Ocena brak

Reinhold Heidenstein

Autor /Saleta Dodano /04.10.2012

Świetne czasy króla Stefana, unieśmiertelnione w historii politycznej szeregiem triumfów wojennych nad Moskwą, a w historii literatury - najpiękniejszymi utwo­rami Jana z Czarnolasu, znalazły godnego siebie historyka w osobie Reinholda Heidensteina (1556-1620). Rodem Niemiec (z Prus Zachodnich), wyznania pro­testanckiego, we wczesnej młodości niezbyt życzliwie usposobiony dla Polski, stał się później wiernym sługą i przywiązanym obywatelem Rzeczypospolitej, przeszedł na katolicyzm, był nie tylko sekretarzem, ale nawet powiernikiem i przyjacielem Stefana Batorego i Jana Zamoyskiego. Odznaczał się bystrym umysłem, trzeźwym poglądem na świat, mrówczą pracowitością i odwagą cywilną; swoje rozległe wy­kształcenie humanistyczne zawdzięczał studiom uniwersyteckim w Królewcu i Wittenberdze, nade wszystko zaś w Padwie. Talent pisarski miał duży, a wyćwiczył go i uszlachetnił na historykach rzymskich, zwłaszcza na Juliuszu Cezarze.

Spośród pism łacińskich Heidensteina najpiękniejszym i najlepszym są na­pisane z polecenia i pod osobistą kontrolą Batorego Pamiętniki o wojnie moskiew­skiej (De bello Moscovitico commentariorum libri sex, 1584) - szczegółowy, praw­dziwy i bezstronny obraz zwycięskiej wojny z Iwanem Groźnym. Z czasem wcie­lił je Heidenstein do innego dzieła, nad którym pracował w ostatnich latach swego życia-przy pomocy Zamoyskiego: kanclerz mianowicie nie tylko dostarczał mu materiałów, ale niejednokrotnie dyktował szkic wypadków, który Heidenstein już samodzielnie rozwijał w obszerną opowieść dziejową. W druku ukazało się to dzie­ło dopiero w lat kilkadziesiąt po śmierci autora, pt. Rzeczy polskich ksiąg dwanaście (Rerum Polonicarum libri duodecim, 1672); opowiedział tutaj dzieje Polski od śmier­ci Zygmunta Augusta aż do początku XVII wieku (1572-1602).
Obydwa te dzieła stanowią wspaniałą ozdobę literatury łacińskiej w Polsce. Heidenstein to nie pamiętnikarz, jak Górnicki, który opowiada to tylko, na co się patrzał lub co go osobiście obchodziło; Heidensteina obchodzi wszystko, co daje prawdziwy obraz społeczeństwa, co się składa na historię państwa polskiego, i to zarówno zewnętrzną, jak wewnętrzną: on nie poprzestaje na szczegółowym opo­wiadaniu o wojnach, ale równie szczegółowo kreśli obraz sejmów, zjazdów, elekcyj, zmian dokonanych w ustawodawstwie i sądownictwie itd. W tej zaś szczegó­łowości umie zazwyczaj należytą zachować miarę: on wie dobrze, że jeden wypa­dek zasługuje na opowieść szczegółową, a inny tylko na krótką wzmiankę - wie, bo rozumie jak ani jeden z naszych dawnych kronikarzy, jakie wypadki są ważne, a jakie mniej ważne; on pierwszy na przykład zrozumiał, że bezkrólewie po śmier­ci Zygmunta Augusta to wypadek przełomowy w dziejach polskich, i dlatego to opowiada o nim nie mniej szczegółowo jak o wojnie moskiewskiej. Otóż szczegó­łowość opowiadania i umiejętna ocena zdarzeń historycznych należą do najwybit­niejszych cech historii Heidensteina.
Miłość prawdy to inna jej wielka zaleta. Ani jeden z naszych historyków XVI wieku nie jest tak wiarogodny i bezstronny jak on. Wszystko, o czym opowia­da, poznał dokładnie, zużytkował całe mnóstwo źródeł historycznych, nie gardząc nawet ulotnymi pisemkami, i wszystko starał się przedstawić w prawdziwym świe­tle. Nie pochlebia nikomu: jeżeli chwali króla Stefana i Zamoyskiego, to dlatego, że nie chwalić mężów tej miary nie mógł; jeżeli potępia Zborowskich, to znowu dlatego, że nie mógł nie potępiać takich warchołów i zdrajców; zresztą zarówno W pochwałach, jak naganach jest nadzwyczajnie wstrzemięźliwy. W ogóle swoje osobiste sądy i poglądy wypowiada nie tylko ostrożnie, ale nawet zbyt oszczędnie, a osobistych uczuć nie wypowiada prawie zupełnie, i stąd z kart jego historii, tych nawet, które wypełnia opowiadanie o świetnych triumfach oręża polskiego, wieje jakiś chłód. Ale za to wieje z nich zawsze prawda, czasem słodka i pochlebna, czasem gorzka i przykra. Serce rośnie, kiedy się czyta opowiadanie o mądrości Ba­torego, o tym zapale wojennym, jaki król umiał w społeczeństwie rozbudzić,  o szturmach zwycięskich do Połocka albo do Wielkich Łuków, o bitwie pod Bycayną, o czynach i zasługach Zamoyskiego; ale boli serce, kiedy się czyta o tym, CO się działo u nas podczas bezkrólewi; jak się strasznie z sobą kłócono, jak wielka była bezmyślność tłumów szlacheckich, które na elekcjach «szły za tymi, którzy jc karmili, zdatniejsze do wrzasków niż do rady», a po obiorze króla «dobrodusznie myślały, że to im król winien królestwo»; jak sejmy spełzały na niczym; jakie plotki i potwarze na siebie miotano; jak szarpano dobrą sławę Batorego i Zamoyskiego, któremu nawet uczoność poczytywano za winę; jak podejrzewano ich o złe zamia­ry (a «podejrzenia nigdzie tak łatwo jak w. Polsce nie rosną»); jak się wymawiano od obrony granic Rzeczypospolitej, ciągle szarpanej przez Tatarów, itd., itd.; o tym wszystkim opowiada Heidenstein z całą otwartością i z tym samym, co zawsze, chłodnym spokojem. Krótko mówiąc historia jego jest prawdziwym i wyjątkowo bezstronnym obrazem trzydziestu lat dziejów naszych, skreślonym ze znajomością nie tylko wypadków, ale i charakterów polskich, z sądem trzeźwym a spokojnym.

ZDOBYCIE POŁOCKA (1579).
Gdy się tak trudności zewnątrz piętrzyły, król zwołał radę wojenną, aby rozstrzygnąć, co dalej robić. Prawie wszyscy przemawiali za tym, ażeby (o czym już przedtem powszechnie mówiono) ze wszech stron wszystkimi siłami przypuścić szturm. Król nie zgadzał się na to z uwagi, że gdyby się nie udał szturm, w którym wszyscy całą nadzieję pokła­dali, to po straceniu jej niemal zupełnym nic by już nie pozostawało, tylko od­wrót. Należało więc pierwej, jego zdaniem, wszystkie środki wyczerpać. Za­chęca przeto Węgrów obietnicą wielkich nagród, ażeby raz jeszcze skoczyli pod mury; jeźdźców zaś wzywa, aby kto tylko ma silną rękę, zsiadł z konia i razem z piechotą szedł do szturmu; poucza, że przede wszystkim na to baczyć należy, żeby nie pierwej (jak to przedtem bywało) od ścian odbie­gali, aż się ogień na dobre zajmie; a wreszcie, że lepiej jest raczej zginąć pod murami od kul nieprzyjacielskich, ratując sławę narodową i honor wojskowy, aniżeli nic nie wskórawszy odstąpić od oblężenia i okryć się hańbą.
Więc żołnierstwo z wielkim zapałem drapie się znów ku zamkowi, niosąc w ręku łuczywo i inne palne materiały poprzednio na ten cel przygotowane. Na szczęście deszcz nieco ustał, a ogień, od którego się zajęła ściana od dołu, ogarnął wkrótce całą połać parkanu; objąwszy następnie znaczną przestrzeń, cały dzień szalał,nie dając się ugasić. Było to 29 sierpnia. Wzniecony pożar rzu­cał daleko łunę; król obawiając się przeto, że nieprzyjaciel zwabiony ogniem z miejsc najbliższych, zwłaszcza z Sokoła (gdzie jako się wyżej rzekło, stał wybór wojska zebranego przez kniazia w Pskowie), może pośpieszyć na ra­tunek zamkowi i swoim, a równocześnie załoga zamkowa zrobić wycieczkę -wyprowadził z obozu całe wojsko i w polu pod chorągwiami ustawił; w obo­zie została tylko silna załoga. Następnie, otoczony jazdą nadworną, ażeby le­piej na wszystkie strony czuwać, przeprawił się przez Połotę, gdy i droga do Sokoła tamtędy prowadziła, i wycieczki, gdyby nastąpiła, z tej strony naj­prędzej spodziewać się należało. Już przerażona Moskwa poczęła myśleć o poddaniu, a nawet dziesięciu ludzi z załogi, skoczywszy z murów, zbiega do naszych. Bekiesz kazał ich do króla odprowadzić; w drodze jednak wy­mordowali ich Węgrzy, ażeby przez to innych od poddania odstraszyć, a sie­bie nie pozbawić chwały zdobycia zamku, owoców zwycięstwa i wszelkiej w ogóle nagrody za poniesione trudy. Pominąwszy bowiem inne pobudki, wieść o tym słynnym zamku, a osobliwie o cerkwi Św. Zofii, znajdującej się w obrębie murów zamkowych, i o odwiecznych skarbach, srebrnych posą­gach i bogatych darach, ofiarowanych przez dawnych książąt ruskich, obie­cywała żołnierzom ogromną zdobycz, i w tej to nadziei, że się dobrze obło­wią, znosili oni najochotniej wszystkie uciążliwości. Ponieważ się już ściem­niać poczynało, osądzono przeto za rzecz i trudną, i niebezpieczną drapać się w górę po tak spadzistym stoku i przedzierać się przez płomienie; nie ustał bowiem jeszcze pożar, a przystęp do zamku jedynie tamtędy był możliwy. Z tego powodu postanowiono szturm odłożyć do jutra. W czasie jednak, gdy król do obozu już wracał, zmawia się kilkudziesięciu Węgrów; przeszedłszy most, o którym była mowa, drapią się kupą do zamku. Przykładem porwana, przyłącza się do nich w znacznej liczbie piechota polska. Lecz naprzeciw tego miejsca, gdzie pożar wzniecono, wykopała Moskwa rów i ustawiwszy nad nim hakownice obwarowała się na wszelki wypadek. Nie tylko więc od­parła naszych i zmusiła do odwrotu tą samą drogą przez płomienie, którą, niebaczni, przebyli, ale nawet, rozzuchwalona powodzeniem, puściła się da­lej za nimi w pogoń, rażąc z tyłu strzałami. Tymczasem jednak owych 200 Zamoyskiego piechoty, którzy - jak się powiedziało - strzegli mostu pod gó­rą zamkową, spostrzega gonitwę, przybywa naszym na pomoc i Moskwę zmusza do odwrotu. Król mało co ku obozowi ujechawszy zobaczył wdzie­rających się do zamku ochotników; zarządził więc odpowiednie środki do obrony szańców, na drogę, zwłaszcza ku Sokołowi, baczną zwracając uwagę. To samo czyni Mielecki, zsiadł z konia i ze znaczną liczbą szlachty, którzy to samo uczynili, biegnie na obronę szańców i armat. Nie siedział też bez­czynnie wtenczas nieprzyjaciel i z wyższych baszt, średniego zamku zwłaszcza, który panował nad całą okolicą, strzelał raz w raz na wszystkie strony. Z tego powodu nawet król i Zamoyski, rozmawiający z sobą, znaleźli się obaj w niemałym niebezpieczeństwie. Bo gdy się właśnie Zamoyski z miejsca roz­mowy oddalił na bok dla zmiany konia, poległ tuż przy samym królu od kuli jakiś jeździec, który niebacznie w jego miejsce pojechał. Noc wreszcie uciszyła ten zgiełk wojenny... Nazajutrz nakazał król nowy szturm. Moskwa ustąpiła, jako się rzekło, dnia poprzedniego z baszty, która zgorzała. Położenie jej było takie, że zajmowała wierzchołek kąta utworzonego przez dwie ściany, które przez to niejako za­bezpieczała. Otóż Moskwa opuściła cały ów kąt, leżący pomiędzy dwiema najbliższymi, a przez ogień dotąd jeszcze nie tkniętymi basztami, a natomiast połączyła baszty z sobą przekątnią. Teraz jednak, upatrzywszy stosowną porę na odzyskanie owego kąta, zaczęła go na nowo obsadzać. Powiadomiony o tym król, nie chcąc dać czasu nieprzyjacielowi na obwarowanie owego miej­sca, rozkazuje wojsku wedrzeć się na wał i spędziwszy nieprzyjaciela, miejsce opanować Węgrzy szybkim napadem tę część wzgórza zajmują. Stąd sto­sownie do rozkazu przykopują się pod najbliższą ścianę i... pod najbliższą basztę, do której się dostali, podkładają ogień. Powstał pożar, który zetrwał noc całą; nasi też, ustawiwszy od czoła kilka hakownic, którymi nieprzyja­ciela razili, pracowali całą noc i przykopy tak daleko posunęli, że o świcie byli już całkiem blisko szańców nieprzyjacielskich, dotykając niemal niż­szego kąta, gdzie się kończył okop przez nieprzyjaciela dzień przedtem usy­pany; boki zaś nieprzyjaciela były już tak odsłonione, że się nawet w obrę­bie swych warowni bezpiecznie ostać nie mógł. Pozbawieni w ten sposób wszelkiej nadziei, oblężeńcy powracają do myśli poddania się. W imieniu bojarów i żołnierzy przybywają posłowie, ażeby załodze zamkowej wyjednać zachowanie przy życiu... Pozwolono im w jednym odzieniu oddalić się swo­bodnie, gdzie się komu podobało. Przeciwni poddaniu byli jedynie: biskup (którego władyką zowią) Cyprian i wojewodowie na zamku będący, z tym się odkazując, że raczej wolą zginąć aniżeli się dostać w moc nieprzyjacielską. Usiłowali nawet przedtem ogień pod prochy podłożyć i zamek, siebie i całą osadę wysadzić w powietrze; przeszkodzili jednak żołnierze. Otóż gdy teraz zamysł ich udaremniła wspólna wszystkich obawa, zamknęli się w cerkwi Św. Zofii, oświadczając, że się tylko gwałtem stamtąd wyprowadzić dadzą. Król, zatrzymawszy posłów, posłał po władykę i wojewodów. Przychodzą  ioddają królowi swoim obyczajem czołobitność...
Nazajutrz pragnął król przede wszystkim odprawić nabożeństwo, aby za otrzymane zwycięstwo Panu Bogu złożyć dzięki. Lecz nie mogąc wjechać na zamek z powodu nieznośnej woni, rozchodzącej się od gęsto leżących tru­pów, których dotychczas Moskwa nie pogrzebała, każe wyprowadzić dotąd na zamku zostającą Moskwę; równocześnie wyznacza straż, która ich miała bronić od swawoli żołnierskiej... Przestrzegał król jak najpilniej, ażeby się Moskwie jaka krzywda nie działa od żołnierzy; kiedy więc pewien towarzysz kilku z nich począł obdzierać, spodziewając się, że w tak licznym tłumie nikt tego nie zobaczy, przyskoczył do niego król, przypatrując się właśnie schodzą­cej z zamku Moskwie, i zajechał go buzdyganem. Czyn ten zjednał mu nie­małe uwielbienie u nieprzyjaciół, tym bardziej podziwiających łaskawość i sumienność królewską, że w ciężkiej swej niewoli o takich cnotach nie słyszeli wcale.
W obrębie zamku znajdowano poszarpane ciała naszych żołnierzy, których Moskwa dopadła była w chwili, kiedy ci - rzecz w tak wielkim niedostatku
żywności i wszystkich potrzeb nieunikniona - po ogrodach leżących pod ostrogiem strzeleckim zbierali zioła, aby głód zaspokoić; zawlókłszy ich do zamku, w najokropniejszy sposób rozszarpywała na sztuki. Zauważono, że nad Niemcami zwłaszcza pastwiła się okrutnie: wsadziła ich do kotłów, pod którymi palił się ogień, i nalawszy wody £o kolana, gotowała żywcem; wiąza­ła im ręce w tył powrozem i ponacinawszy wzdłuż brzuch i całe ciało w gęs­tych odstępach, najohydniej darła z nich pasy. Dyszeli więc zemstą żołnierze. Król jednak, uważając, że słowa raz danego nieprzyjacielowi łamać nie wolno, dwie roty przydał tym na obronę, którzy wracali do Moskwy. Nazajutrz od­prawiono uroczyste nabożeństwo w obozie.

CHARAKTERYSTYKA STEFANA BATOREGO.
Natura wyposażyła króla Stefana we wszystkie przymioty ciała i duszy: rzekłbyś, chciała stworzyć w nim wzór rzadkiej na tym świecie doskonałości. W postawie, w twarzy, w mowie był uosobieniem majestatu; a jednocześnie miał w sobie jakąś dziewiczą delikatność i prostotę oraz tak wielką ludzkość, że przy całej swojej godności królewskiej i powadze majestatycznej, jaką zachowywał wobec wszy­stkich, wdawał się z nawiedzającymi go w najpoufalsze rozmowy, a bojaźliw-szych sam niejednokrotnie ku sobie ośmielał. Toteż nie wiedzieć, czy go się ludzie więcej bali, czy kochali. Katolikiem był wielce gorliwym, o czym świad­czy choćby jego testament, w którym zwracając się w obliczu śmierci do synowca swego, Zygmunta, księcia siedmiogrodzkiego, zaleca mu w najgoręt­szych słowach opiekę nad religią katolicką i nad kolegium jezuickim, które był dla nawracania arian siedmiogrodzkich do życia powołał. Nie sprzenie­wierzył się jednak swemu poglądowi, że wszelkich sekciarzy należy raczej to­lerować, polecając ich Bogu i czasowi, niż prześladować. Wiedzę posiadał ol­brzymią, a zawdzięczał ją po części praktycznemu obznajomieniu się ze spra­wami Węgrów, Turków, Niemców, Włochów, nade wszystko jednak - czy­taniu historyków; najulubieńszym jego historykiem był Cezar, z którym się też nigdy nie rozstawał. Wymowny był bardzo (ze wszystkimi rozmawiał po łacinie), a każde słowo jego taką miało powagę, że uchodziło niemal za wy­rocznię. Gdy wiedział, że ma prawo i słuszność za sobą, tam nigdy nie ustę­pował. Wielki miłośnik prawdy, jak sam nigdy się z nią nie mijał, tak innym łatwo wierzył. W oczach niektórych uchodził za człowieka nadto skłonnego do gniewu i okrucieństwa (zwłaszcza póki był jeszcze księciem siedmiogrodzkim); lecz ja twierdzę, że nie było chyba człowieka, który by tak łatwo odpuszczał krzywdy i tak szybko zapominał o nich; długo za to pamiętał wyświadczone sobie dobrodziejstwa, nawet najmniejszą usługę, i niejednokrotnie obsypywał dobrodziejstwami tych, którzy już dawno zapomnieli, że mu się kiedyś przy­służyli, i bynajmniej nagrody nie oczekiwali. O pomnożenie majątku wielce dbały, uchodził zwykle za zbyt oszczędnego; jakoż był oszczędny, ale kiedy było potrzeba, umiał być nie tylko szczodrym, lecz i wspaniałym.
Na sejmie toruńskim (1576) posłowie ziemscy, i to ci, którzy rej wśród szlachty wodzili, zamęczali króla Stefana, by zdał sprawę ze wszystkich swych czynności, a szczególnie z zabranych skarbów [po Zygmuncie Auguście]. Król, nie przyzwyczajony do takiej wolności, która mu się raczej swawolą być zdała, zapłonął gniewem. I niechaj mi wolno będzie przytoczyć słowa, któ* re mu się wówczas z ust wyrwały, jako przykład właściwej mu wymowy: «Nie w chlewie, lecz wolnym człowiekiem jam się urodził i zanim do tej ziemi przybyłem, nie brakło mi jedzenia ani odzienia; wolność swą kocham i będę jej strzegł. Z woli bożej wyście mnie królem swym obrali, na wasze to prośby i nalegania tu przybyłem, wyście mi koronę na skronie włożyli; jestem więc. królem waszym, ale nie glinianym ani malowanym [non fictus neque pictus]; chcę królować i nie ścierpię, by mi ktokolwiek grał po nosie! Bądźcie sobie stróżami swej wolności: na to zgoda; ale nie pozwolę, byście byli moimi i moich senatorów pedagogami; strzeżcie sobie swej wolności, ale od swa­woli - wara!))

Podobne prace

Do góry