Ocena brak

Rynkowe versus polityczne strategie multikulturalizmu

Autor /Lauren Dodano /20.04.2011

 

Problem narzucania kulturowych wzorów konsumpcji przez całą machinę reklamy i innych oddziaływań masowych, wdrażania do ról społecznych, słowem „przerabiania” wszystkich na konsumentów i w ten sposób uzyskanie oczeki­wanych zachowań, przewidywalności reakcji ludzi, dla których konsumpcja staje się wspólnym kodem kulturowym.

Media światowe wtłaczają w nas symbole, które są funkcjonalne dla korpo­racji; przekonują, że postęp to konsumpcja. Zatem rozwiązaniem byłoby kupić dla wszystkich „big ma­ca” i zafundować Disneyworld. Problem jest jednak bardziej złożony. O reżimie kulturowym można byłoby mówić, gdyby istniała przemyślana strategia jego wprowadzania. Tymczasem mieści się on, o czym już wspomniano, w reżimie handlowym, bo kulturą po prostu się handlu­je, a pożądane ideologicznie rezultaty osiąga jakby mimochodem.

Zawsze jednak w historii było tak, że oprócz władzy politycznej (przymusu bezpośredniego) i ekonomicznej rządzący posługiwali się władzą symboliczną. Rozu­miały to doskonale Kościoły. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

 

Zarządzanie wielokulturowością i multietnicznością to jeden z najważniej­szych czynników ładu społecznego w skali wewnętrznej i międzynarodowej. Szacuje się, że liczba mniejszości etnicznych na świecie żyjących w około 200 państwach (w 90% tych państw żyją mniejszości powyżej kilku procent) przekracza 10 tyś., a około 5% ludzi (300 min) nie mieszka w kraju swego urodzenia. Oznacza to, że świat końca millennium osiągnął, między innymi dzięki zagęsz­czającym się sieciom komunikacyjnym, bezprecedensową skalę różnorodności przy - paradoksalnie - postępującej globalizacji. Polityka etniczna jest coraz mniej skuteczna, ponieważ wszędzie na świecie sektor prywatny wchłania coraz więcej sfer naszego życia, co sprawia, że kurczy się sektor publiczny, który przez wieki był agorą społeczeństw. Komplikuje to wdrażanie politycznych strategii wielokulturowości.

Integracja obywatelska z poszanowaniem „prawa do różnicy”. To jest po­stulat niemal wszystkich formułowanych modeli pożądanego multikulturalizmu w dokumentach międzynarodowych ONZ, UNESCO, Rady Europy i Unii, Eu­ropejskiej. Rekomendacje w nich zawarte są uważane za najwyższy i najbar­dziej „politycznie poprawny” standard demokracji, która chce uczynić ludzi równymi obywatelami nie czyniąc ich jednak kulturowo podobnymi. Łatwo o konkluzję, że najbardziej pożądany dla tej strategii wielokulturowości jest taki wpływ kultury globalnej, który nie niszczy kultur tożsamościowych, poczucia przynależności do wspólnoty, obywatelstwa, relacji jednostka - wspólnota. Pytanie jednak, czy jest on realny?

 

Doświadczenia lat dziewięćdziesiątych (Bośnia. Kosowo) pokazują, że nie­które państwa nie chcą, czy też nie potrafią, poradzić sobie z tym problemem i reżim praw człowieka trzeba wymusić siłą, co często bywa nieskuteczne. Warto, więc postawić pytania, jakie są skuteczne instrumenty łagodzenia czy rozwią­zywania mnożących się napięć i konfliktów na tym tle, czy da się ten problem rozwiązać środkami politycznymi, czy może jest jakaś inna droga? Kultura globalna „produkuje” nie tylko „globalną wioskę”, ale także „wioski na globie”.

 

Najbardziej pożądana zarówno z punktu widzenia ładu wewnętrznego, jak i międzynarodowego jest integracja społeczna z poszanowaniem prawa do różnicy. Znaczy to, że kultura uczestnicząca w obiegu międzynarodowym może pomóc w globalnym zarzą­dzaniu, jeśli pozwoli ludziom funkcjonować w dwóch wymiarach: tożsamo­ściowym i uniwersalnym.

 

Podobne prace

Do góry