Ocena brak

Rozwój rolnictwa w Polsce - Rzeczywistość

Autor /Ziutek123 Dodano /29.09.2011

Łączna liczba gospodarstw chłopskich w Polsce szacowana jest na około 3.058 tysięcy. Z tego ponad milion to zagrody użytkujące od 0,1 do 1 hektara. Z pozostałych 2.041 tyś. blisko 50 tyś. nie prowadzi żadnej produkcji rolnej, a dalsze 300 tyś. niczego z tego, co wytwarza, nie sprzedaje. Średnia wartość sprzedaży przeszło 760 tyś. gospodarstw oscyluje w granicach 1200 PLN rocznie, czyli około 100 PLN miesięcznie. Tak, więc blisko jedna trzecia statystycznych gospodarstw chłopskich w Polsce nie prowadzi żadnej działalności gospodarczej lub prowadzi jedynie działalność śladową, która nie ma nic wspólnego z pozyskiwaniem środków na utrzymanie, nie mówiąc o zysku.

Do tej liczby trzeba jeszcze dodać ćwierć miliona gospodarstw, których średnia wartość rocznej sprzedaży zamyka się kwotą 2,5 tyś. PLN, a więc nieco ponad 200 PLN miesięcznie. Średnia wartość produkcji sprzedanej rocznie dalszych 400 tyś. gospodarstw nie przekracza 8.000 PLN, czyli 666 PLN miesięcznie. Zaledwie 260 tysięcy gospodarstw chłopskich uzyskuje ze sprzedaży w skali rocznej średnio ponad 15.000 PLN. Połowa z nich sprzedaje za więcej niż 25 tys. PLN rocznie i jedynie 10 do 12 tysięcy wykazuje się produkcją sprzedaną ponad 100 tyś. PLN rocznie. Tak naprawdę to tylko one są w pełni dojrzałymi gospodarstwami towarowymi w sensie ekonomiczno-rynkowym.

W najlepszym wypadku niespełna 12 proc. ogółu gospodarstw chłopskich w Polsce można, więc uznać za gospodarstwa rzeczywiste. Jeżeli pominiemy zagrody jedno hektarowe to wskaźnik ten wzrośnie do 30 procent. Kondycja ekonomiczna większości tych gospodarstw jest bardzo słaba. Wartość sprzedaży to jeszcze przecież nie dochód, lecz zaledwie przychód, z którego trzeba pokryć wszystkie nakłady poniesione na wytworzenie sprzedanych dóbr. W każdym bądź razie tylko ten mały odsetek ogółu gospodarstw, a w rzeczywistości nie więcej niż połowę z nich, stać dzisiaj na inwestowanie i prowadzenie w ślad za tym produkcji rozszerzonej. Dzisiaj mamy około 174 tyś. gospodarstw o powierzchni powyżej 15 ha, a więc zaledwie o 3 proc. więcej niż w końcu lat osiemdziesiątych, ale o 4 proc. wzrosła też liczba gospodarstw 1-2 hektarowych. Przy takiej strukturze agrarnej liczba zatrudnionych w przeliczeniu na 100 ha użytków rolnych, nie licząc gospodarstw do 1 ha, wynosi około 21 osób.

W Unii Europejskiej ten wskaźnik jest trzy i pół razu mniejszy. W rezultacie statystyczny rolnik polski wytwarza żywność dla około 10 osób, a rolnik unijny dla 40 osób. Dodać trzeba jeszcze do tego niższą w wielu przypadkach jakość produktów wsi polskiej oraz wspomniany brak własnego potencjału rozwojowego przytłaczającej większości naszych gospodarstw.

Dużo niższa jest też na ogół wydajność naszego rolnictwa. Plony pszenicy z 1 ha są mniej więcej o połowę mniejsze niż w Unii Europejskiej. Podobnie rzecz ma się ze zbiorami ziemniaka, udojem mleka i w wielu innych dziedzinach. Praktycznie jedynie w warzywnictwie i sadownictwie oraz w hodowli pieczarek osiągamy porównywalne rezultaty. Stawia to rolnictwo polskie w bardzo trudnej sytuacji konkurencyjnej na rynku międzynarodowym i własnym. Otwieranie się rynku rolnego w skali światowej jest już prawidłowością, od której nie ma ucieczki. Zamykanie polskiego rynku żywnościowego przed importem miałoby zresztą rujnujące skutki dla naszego własnego rolnictwa, które w rosnącym stopniu zależy od zbytu na rynkach zagranicznych. Uszczelnianie własnego rynku spożywczego zamknęłoby natomiast przed nami rynki obce. Czym innym jest oczywiście przeciwdziałanie gospodarczo nieuczciwym importom i na tym właśnie należy się skoncentrować.

W okresie PRL rolników polskich nie skolektywizowano w dosłownym znaczeniu, lecz całkowicie ich ubezwłasnowolniono w drodze pełnego uzależnienia od państwa pod względem produkcyjnym, zaopatrzenia i zbytu oraz na gruncie socjalnym. Stworzono swoisty skansen produkcyjny, społeczny i intelektualny. Dlatego chłop polski czuje się tak bardzo zagubiony, opuszczony i bezradny, a w rezultacie rozsierdzony. Dla większości polskich rolników zderzenie z realiami gospodarki rynkowej okazało się wyzwaniem, do którego pod żadnym względem nie byli przygotowani, a polityka państwa w rzeczywistości utrudniała im proces dostosowań.

Ale należy też zdawać sobie sprawę z tego, że z 38 proc. ogółu ludności Polski, która mieszka na wsi, tylko niespełna 10 procent utrzymuje się głównie, ale nie wyłącznie, z rolnictwa. Trzy czwarte mieszkańców wsi ma inne podstawowe źródło utrzymania, a z pozostałej jednej czwartej w najlepszym przypadku tylko połowa utrzymuje się bez reszty z pracy w gospodarstwie. Sprawia to, że odsetek prawdziwych "chłopów - gospodarzy" jest w rzeczywistości niewielki. Problem polega wszakże na tym, że większość społeczności wiejskiej nie zdaje sobie sprawy z pozorności swojego statusu socjalnego i gospodarczego, a jej tradycyjni protektorzy polityczni dla własnego pożytku czynią wszystko, aby utrwalać w tej społeczności fałszywe postawy i przekonania. Celowi temu podporządkowane zostały praktycznie niemal wszystkie mechanizmy wsparcia materialnego dla wsi ze środków publicznych i właśnie, dlatego, pomimo stosunkowo dużych rozmiarów, są one tak bardzo nieskuteczne.

Psują one rynek i utrwalają na nim struktury anachroniczne oraz hamują awans socjalny i cywilizacyjny ludności wiejskiej. System ten w pełni zasługuje, więc na miano finansowania trwałości biedy i zacofania wsi polskiej. Poczucie upośledzenia umacniają dyskryminacyjne rozwiązania socjalne. Wystarczy wskazać, że przeciętna urzędowa emerytura rolnicza jest o 30 proc. niższa od emerytury pracowniczej w sytuacji, w której blisko 19 proc. ogółu ludności wiejskiej stanowią emeryci. Równocześnie istniejący system emerytur i rent rolniczych zachęca do nadużyć i hamuje pożądane przeobrażenia strukturalne w rolnictwie. Jest, więc w dwójnasób szkodliwy. W tym systemie wszyscy czują się oszukani. Miasto, ponieważ rolnicy nie płacą podatku dochodowego niezależnie od tego czy dochód wypracowują czy nie, jak również, dlatego, że podatnik miejski pokrywa koszty preferencyjnych kredytów dla rolnictwa oraz 94 proc. kosztów ubezpieczenia socjalnego rolników z Kasy Rolniczych Ubezpieczeń Społecznych (KRUS).

Chłopi czują się oszukani i pokrzywdzeni z powodu rozwierających się coraz bardziej na ich niekorzyść nożyc między cenami uzyskiwanymi za sprzedawane przez nich produkty, a cenami artykułów przemysłowych dla potrzeb rolnictwa. Większość gospodarstw, jakie mamy nie może osiągnąć rentowności, a zaciąganych kredytów często nie jest w stanie spłacić. Równocześnie część kredytów preferencyjnych udzielana jest podmiotom, które z gospodarczego punktu widzenia na żadne preferencje nie zasługują. Dotacje do kredytów preferencyjnych od 1993 do 1997 r. wzrosły dziewięciokrotnie, lecz ich głównym efektem jest zacieśniająca się pętla zadłużeniowa. Stałemu pogorszeniu ulega zarazem struktura celowa środków budżetowych dla potrzeb wsi. W 1991 roku wydatki socjalne stanowiły około 61 proc. tych środków.

W 1998 roku przekroczyły już 76 proc. Maleje, więc udział środków na wspieranie gospodarki rolnej, na jej restrukturyzacje i modernizacje. W rzeczywistości mamy, więc do czynienia ze zwiększaniem pomocy socjalnej dla wsi kosztem nieodzownego wspierania gospodarki rolnej ze środków publicznych. Właśnie ta sytuacja musi ulec zmianie, jeżeli myślimy poważnie nie tyle i nie przede wszystkim o wygaszeniu doraźnych wystąpień protestacyjnych ludności wiejskiej, co o uporządkowaniu sytuacji w rolnictwie polskim, i oparciu go na zdrowych zasadach ekonomicznych oraz o odbudowie wsi polskiej.

Podobne prace

Do góry