Ocena brak

Samoistne spalenia

Autor /Zenon Dodano /31.01.2012

Samoistne, niemal całkowite spalenie się ciała - pozostaje jedną z ostatnich nierozwiązanych przez świat nauki zagadek, Jak dotąd żadna z kilku teorii próbujących wyjaśnić to niezwykłe zjawisko nie została ostatecznie potwierdzona.
W zimny, styczniowy poranek 1835 roku, James Hamilton, profesor matematyki Uniwersytetu w Nashville nagle poczuł w lewej nodze „silny ból, jak użądlenie szersze­nia" jednocześnie poczuł falę gorąca. Spojrzawszy w dół, „ujrzał kilka centymetrów nad skórą jasno­niebieski, spłaszczony u góry płomień". Kilka razy klepnął się po nodze, ale nie udało mu się ugasić płomienia. Złożył więc ręce i przycisnął do ognia, aby zmniejszyć dopływ tlenu. Dopiero wtedy ogień powoli zgasł i profesor Hamilton zdał sobie spra­wę, że właśnie przeżył, również dosłownie, coś co od wielu stuleci przerażało i fascynowało ludzi na całym świecie - niezwykle rzadkie zjawisko samo­istnego powstania ognia.

Przypadki samoistnego spalenia zdarzają się nie­zwykle rzadko, są więc trudne do dokładnego zba­dania i opisania. Ich dokładnemu poznaniu nie sprzyja też ogromna rezerwa z jaką odnoszą się do występujących przypadków lekarze, policjanci i strażacy. Zwykle zdarza się tak, że w zamkniętym pomieszczeniu zostają odnalezione spalone szcząt­ki człowieka - tułów niemal zupełnie zwęglony, nietknięte pozostają jedynie jedna albo dwie stopy i część nogi. Wykładzina albo dywan bezpośrednio pod ciałem również są przepalone, natomiast resz­ta pomieszczenia nie nosi śladów ognia.
Jedną z takich właśnie typowych spraw była śmierć doktora Johna Irvinga Bentley'a. Emery­towany lekarz mieszkał na parterze kamienicy w Coudersport na północy stanu Pensylwania. 5 grudnia 1966 roku, wczesnym rankiem Don Gosnell, inkasent gazowni wszedł do domu, w którym mieszkał Bentley, by odczytać stan liczników. Kiedy zszedł do piwnicy, jego uwagę zwróciła „lekka błękitna mgiełka o dziwnym zapachu" i „kupka popiołu" na podłodze. Gosnell postanowił zajrzeć do mieszkającego nad piwnicą lekarza. W jego mieszkaniu dym był gęstszy ale nigdzie nie było widać starszego pana. Gosnell przeszukał mieszkanie; w łazience jego oczom ukazał się okropny widok: w drewnianej podłodze wypalona była dziura na wylot, widać było belki stropowe i plątaninę rur. Na krawędzi otworu inkasent zauważył „brązowawy kawałek nogi - stopę i część łydki, przypominające fragment manekina" i prze­rażony tym widokiem wybiegł z budynku.
W raporcie miejscowego lekarza policyjnego. Johna Deca, czytamy: „W mieszkaniu Bentley'a, na krawędzi dziury znalazłem jedynie nadpalone pod­udzie a dwa metry niżej, w piwnicy, rozsypany popiół." Mimo iż ogień niemal doszczętnie strawił ciało doktora Bentley'a, jego inwalidzki chodzik pozostał nietknięty. Ekipa straży pożarnej, która badała miejsce wypadku stwierdziła, że ślady ognia znajdują się jedynie na krawędzi wypalonego otwo­ru. Reszta mieszkania była nietknięta.
Jednym z charakterystycznych aspektów samo­istnych zapłonów jest bardzo wysoka temperatura spalania. Wieczorem 1 lipca 1951 roku stanęła w ogniu pani Mary Reeser z St. Petersburg na Flo­rydzie. Po siedzącej w fotelu starszej pani pozosta­ła tylko kupka popiołów. Niewiele więcej pozostało z fotela, a w dywanie pod nim wypalona została niewielka dziura. Poza śladem dymu na suficie, w jej mieszkaniu nie znaleziono nic szczególnego. Nie zapaliły się nawet leżące obok fotela gazety.
Dr William Krogman, kryminalistyk z Wydziału Medycyny University of Pennsylvania zanotował: „Nie rozumiem, w jaki sposób to się mogło stać; ciało uległo całkowitemu zwęgleniu, a w mieszka­niu nie było większych zniszczeń. Nigdy też nie widziałem, żeby czaszka uległa zupełnemu spale­niu. Mogły zdarzyć się tylko dwie rzeczy; albo zo­stała ona spalona w ogromnej temperaturze, albo wybuchła i rozerwała się na setki drobnych od­łamków. To naprawdę najbardziej niesamowity przypadek, z jakim się zetknąłem."
Alkohol i ogień.
Dr Krogman badał w krematoriach ciała, które przez ponad osiem godzin były wystawione na działanie temperatury 750° C, a mimo to ich kości nie zostały zamienione w proch, tak jak to było w przypadku Mary Reeser. Kości spalają się cał­kowicie dopiero w temperaturze 1125°C.
Co jednak może wywołać tak wysoką tempera­turę? W czasach wiktoriańskich wierzono, że przy­czyną samoistnych spaleń może być pijaństwo. Według tej hipotezy wypity alkohol gromadził się w tkankach ciała tworząc łatwopalną mieszaninę. Fenomenem samoistnego spalenia interesował się słynny chemik, Justus von Liebig (1803-73). Wprawdzie, jak twierdził, nigdy nie widział na wła­sne oczy tego niezwykłego zjawiska, więc nie jest ostatecznie przekonany czy rzeczywiście istnieje, jednak nie odrzucał takiej możliwości. Von Liebig zbadał przypadek 80-letniej alkoholiczki, która spłonęła żywcem siedząc nad szklaneczką brandy. „Krzesło, które oczywiście nic tu nie zawiniło, nie zapaliło się" stwierdził von Liebig. Uczony wyka­zał też, że nasączone alkoholem ciało paliłoby się tylko tak długo, aż nie wypaliłby się alkohol zawar­ty w jego tkankach.
W podręczniku medycyny sądowej i toksykolo­gii z 1914 roku Dixon Mann i W. A. Brend opi­sują przypadek otyłego mężczyzny, który zmarł w dwie godziny po przewiezieniu do szpitala w Londynie w 1885 r. Już następnego dnia, choć nie rozpoczął się jeszcze proces rozkładu, jego ciało wzdęły gazy. „kiedy w kilku miejscach wykonano nakłucia, ulatniający się gaz zapalił się jak metan: jednocześnie rozbłysło około tuzina płomieni."
Każda teoria ma jednak swoją kontrteorię. Istnieją pewne przesłanki, że w określonych warun­kach komórki tłuszczowe mogą rozpuszczać się i zamieniać w łatwopalne paliwo, które ulega zapło­nowi. W tym samym czasie, pod wpływem ciepła woda w organizmie skrapla się i wycieka na ze­wnątrz, gasząc ogień na zewnątrz ciała. Doktor D. J. Gee, na co dzień wykładający medycynę są­dową w Leeds University w Anglii w swoim pod­ręczniku Medycyna, Nauka i Prawo (1965) opisał eksperyment, który przeprowadził przy okazji śledztwa w sprawie spalonych zwłok w 1963 r. Udało mu się wprawdzie zapalić niewielkie prób­ki tkanki tłuszczowej, ogień udawało się jednak podtrzymać tylko w strumieniu świeżego powie­trza, czyli w obecności dużych ilości tlenu.
Prawdopodobnie najstarszą hipotezą wyjaśnia­jącą interesujące nas zjawisko jest fragment ze słyn­nego, XVI-wiecznego dzieła chińskiego pisarza Wu-Czeng-ena zatytułowanego Małpi bunt. Na­pisał on: Niebiosa spuszczą na ziemię ogień, który cię pochłonie. Ogień ten jednak będzie "szczególny. Nie taki jaki znasz z ogniska, nie będzie to też ogień gwiezdny — powstanie on w tobie i strawi twe ciało pozostawiając tylko popioły..." Niektóre współ­czesne teorie łączą zjawisko samoistnego spalenia z niedokładnie jeszcze zbadanym przez naukę fenomenem piorunów kulistych, czyżby więc Wu-Czeng-en już dawno przewidział taką możli­wość? W kwietniowym numerze czasopisma Fate z 1961 roku wielebny Winogene Savage opowie­dział o swoim znajomym, którego obudziły w nocy krzyki żony. Kiedy spojrzał na jej łóżko, zobaczył „kulę ognia" wiszącą w powietrzu nad jej mocno poparzonym ciałem.
Pole magnetyczne Ziemi.
W 1975 roku w poświęconym zjawiskom niewy­jaśnionym czasopiśmie Pursuit (Pościg) ukazał się artykuł Livingstone'a Gearharta, w którym autor stawia jeszcze inną hipotezę wyjaśniającą. Zauwa­żył on mianowicie pewną zależność między miej­scami występowania przypadków samoistnego spa­lenia a zmianami natężenia pola magnetycznego Ziemi. Natężenie pola waha się w zależności od aktywności Słońca. Gearhart wykazał, że zastana-wiająco dużo przypadków samoistnego spalenia zbiegło się w czasie z najwyższym natężeniem pola magnetycznego.
Mimo podjęcia niezliczonej ilości prób znalezie­nia racjonalnego wyjaśnienia, wielu ludzi wciąż uważa, że zjawisko to należy do dziedziny zjawisk tak zwanych paranormalnych. Na przykład Michael Harrison w swojej książce Fire from Heaven (1970) (pol. Ogień z niebios) napisał, że ogień ten jest tylko jedną z form niezbadanego jeszcze dokładnie całego szeregu manifestacji sił psycho­fizycznych ludzkiego umysłu, które zwykliśmy nazywać zjawiskami paranormalnymi.

Do góry