej nam własnego, pierwotnego sianu, którego krótkim tylko epizodem było życic.
Gdyby tymczasem jakiś filozof przypadkiem mniemał, iż umierając znajdzie jemu tylko właściwą
pociechę - w każdym zaś razie odwrócenie uwagi - w tym, że wyjaśni mu się wtedy jakiś problem,
który go często zaprzątał, to będzie najpewniej podobny do kogoś, komu - gdy chce właśnie znaleźć

4

poszukiwaną rzecz - zgasła latarnia. W śmierci bowiem przepada wprawdzie świadomość, żadną
natomiast miarą to, co dotąd świadomość wyłoniła. Świadomość mianowicie polega przede wszystkim
na intelekcie, len zaś na procesie fizjologicznym. Jest on bowiem najwyraźniej funkcją mózgu i stąd
jest uwarunkowany współdziałaniem systemu nerwowego i naczyniowego; ściślej, to przez karmiony,
ożywiany i ustawicznie pobudzany od serca mózg, przez jego misterną i tajemniczą strukturę - którą
opisuje anatomia, lecz której nic rozumie fizjologia - urzeczywistnia się fenomen obiektywnego świata
i mechanizm naszego myślenia. Indywidualna świadomość, a więc w ogóle świadomość, nie daje się
pomyśleć w istocie niecielesnej; warunkiem bowiem każdej świadomości jest poznanie, będące z
konieczności funkcją mózgu - ponieważ intelekt przedstawia się właśnie obiektywnie jako mózg.
Podobnie więc jak intelekt - fizjologicznie, a zatem w realności emiprycznej, tj. w zjawisku występuje jako coś wtórnego, rezultat procesu życiowego, tak też i psychologicznie jest on czymś
wtórnym, w przeciwieństwie do woli, która to jedynie jest elementem rdzennym wszędzie
pierwotnym. Już przecież sam organizm jest właściwie tylko jawiącą się naocznie i obiektywnie - a
więc w formach przestrzeni i czasu -w mózgu wolą, jak to nieraz objaśniałem, zwłaszcza w Uber den
Willen m der Natur oraz w swym głównym dziele, t. II, rozdz. 20. Skóro więc świadomość nie jest
przywiązana bezpośrednio do woli, lecz jest uwarunkowana przez intelekt, ten zaś przez organizm, to
nie ulega wątpliwości, że wskutek śmierci świadomość wygasa - jak choćby już wskutek snu i
każdego omdlenia. Ale bądźmy dobrej myśli! Cóż to bowiem za świadomość? - cerebralna, animalna,
zwierzęca o nieco wyższej potencjalności, skoro dzielimy ją w istocie z całym szeregiem zwierząt,
jakkolwiek w nas osiąga swój punkt szczytowy. Jest ona - jak dostatecznie wykazałem - co do swego
celu i pochodzenia zwykłym mechane natury, środkiem pomocniczym w zaspokajaniu potrzeb
zwierzęcych. Stan natomiast, w który przenosi nas z powrotem śmierć, jest naszym stanem
pierwotnym, tj. samowłasnym stanem istoty, której prasiła przedstawia się w wytwarzaniu i zachowywaniu ustającego teraz życia. Jest to mianowicie stan rzeczy w sobie, w przeciwieństwie do
zjawiska. W tym to stanic pierwotnym całkowicie zbędny jest, bez wątpienia, laki środek zastępczy,
jak cerebralne, w najwyższym stopniu pośrednie i właśnie dlatego dostarczające samych tylko zjawisk
poznanie; stąd też je tracimy. Jego odpadniecie zbiega się ustaniem dla nas świata zjawiskowego,
którego było zwykłym medium; a poznanie to nie może służyć do niczego innego. Gdyby w tym
naszym pierwotnym stanie zaoferowano nam nawet zachowanie owej zwierzęcej świadomości,
odrzucilibyśmy ja, tak jak uzdrowiony chromy odrzuca kule. Tego więc, kto opłakuje bliską utratę tej
cerebralnej, tylko zjawiskowej i obliczonej na zjawiska świadomości, można porównać z grenlandzkimi konwerlytami, którzy nie chcieli się dostać do nieba, gdy dowiedzieli się, że nic ma tam fok.
Ponadto wszystko tu powiedziane polega na założeniu, że my nie możemy przecież wyobrazić
sobie nie bezświadomego stanu inaczej niż jako stan poznający, a przeto noszący w sobie podstawową
formę wszelkiego poznaniu. rozpad na podmiot i przedmiot, na poznawcę i poznawane, Musimy
jednak zważyć, iż cała ta forma poznawania i bycia poznawanym jest uwarunkowana po prostu przez
naszą zwierzęca, a więc nader wtórną i pochodną naturę, nie jest zatem bynajmniej pierwotnym
sianem jakiejkolwiek istoty i jakiegokolwiek bytu, który (stan) może przeto być całkiem odmienny, a
jednak nie bezświadomy, Przecież nawet nasza własna, obecna istota, o ile możemy je wyśledzić w jej
głębi, jest samą tylko wolą, la zaś sama w sobie jest już bezpoznaniowa. Gdy więc przez śmierć
tracimy intelekt, to zostajemy przez to tylko przeniesieni w pierwotny stan bezpoznaniowy, który
jednak nie będzie z tej racji po prostu bezświadomy lecz raczej będzie stał ponad ową formą - stan, w
którym odpada przeciwieństwo podmiotu i przedmiotu; tu bowiem poznawana rzecz stanowiłaby
rzeczywiście bezpośrednio jedność z samym poznawcą: brakuje więc podstawowego warunku
wszelkiego poznania (właśnie owego przeciwieństwa). Można z tym - tytułem wyjaśnienia - porównać
Welt als Wille und Yorsieilung, (t. II, rozdz. 41). Za inny wyraz tamże i tu wypowiedzianej tezy trzeba

5

uznać sentencję J. Brunusa (red. Wagner, t. I, s. 287); La divina mente, e la unita assoluta, sema
specie alcuna e ella medesimo lo che intende, e lo ch' e inteso.
Także w najskrytszej głębi - być może każdego człowieka - da się niekiedy wyśledzić świadomość,
iż przysługuje mu jednak i jest dlań odpowiedni całkiem inny rodzaj egzystencji niż to lak
niewymownie liche, doczesne, jednostkowe, wypełnione samymi tylko niedolami istnienie; przy czym
mniema on, że do owej egzystencji może go przywieść na powrót śmierć.
Jeśli teraz - w przeciwieństwie do tego skierowanego do wewnątrz, trybu rozważań - spojrzawszy
znowu na zewnątrz. i całkiem obiektywnie ujmiemy jawiący się nam świat, to śmierć wyda się nam w
istocie przejściem w nicość; ale i narodziny będą w takim razie wyjściem z nicości. Tak jedno, jak i
drugie nie może jednak bezwarunkowo być prawdą, ma bowiem tylko realność zjawiskową. Także i
to, że mielibyśmy w jakimś sensie przerwać śmierć, nie jest jeszcze wcale większym cudem niż cud
płodzenia, który codziennie mamy przed oczyma. To, co umiera, idzie lam, skąd wywodzi się
wszelkie życie, także i jego. W tym sensie Egipcjanie zwali Orkusa Amentes, co według Plularcha (de
Is. et Osir., c. 29) oznacza ho lambanon kai didous, „Biorący i Dający", dla wyrażenia, iż jest on tym
samym źródłem, do którego wszystko po- wraca i z którego wszystko wypływa. Z tego punktu widzenia trzeba by uznać nasze życic za zaciągnięte od śmierci pożyczkę; sen byłby wtedy spłatą
codziennej odsetki od tej pożyczki. Śmierć jawi się wprost jako koniec indywiduum, ale w
indywiduum tym tkwi zawiązek nowej istoty. Odpowiednio więc nic nie umiera na zawsze z tego
wszystkiego, co tu umiera; ale i nic z tego, co się rodzi, nic otrzymuje nowego z gruntu istnienia.
Umierający ginie: pozostaje jednak zawiązek, z którego wywodzi się nowa istota, która teraz
przychodzi na świat, nie wiedząc skąd przychodzi i dlaczego jest właśnie taka, jaka jest. Jest to
tajemnica pahngenczy; za komentarz do niej można uważać 41 rozdział drugiego tomu mego
głównego dzieła- Staje się przeto dla nas jasne, że wszystkie w tej chwili żyjące istoty zawierają
właściwy rdzeń wszelkich mających żyć w przyszłości istot - te ostatnie więc w pewnym sensie już
istnieją. Podobnie też każde stojące przed nami w pełnym życiowym rozkwicie zwierzę wydaje się
wołać: „Czemu ubolewasz nad nietrwałością istot żyjących? Jak mógłbym tu istnieć, gdyby wszystkie
istoty mego gatunku, które przede mną były, nie pomarły?" Jakkolwiek często więc zmieniają się na
scenie świata sztuki i maski, to przecież aktorzy pozostają w tym wszystkim ci sami. Siedzimy
wespół, mówimy i denerwujemy się nawzajem, oczy nam świecą i glosy rozbrzmiewają; i dokładnie
tak siedzieli przed tysiącem lat inni. Działo się to samo, i byli to ci sami ludzie; i lak też właśnie
będzie za tysiąc lal. Urządzeniem, mocą którego sobie tego nie uprzytamniamy, jest czas.
Można by całkiem słusznie rozróżnić metampsychozę, jako przejście całej tzw. duszy w jakieś inne
ciało, i paiinenezę, jako rozpad i utworzenie na nowo indywiduum, przy czym trwa tylko jego wola,
która przyjmując postać jakiejś nowej istoty otrzymuje nowy intelekt. Indywiduum więc rozpada się
niczym obojętna sól, której zasada wiąże się potem z innym kwasem w jakąś nową sól. Różnica
między metampsychoza a palingenezq, przyjmowana przez Serviusza, komentatora Wergilego i
zaprezentowana pokrótce w Wernsdorffii dissertai. de metempsychosi s. 48, jest jawnie fałszywa i
nieważna.
Z Mamai of Buddhism Spcncc'a Hardy'ego (s. 394-96; por. także s. 429, 440 i 445 tejże książki),
jak i z pracy Sangermano Burmese empire, s. 6 oraz z periodyku Asial researches, t. 6, s. 179, i t. 9, s.
256, wynika, że w buddyzmię istnieje w odniesieniu do dalszego trwania po śmierci doktryna
egzoteryczna i ezoteryczna; pierwszą jest właśnie metampsychoza, jak np. w braminizmie, drugą zaś
o wiele trudniej zrozumiała palingencza, która pozostaje w wielkiej zgodności z mą nauką o
metafizycznym statusie woli, przy fizycznej jedynie jakości i odpowiedniej nietrwałości intelektu.
Palingenesia występuje już w Nowym Testamencie.
Jeśli wszakże, aby głębiej wniknąć w tajemnicę palingenczy, przyzwiemy tu jeszcze na pomoc 43
rozdział drugiego tomu mego głównego dzieła, to rzecz owa - przy bliższym rozważeniu - będzie w
naszych oczach wyglądała tak, iż przez cały czas płeć męska jest depozytorem woli, żeńska zaś

6

depozytorem intelektu rodzaju ludzkiego, przez co ten ostatni zachowuje nieprzerwaną ciągłość.
Stosownie więc każdy ma w sobie pierwiastek ojcowski i matczyny; i podobnie jak uległy one
połączeniu przez akt płodzenia, tak też ulegną rozkładowi wskutek śmierci, która jest przeto końcem
indywiduum, l właśnie śmierć tego indywiduum tak bardzo opłakujemy, w poczuciu, że istotnie ono
ginie, było bowiem zwykłym złączeniem, które bezpowrotnie się kończy. - Nie wolno nam jednak
przy tym wszystkim zapomnieć, iż, dziedziczenie intelektu po matce nie jest lak bezwarunkowe i
zdecydowano, Jak dziedziczenie woli po ojcu, a to wskutek wtórnej i czysto fizycznej natury intelektu
i jego całkowitej zależności od organizmu - nic tylko odnośnie do mózgu, lecz i w inny sposób, jak to
dokładniej rozwinąłem we wzmiankowym rozdziale. - Wspomnijmy tu jeszcze nawiasem, iż istnieje
między mną a Platonem zbieżność o tyle, że i on rozróżnia śmiertelna i nieśmiertelną cześć w swej
tzw. duszy;
ale popada on w diametralna sprzeczność ze mną i 7. prawda, uważając - wzorem wszystkich mych
filozoficznych poprzedników - intelekt za nieśmiertelny, wolę natomiast, tj. siedlisko żądz i
namiętności, za śmiertelną część - jak można się przekonać z Timaiosa (s. 386, 387 i 395, red. Bip.).
To samo stwierdza Arystoteles5, jakkolwiek by element fizyczny - przez płodzenie i śmierć, wraz z
widomym złożeniem jednostek z woli i intelektu oraz ich późniejszym rozkładem - osobliwie i
zastanawiające władał, to jednak tkwiący u jego podstaw element metafizyczny jest lak heterogenną
istnością, że nic jest przez to wcale dotknięty; tak że możemy być dobrej myśli.
Można przeto rozważać każdego człowieka z dwu przeciwstawnych punktów widzenia: z jednego
jest on zaczynającym się i kończącym w czasie, przelotnym indywiduum, skias onar, obarczonym
poważnie nadto błędami i cierpieniami; z drugiego zaś jest niezniszczalną praistotą, która
obiektywizuje się we wszystkim, co istnieje, i może jako taka rzec, niczym podobizna Izydy w Sais:
ego eimi pan peponos, kai on, kai esomenon. - Oczywiście istota laka mogłaby czynić coś lepszego niż
przedstawiać się w świecie takim, jaki jest. Jest to bowiem świat skończoności, cierpienia i śmierci.
Wszystko, co w nim i zeń jest, musi się skończyć i umrzeć. Jedynie to, co zeń nie jest i nie chce zeń
być, wstrząsa nim przemożnie jak błyskawica, która uderza ku górze, i nic zna wtedy ani czasu, ani
śmierci. - Pogodzenie wszystkich tych sprzeczności - to właściwy temat filozofii.
Wiara, że życie jest powieścią, której - niczym Schillerowskiemu Geisferseher - brak dalszego
ciągu, ponieważ
często - tak jak Sentimental Journcy Sterne'a - urywa się w środku akcji, jest pod
względem estetycznym, jak i moralnym, ideą całkiem niestrawną.
Dla nas śmierć jest i pozostaje czymś negatywnym -usianiem życia; musi ona jednak mieć też
stronę pozytywną, która pozostaje przed nami ukryta, intelekt nasz bowiem jest całkowicie niezdolny
jej pojąć. Stąd też poznajemy wprawdzie, co tracimy przez śmierć, ale nie poznajemy, co przez nią
zyskujemy!
Gdybyśmy własną istotę na wskroś - aż po najskrytsze wnętrze - całkowicie rozpoznali,
śmiesznością zdałoby się nam żądanie nieprzemijalności indywiduum; znaczyłoby to bowiem, iż
wyrzekamy się' samej lej istoty na rzecz jednej z jej niezliczonych manifestacji - przebłysków.
Żadna jednostka nic nadaje się do wiecznego trwania; ginie bowiem w śmierci. Nic jednak przy tym
nie tracimy, gdyż u podstaw indywidualnego jestestwa tkwi całkiem inna istota, której manifestacją
owe jestestwo jest. Nie zna ona czasu, a więc i dalszego istnienia, ani tez zagłady.
Utrata intelektu, doznawana wskutek śmierci przez wolę, która stanowi rdzeń ginącego tu zjawiska
i jest jako rzecz w sobie niezniszczalna - jest Letą dla tej właśnie indywidualnej woli; bez niej to
przypominałaby ona sobie wiele zjawisk, których rdzeniem już była.
Umierając, trzeba odrzucie swą indywidualność niczym stara odzież i radować się nową i lepszą,
którą się teraz - po otrzymanym pouczeniu - w zamian przyjmuje.
Gdyby się zarzuciło duchowi świata^ iż unicestwia jednostki po ich krótkim istnieniu, to rzekłby on:

7

„Przypatrz się im tylko, tym indywiduom, przyjrzyj się ich błędom, śmiesznościom, podłościom i
ohydom! I im to miałbym pozwolić na zawsze istnieć?"
Do demiurga zaś powiedziałbym; „Dlaczego, zamiast - w drodze nieomal cudu - tworzyć
nieprzerwanie nowych ludzi i niszczyć już żyjących, nic poprzestaniesz raz na zawsze na istniejących i
nie pozwolisz im trwać po wieczne czasy?"
On zaś prawdopodobnie odpowiedziałby: „Oni sami przecież chcą tworzyć wciąż nowe, a więc
muszę troszczyć się o miejsce. Ba, gdyby nie to! - Choć - mówiąc między nami - taki wiecznie żyjący
i tak się prowadzący ród ludzki, bez innego zgoła celu niż len, by wieść takie właśnie istnienie, byłby
obiektywnie biorąc śmieszny, subiektywnie zaś nudny - o wicie bardziej niż możesz to sobie
wyobrazić. Przedstaw to tylko sobie!" Ja zaś rzekłbym: „Cóż, mogliby coś na swą rzecz przedłożyć,
pod każdym względem". Mata igraszka końcowa w formie dialogu:
Trazymach: Słowem, czym będę po swej śmierci? - Ale jasno i dokładnie!
Filalet: Wszystkim i niczym.
Trazymach: Masz ci los! Jako rozwiązanie problemu -sprzeczność. To stara sztuczka.
Filalet: Odpowiadać stworzonym dla immanentnego poznania językiem na pytania transcendentne może to w rzeczy samej prowadzić do sprzeczności.
Trazymach: A co nazywasz transcendentnym, co zaś immanentnym poznaniem? Wprawdzie i mnie
znane są - od mego profesora - te wyrażenia, ale tylko jako predykaty Pana Boga, o którym wyłącznie
- jak to właśnie przystoi - traktowała jego filozofia. Jeśli Bóg tkwi wewnątrz świata, to jest
immanentny; jeśli zaś tronuje gdzieś na zewnątrz, to. jest transcendentny. - I to, jak przyznasz, jest
jasne i zrozumiałe! Tu wiemy, czego się trzymać. Ale twej staromodnej sztucznej mowy kaniowskiej
nic pojmuje żaden człowiek. Współczesna świadomość naszej doby wycofała się już z tego
wszystkiego, czy raczej tak dalece postąpiła do przodu - z metropolii nauki niemieckiej.
Filalet (cicho, do siebie): Niemieckiej filozoficznej fanfaronady.
Trazymach: Dzięki nieprzerwanemu szeregowi wielkich mężów, zwłaszcza zaś wielkiemu
Schleiermacherowi i myślowemu olbrzymowi, Heglowi - że pozostawiła to wszystko za sobą i nie
chce już o tym wiedzieć. - A więc, co z tym począć?
Filalet: Poznaniem transcendentnym jest takie, które wykraczając poza wszelką możliwość
doświadczenia, stara się określić istotę rzeczy, jakimi są one same w sobie. Natomiast poznaniem
immanentnym jest takie, które trzyma się w granicach możliwości doświadczenia, siad więc może leż
tylko orzekać o zjawiskach. - Ty, jako indywiduum, kończysz się wraz ze swą śmiercią. Jednakże
indywiduum nic stanowi twej prawdziwej i ostatecznej istoty, lecz jest raczej jej zwykłym
uzewnętrznieniem; nie jest ono rzeczą w sobie, lecz tylko jej zjawiskiem, które prezentuje się w
formie czasu i stosownie do lego ma początek oraz koniec. Twa najwewnętrzniejsza istota natomiast
nic zna czasu, początku ani końca, ani leź ograniczeń danej indywidualności; stad też nie można jej
usunąć z żadnej indywidualności, istnieje bowiem we wszystkich bez wyjątku. W pierwszym więc
rozumieniu obracasz się przez śmierć w nicość; w drugim jesteś i pozostajesz wszystkim. Dlatego leż
powiedziałem, iż po swej śmierci będziesz wszystkim i niczym. Na twe pytanie trudno udzielić w
kilku słowach słuszniejszej odpowiedzi niż ta właśnie, która zawiera w istocie rzeczy sprzeczność;
gdyż twe życie przebiega w czasie, lwa nieśmiertelność zaś jest w wieczności. - Stad też można ją
nazwać niezniszczalnością bez dalszego istnienia, co jednak znowu owocuje sprzecznością. Ale lak to
Jest, gdy element transcendentny mamy sprowadzić do poznania immanentnego; to ostatnie doznaje tu
pewnego rodzaju gwałtu, jest bowiem nieprawomocnie stosowane do tego, do czego nic jest
stworzone.
Trazymach: Posłuchaj no. Bez dalszego trwania mej indywidualności nic dałbym grosza za tę twą
całą nieśmiertelność.

8

Filalet: Być może pozwolisz, się jeszcze potargować. Załóżmy, że gwarantuję ci dalsze trwanie twej
indywidualności, stawiam jednak warunek, by jej ponowne przebudzenie się poprzedził całkowicie
bezświadomy trzymiesięczny sen śmierci.
Trazymach: Idę na to.
Filaler. Ponieważ jednak w całkowicie bezświadomym stanie nie mamy żadnej zgoła miary czasu,
to jest nam przecież wszystko jedno, czy w trakcie naszego spoczywania w owym śmiertelnym śnie tu
w świadomym świecie upłynęły tymczasem trzy miesiące czy może dziesięć tysięcy lat. Tak bowiem
jedno, jak i drugie, musimy po przebudzeniu przyjąć na wiarę. Odpowiednio więc może ci być
obojętne, czy twa indywidualność zostanie ci zwrócona po trzech miesiącach czy też po dziesięciu
tysiącach lal.
Trazymach: Nic da się w gruncie rzeczy temu zaprzeczyć.
Filalet: Gdyby jednak - po upływie dziesięciu tysięcy lat - przypadkiem zapomniano cię zbudzić, to
sądzę, iż skoro ów po nader krótkim istnieniu zapadły długi niebyt wszedłby ci już mocno w nałóg,
nieszczęście nic byłoby wielkie. Pewne jest jednak, iż nie mógłbyś z tego nic odczuwać, l byłoby to
całkowitą dla ciebie pociecha, gdybyś wiedział, że te skryte tryby, które napędzają twe obecne
zjawisko, także za owych dziesięć tysięcy lat nie przestaną nawet na chwilę przedstawiać i poruszać
innych tego rodzaju zjawisk.
Trazymach: To lak? I w len sposób zamierzasz pomalutku i niepostrzeżenie okpić mnie z mej
indywidualności? Mnie nie wywiedziesz w pole. Zastrzegłem sobie dalsze istnienie swej
indywidualności, i nie mogą mnie w tej mierze pocieszyć żadne siły napędowe i zjawiska. Leży mi
ono na sercu i nic wyrzeknę się go.
Filalet: Uważasz więc chyba swe indywidualność za tak miłą, wyborną i niezrównane, że nic
mogłaby istnieć żadna od niej lepsza, toteż nie chciałbyś jej zamienić na jakąkolwiek inną, o której by
się twierdziło, że w niej właśnie dałoby się żyć lepiej i łatwiej?
Trazymach: No cóż, ma indywidualność jest taka, jaka jest - to jestem, właśnie ja.
„Nie liczy się w świecie nic poza mną, Gdyż Bóg to Bóg, a ja to ja".
Ja, ja, ja chcę istnieć! Na tym mi zależy, nie zaś na bycie, o którym trzeba mi najpierw
argumentować, że jest mój.
Filalel: Rozejrzyj się jednak. To, co woła: „Ja, ja, ja chce istnieć", to nie sam tylko ty, lecz
wszystko, absolutnie wszystko, co zdradza choćby ślad świadomości. A zatem owo życzenie w tobie
jest właśnie tym, co nie ma charakteru indywidualnego, lecz Jest wspólne wszystkim bez różnicy: me
wypływa ono z indywidualności, lecz w ogóle z bytu, jest istotne dla wszystkiego, co istnieje; ba, jest
tym, przez co wszystko istnieje, i jest stosownie do lego usatysfakcjonowane przez byt w ogóle, do
którego Jedynie się odnosi, nie zaś wyłącznie przez jakiś byt określony, indywidualny. Nie jest ono
bynajmniej nakierowane na taki byt, choć ten każdorazowo ma pozór określoności, może bowiem
dojść do świadomości nic inaczej, jak tylko w istocie indywidualnej, i dlatego zdaje się każdorazowo
odnosić jedynie do niej. Jest to wszakże zwykły pozór, do którego wprawdzie lgnie zasklepiona w
swej osobności jednostka, lecz który może być rozproszony przez refleksję; la ostatnia władna jest nas
odeń uwolnić. Tym mianowicie, co tak niepohamowanie pragnie istnienia, jest tylko pośrednio
Jednostka! Bezpośrednio i właściwie jest to wola życia w ogóle, będąca we wszystkim jednym i tym
samym. Skoro więc sam byt jest jej wolnym dziełem, ba, jej zwykłym odblaskiem, to nie może jej
umknąć; ona zaś jest przez byt w ogóle usatysfakcjonowana tymczasowo: mianowicie o tyle, o ile
wola - wiecznie niezadowolona - może być usatysfakcjonowana. Jednostki są dla niej czymś
jednakim; nie mówi właściwie o nich, choć w pojęciu jednostki, która ją tylko bezpośrednio w sobie
słyszy, zdaje się o nich mówić. Powoduje to, że wola strzeże troskliwie tego własnego bytu - w innym
razie tak by się nie działo - i właśnie przez to zabezpiecza zachowanie gatunku. Wynika z tego
właśnie, że indywidualność nie jest doskonałością, lecz ograniczeniem: stąd pozbycie sio jej nie jest

9

stratą, lecz raczej zyskiem. Porzuć przeto troskę, która zdałaby ci się zaiste - gdybyś rozpoznał
całkowicie i dogłębnie swą własną istotę, mianowicie jako uniwersalną wolę życia, którą jesteś dziecinna i nader śmieszna.
Trazymach: Dziecinny i nader śmieszny ty sam jesteś i wszyscy filozofowie, l jedynie dla żartu i
zabicia czasu taki stateczny człowiek jak ja, wdawać się może w króciutkie pogawędki z tego rodzaju
głupkami. Czekają mię ważniejsze sprawy - a teraz z Bogiem!
SUPLEMENT DO NAUKI O NICOŚCI ISTNIENIA
Nicość ta znajduje wyraz w całej formie istnienia, w nieskończoności czasu i przestrzeni wobec
skończoności jednostki w nich obu; w momentalnej teraźniejszości jako jedynym sposobie bycia
rzeczywistości; w zależności i względności wszelkich rzeczy; w ciągłym stawaniu się bez obecności
bytu; w stałym pragnieniu bez zaspokojenia; w ciągłym hamowaniu dążenia, poprzez które
(hamowanie) przebija się życie, póki hamowanie to nie zostanie wreszcie przezwycężony Czas i
przemijalność w nim i przezeń wszystkich rzeczy jest po prostu forma, w której woli życia - ta jako
rzecz w sobie jest nieprzemijająca - objawia się nicość jej dążenia. - Czas jest tym, na mocy którego
wszystko obraca się w każdej chwili w naszych rękach w nicość, tracąc przez to wszelką prawdziwą
wartość,
Tego, co było, już nie ma istnieje ono nie bardziej jak to, czego nigdy nic było- Ale wszystko cu
jest, jest już w następnej chwili rzeczą byłą. Przeto najbardziej błaha teraźniejszość prześciga
rzeczywistością najdonioślejszą przeszłość, przez co ma się do tej ostatniej, jak coś do nicestwa. Zaczynamy, ku swemu zdziwieniu, nagle istnieć, wynurzając się z niebytu niezliczonych stuleci minionych, i po krótkim czasie zapadamy w podobny niebyt stuleci przyszłych. - To przenigdy nic może
być słuszne, podpowiada .serce; nawet prosty rozsądek musi z tego rodzaju rozważań wysnuć pojecie
idealności czasu. Ta zaś, wraz z idealnością przestrzeni, stanowi klucz do wszelkiej prawdziwej
metafizyki, gdyż właśnie przez nią (idealność) zyskuje się miejsce na całkiem inny porządek rzeczy
niż porządek natury. Stad taka wielkość Kanta.
Każdemu biegowi zdarzeń naszego życia przynależy tylko na jedną chwilę „jest"; potem już na
zawsze „był". Co wieczór jesteśmy ubożsi o jeden dzień. Na widok nieustającego przemijania tego
krótkiego wyznaczonego nam żywota mogłaby nas ująć wściekłość, gdyby w najskrytszej głębi naszej
istoty nic tliła się tajemna świadomość, iż należy do nas nie wyczerpywalne nigdy źródło wieczności,
z jego możnością ciągłej odnowy czasu życia.
Na takich jak powyższe rozważaniach można wprawdzie oprzeć naukę, że największą mądrością
jest cieszenie się teraźniejszością i stawianie jej Jako celu swego życia; jej to bowiem przysługiwałaby
wyłączna realność, wszystko inne zaś byłoby zwykłą grą myślową. Ale z równą słusznością można by
to nazwać największą głupotą: gdyż to, czego za chwilę już nie ma, co tak całkowicie znika jak
marzenie senne, nie jest przenigdy warte poważnych starań.
Istnienie nasze nie ma żadnego niewzruszonego oparcia poza umykającą wciąż teraźniejszością.
Siad też wypełnia je w istocie siaty ruch ku osiągnięciu formy - bez możliwości spoczynku, do
którego wciąż przecież dążymy. Podobne jest do biegu pędzącego w dół człowieka, który, gdyby
chciał przystanąć, musiałby upaść, i utrzymuje się na nogach jedynie dzięki nieprzerwanemu
biegnięciu. - Da się ono porównać do tyczki, balansującej na czubku palca, jak też do planety, która
spadłaby na swe słońce, gdyby tylko przestała pośpieszać niepowstrzymanie po swej orbicie. - Tak
więc niepokój jest typem istnienia.
W takim świecie, gdzie niemożliwa jest jakakolwiek stabilność, żadna trwałość, lecz wszystko jest
ogarnięte bezustannym wirem zmienności, wszystko pędzi, leci i tylko dzięki stałemu stąpaniu i

10

balansowaniu utrzymuje się na linie - szczęśliwość nie da się nawet pomyśleć. Nic może
zamieszkiwać tam, gdzie panoszy się jedynie platońskie „ciągłe stawanie się bez obecności bytu".
Przede wszystkim: nikt nie jest szczęśliwy, lecz przez całe swe życic dąży do rzekomego szczęścia,
które rzadko osiąga i to tylko po to, aby się rozczarować; z reguły jednak każdy zawija w końcu jako
rozbitek na połamanym statku do portu. Wtedy zaś jest już obojętne, czy było się szczęśliwym czy
nieszczęśliwym, w życiu, które składało się po prostu z momentalnej teraźniejszości, a teraz się
kończy.
Tymczasem należy dziwić się, jak to - w ludzkim i zwierzęcym świecie - dwie zwykłe pobudki: głód
i popęd płciowy, wspomagane jeszcze co najwyżej przez nudę, wytwarzają i podtrzymują ów
przemożny, różnorodny i nieustanny ruch; one to właśnie stanowią primum mobile tak
skomplikowanej,, wprawiającej barwne marionetki w ruch machiny.
Jeżeli rozważymy całą rzecz bliżej, stwierdzimy przede wszystkim, Jak istnienie nieorganiczne jest
w każdej chwili nadwątlane i ostatecznie niszczone przez siły chemiczne; istnienie organiczne
natomiast jest możliwe tylko wskutek ciągłej przemiany materii, która (przemiana) wymaga
ustawicznego dopływu, a więc pomocy z zewnątrz. Już przeto samo w sobie, życie organiczne
podobne jest do balansujące] na czubku palca tyczki, która stale musi być w ruchu; jest zatem ciągłym
byciem w potrzebie, wciąż odnawiającym się brakiem i nie kończącą się niedolą. Jednakże dopiero za
pośrednictwem tego organicznego życia możliwa jest świadomość. - To wszystko przeto stanowi byt
skończony; jako jego przeciwieństwo należałoby pomyśleć był nieskończony, ani nie narażony na
napaść6 z zewnątrz, ani też nie wymagający zewnętrznej pomocy, i stąd aei hosaulos on, w wiecznym
spoczynku, lite gignomenon, ute apollymenon, wyzbyty zmiany, czasu, wielości i różnorodności;
którego negatywne poznanie jest przewodnim motywem filozofii Platona. Taki byt musi być tym, do
czego toruje drogę zaprzeczenie woli życia.
Sceny naszego życia podobne są do obrazków w masywnej mozaice, które z bliska nie robią
wrażenia; trzeba stanąć od nich z dala, aby ocenić ich piękno. Stąd też osiągnąć coś upragnionego
znaczy to wykryć, iż to tylko marność - żyjemy więc zawsze w oczekiwaniu czegoś lepszego, i to
często zarazem w pełnej żalu tęsknocie za minionym. Rzeczy teraźniejsze natomiast przyjmujemy w
poczuciu tymczasowości, uważając je za nic innego, jak tylko drogę do celu. Dlatego to ludzie,
spoglądając u kresu swych dni wstecz stwierdzają zazwyczaj, że całe ich życie upłynęło pod znakiem
ad inierini, i ze zdziwieniem widzą, iż to, co na ich oczach przechodziło tak nie docenione i mdłe,
stanowiło właśnie ich życic - było tym właśnie, w czego oczekiwaniu żyli. I tak z reguły przebiega
ludzkie życic - człowiek, mamiony nadzieją, pląsa wprost w objęcia śmierci.
Nadto zaś jeszcze ta nienasyconość indywidualnej woli, na mocy której (nienasyconości) każde
zaspokojenie rodzi nowe pragnienie, tak że atrybutywne pożądanie ~ wiecznie niezaspokojone - idzie
w nieskończoność! Polega ona jednak w gruncie rzeczy na tym, że wola, wzięta sama w sobie - jest
władcą światów, do którego wszystko należy i któremu przeto mogłaby zadośćuczynić tylko całość,
która jest nieskończona, nigdy zaś jakaś część. - Jakąż tymczasem litość musi budzić w nas
rozważanie, jak znikoma cząstka staje się udziałem tego Władcy świata, w jego indywidualnym
zjawisku: przeważnie tylko tyle, ile wystarcza, by zachować indywidualne ciało. Stąd jego głęboka
boleść.
W obecnym niemocnym duchowo i odznaczającym się kultem wszelkiego rodzaju zła okresie który określa siebie całkiem stosownie sfabrykowanym na własny użytek, tak pretensjonalnym, Jak i
kakofonicznym słowem „teraźniejszość" („Jelztzeit"), jak gdyby jego „teraz" („Jetzt") było „Teraz"
kat' eksochen, „Teraz", którego przybliżenie było jedyną racją istnienia wszelkich innych „teraz" nawet panteiści nic wahają się orzec, iż życie jest (jak to nazywają) „celem samym w sobie". - Gdyby
to nasze istnienie było ostatecznym celem świata, byłby to najbardziej niedorzeczny cel, jaki
kiedykolwiek ustanowiono; choćbyśmy sami, lub ktoś inny, go istotnie ustanowili, Życic jawi się

11

przede wszystkim jako zadanie: takie mianowicie, by je zachować, de papner są vie. Jeśli owo
zadanie się rozwiąże, to, co pozyskalne, okazuje się ciężarem, i pojawia się drugie zadanie:
właściwego nim rozporządzenia, izby zapobiec nudzie, która spada jak czyhający ptak drapieżny na
każde upewnione o sobie życie. Tak więc pierwsze zadanie polega na tym, aby coś pozyskać, drugie
zaś, by to właśnie, co już pozyskane, stało się nieodczuwalne, bo inaczej będzie dla nas ciężarem.
Fakt, iż ludzkie istnienie jest niechybnie pewnego rodzaju zbłądzeniem, wynika aż nadto z tej
prostej uwagi, że człowiek jest agregatem potrzeb, których zaspokojenie - trudne do osiągnięcia - nic
mu wszakże nie przynosi poza jakimś bezbolesnym stanem, w którym jest on jeszcze tylko wydany na
łup nudy, co wprost dowodzi, że istnienie nic ma samo w sobie żadnej wartości; nuda bowiem jest
właśnie odczuciem pustki istnienia. Gdyby mianowicie życie, na pragnieniu którego polega nasza
istota i istnienie, miało w sobie jakąś pozytywną wartość i realną treść, to nie byłoby w ogóle nudy lecz już istnienie samo w sobie musiałoby nas zadowalać i sycić. Otóż jednak doznajemy radości
istnienia nie inaczej jak tylko w dążeniu, gdzie odległość i przeszkody łudzą nas wizją zadowalającego
celu - która to iluzja znika po jego osiągnięciu - lub też w czysto intelektualnym zajęciu, gdzie
wszakże występujemy właściwie z życia, by je oglądać z zewnątrz, podobnie jak widzowie w lożach.
Nawet sama rozkosz zmysłowa polega na ustawicznym dążeniu, i ustaje wraz z osiągnięciem celu. I
ilekroć nie trzymamy się żadnej z owych dwu ewentualności, lecz odwołujemy się do samego
istnienia, zyskujemy przeświadczenie o jego jałowość (beztreściowości) i nicości - i to jest właśnie
nuda. - Nawet tkwiące w nas, niezniszczalne łaknienie cudowności ukazuje, jak bardzo życzylibyśmy
sobie przerwania tak nudnego łańcucha naturalnego biegu rzeczy. -Również przepych i świetność
możnych, z ich uroczystościami, i całą pompą, jest przecież w gruncie rzeczy niczym innym jak tylko
daremnym usiłowaniem wyjścia poza tę zasadniczą marność naszego istnienia. Czymże są bowiem,
przy bliższym rozpatrzeniu, drogie kamienie, perły, ozdobne pióra, czerwony aksamit w blasku
licznych świec, skoczkowie i tancerze, korowody maskowe, wytworne stroje etc?
Fakt, że najdoskonalsze zjawisko woli życia, prezentujące się w tak niezwykle skomplikowanej i
kunsztownej maszynerii ludzkiego organizmu, musi się rozpaść w proch, i tak to jego cała istota i
dążenie są w końcu najwyraźniej oddane na pastwę zniszczenia - oto naiwna wypowiedź zawsze
prawdziwej i szczerej natury, że cale dążenie tej woli jest przeżarte w swej istocie nicością. Gdyby
było ono (dążenie) czymś samym w sobie wartościowym, czymś, co byłoby bezwarunkowe, (o nic
miałoby za cel niebytu. - Poczucie tego tkwi też u podstaw pięknej pieśni Goethego:
„Na wieżycy starej stoi Duch szlachetny bohatera".
- Konieczność śmierci da się najprzód wywieść stąd, że człowiek jest zwykłym zjawiskiem, nic zaś
rzeczą w sobie, a więc żadnym ontos on. Gdyby bowiem był rzeczą . w sobie, to nic mógłby
przeminąć. Fakt jednak, iż tylko tego rodzaju zjawiskach może się przedstawiać leząca u ich podstaw
rzecz w sobie, jest następstwem jej specyficznej istoty.
Jakiż to rozziew zachodzi między naszym początkiem a naszym końcem! Ten pierwszy w olśnieniu
żądzy i lubieżnym zachwycie; ten drugi w rozkładzie wszystkich organów oraz trupiej zgniliźnie.
Także i droga między nimi oboma - pod względem rozkoszy życia i dobrostanu - wiedzie stale w dół:
słodko śniące dzieciństwo, wesoła młodość, żmudny wiek męski, niedołężna, często żałosna starość,
udręka ostatniej choroby i wreszcie agonia - czyż nie wygląda to wręcz lak, jak gdyby istnienie było
błędem, którego skutki stopniowo i z coraz większą siłą dochodzą do głosu?
Najsłuszniej można ująć życie jak desengano, rozczarowanie; do tego najwyraźniej wszystko
zmierza.
Życie nasze jest pokroju mikroskopijnego: stanowi niepodzielny punkt, który dostrzegamy poprzez
dwie silne soczewki przestrzeni i czasu jako rozciągnięty i stąd nader pokaźny.

12

Czas jest urządzeniem w naszym mózgu, iżby przepojonemu nicoscii i istnieniu rzeczy i nas
samych dać za pośrednictwem trwania pozór realności.
Jakże nierozsądne jest narzekanie i ubolewanie, że przepuściło się w minionym okresie sposobność
do takiego czy innego szczęścia lub rozkoszy! Cóż bowiem miałoby się z tego obecnie? Wyschłą
mumię jakiegoś wspomnienia. Ale tak jest i ze wszystkim, co rzeczywiście stało się naszym udziałem.
Przeto zaś sama forma czasu stanowi właśnie środek obliczony jakby na to, by okazać nam nicość
wszystkich ziemskich rozkoszy. Istnienie nasze i wszystkich zwierząt nie ma charakteru stałego ani przynajmniej w aspekcie czasu - trwałego;
jest bowiem zwykłą eisffntia flnxa, która utrzymuje się tylko dzięki stałej przemianie, i daje się
porównać do tryskającego źródła. Wprawdzie forma ciała ma przez pewien czas przybliżoną trwałość,
ale tylko pod warunkiem, że materia ulega ustawicznej zmianie: stara jest odprowadzana, nowa zaś
doprowadzana. Odpowiednio do tego głównym zajęciem wszystkich owych istot jest wieczne staranie
się o zdalną do tego napływu materię. Zarazem są one świadome, że ich tego rodzaju istnienie daje się
utrzymać - jak już wspomniano - tylko przez pewien czas. Stąd też pragną - przy swym odejściu ze
świata -przenieść je na jakieś inne, które zajmuje ich miejsce: pragnienie to występuje w
samoświadomości w formie popędu płciowego, i jawi się w świadomości innych rzeczy, a więc w
obiektywnym oglądzie, w postaci genitaliów. Popęd len można porównać ze sznurem nanizanych na
nić pereł, gdzie owe szybko następujące po sobie indywidua odpowiadałyby kolejnym perłom. Jeśli w wyobraźni - przyspieszymy to następowanie po sobie, i ujrzymy w całym szeregu, podobnie jak w
jednostkach, trwałość samej tylko formy, przy wciąż zmiennym tworzywie, to przekonamy się, że
mamy jedynie quasi — istnienie. Pogląd ten tkwi także u podstaw platońskiej nauki o jedynie
istniejących ideach i podobnej cieniom jakości odpowiadających im rzeczy.
Fakt, iż jesteśmy zwykłymi zjawiskami w przeciwieństwie do rzeczy w sobie, jest udowodniony,
unaoczniony i egzemplifikowany przez, to, że conditio sine qua non naszego istnienia stanowi stały
odpływ i dopływ materii jako pokarmu, którego potrzeba wciąż powraca; jesteśmy w tym bowiem
podobni do wywołanych przez dym, płomień, strumień wody zjawisk, które bledną lub ustaję, skoro
tylko brak dopływu substancji. - Można też rzec: wola życia przedstawia się w samych zjawiskach,
które totalnie obracają się w nicość. Owa nicość wraz ze zjawiskami pozostaje wszakże w obrębie
woli życia, spoczywa na jej gruncie. To oczywiście rzecz niejasna.
Jeśli spróbujemy ogarnąć jednym spojrzeniem całość świata ludzkiego, ujrzymy wszędzie
nieustanną walkę, przemożne zmaganie się - ?, wytężeniem wszystkich sit cielesnych i duchowych - o
życie i istnienie, w obliczu zagrażających i wciąż, godzących w nas niebezpieczeństw i nieszczęść
wszelkiego rodzaju. I jeśli rozważymy cenę, której to wszystko dotyczy, samo istnienie i życie, to
znajdziemy kilka sporadycznych miejsc bezbolesnej egzystencji, na które przypuszcza zaraz szturm
nuda, i którym szybko kładzie kres nowa niedola.
Fakt, że za niedolą bezpośrednio kryje się nuda, która włada nawet mądrzejszymi zwierzętami, jest
następstwem tego, iż życie nic ma żadnej prawdziwej wartości, lecz jest utrzymywane w ruchu jedynie
przez potrzeby i złudzenia; skoro tylko ruch ów ustaje, wychodzi na jaw cała marność i pustka
istnienia.
Jeśli od rozważania biegu świata w ogóle, a zwłaszcza uderzająco szybkiej sukcesji ludzkich
pokoleń i ich efemerycznego pozornego istnienia zwrócić się ku szczegółom ludzkiego życia, jak
choćby przedstawia je komedia, to sprawiane przez nie wrażenie można porównać z widokiem,
którego - za pośrednictwem mikroskopu słonecznego - użycza rojąca się od wymoczków kropla, lub
skądinąd niewidoczna kupka molików, których usilna działalność i walka przywodzi nas do śmiechu.
Jak bowiem tu w wąziutkiej przestrzeni, tak też tam w najkrótszej chwilce czasu intensywna i
poważna aktywność sprawia komiczne wrażenie.

13

Żaden jeszcze człowiek nie czuł się w teraźniejszości całkiem szczęśliwy; musiałby chyba być
pijany.

SUPLEMENT DO NAUKI O CIERPIENIU ŚWIATA
Gdyby najpierwszym i bezpośrednim celem naszego życia nie było cierpienie, to nasze istnienie
byłoby czymś najbardziej bezcelowym w świecie. Absurdem jest bowiem mniemanie, jakoby nie
kończący się, wypływający z właściwej życiu niedoli ból, który wypełnia sobą wszędzie świat, był
bezcelowy i czysto przypadkowy. Każde poszczególne nieszczęście jawi się wprawdzie, jako wyjątek;
ale nieszczęście w ogóle jest regułą. Podobnie jak strumień nie tworzy wirów, dopóki nie natrafi na
przeszkody, tak też ludzka jak i zwierzęca natura sprawia, że wszystko, cokolwiek idzie zgodnie z naszą wolą, nie darmo jest przez nas zauważane i uprzytamniane. Jeśli mamy je zauważyć, to nie może
ono iść bezzwłocznie po naszej woli, lecz musi napotkać jakąś przeszkodę. ~ Wszystko natomiast, co
przeciwstawia się naszej woli, pokrzyżowuje ją, opiera się jej, a wiec wszystko, co nieprzyjemne i
bolesne, odczuwamy bezpośrednio, natychmiast i bardzo wyraźnie. Podobnie jak nie odczuwamy
zdrowia swego całego ciała, lecz tylko podrażnienie w miejscu, gdzie ciśnie nas but, lak leż nie
myślimy o całokształcie spraw, które idą nam świetnie, lecz o jakiejś nieważnej irytującej nas
błahostce. - Na tym właśnie polega owa - nieraz przeze mnie uwydatniana - negatywność dobrostanu i
szczęścia, w przeciwieństwie do pozytywności cierpienia.
Nie znam przeto większego absurdu niż ten wpisany w większość systemów metafizycznych, które
zło uznają za coś negatywnego; podczas gdy ono jest właśnie czymś pozytywnym, rzeczą dającą się
bezpośrednio odczuć. Szczególnie uparty jest tu Leibniz, który (Teodycea ) stara się poprzeć całą
sprawę oczywistym i żałosnym sofizmatem. Dobro natomiast, tj. wszelkie szczęście i zadowolenie,
jest rzeczą negatywną, mianowicie zwykłym zniesieniem uprzedniego pragnienia i ustaniem jakiejś
udręki.
Zgadza się z tym i fakt, iż spotykające nas radości uznajemy z reguły za coś znacznie poniżej
naszych oczekiwań, cierpienia zaś odwrotnie: za coś znacznie je przewyższające.
Kto chce pokrótce zweryfikować twierdzenie, że rozkosz przeważa w świecie nad bólem, lub
przynajmniej, że się one równoważą, niech porówna doznanie zwierzęcia, które pożera inne zwierzę, z
doznaniem tego innego.
Najskuteczniejszą pociechą w każdym nieszczęściu jest przyjrzenie się innym ludziom, jeszcze
nieszczęśliwszym niż my; to zaś potrafi każdy. Co z lego jednak wynika dla całości?
Jesteśmy podobni do jagniąt, igrających na łące, podczas gdy rzeźnik wybiera już wzrokiem to czy
tamto z nich; nie wiemy bowiem - w swych dobrych dniach - jakie nieszczęście już nam los gotuje:
chorobę, prześladowanie, zubożenie, okaleczenie, oślepnięcie, obłąkanie, śmierć etc. Historia ukazuje
nam życie narodów; i nie ma do opowiedzenia nic poza wojnami i buntami. Lata pokoju jawią się
tylko jako krótkie pauzy, antrakty, sporadyczne epizody. I tak właśnie życic jednostki jest ustawiczną
walką - nic samą metaforyczną walką z nędzą lub nudą, lecz też w rzeczywistości z innymi. Człowiek
znajduje wszędzie przeciwnika, żyje w ciągłym zmaganiu się, i umiera z bronią w ręku.
Do męki naszego istnienia przyczynia się niemało i to, że czas nas stale nagli, nie pozwala nam
odsapnąć, i kryje się za każdym, niczym nadzorca z biczem. - Jedynie temu nie dokucza, kogo oddał
na łup nudy.

14

Jednakże, podobnie jak nasze ciało musiałoby popękać, gdyby odjęto mu nacisk atmosfery, tak
też - gdyby zdjęto z ludzkiego życia ucisk nędzy, trudów, przeciwności i daremności dążeń wzmogłaby się nasza buta, jeśli nawet nie do punktu wybuchu, to wszakże do przejawów
niepohamowanej głupoty, ba, nawet szaleństwa.- Każdy potrzebuje nawet zawsze pewnego kwantum
troski, bólu czy niedoli - tak jak statek potrzebuje balastu - aby podążać prostą drogą i niezachwianym
krokiem.
Praca, troska, trud i niedola są istotnie losem wszystkich niemal ludzi przez ich całe życic. Gdyby
jednak wszelkie pragnienia - zaledwie zaistniały - natychmiast się ziszczyły, czym byłoby wypełnione
ludzkie życie, czym by się karmił czas? Przenieśmy ród ludzki do szlarafii, gdzie wszystko by
samorzutnie rosło i wkoło latałyby pieczone gołąbki, a każdy wnet znalazłby sobie ukochanego czy
ukochaną, i bez trudu się utrzymywał przy życiu.
- Wtedy ludzie zmarliby po części z nudów lub się powiesili, częściowo zaś zaczęliby się
zwalczać, dusić i mordować, i w ten sposób wyrządziliby sobie więcej cierpienia niż nakłada na
nich teraz natura.
- Tak więc do takiego rodzaju ludzkiego nie przystaje żadna inna scena, żadne inne istnienie.
Na skutek przypomnianej powyżej negatywności dobrostanu i przyjemności w przeciwieństwie do
pozytywności bólu i cierpienia - szczęście danego żywota oceniać należy nie według jego radości i
rozkoszy, lecz, podług nieobecności cierpienia jako rzeczy pozytywnej. Wówczas to los zwierząt
wydaje się bardziej znośny niż los ludzi. Chcemy teraz oba te elementy nieco bliżej rozpatrzyć.
O ile nader różnorodne są formy, w jakich jawi się szczęście i nieszczęście człowieka, pobudzając
go do ścigania lub ucieczki, o tyle materialną podstawą tego wszystkiego jest rozkosz cielesna lub ból.
Podstawa ta jest bardzo wąska: jest to zdrowie, pożywienie, osłona przed zimnem i wilgocią oraz
zaspokojenie płciowe; bądź leż brak tych właśnie rzeczy. Tak więc człowiekowi przypada w udziale
nie większa realna rozkosz fizyczna niż zwierzęciu; co widać choćby w tym, iż jego wyżej rozwinięty
system nerwowy, wzmagając doznanie każdej rozkoszy, potęguje również wrażenie każdego bólu.
Jednakże, o ile silniejsze są afekty w nim wzbudzane niż afekty zwierzęcia! Jak nieporównanie głębiej
i gwałtowniej rozpalają się jego uczucia! - i to, aby ostatecznie uzyskać przecież ten sam rezultat:
zdrowie, pokarm, okrycie etc.
Wynika to przede wszystkim z tego, iż wszystko doznaje w nim potężnego wzmożenia dzięki
myśleniu o rzeczach nieobecnych i przyszłych, przez co troska, lęk i nadzieja zaczynają wpierw już
istnieć, potem zaś o wiele bardziej mu dokuczają nie może to sprawić obecna realność rozkoszy czy
cierpienia, do której ogranicza się zwierze. Temu ostatniemu brakuje mianowicie, wraz z refleksją,
kondensatora radości i cierpień, które przeto nie mogą się gromadzić, jak dzieje się to - z pomocą
wspomnień i przewidywań - u człowieka; u zwierzęcia bowiem pozostaje cierpienie teraźniejsze;
choćby powtarzało się ono niezliczona ilość razy, to przecież zawsze jawi się jak za pierwszym
razem, jako cierpienie teraźniejsze, i nie daje się zsumować. Stad godna pozazdroszczenia beztroska i
pogoda ducha zwierząt. Natomiast za pomoce refleksji i tego, co z nią związane, rozwija się w
człowieku z tych właśnie elementów rozkoszy i cierpienia, które dzieli on ze zwierzęciem,
wzmożone doznanie swego szczęścia i nieszczęścia, mogące prowadzić do chwilowego, niekiedy
nawet zabójczego zachwycenia lub też desperackiego samobójstwa, Przy bliższej analizie wygląda to
następująco. Człowiek stopniuje rozmyślnie swe potrzeby - można je pierwotnie zaspokoić z niewiele
większym trudem niż potrzeby zwierzęcia - aby wzmóc rozkosz: stąd luksus, smakołyki, tytoń,
opium, napoje wyskokowe, przepych i wszystko, co doń należy. Dochodzi do tego jeszcze - również
w następstwie refleksji - w nim tylko bijące źródło rozkoszy, a przeto i cierpienia, które ponad
wszelka miarę sprawia mu wiele, omalże więcej niż wszystkie pozostałe, kłopotu, mianowicie
ambicja oraz poczucie honoru i hańby; mówiąc prozaicznie, jego mniemanie o tym, co myślą o nim

15

inni. Staje się ono - w tysięcznych i osobliwych często postaciach - celem prawie wszystkich
wykraczających poza fizyczną rozkosz czy ból dążeń człowieka. Dystansuje go wprawdzie od
zwierzęcia jeszcze właściwa rozkosz intelektualna, dopuszczająca wiele gradacji: od najprostszej gry
myślowej, jak choćby konwersacji, do najwyższych duchowych dokonań; ale jako przeciwwaga po
stronic cierpienia pojawia się u niego nuda, której zwierzę - przynajmniej w stanie naturalnym - nic
zna, choć jej lekkie przystępy odczuwają już najmądrzejsze zwierzęta oswojone. U człowieka zaś
staje się ona prawdziwą plagą, jak to szczególnie widać na przykładzie tej chmary nieszczęśników,
którzy stale o to tylko dbają, by napełnić swą sakiewkę, nie zaś swą głowę, i dla których dobrobyt
okazuje się właśnie karą, oddając ich w ręce dręczącej nudy; ażeby jej uniknąć, już to gonią za
czymś, łażą tu i tam, już to podróżują, i wszędzie - ledwo przybywszy - wywiadują się lękliwie o
miejscowe resursy, lak jak biedak o lokalne zasiłki; gdyż - co oczywiste - nędza i nuda stanowią dwa
bieguny ludzkiego życia2. Trzeba jeszcze wreszcie wspomnieć, iż u człowieka wraz z zaspokojeniem
płciowym wiąże się jemu tylko właściwy, nader własnowolny wybór, który niekiedy wzmaga się do
granie mniej lub bardziej namiętnej miłości; tej ostatniej poświęciłem obszerny rozdział w drugim
tomie mego głównego dzieła. Staje się on przez to u człowieka źródłem długotrwałych cierpień i
krótkich radości.
Podziwiać należy tymczasem, jak dzięki domieszce myślenia, którego brakuje zwierzęciu, wznosi
się na tej samej wąskiej podstawie cierpień i radości, które są leż udziałem zwierzęcia, tak wyniosły i
przestronny gmach ludzkiego szczęścia i nieszczęścia, w orbicie którego umysł nasz, wydany jest na
łup tak silnych afektów, namiętności i wstrząsów, że niczym piętno rysują się one trwale na naszej
twarzy; w końcu zaś i faktycznie chodzi przecież o te same rzeczy, które zdobywa także zwierzę, i to
z nieporównanie mniejszym nakładem emocji i utrapień. Wskutek tego wszystkiego jednak miara
cierpienia urasta u człowieka znacznie ponad miarę rozkoszy, i ulega jeszcze szczególnemu
wyolbrzymieniu przez to, iż rzeczywiście wie on o śmierci, podczas gdy zwierzę tylko od niej
instynktownie ucieka, właściwie jej nic znając i stąd nigdy naprawdę nic biorąc jej pod uwagę - w
przeciwieństwie do człowieka, który tę perspektywę ma stale przed oczyma. Choć więc nieliczne
tylko zwierzęta umierają śmiercią naturalną, większość zaś zyskuje tyle tylko czasu, by móc
rozmnożyć swój ród, i następnie - jeśli już nie wcześniej - stać się łupem innego, sam zaś tylko
człowiek doprowadził do tego, że w jego rodzie tzw. śmierć naturalna stała się regułą, która
dopuszcza tymczasem liczne wyjątki, to - z powyższego względu, zwierzęta mają jednak przewagę.
Nadto człowiek osiąga swój naprawdę naturalny cel życiowy równie rzadko, jak i one. Jego bowiem
sprzeczny z naturą tryb życia, wraz z wytężeniami i namiętnościami, i wynikła z lego wszystkiego
degeneracja rasy, rzadko pozwalają mu doń dotrzeć.
Zwierzęta są o wicie bardziej niż my usatysfakcjonowane samym istnieniem; roślina stapia się z
nim w zupełności, człowiek zależnie od stopnia swej tępoty. Odpowiednio do lego, życic zwierzęcia
zawiera mniej cierpienia, ale i mniej radości, niż życie ludzkie; polega to głównie na tym, iż
pozostaje ono z jednej strony wolne od troski i obawy wraz z właściwą im udręką, z drugiej zaś jest
wyzbyte właściwej nadziei, i stąd nie uczestniczy w owej myślowej antycypacji radosnej przyszłości,
wraz z towarzyszącą jej, przydaną przez wyobraźnię upajającą fantasmagorią, tym źródłem naszych
najczęstszych i najżywszych radości i rozkoszy - jest więc w tym sensie beznadziejne. Jest tak w obu
przypadkach, gdyż świadomość zwierzęcia ogranicza się do naoczności, i przez to do teraźniejszości.
Zwierzę jest ucieleśnioną teraźniejszością; stąd też tylko w odniesieniu do obiektów, danych mu już
naocznie w teraźniejszości, zna przyległą do nich przelotnie obawę i nadzieję. Ludzka natomiast
obawa i nadzieja ma horyzont, który opasuje całe życic, ba, wykracza poza nie. - Ale właśnie w
następstwie lego, zwierzęta - w porównaniu z nami - wydają się pod jednym względem istotnie
mądre, mianowicie w swym spokojnym, niezakłóconym rozkoszowaniu się teraźniejszością; widoma
pogoda ducha, która staje się przez to ich udziałem, jest często znakiem zawstydzenia dla naszego zakłóconego często troskami i myślami - niezadowolonego stanu umysłu. A nawet wzmiankowane
również radości nadziei i antycypacji nic przypadają nam gratis. To mianowicie, co z góry nas cieszy

16

wskutek nadziei i oczekiwania jakiegoś zadowolenia, odlicza się potem jako antycypacyjny zadatek
od rzeczywistej uciechy, sama zaś rzecz tym mniej nas satysfakcjonuje. Zwierzę natomiast pozostaje
wolne tak od antycypowanej rozkoszy, jak i od późniejszego poczucia niespełnienia; cieszy się zatem
tym, co teraźniejsze i realne, w stopniu całkowitym i nieuszczuplonym. Podobnie też dolegliwości
kładą się nań po prostu swym rzeczywistym ciężarem własnym, podczas gdy obawy i
przewidywania, hę prosdokia ton kakon, mnożą w naszych oczach dziesięciokroć owo /to.
Właśnie to znamienne dla zwierząt, całkowite stopienie się z teraźniejszością przyczynia się
wielce do radości, którą mamy z posiadania zwierząt domowych: są one uosobioną teraźniejszością i
dają nam poniekąd odczuć wartość każdej nie obciążonej i niezamąconej troskami godziny, podczas
gdy my przeważnie wychodzimy myślowo poza te chwile i ignorujemy je. Ale la przytoczona cecha
zwierząt - to, że bardziej niż my cieszą się samym istnieniem - jest nadużywana przez egoistycznego
i nieczułego człowieka, i wykorzystywana często do tego stopnia, że nic użycza on im absolutnie
niczego poza samym gołym istnieniem; ptaka, którego przeznaczeniem jest przewędrować pół
świata, zamyka on w klatce o pojemności stopy sześciennej, gdzie ten powoli i z utęsknieniem
zmierza ku śmierci: gdyż fiiccello netta gahhia canta non di piacere, ma di rabbia, zaś swego
najwierniejszego przyjaciela, tak inteligentnego psa, trzyma na łańcuchu! Nigdy nie patrzę na to bez
wewnętrznego współczucia i głębokiego oburzenia na jego pana, i z zadowoleniem myślę o
relacjonowanym przed paru laty w Timesie wypadku, jak to pewien lord, który trzymał wielkiego psa
łańcuchowego, zbliżył się podczas przechadzki po podwórzu, by go popieścić, na co ten natychmiast
rozerwał mu całe ramię, od góry do dołu - i słusznie! Chciał przez to powiedzieć: „Nie jesteś moim
panem, lecz mym diabłem, który przemienił mc krótkie istnienie w piekło". Oby się tak przytrafiło
każdemu, kto trzyma psy na łańcuchu.
Jeśli z powyższego stało się nam jasne, że to właśnie wzmożona władza poznawcza jest źródłem
większych cierpień w życiu człowieka niż w życiu zwierzęcia, to możemy ów fakt sprowadzić do
ogólniejszego prawa, zyskując przez to o wiele szerszą perspektywę.
Poznanie jest samo w sobie zawsze bezbolesne. Ból dotyczy jedynie woli i polega na
zahamowaniu, udaremnianiu, pokrzyżowaniu jej; niezbędne jest przy tym jednak, by hamowaniu
temu towarzyszyło poznanie. Jak bowiem światło oświetla pokój tylko wtedy, gdy są w nim
przedmioty, mogące je odbijać; jak ton potrzebuje rezonansu, a dźwięk jest w ogóle szeroko
słyszalny dlatego tylko, że fale wibrującego powietrza odbijają się od twardych ciał - stąd na
izolowanych wierzchołkach górskich wypada uderzająco słabo, ba, już sam śpiew w plenerze jest
mniej efektowny - tak też hamowanie woli, aby zostać odczute jako ból, musi występować w
towarzystwie poznania, które wszakże, samo w sobie, obce jest wszelkiemu bólowi.
Stąd już ból fizyczny jest uwarunkowany przez nerwy i ich połączenie z mózgiem; dlatego też nic
odczuwamy zranienia kończyny, jeśli przetnie się jej prowadzące do mózgu nerwy lub - przy użyciu
chloroformu - znieczuli się sam mózg, Właśnie dlatego uznajemy - wraz z wygaszeniem
świadomości w chwili umierania - wszystkie następujące jeszcze drgawki za bezbolesne. Fakt, że
duchowy ból jest uwarunkowany przez poznanie, rozumie się sam przez się; łatwo też. dostrzec, iż
wzrasta on wraz ze stopniem poznania, jak to wykazałem powyżej, a także w mym głównym dziele
(l. I. [56]). - Możemy więc tę całą relację wyrazić obrazowo w sposób następujący: wola jest struną,
jej pokrzyżowanie czy zahamowanie wibracją struny, poznanie jest deką rezonansową, ból zaś tonem.
Wskutek tego nie tylko sfera nieorganiczna, lecz i roślina nie jest zdolna do odczuwania bólu,
choćby w obu przypadkach wola doznawała licznych przeszkód. Natomiast każde zwierze, nawet
wymoczek, cierpi ból, ponieważ poznanie - choćby jeszcze tak niedoskonałe - jest właściwym
charakterem zwierzęcości. W miarę jego potęgowania się - na skali animalizmu - wzrasta odpowiednio i ból. Jest on przeto w przypadku najniższych zwierząt jeszcze nader nieznaczny; stad dochodzi

17

do tego, że owady ciągnę za sobą oderwany, wiszący tylko na jednym jelicie odwłok, a przy tym
jeszcze coś pożerają- Ale nawet u najwyżej rozwiniętych zwierząt ból - z powodu pojęć i myślenia nic dorównuje cierpieniu człowieka. Zdolność do odczuwania cierpienia mogła osiągnąć swój punkt
szczytowy dopiero wtedy, gdy na mocy rozumu i jego rozwagi pojawia się także możliwość
zaprzeczenia woli. Bez niej (możliwości) bowiem zdolność owa byłaby bezcelowym okrucieństwem.
We wczesnej młodości stoimy przed całym naszym dalszym biegiem życia niczym dzieci przed
kurtyną teatralną, w radosnym i niecierpliwym oczekiwaniu rzeczy, które mają nadejść. To wielkie
szczęście, że nic wiemy, co rzeczywiście nadejdzie. Kto bowiem by wiedział, temu dzieci jawiłyby
się czasami jako niewinni winowajcy, którzy zostali wprawdzie skazani nie na śmierć, lecz na życie,
jednakże nie usłyszeli jeszcze sentencji swego wyroku, Niemniej każdy życzy sobie dożyć sędziwego
wieku, a więc stanu, w którym mówimy: „Dziś jest źle i z dnia na dzień będzie coraz gorzej - aż
przyjdzie to, co najgorsze".
Jeśli wyobrazić sobie - o ile to w przybliżeniu możliwe - całą sumę nędzy, cierpienia i bólu
wszelkiego rodzaju, którą stonce oświetla w swym biegu, to trzeba przyznać, iż byłoby znacznie
lepiej, gdyby wywołało ono tu na ziemi zjawisko życia w nic większej mierze niż na księżycu, i
gdyby - tak jak na księżycu - także i na ziemi powierzchnia znajdowała się jeszcze w stanie
krystalicznym.
Można także ująć nasze życic jako niepotrzebnie zakłócający epizod w błogim spokoju nicości.
W każdym razie nawet ten, komu w nim wiodło się wcale znośnie, uprzytamia sobie - tym wyraźniej,
im dłużej żyje - że wzięte w całości jest ono a disappointment, nay, a cheai, lub, mówiąc po naszemu,
ma charakter wielkiej mistyfikacji, by nie rzec szalbierstwa. Gdy dwaj przyjaciele z młodości, po
obejmującej cały wiek dojrzały rozłące spotykają się znów jako starcy, to dominującym uczuciem,
jakie wzbudza w nich własny widok - z nim bowiem wiążą się wspomnienia lat młodzieńczych - jest
uczucie całkowitego disappoini ment z powodu całego życia, które niegdyś w różowym świetle
porannej młodości tak pięknie się przed nimi rozpościerało, lak wiele obiecywało i tak mało
dotrzymało. Uczucie to tak jednoznacznie określa ich spotkanie, że nawet nie uważają za konieczne
ubierać je w słowa, lecz wzajem milcząco je zakładając, rozmawiają dalej na lej właśnie podstawie.
Ten, kto przeżyje dwa czy nawet trzy pokolenia rodzaju ludzkiego, czuje się niczym widz na
spektaklach wszelkiego rodzaju kuglarzy w budach podczas jarmarku, gdy siedzi tak sobie i ogląda
dwakroć czy trzykroć powtórki takiego spektaklu; sprany były mianowicie obliczone tylko na jeden
spektakl, i stąd przestają być efektowne, skoro ulatnia się nowość i złudzenie.
Można oszaleć, gdy się rozważa bezmiar dekoracji, te niezliczone płomienne gwiazdy stałe w
nieskończonej przestrzeni, mające po prostu oświetlać światy, które są widownią nędzy i niedoli, w
najlepszym zaś razie raczą nas jedynie nudą - sądząc przynajmniej po znanej nam próbce.
Nikt nic jest prawdziwie godny zazdrości, wielkie zaś ubolewanie należy się niezliczonym
osobom. - Życie jest pensum, które trzeba odrobić; w tym sensie termin defunctus jest pięknym
wyrażeniem.
Wyobraźmy raz sobie, że akt płciowy nie byłby przemożną potrzebą ani też nic szedł w parze z
żądzą, lecz byłby rzeczą czysto rozumnej rozwagi; czyż ród ludzki mógłby wtedy jeszcze istnieć'.'
Czy raczej nie litowalibyśmy się lak bardzo nad przyszłym pokoleniem, iż wolelibyśmy oszczędzić
mu ciężaru istnienia, lub przynajmniej nie chcielibyśmy własnowolnie obarczać go tym ciężarem z
zimną krwią?
Świat jest właśnie piskiem, ludzie zaś w nim są z jednej strony udręczonymi duszami, z drugiej diabłami.
Tu będę musiał znowu wysłuchać, iż moja filozofia jest wyzbyta pociechy - i to właśnie dialogu, że
mówię podług prawdy, ludzie zaś wolą słyszeć, iż Pan Bóg wszystko stworzył dobrym. Idźcie do
kościoła i zostawcie filozofów w spokoju. Nie żądajcie przynajmniej, by dostosowywali swe nauki

18

do waszej myślowej tresury: to czynią nicponie, półmędrkowie, u których możecie zamawiać sobie
doktryny według upodobania.
Brahma wydaje świat przez swego rodzaju grzech pierworodny, czy też zbłądzenie, w zamian
jednak sam pozostaje w nim, by to odpokutować, póki się stąd nie wyzwoli. - Bardzo trafnie! - W
buddyzmie świat powstaje w następstwie pewnego - nastałego po długim spoczynku niewyjaśnionego zmącenia w niebiańskiej czystości błogiego, osiąganego przez pokutę, stanu
nirwany, a więc przez swego rodzaju fatalność, którą jednak w gruncie rzeczy trzeba rozumieć
moralnie; jakkolwiek sprawa ta znajduje swój dokładny odpowiednik i obraz nawet w sferze
fizycznej, poprzez niewyjaśnione powstanie owej pierwotnej mgławicy, z której rodzi się jakieś
słonce. Potem jednak świat staje się - w efekcie błędów moralnych -stopniowo coraz gorszy i pod
względem fizycznym, aż przybiera w końcu obecną żałosną postać. - Wybornie! - Dla Greków świat
i bogowie, byli dziełem niezgłębionej konieczności; znośne to, o ile nas chwilowo zadowala. - Ormuzd żyje w walce z Arymanem - można posłyszeć. Ale taki Bóg Jahwe, który animi causa i de
gaile de coeur stwarza ów świat nędzy i niedoli, następnie zaś jeszcze sam sobie daje poklask
słowami panią kala lian - tego już nie można znieść. Jeśli więc widzimy, że judaizm zajmuje pod
tym względem najniższą pozycję wśród wierzeń ludów cywilizowanych, zgadza się to całkiem z
faktem, że jest on także jedyną religią, która zupełnie nic ma doktryny nieśmiertelności, ani nawet
jakiegokolwiek jej śladu (zob. pierwszy tom niniejszego dzieła, s. 119 n.).
Choćby nawet dowód Leibniza, że spośród możliwych światów len właśnie jest jeszcze najlepszy,
był słuszny, to nic dawałby on jeszcze podstawy do teodycei. Stwórca bowiem stworzył przecież nie
tylko świat, lecz i samą możliwość; powinien by ją przeto nakierować na to, iżby dopuszczała lepszy
świat.
W ogóle zaś przeciw takiemu widzeniu świata, jako udanego dzieła wszechmądrej, wszechdobrej i
wszechpotężnej przy tym Istoty, podnosi dobitnie głos z jednej strony niedola, która go przepełnia, z
drugiej zaś uderzająca niedoskonałość i przeradzające się w farsę wypaczenie najkompletniejszych z
jego zjawisk - istności ludzkich. Tkwi w tym nic dający się rozwikłać dysonans. Natomiast te właśnie
przykłady będą zgodne z naszą opinią i posłużą za jej dowody, gdy ujmiemy świat jako dzieło naszej
własnej winy, a więc jako coś, co nie powinno by raczej istnieć. Podczas gdy - przy owym
pierwszym założeniu - stają się one gorzkim oskarżeniem przeciw Stwórcy, dając temat do
sarkazmów, jawią się przy drugim jako oskarżenie naszej własnej istoty i woli, zdolne nas upokorzyć.
Przywodzą nas bowiem do poglądu, że my - niczym dzieci rozpustnych ojców - przyszliśmy "na
świat już zawinieni; t dlatego tylko, że musimy nieprzerwanie ów dług (winę) odsługiwać, istnienie
nasze tak nędznie wypada i ma za swój finał śmierć. Nic pewniejszego nad fakt, że mówiąc ogólnie
to właśnie ciężki grzech świata pociąga za sobą mnogie i wielkie Jego cierpienie', i ma się tu na
myśli nic fizyczny związek empiryczny, lecz związek metafizyczny. Zgodnie z tym poglądem, to wyłącznie historia grzechu pierworodnego pojednuje mię ze Starym Testamentem; jest ona nawet w
moich oczach jedyną metafizyczną, choć przybraną w szaty alegorii, prawdą starotestamentową.
Istnienie nasze bowiem niczego tak wiernie nie przypomina, jak następstwa jakiegoś błędu i
karygodnego pożądania. Nic mogę tu nie polecić myślącemu czytelnikowi popularnej, lecz niezwykle
uwewnętrznionej rozprawy na ten temat pióra Ciaudiusa, która wyjawia zasadniczo pesymistyczny
duch chrześcijaństwa; figuruje ona, pod tytułem „Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu", w
czwartej części Wandsbecker Bolę.
Aby zawsze mieć pod ręką niezawodny kompas do orientowania się w życiu, i aby je - nigdy nic
tracąc rozeznania - widzieć stale we właściwym świetle, najstosowniej jest przywyczaić się do
uważania lego świata za miejsce pokuty, a więc niejako za zakład karny, a penal colony ergasierion, jak zwali go już najstarsi filozofowie (Klemens Aleksandryjski, Strom., L. III, c. 3, s.
399), a z godną pochwały odwagą wyraził to wśród Ojców chrześcijańskich 0-rygenes (Augustyn, De

19

civitate Dei L. XI, c. 23). To właśnie widzenie świata znajduje też swe teoretyczne i obiektywne
uzasadnienie nie tylko w mej filozofii, lecz i w mądrości wszystkich epok, mianowicie w
braminizmie, buddyzmie, u Empcdoklcsa i Pitagorasa; jak to przytacza także Cycc-ron (Fragnienta
de phUosophia, t. 12, s. 316, red. Bip.), mówiąc iż dawni mędrcy oraz wtajemniczający w misteria
mys-tagogowie uczyli: nos ob aligua scelera suscepfa m vita supe-riore, poenarum iuendamm causa
nalos esse. Najdobitniej wyraża to Vanini, którego łatwiej było spalić niż obalić jego tezy, głoszące:
Tof, tantisque homo repletus miseriis, ut si Christianae religiom non repugnaret, dicere auderem: si
daemones dantur, ipsi, m hominum corpora transmigrantes, sceleris poenas luunl (De admirandis
nalurae arcanis, dial. L, s. 353). Ale nawet w autentycznym i dobrze rozumianym chrześcijaństwie
ujmuje się nasze istnienie jako następstwo pewnej winy, jakiegoś błędu. Jeśli przyjmiemy ów
zwyczaj, będziemy formułowali swe oczekiwania wobec żyda zgodnie z rzeczywistym stanem
rzeczy, i przeto nie będziemy już uważali przeciwności losu, cierpień, udręki i nędzy istnienia - w
szczegółach i w całości - za coś anormalnego i nieoczekiwanego, lecz stwierdzimy, że wszystko to
jest regułą, dobrze zarazem wiedząc, iż tu na ziemi każdy ponosi karę za swe istnienie, i to każdy na
swój sposób. Do utrapień zakładu karnego należy bowiem także towarzystwo, które się tam zastaje.
Jak to z nim lulaj jest, będzie i beze mnie wiedział ktoś, kto skądinąd zasługiwałby na lepsze. Otóż
piękna dusza, jak i geniusz, może niekiedy się w nim czuć, niczym szlachetny więzień stanu na
galerze pośród pospolitych przestępców; stad ci pierwsi, podobnie jak on, będą się starali izolować.
W ogóle jednak wspomniany pogląd da nam możność rozważania tak zwanych niedoskonałości, Ij.
moralnie i intelektualnie -odpowiednio zaś także fizjonomicznie - podłego stanu większości ludzi,
bez zdziwienia, a tym bardziej oburzenia; będziemy bowiem stale mieli na uwadze, gdzie jesteśmy, a
zatem uznamy każdego najsamprzód za istotę, która istnieje tylko wskutek swej grzesznej kondycji i
której życie jest odpokutowaniem winy jej urodzenia. Ta ostatnia stanowi właśnie to, co
chrześcijaństwo zwie grzeszną naturą człowieka: jest ona więc podstawą istot żyjących, które
spotykamy na tym świecie jako sobie podobne. Dochodzi do tego jeszcze fakt, iż przeważnie
znajdują się one wskutek jakości tego świata mniej lub bardziej w stanic cierpienia i niezadowolenia nic najodpowiedniejszym, by uczynić je bardziej współczującymi i życzliwszymi; wreszcie -zaś, iż
ich intelekt jest w większości wypadków taki, że ledwo wystarcza na potrzeby służby woli. Musimy
więc po temu regulować nasze wymagania co do towarzystwa w tym świecie. Kto obstaje przy tym
punkcie widzenia, mógłby ów instynkt towarzyskości nazwać zgubną skłonnością.
W istocie rzeczy przekonanie, że świat, a więc i człowiek, jest czymś, co właściwie nic powinno
być, jest wymarzone do tego, by napełnić nas pobłażliwością względem siebie; czegóż bowiem
można oczekiwać od istot o takim prcdykamcncie? - Ba, z tego punktu widzenia można by wpaść na
pomysł, iż najodpowiedniejszym sposobem zwracania się do siebie - zamiast monsieur, sir, pan etc. byłby zwrottowarzysz niedoli, soci malorum, compagnon dc misćrcs, my feuow-sufferer".
Jakkolwiek dziwnie może to brzmieć, odpowiada przecież faktycznemu stanowi rzeczy, rzuca na
innego najwłaściwsze światło, i przypomina o tym, co najniezbędniejsze: o tolerancji, cierpliwości,
wyrozumiałości i miłości bliźniego, których to cnót każdy potrzebuje i które przeto jest innym
dłużny.
Cechą rzeczy tego świata, zwłaszcza zaś świata ludzkiego, jest nie tyle - jak się często powiada niedoskonałość, co raczej wypaczenie: w sferze moralnej, intelektualnej, fizycznej, we wszystkim.
Przynależne często do wielu występków usprawiedliwienie: „to przecież dla człowieka naturalne",
żadną miarą nic wystarcza; winno się na to odrzec: „właśnie dlatego, że złe, jest to naturalne, i
właśnie dlatego, że naturalne, jest to złe". Aby to właśnie pojąć, trzeba rozpoznać sens nauki o
grzechu pierworodnym.
Przy ocenie jakiegoś ludzkiego indywiduum należałoby się stale trzymać punktu widzenia, że
podstawą jego jest coś, co wcale nie powinno być, coś grzesznego, wypaczonego, to co rozumiano

20

pod nazwa grzechu pierworodnego, przez co człowiek stał się pastwa śmierci; ten właśnie zły stan
podstawowy charakteryzuje się nawet tym, iż nikt nie znosi, gdy się go uważnie obserwuje. Czegóż
można od takiej istoty oczekiwać? Jeśli więc od tego wyjdziemy, będziemy go osadzać pobłażliwiej;
nie będziemy się dziwie, gdy tkwiące w nim diabły kiedyś się ockną i ujawnia, i zdołamy lepiej
ocenić dobro, które przecież - czy to mocą intelektu czy też skądinąd - w nim się uobecnia.
Po drugie zaś trzeba także przemyśleć swa sytuację i gruntownie rozważyć, iż życic jest w istocie
stanem nędznym i często żałosnym, gdzie każdy musi zmagać się i walczyć o swój byt, i stad nie
zawsze może stroić miłe miny. Gdyby, wręcz przeciwnie, człowiek był tym, do czego chcę go
upodobnić wszystkie optymistyczne religie i filozofie: dziełem czy nawet wcieleniem Boga, ogólnie
biorąc istota, która powinna w każdym sensie być, i to być lakę, jaka jest; jakże inaczej musiałby
wtedy oddziaływać pierwszy widok, bliższa znajomość oraz dalsze obcowanie każdego człowieka z
nami - całkiem inaczej niż dzieje się to obecnie".
Pardon is the word to all (ostatnia scena Cymbelina). Powinniśmy być pobłażliwi dla wszelkiej
ludzkiej głupoty. błędów, występków, żywiąc w pamięci, że wszystko co mamy przed sobą, to tylko
nasze własne głupstwa, błędy i występki; są to bowiem błędy rodzaju ludzkiego, do którego także my
należymy, a zatem nosimy w sobie jego wszystkie błędy - również i te, na które się właśnie oburzamy, po prostu dlatego, że akurat w tej chwili w nas nie występują. Nie ukazują się mianowicie na
powierzchni, lecz kryją się w głębi, i przy pierwszej okazji wypływają na wierzch i się ujawniają,
podobnie jak widzimy je teraz u innych; jakkolwiek u jednego ten, u owego inny błąd góruje, i
chociaż nie da się zaprzeczyć, ze pełna miara wszystkich złych własności jest u jednego o wiele
większa niż u drugiego. Różnorodność bowiem indywidualności jest nieprzebrana.
O SAMOBÓJSTWIE
O ile mi wiadomo, to jedynie wyznawcy religii monoteistycznych, a więc żydowskich, uważają
samobójstwo za przestępstwo. Rzuca się to tym bardziej w oczy, że ani w Starym Testamencie, ani
tez w Nowym, nic znajdziemy żadnego zakazu, czy nawet wyraźnej dezaprobaty w tej kwestii.
Dlatego też nauczyciele religii musza obudowywać swe potępienie samobójstwa własnymi
filozoficznymi racjami, które się jednak lak marnie prezentują, ze próbują oni brak siły argumentacji
zastąpić siła demonstrowania swej odrazy, a więc wymyślaniem. Musimy tu bowiem wysłuchać, iż
samobójstwo jest największym tchórzostwem, jest możliwe tylko w wyniku obłędu, i więcej
podobnych temu bredni; pada też całkiem bezsensowny frazes, jakoby samobójstwo było
„niesprawiedliwe", podczas gdy każdy do niczego w świecie nic ma tak bezspornego prawa, jak do
własnej osoby i życia. Zalicza się je nawet - jak już powiedziano - do zbrodni, z czym wiąże się
haniebny pogrzeb i konfiskata spuścizny; dlatego sąd przysięgłych wyrokuje prawie zawsze o fakcie
obłędu. Pozostawmy na razie rozstrzygnięcie w lej kwestii poczuciu moralnemu i porównajmy
wrażenie, jakie wywiera na nas wiadomość, iż jakiś znajomy popełnił przestępstwo, a więc
zabójstwo, okrucieństwo, oszustwo czy kradzież, z informacją o jego dobrowolnej śmierci. Podczas
gdy pierwsza wiadomość budzi najżywsze oburzenie, najwyższą niechęć, wołanie o karę lub zemstę,
to druga wywołuje żałość i współczucie, z domieszką raczej podziwu dla jego odwagi miast moralnej
dezaprobaty, która towarzyszy złemu postępkowi. Kto nie miał znajomego, przyjaciela, krewnego,
który dobrowolnie rozstał się z tym światem? - I o takim mielibyśmy myśleć z od~ rażą, jak o
przestępcy? Nego ac pernego! Jestem raczej zdania, że duchownych należałoby wezwać do zdania
sprawy z tego, co upoważnia ich - przy niemożności podparcia się jakimkolwiek biblijnym
autorytetem, ba, przy braku choćby jakichś uzasadnionych argumentów filozoficznych - do
piętnowania takiego popełnionego przez wielu miłych nam i poważanych ludzi postępku jako
zbrodni, i do odmawiania tym, co dobrowolnie odchodzą ze świata, uczciwego pogrzebu. Trzeba
jednak przy tym ustalić, iż żąda się podania racji, i nie przyjmuje się w zamian pustych frazesów ani
obelżywych słów 2. - Gdy sądownictwo karne potępia smobójstwo, nic jest to przecież kościelnie

21

ważny powód, a nadio rzecz bezwzględnie śmieszna: jakaż bowiem kara może odstraszyć tego, kto
szuka śmierci? - Jeśli karze się próbę samobójstwa, to karze się w istocie niezręczność, przez którą
próba ta się nie powiodła.
Także starożytni byli dalecy od tego, by rozpatrywać całą rzecz w owym świetle. Pliniusz (hist.
nattib. 28, c. l; t. IV, s. 351, red. Bip.) mówi: Viiam quidem non adeo ex-petendam censemus, ul
quoque modo trahenda sit. Quisqu-is es lalis, aeque mońere, etiam cum obscoenus vixeris, aut
nefandus. Quapropter hoc primum quisque in remediis animi sui habeat: ex omnibus bonis, quae
homim tribuit natura nullum mełius esse tempestiva morte: idque m ea optimum, quod Ułam sibi
quisque praestare potevit. Tenże mówi również (Lib. 2, c. 7; t. I. s. 125); ne Deum quidem posse
omnia. Namque nęć sibi potest mortem consciscere, si velit, quod homini dedit optimum in tantis vitae
poenis etc. Wręczano przecież w sposób jawny z polecenia magistratu - w Massalii i na wyspie Keos kielich z cykutą temu, kto mógł podać uzasadnionione racje, dla których chce umrzeć (Val. Max. L.1I,
c. 6 P 7 et 8)3. A iluż to bohaterów i mędrców starożytności zakończyło swe życie dobrowolną
śmiercią! Mówi wprawdzie Arystoteles (Eth. Nicom. V, 75), iż samobójstwo jest niesprawiedliwością
wobec państwa, jakkolwiek nie wobec własnej osoby; jednakże Stobajos przytacza w swej prezentacji
etyki perypa-tctyckiej (Eci. eth. II, c. 7, s. 286) następujące zdanie:
Pheuklon de ton bion gignesfhai iois men agalhois en tais agan atykhiais tois de kakois kai en lais
agan eufykhiais (Viiam autem re!inquendam esse bonis m nimiis quidem miseriis, pravis ero m
nimiiim quoque secundis). l podobnie, s. 312: Dio kai gamesein, kai paidopoiesesthai, kai polifeuseslhai, etc., kai katholou ten arelen askounta kai me-nein en to bioi, kai palm, ei deoi, pole di'
anankas apalla-gesesthai, laphes pronoesanta, etc (Ideoque ugorem ducłurum, et liberos
procreaturum, et ad civilatem accessurum etc., alque omnino virlutem coiendo tum viiam servalurum, tum ilerum, cogenie necessifate, reiicturuin, etc.), Nawet u stoików znajdujemy pochwałę
samobójstwa jako szlachetnego i bohaterskiego postępku, na poparcie czego można przytoczyć setki
fragmentów - najdobitniejszc zaś pióra Seneki. U Hindusów nadto samobójstwo jawi się często jako
czyn religijny, zwłaszcza w formie palenia wdów na stosie, a także jako rzucanie się pod koła wozu
boga Wisznu (Juggernaul), wydawanie się na łup krokodylom w Gangesie tub świętych sadzawkach
świątynnych itp. Podobnie rzec,' się ma w teatrze, tym zwierciadle życia: widzimy np. w znanej
chińskiej sztuce 1'orpbelin de la Chine (przekład Sl. Julien 1834), jak niemal wszystkie szlachetne
charaktery kończą swe życic samobójstwem, przy czym w żaden sposób się nic napomyka, ani leż samemu widzowi nie przychodzi do głowy jakoby popełnili oni przestępstwo. Ba, nie inaczej dzieje się
w istocie na naszej własnej scenie; np. Palmira w Mahomecie, Mortimer w Marii Stuart, Otello,
hrabina Terzky. Czyż monolog Hamleta jest rozważaniem jakiegoś przestępstwa? Mówi się tu po
prostu, że gdyby mieć pewność swego absolutnego unicestwienia poprzez śmierć, to - wobec
nędznego stanu świata - należałoby je bezwarunkowo wybrać. Bul ihere lies ihe mb. - Racje zaś,
wysuwane przez duchownych monoteistycznych, tj. żydowskich religii oraz dostosowujących się d'i
nich filozofów przeciw samobójstwu - to słabe, łatwe do obalenia sofizmaty. (Zob. moją rozprawę O
podstawie moralności, [5]). Najradykalniejsze ich obalenie wyszło spod pióra Hume'a w jego Essay
on Suicidc, który ukazał się dopiero po jego śmierci i od razu był trzymany w ukryciu przez wstrętną
bigoterię i haniebny angielski klerykalizm. Stąd też sprzedano tylko parę egzemplarzy potajemnie i
za słoną cenę i tylko przedrukowi w Bazylei zawdzięczamy zachowanie tej i innej rozprawy owego
wielkiego męża: Essays on Suicide and the ImmoriaUiy of che soul, pióra świętej pamięci Davida
Hume'a, Basil 1799, wyd. Jamesa Deckera, s. 124. Fakt jednak, że czysto filozoficzny - obalający z
chłodną rozwagą obiegowe racje przeciw samobójstwu i pochodzący od jednego z najpierwszych
myślicieli i pisarzy Anglii - traktat musiał się tamże po kryjomu przemykać niczym jakieś
szelmostwo, aż znalazł sobie ochronę za granicą, przynosi wielki wstyd narodowi angielskiemu,
Zarazem dowodzi to, jakież to czyste sumienie ma w tym punkcie Kościół. - Jedynie ważny powód
moralny przemawiający przeciw samobójstwu, przedstawiłem w swym głównym dziele, t. I. [69].
Polega on na tym, iż samobójstwo przeszkadza w osiągnięciu najwyższego celu moralnego,

22

podsuwając zamiast rzeczywistego wyzwolenia z tego bolesnego świata wyzwolenie czysto pozorne.
Jednakże od tego zbłądzenia do przestępstwa - jak chce go napiętnować chrześcijańskie
duchowieństwo - wiedzie nader daleka droga.
Chrześcijaństwo zawiera w swej najskrytszej głębi prawdę, że cierpienie (krzyż) jest właściwym
celem życia; stąd też odrzuca, jako sprzeczne z tym celem, samobójstwo - aprobowane, a nawet
szanowane z niższego punktu widzenia przez starożytnych. Owa racja przemawiająca przeciw
samobójstwu ma wszakże charakter ascetyczny, obowiązuje więc tylko z o wiele wyższego punktu
widzenia niż ten, jaki kiedykolwiek zajmowali europejscy etycy. Jeśli jednak zniżymy się z owego
bardzo wysokiego pułapu, to nic ma już żadnej niezbitej racji, by potępiać samobójstwo. Niezwykle
żywa, a przecież nie mająca oparcie ani w Biblii, ani też w uzasadnionych powodach gorliwość kleru
religii monoteistycznych w piętnowaniu samobójstwa musi więc - jak się zdaje - mieć pewną
skrywaną rację: czyż nie taka, że dobrowolne wyrzeczenie się życia jest złym komplementem pod
adresem Tego, który rzekł panią kala lian7 - Znowu wice to ów obowiązujący optymizm religii
monoteistycznych oskarżałby samobójstwo, aby nie być samemu przez nie oskarżonym.
Ogólnie biorąc stwierdzimy, iż skoro tylko dociera się do punktu, w którym groza życia
przewyższa grozę śmierci, człowiek kładzie kres swemu życiu. Opór tej ostatniej jest jednak
znaczący; niejako czuwa ona niczym strażnik u bramy wyjściowej. Nie ma być może nikogo z
żyjących, kto by nie skończył już z życiem, gdyby ów koniec był czymś czysto negatywnym, nagłym
ustaniem istnienia. - Jednakże zachodzi przy tym cos pozytywnego: zniszczenie ciała. Jest to
odstraszające, i to właśnie dlatego, że ciało jest zjawiskiem woli życia. Tymczasem walka z owym
strażnikiem nie jest z. reguły tak trudna, jak by się to nam wydawało z daleka; a to z powodu
antagonizmu między cierpieniem duchowym i cielesnym. Gdy mianowicie cierpimy bardzo ciężko
na ciele, obojętniejemy na wszystkie inne troski; na sercu leży nam jedynie nasze wyleczenie.
Podobnie też intensywne cierpienia duchowe sprawiają, że stajemy się nieczuli na bóle cielesne;
gardzimy wręcz nimi. Ba, gdy te ostatnie zyskują przypadkiem przewagę, fakt ów jest dla nas
dobroczynnym wytchnieniem, pauzą w cierpieniu duchowym. To właśnie jest czynnikiem ułatwiającym samobójstwo, o tyle że związany z tym aktem ból cielesny traci wszelkie znaczenie w
oczach człowieka udręczonego przemożnym cierpieniem duchowym. Jest to szczególnie widoczne u
tych, którzy przez absolutnie chorobliwy głęboki rozstrój duchowy są doprowadzeni do samobójstwa.
Nie wymaga to wcale od nich samozaparcia; nie muszą się do tego specjalnie sposobić; lecz skoro
tylko przydany im stróż pozostawi ich samych na dwie minuty, kładą szybko kres swemu życiu.
Gdy w ciężkich koszmarnych marzeniach sennych wzmaga się w najwyższym stopniu trwoga, to
sama ona właśnie przywodzi nas do przebudzenia, dzięki któremu znikają wszystkie te nocne
okropności. To samo dzieje się we śnie życia, kiedy to najwyższy stopień zatrwożenia zmusza nas do
przerwania owego snu.
Samobójstwo można też uważać za eksperyment, pytanie, które zadaje się naturze, chcąc wymóc
na nie odpowiedź; mianowicie, jakiej zmiany doznaje przez śmierć ludzkie istnienie i poznanie. Ale
jest to eksperyment niezręczny; znosi bowiem tożsamość świadomości, która miałaby posłyszeć
odpowiedź.

SUPLEMENT DO NAUKI O POTWIERDZENIU I ZAPRZECZENIU WOLI ŻYCIA
Można poniekąd a priori pojąć, vulgo rozumie się to samo przez się, że to, co teraz wytwarza
fenomen świata, musi też być zdolne, by lego nic czynić, tj. pozostawać w spokoju - lub leż, innymi
słowy, że prócz teraźniejszej diastole musi również być syslole. Jeśli więc la pierwsza jest

23

zjawiskiem chcenia życia, ta druga będzie zjawiskiem niechcenia życia. Będzie ona leż w istocie
identyczna z magnum sakhepal doktryny wedyjskiej (Oupnckhat, t. I, s. 163), nirwaną buddystów,
jak i z epekema ncoplatoń-czyków.
W odpowiedzi na pewne niedorzeczne zarzuty zauważam, iż zaprzeczenie woli życia /.adna miara
nie oznacza zniszczenia substancji, lecz sam tylko akt niechcenia: to samo, co dotąd chciało, już nie
chce. Skoro zaś istotę, wolę, znamy jako rzecz w sobie tylko w - i przez akt chcenia, nie jesteśmy
władni orzec czy pojąć, czym ona - po wyrzeczeniu się lego aktu - Jeszcze nadto jest lub co poczyna;
stąd też zaprzeczenie to jest dla nas, którzy jesteśmy zjawiskiem chcenia, przejściem w nicość.
Potwierdzenie i zaprzeczenie woli żyda stanowi zwykle velle inolle. - Podmiot tych obu aktów jest
jeden i ten sam, nie ulega więc jako taki zniszczeniu ani wskutek jednego, ani też drugiego aktu. Jego
velle przedstawia się w tym naocznym świecie, który właśnie dlatego jest zjawiskiem swej rzeczy w
sobie. - Z no/te natomiast nie poznajemy żadnego innego zjawiska, jak tylko zjawisko jego
wystąpienia, i to tylko w indywiduum, które pierwotnie przynależy już do velle; stąd leż dopóki
jednostka istnieje, widzimy nolle wciąż w walce z velle. Jeśli indywiduum dobiegło kresu i nolle
wzięło w nim górę, to było ono czystym objawem nolle (taki jest sens papieskiej kanonizacji); o tym
ostatnim możemy tylko powiedzieć, że jego zjawisko nie może być zjawiskiem velle, nie wiemy
jednak, czy nolle w ogóle się jawi, tj. czy zachowuje jakiś wtórny byt dla intelektu, który (intelekt)
dopiero musiałoby wytworzyć; a ponieważ intelekt znamy jedynie jako organ woli w jej
potwierdzeniu, nie pojmujemy, dlaczego po jego (potwierdzenia) zniesieniu - miałoby go wytwarzać.
Nie możemy także nic orzec o jego (no/te) podmiocie, gdyż rozpoznaliśmy go pozytywnie tylko w
przeciwstawnym akcie velle, jako rzecz w sobie jej świata zjawiskowego.
Między etyka Greków a etykę Hindusów zachodzi jaskrawe przeciwieństwo. Ta pierwsza
(chociaż z wyjątkiem Platona) ma za cel zdolność do prowadzenia szczęśliwego życia, vitam heatam;
druga zaś uwolnienie i wyzwolenie z życia w ogóle, jak się to wprost stwierdza zaraz w pierwszym
zdaniu traktatu Sankhjakarika.
Spokrewniony z tym i wzmożony naocznościa kontrast otrzymamy rozważając piękny antyczny
sarkofag z Galerii Florenckiej, którego reliefy przedstawiają cały rząd weselnych ceremonii, od
pierwszych oświadczyn aż do odprowadzenia nowożeńców przy świetle pochodni Hymena do
małżeńskiego łoża; wyobraźmy leż sobie obok trumnę chrześcijańsko, okryte na znak żałoby
czarnym kirem, i z wyrzeźbionym na niej krucyfiksem. Jest to nader znaczące przeciwieństwo. W
obu przypadkach chodzi o pociechę w śmierci - w obu w przeciwstawny sposób i w obu z równą
słusznością. Jeden obraz oznacza potwierdzenie woli życia, któremu życic po wsze czasy pozostaje
pewne, jakkolwiek szybko by się zmieniały kształty. Drugi zaś oznacza - poprzez symbole cierpienia
i śmierci - zaprzeczenie woli życia i wyzwolenie ze świata, gdzie królują śmierć i szatan. - Między
duchem grecko-rzymskicgo pogaństwa a duchem chrześcijaństwa zachodzi przeciwieństwo, które
jest w swej istocie opozycją potwierdzenia i zaprzeczenia woli życia; ostatecznie zaś chrześcijaństwo
ma tu w gruncie rzeczy słuszność.
Etyka moja stoi w takim stosunku do wszystkich etyk europejskiej filozofii, jak Nowy Testament
do Starego Testamentu - zgodnie z kościelnym pojmowaniem lego stosunku. Stary Testament
poddaje mianowicie człowieka władzy Prawa, które jednak nie prowadzi do wyzwolenia. Nowy
Testament natomiast uznaje Prawo za niewystarczające, a nawet uwalnia od niego (np. Rz 7, Ga 2 i
3). W zamian głosi on królestwo łaski, które osiąga się przez wiarę, miłość bliźniego i całkowite
samowyrzeczenie: jest to droga do wyzwolenia ze zła i ze świata. Gdyż - na przekór wszystkim
protesiancko-racjonalistycznym wypaczeniom - duch ascetyczny jest w istocie rzeczy duszą
No

Podobne prace

Do góry