Ocena brak

Roland David Laing - Doświadczenie transcendentalne

Autor /Fred Dodano /04.08.2011

Żyjemy w epoce, w której grunt usuwa się nam spod nóg i drżą podstawy, na ja-kich oparliśmy nasze życie. Nie wiem, jak się rzecz miała w innych epokach i miej-scach — być może zawsze tak było — ale wiem, że tak jest dziś. W tych okolicznościach mamy wszelkie powody, by czuć się niepewnie. Jeśli osta-teczna podstawa naszego  świata ulega zakwestionowaniu, to rozbiegamy się w po-płochu i kryjemy po różnych dziurach, w bezpiecznym  schronieniu ról, statusu, tożsamości, stosunków interpersonalnych. Próbujemy żyć w samotnych zamkach, które mogą być jedynie zamkami na lodzie, gdyż w społecznym kosmosie nie ma trwałych fundamentów, na których można by je zbudować. Wszyscy jesteśmy świadkami tego stanu rzeczy. Każdy z nas, widzi niekiedy ten sam fragment całej sytuacji na swój sposób; często interesują nas różne formy prezentacji pierwotnej katastrofy.

W tym rozdziale chcę przedstawić doświadczenia transcendentalne, które czasami stają się nam dostępne w psychozie, te doświadczenia świata boskiego, które stanowią żywe źródło wszelkich religii. [...] Doświadczenie psychotyczne przekracza  horyzonty naszego zdrowego — tj. spo-łecznego — rozsądku. W jakie rejony prowadzi nas to doświadczenie? Zakłada ono utratę normalnych podstaw „sensu” świata, które podzielamy z innymi. Wydaje się, że dawne cele straciły wszelką wartość, dawne znaczenia — wszelki sens, a rozróżnienia między wyobraże-niami, snami i postrzeżeniami zewnętrznymi nie da się już stosować tak, jak dawniej. Może się wydawać, że fakty zewnętrzne pojawiają się magicznie, jakby wyczarowane. Sny zdają się przynosić bezpośrednie komunikaty od innych ludzi. Wyobrażenia stają się obiektywną rzeczywistością. Ale największemu wstrząsowi ulegają same podstawy ontologiczne.

Byt zjawisk ulega zmianie, a zjawiska bytu zdają się prezentować nam zupełnie nową twarz. Traci-my wszelkie oparcie, wszystko, czego zazwyczaj trzymamy się kurczowo, i nie pozo-staje nam nic innego, jak zaledwie parę szczątków naszego umysłu, kilka wspomnień, nazw, dźwięków, jedna czy dwie rzeczy, które pozwalają nam zachować więź ze światem dawno utraconym. Ale w tej pustce pojawia się coś nowego: wypełniają ją teraz wizje i głosy, widma, dziwne kształty i zjawy. Ktoś, kto nie doświadczy tego, jak bardzo nieistotny może stać się żywy obraz rzeczywistości zewnętrznej i jak nagle może po prostu zniknąć, nie jest w stanie w pełni uzmysłowić sobie wzniosłych i gro-teskowych istot, które mogą rzeczywistość tę zastąpić lub też mogą istnieć obok niej. Kiedy jakiś człowiek popada w obłęd, wówczas dochodzi do głębokiej zmiany w je-go stosunku do wszystkich dziedzin bytu. Ośrodek jego przeżyć przesuwa się z ego na jaźń. Czas doczesny traci wszelkie znaczenie, liczy się jedynie sfera wdzięczności. Jednakże człowiek obłąkany jest zdezorientowany. 

Ego myli mu się z jaźnią,  świat wewnętrzny z zewnętrznym, świat naturalny z nadprzyrodzonym. Niemniej mimo swej wstrząsającej niedoli i głębokiego rozpadu — i zarazem dzięki temu — często może on stać się dla nas hierofantą sacrum. Wygnany ze sceny bytu takiego, jaki znamy, jest teraz obcym, cudzoziemcem dającym nam rozpaczliwe znaki z pustki, w której się znalazł, pustki zamieszkałej przez istoty, o których nawet nie śnimy. Kiedyś nazywa-no je demonami czy duchami — wtedy były nam znane i nosiły imiona. Człowiek obłąkany stracił poczucie siebie, swych uczuć, swego miejsca w świecie, jaki znamy. Mówi nam,  że umarł. My jednak zostaliśmy już pozbawieni miłego poczucia bezpie-czeństwa, i to właśnie przez owego obłąkanego ducha, który nawiedza nas i straszy swymi wizjami i głosami, które wydają się tak bardzo pozbawione sensu i z których czujemy się zmuszeni wyzwolić go, oczyścić i wyleczyć.

Jednakże obłąkanie nie musi być wyłącznie załamaniem. Może być także przeło-mem. Potencjalnie bowiem jest ono zarówno wyzwoleniem i odnową, jak niewolą i śmiercią egzystencjalną. Pewne doświadczenia transcendentalne, są, jak mi się wydaje, pierwotnym źródłem wszelkich religii. Niektórzy psychotycy mieli tego rodzaju doświadczenia. Wielu z nich — o ile mogli sobie przypomnieć — nigdy nie miewało takich doświadczeń ani uprzed-nio, ani też potem. Nie twierdzę jednak, że doświadczenie psychotyczne musi zawierać ten element w sposób bardziej oczywisty niż doświadczenie właściwe zdrowej psychi-ce. Przeżywamy na różne sposoby. Postrzegamy rzeczywistość zewnętrzną, śnimy, fan-tazjujemy, wpół  świadomy sposób marzymy na jawie.

Niektórzy ludzie mają wizje, halucynacje, widzą przemienione twarze innych ludzi, aurę itd. Większość ludzi na ogół doświadcza siebie i innych w sposób, który będę odtąd nazywał egoicznym. To znaczy, że zarówno w centrum swej osobowości, jak i na jej peryferiach doświadczają oni świa-ta i siebie w kategoriach konsekwentnej tożsamości — „ja — tu”, a „ty — tam” w kontekście pewnych podstawowych struktur przestrzeni i czasu, w których partycy-pują wszyscy członkowie ich społeczeństwa. [...] Wszystkie filozofie religijne i wszystkie filozofie egzystencjalne godzą się co do te-go, że tego rodzaju egoiczne doświadczenie jest wstępnym złudzeniem, zasłoną, maya — marzeniem sennym dla Heraklita i dla Laotsy'ego fundamentalnym dla całego buddy-zmu złudzeniem, stanem snu, śmierci, uznanego społecznie obłędu, łonem, które trzeba opuścić, a więc dlań umrzeć, i z którego trzeba się narodzić.

Człowiek, który przechodzi przez doświadczenie utraty ego,  tj. przez doświadczenie transcendentalne, może — ale nie musi — ulec dezorientacji. Jeśli traci orientację, to słusznie może zostać uznany za obłąkanego. Jednakże człowiek obłąkany nie musi być człowiekiem chorym, mimo iż w naszej kulturze obie kategorie uległy pomiesza-niu. Przyjmuje się, że jeśli ktoś jest obłąkany (cokolwiek by to znaczyło), to ipso facto jest chory (cokolwiek by i to znaczyło). Doświadczenie bycia wchłoniętym, przeżywa-ne przez jakiegoś człowieka — chociaż innym wydaje się, iż jest on po prostu obłąkany — może być dla niego prawdziwą manną z nieba. Całe  życie tego człowieka może ulec zmianie, ale trudno jest nie zwątpić o ważności takiej wizji. A również nie każdy wraca do nas z wyprawy do świata wewnętrznego.

Czy doświadczenia te stanowią jedynie odblask jakiegoś procesu patologicznego lub też jakiejś szczególnej formy alienacji? Nie sądzę, żeby tak było. W niektórych wypadkach człowiekowi niewidomemu od urodzenia można przy-wrócić wzrok przy pomocy operacji. Jednakże często pociąga to za sobą cierpienie i dezorientację.  Światło, które oświeca człowieka obłąkanego jest  światem nieziem-skim. Nie zawsze jest to zniekształcone odbicie jego sytuacji życiowej. Przeciwnie — może go opromieniać światło innych światów. Które może spalać. Ten „inny” świat nie jest w swej istocie polem złudnej walki sił psychicznych, któ-rych źródło znajduje się poza psychiką, których pierwotny kierunek został zmieniony i które uległy przeniesieniu lub sublimacji — chociaż siły te mogą zaciemnić rzeczywi-stość wewnętrzną, tak samo zresztą jak mogą zaciemnić rzeczywistość zewnętrzną. Kiedy Iwan — w Braciach Karamazow  — powiada: „Jeśli Bóg nie istnieje, to wszystko mi wolno”, nie znaczy to: „Jeśli moje superego (w formie projekcji) można usunąć, to z czystym sumieniem mogę robić wszystko”.

Znaczy to natomiast: „Jeśli istnieje tylko moje sumienie, to mojej woli nic nie może ograniczyć”. Wśród lekarzy i kapłanów powinni być tacy, którzy pełniliby rolę przewodników, którzy potrafiliby wyprowadzić człowieka z tego  świata i poprowadzić go do innego. Tacy, którzy wprowadziliby go tam i przywiedli z powrotem. Wkraczamy do tamtego świata przebijając skorupę, w której się znajdujemy, prze-kraczając jakoś bramę lub rozwalając jakąś ścianę, która nas od niego dzieli. Kurtyna rozsuwa się lub podnosi, zasłona opada. Siedem zasłon — siedem pieczęci — siedem niebieskich sfer. [...] Tym, co przede wszystkim wyróżnia naszą epokę, jest dążenie do opanowania świata zewnętrznego i niemal całkowite zapomnienie o świecie wewnętrznym. Jeśli ewolucję człowieka będziemy oceniać z punktu widzenia poznania świata zewnętrznego, to trzeba powiedzieć, że pod wieloma względami postępujemy naprzód.

Jeśli jednak oceniać ją będziemy z punktu widzenia świata wewnętrznego oraz jedno-ści obu światów, to nasz sąd wypadnie inaczej. [...] Przez określenie „wewnętrzny” rozumiem sposób, w jaki widzimy świat zewnętrz-ny, i wszystkie te rzeczywistości, które nie są nam dane jako „zewnętrzne”, „obiektyw-ne”, takie jak wyobrażenia, sny, fantazje, transy, stany kontemplacyjne i medytacyjne, rzeczywistości, z których człowiek nam współczesny po większej części bezpośrednio zupełnie nie zdaje sobie sprawy. Na przykład w Biblii nigdzie nie znajdziemy żadnych sporów co do istnienia bogów, demonów czy aniołów. Zrazu ludzie nie musieli „wierzyć” w Boga, doświadczali bo-wiem jego obecności, podobnie jak doświadczali obecności innych istot duchowych.

Nie chodziło im o to, czy Bóg istnieje, lecz o to, czy ich konkretny Bóg był najwięk-szym z bogów, czy też jedynym bogiem, jak również o to, jaki był wzajemny stosunek różnych istot duchowych. Dziś natomiast roztrząsa się publicznie problemy, czy Bóg lub duchy tego rodzaju w ogóle istnieją lub czy kiedykolwiek istniały. Zdrowie psychiczne zdaje się dziś w dużej mierze polegać na zdolności do przysto-sowania się do świata zewnętrznego — do świata interpersonalnego i do świata kolek-tywnych wartości ludzkich. A ponieważ ten zewnętrzny świat stał się niemal całkowicie obcy światu wewnętrz-nemu, przeto wszelki osobisty i bezpośredni świadomy kontakt ze światem wewnętrz-nym łączy się z poważnym ryzykiem. [...] Świat zewnętrzny, pozbawiony  światła, którego  źródłem jest wnętrze człowieka, żyje w ciemności. Toteż  żyjemy w epoce ciemności. Stan „ciemności zewnętrz-nych” jest stanem grzechu — stanem, w którym wewnętrzne  światło staje się czymś całkowicie obcym człowiekowi.

Pewne czyny prowadzą do jeszcze większej obcości, inne— pomagają człowiekowi zbliżyć się do  światła, które w nim płonie. Pierwsze z nich nazywano kiedyś czynami grzesznymi. [...] Wydaje mi się, iż nie ulega wątpliwości, że w ciągu ostatniego tysiąca lat doszło do głębokiej przemiany w doświadczeniu człowieka. Pod pewnymi względami przemiana ta jest bardziej oczywista od przemian, do jakich doszło w jego wzorach zachowania się. Wszystko wskazuje na to,  że człowiek niegdyś miał doświadczenie Boga. W wierze w Boga nigdy nie chodziło o „wiarę” w jego istnienie, lecz o ufność w jego obecność, która była doświadczana i uważana za fakt oczywisty. Natomiast wydaje się,  że w naszych czasach o wiele więcej ludzi nie doświadcza ani obecności Boga, ani obec-ności jego braku, lecz jedynie brak jego obecności. Źródło jeszcze nie wyschło, ogień jeszcze płonie, rzeka jeszcze płynie, a świa-tło jeszcze nie zgasło.

Ale między nami a rzeczywistością rozpościera się zasłona grubsza i mocniejsza od niejednego muru. Deus absconditus. A może to my uciekliśmy od niego? W naszej epoce wszystko jest już nastawione na klasyfikowanie tej rzeczywistości i oddzielanie jej od obiektywnych faktów. Dokładnie tu przebiega ów gruby i solidny mur. Powinniśmy przebić się przez ten mur w każdej dziedzinie — intelektualnej, emocjonalnej, interpersonalnej, organizacyjnej, intuicyjnej, teoretycznej — i utorować sobie dalszą drogę, nawet ryzykując chaos, obłąkanie i śmierć. Albowiem z tej strony muru jest to ryzyko. Nie ma tu żadnych zapewnień ani gwarancji. Wielu ludzi jest w stanie wierzyć — w sensie naukowo nie dającej się obronić wiary — w nie sprawdzoną hipotezę. Ale tylko nieliczni wierzą w nią na tyle, by ją spraw-dzić. Wielu udaje,  że wierzy w swe doświadczenie. Jedynie nieliczni są zmuszeni do wiary w nie.

Paweł z Tarsu został chwycony za kark, obalony na ziemię, i oślepiony na trzy dni. To bezpośrednie doświadczenie zawiera samo probierze swej zasadności. Żyjemy w świecie zeświecczonym. Aby przystosować się do tego świata, dziecko musi zrezygnować ze swej ekstazy. (L'enfant abdiąue son exstase — powiada Malla-rmé). Ponieważ utraciliśmy umiejętność doświadczenia ducha, oczekuje się od nas wiary w niego. Ale, jak się okazuje, jest to wiara w rzeczywistość, której istnienie nie jest oczywiste. U Amosa znajdujemy proroctwo, że nadejdzie czas, kiedy w kraju zapa-nuje głód, ale nie będzie to „głód chleba ani pragnienie wody, lecz łaknienie słów Pań-skich”. Ten czas już nadszedł. Jest to nasz czas. Z wyobcowanego punktu widzenia naszego pseudozdrowia psychicznego wszystko wydaje się dwuznaczne. Nasze zdrowie psychiczne nie jest „prawdziwym” zdrowiem.

Ich obłąkanie nie jest „prawdziwe”. Obłąkanie naszych pacjentów jest sztucznym pro-duktem naszej i ich własnej  żądzy zniszczenia. Niech nikt nie sądzi,  że spotkamy się z „prawdziwym” obłąkaniem ani że jesteśmy naprawdę zdrowi psychicznie. Obłąkanie, które spotykamy u naszych „pacjentów”, jest ordynarną parodią, urągowiskiem, grote-skową karykaturą tego, czym mogłoby być naturalne wyleczenie się z tej wyobcowanej integracji, którą nazywamy zdrowiem psychicznym. Prawdziwe zdrowie psychiczne wymaga w ten czy w inny sposób dezintegracji normalnego  ego,  tej fałszywej jaźni, tak dobrze przystosowanej do naszej wyobcowanej rzeczywistości społecznej, następ-nie pojawienia się „wewnętrznych” archetypowych pośredników mocy bożej i poprzez tę  śmierć — odrodzenia, a wreszcie odbudowania nowego rodzaju ego, które będzie sługą boskości, a nie jej zdrajcą.

Podobne prace

Do góry