Ocena brak

Praca z historii o "Pol Pocie, Czerwonych Khmerah i Kambodży"

Autor /Teofil7777 Dodano /31.10.2011

W ostatnim czasie wszelkiego rodzaju media poświęcają wiele uwagi osobie przywódcy Czerwonych Kremów Pol Potowi. Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania w celu postawienia go przed sądem. Akcja informacyjna po raz kolejny przybliżająca nam okrucieństwo i zbrodnie tamtego czasu, ukazująca upadek reżimu oraz przybliżając sylwetkę wyzwolicieli, to w rzeczywistości kolejna rozgrywka polityczna, tocząca się w obliczu zbliżających się w Kambodży wyborów. Nie tego jednak będzie dotyczyć ten tekst. . Zbrodnie, okrucieństwa, tortury, eksterminacje narodu Khmerskiego które miały miejsce w czasie rządów Pol Pota są faktem. Ich skala i zasięg są szokujące i trudne do wyobrażenia.

Pozbawienie jednak właściwego im tła, wyrwane z rzeczywistego kontekstu, wyodrębnione z łańcucha wzajemnych powiązań i zależności, przyczyny i skutku, sprawiają wrażenie bezsensownego, zupełnie niewytłumaczalnego aktu, produktu chorego umysłu. Ogromnie trudno jest nam, Europejczykom, ludziom z innego kręgu kulturowego pojąć iż mogą istnieć jakiekolwiek racjonalne przesłanki, które, nie uspawiedliwiały by lecz chociażby próbowały wytłumaczyć te okropne wydarzenia. Nie chodzi o obronę czy chęć usprawiedliwienia Czerwonych Khmerów, lecz o ukazanie pełnego obrazu ówczesnej rzeczywistości.

Czerwoni Khmerowie przejęli władzę w Kambodży w 1975r. Do czasu ich obalenia czyli 1979r. wymordowali ok. 2.5 miliona mieszkańców ośmiomilionowego w tamtym okresie kraju. Ludność miast wysiedlona na tereny wiejskie, gdzie stworzono samowystarczalne komuny. W następnej kolejności do komun w różnych częściach kraju, przesiedlono chłopów. Rozdzielono małżeństwa i rodziny. Odbierano wszelkie pamiątki i dokumenty. Przydzielono kategorie przydatności socjalnej. Najniższe kategorie świadczące o nikłej lub żadnej przydatności socjalnej otrzymywali ludzie wykształceni , intelektualiści, duchowni różnych wyznań , wojskowi, nauczyciele, ludzie bogaci, związani z obcymi interesami, utrzymujący kontakty z zagranicą czy chociażby potrafiący czytać i pisać.

Najwyższe kategorie przyznawano prostym chłopom, analfabetom. Zniszczono sieć elektryczną, stacje filtrów, ujęcia wody pitnej, telefony, autobusy, cały przemysł. Zamknięto sklepy, zniszczono ogromną wielkość zabytków. Zorganizowano specjalne odziały Czerwony Khmerów, które wyszukiwały i paliły nie tylko książki, ale wszystko co miało związek z drukiem (dokumenty historyczne, stare czasopisma, kroniki, rachunki, podręczniki). Zlikwidowano cały system oświaty. Nauczanie zostało zlikwidowano. Nauczycieli wysłano do komun. Niszczono zapasy środków leczniczych, zlikwidowano opiekę lekarską , niszczono instrumenty lekarskie, sprzęt i wyposażenie szpitali. Zniszczono sieć drogową.

Przestała istnieć poczta, wymiana informacji. Przestał istnieć handel i wymiana towarowa. Zaprzestano używania pieniędzy. Zrezygnowano z wszelkich mechanicznych urządzeń, maszyn i środków lokomocji. Wszelkie kontakty intymne między kobietami i mężczyznami były zabronione. Stopa urodzeń w trakcie rządów Czerwonych Khmerów spadła prawie do zera. Niszczono wszystko co miało jakkolwiek związek z cywilizacją przemysłową, z kulturą europejską, techniką, ale także wszystko co się wiązało z przeszłością Kambodży, z trwającym od pokoleń stanem rzeczy. Uznano że należy zniszczyć wszystkie dokumenty przeszłości aby budowa nowego społeczeństwa rozpoczęła się od zera bez żadnych obciążeń. Według Amakaru wybiła godzina zero.

Wydaje się to niepojęte. Odebrać milionom ludzi wszystko co posiadają, gwałtownie w jednej chwili cofnąć rozwój ekonomiczny i społeczny kraju tak dalece w przeszłość. A może jednak wiele wymienionych powyżej, podjętych przez Czerwonych Khmerów działań da się racjonalnie wytłumaczyć?

Wysiedlenia.

Wysiedlenia obejmowały początkowo tylko mieszkańców miast, lecz potem kiedy się z tym uporano - co nie było łatwe, gdyż chodziło w sumie o mniej więcej trzy miliony ludzi - przyszła kolej na chłopów. Postanowiono przesiedlić ich ze wschodu na zachód , z południa na północ z Gór Kardamonowych na granicę Laotańską, z rozlewisk Makonga do Battabarzau. Postawiono ich przemieszczać, zatomizować, zemleć na pył, aby raz na zawsze unicestwić ukształtowaną przez wieki strukturę socjalną , wykorzenić doszczętnie lokalne układy odniesienia i skamieniałą jak system kastową, hierarchię biednych i bogatych. By to pojąć trzeba zrozumieć czym w oczach Czerwonych Khmerów były miasta i wsie.

Miasto w Azji to siedzenie w kucki, gwarzenie z ziomkami , palenie petów, pożebrać, pogapić się, zawinąć pod rękaw. Im większe miasto tym większe to nic - nie robienie, tym łatwiej dać nura w mrok wąskich uliczek, w błogi zapaszek oleju, rynsztoku, kuchennych podwórek. Miasto w Azji to panowie urzędnicy w białych koszulach, bardzo ważni policjanci, niedosiężni Sahibowie, rzeczy straszne i odległe jak księżyc. Ale także wieczny ruch i wrzawa, tysiące cudów do oglądania, miliony obietnic na każdym rogu, wieczna szansa że coś się zdarzy, coś się zmieni. Można żyć, można młode lata przegadać, przesiedzieć w kucki, przewałęsać.

Miasto w Azji jest ojczyzną lokalną dżinów i zamorskiego szatana. Zmienia miłe dziewczyny z sąsiedniej ulicy w zimne wyrachowaneprostytutki, biorące od cudzoziemskich frajerów sto razy więcej niż są warte. Rodzi korupcję, jest wylęgarnią sprzedajnych urzędników, tajnych agentów, handlarzy opium, oszustów, wydrwigroszów, ojców sprzedających własne córki. Wciąganie każdego, znieprawi każdego, rośnie jak smok z legendy, wysysa krew jak wampir. Azja nigdy nie znała aż tak wielkich wielomilionowych miast, dopóki nie wtargneli tam biały kolonizatorzy, potrzebujący dziwek, fakirów, pośredników, szpicli i lokajów. Przez całe tysiąclecia Azjatom w zasadzie wystarczyły książęce stolice i niewielkie miasteczka rejonowe, jako ośrodki prostej wymiany i najniezbędniejszego rzemiosła. Dopiero epoka kolonizacji stworzyła te miast - więzienia, miasta - wyzwania, pasożytnicze w samej swej istocie.

Wieś azjatycka zawsze była zawsze miniaturą piekiełka, a może miniaturą świata, jeżeli mu się dobrze przyjrzeć. Jest rozwarstwiona na wszelkie możliwe sposoby, nieludzka dla słabszych i biedniejszych, okrutna dla dzieci i zwierząt, bezwzględna dla ułomnych, obcoplemieńców, innomyślnych, skamieniała niepisanym niewolniczym hierarchiźmie. Azjatyckie trwanie, które nas czasem tak zachwyca, najczęściej jest bezmyślnym katatonicznym bezruchem, dużo rzadziej zachowaniem substancji. Nikczemni dzierżawcy, lichwiarze, zaciekli i niepoprawni zdziercy którzy głodzą i poniżają innych, ponieważ wynika to z nieodgadnionego porządku wszechrzeczy?

Wielki posiadacz ziemski, wysoki urzędnik, właściciel fabryki - to pojęcie niebotycznie odległe, graniczące z abstrakcją. Wszelkie zasadnicze fronty społeczne przebiegają tu z reguły w jednej wiosce, wśród ludzi widujących się codziennie i wśród rodzin żyjących od pokoleń obok siebie. To właśnie wśród takich jak oni, brały swój początek wszystkie nieszczęścia Azji przed epoką kolonizacji. Właśnie wśród nich trwający od pokoleń głód zmieniał serca i umysły w martwą bryłę granitu, chroniczny deficyt białka i niedostatek energii utrzymywały bezgraniczną ciemnotę, podnoszoną przez okrutnych starców do rangi cnoty i normy etycznej. Może naprawdę nie było innego wyjścia by skruszyć tę osobową skałę apatycznego trwania? Tak mniej więcej mogła rozumować kadra Anakaru kiedy zaczęła wysiedlać dwa miliony ludzi z Phmom Penh.

Z punktów rozdzielczych ruszyły długie kolumny ludzi , którzy się przedtem nie znali i mieli wszelkie powody, by sobie nawzajem nie ufać. O to właśnie chodziło, aby się stali członkami amorficznej zawiesiny społecznej i molekułami super kolektywu. Chłopów wysłano pieszo do odległych o setki kilometrów, nie znanych im komun, z takim wyliczeniem aby w żadnej komunie nie znalazło się więcej niż dwóch ziomków z jednej wsi, ponieważ mogli zmówić się ze sobą.

Wielka trans migracja w Kambodży nie była objawem amoku, barbarzyńskiej głupoty ani żołdackiej samowoli. Wynikło z żarliwej i głęboko przemyślanej doktryny, z rozpaczy nad nędzną nie zmienionością świata i zbyt powolnym tempem dokonywania się wszelkich dotychczasowych rewolucji. Zrodziło się z tęsknoty za wizję czystego i jasnego społeczeństwa , wolnego od garbów nierówności i od krzywd czynionych co godzinę przez zdeprawowaną naturę ludzką. Ludzie skupieni wokół Pol Pota nie byli w tej tęsknocie odosobnieni. Poczynając od Robespiere'a podobne wizje raz po raz skłaniały natchnionych ideologów do sięgnięcia po katharsis terroru. Motyw oczyszczenia poprzez terror powtarza się nieustannie w dziejach nowożytnych myśli politycznej, różnica dotyczy tylko skali (trudno utrzymywać iż pochwałę terroru głosili tylko ludzie umysłowo chorzy/. Grupa Pol Pota składał się wręcz z umysłów na swój sposób wybitnych, przynajmniej w lokalnej skali odniesienia. Konsekwentny, autentyczny, radykalizm społeczny, bez wykrętów, kompromisów i złudzeń pojmowany jako integralny sposób myślenia o świecie. Wielka Trans migracja nie mogła być zjawiskiem jednorazowym. Chaos wiecznych przesiedleń, ruchu kadr, przepierzonego krążenia materii społecznej stał się regułą w państwie Czerwonych Khmerów. Wieczna mobilność, ruch żaren, nie kończąca się nigdy rotacja, płynność, nieokreśloność, niepewność stanowiły doktrynalne założenia władzy czerwonych Khmerów. Były stosunkowo najlepszą gwarancją że ludzki perz wyrwany z gleby nie zacznie się zakorzeniać na nowo. Człowiek jest nieznośnym stworzeniem.

Wystarczy mu pozwolić aby się na chwilę zatrzymał , osiadł potrwał, a już zapuszcza korzenie, obrasta przedmiotami, zaczyna budować delikatną tkankę nowych związków wokół siebie. To lubi, tamtego nie lubi, przeszkadza w marszu, poszukuje szczęścia na własną rękę. Z takich ludzi nie mogłaby się w przyszłości wyłonić nowe społeczeństwo. Właśnie ta nieprzeparta potrzeba osiadłości i trwania budziła najgorętszy sprzeciw, bo wszyscy przecież zaczęliśmy swe dzieje od koczownictwa , od luźnych i przypadkowych związków. Nie można niczego naprawdę zbudować z ludźmi którzy przeważającą część swej energii obracają na to żeby właśnie im było lepiej, lżej, wygodniej.

Przed wyruszeniem do komun rozdzielono małżeństwa i rodziny. Zapewne w niewielu innych rejonach świata węzły rodzinne są tak silne jak tu, w południowej Azji. Liczebność klanu rodzinnego jest stosunkowo najlepszym zabezpieczeniem ekonomicznym na wypadek nieszczęścia lub starości. Obowiązek wzajemnej pomocy i wzajemnego świadczenia jest tak głęboko zakorzeniony, że nie słabnie nawet u ludzi wykształconych i samodzielnych. Pięćdziesiąt wieków doświadczeń nauczyło azjatyckich chłopów, że nie można liczyć na obcych, przyjaciół, sąsiadów. Można liczyć tylko na rodzinę. Przymusowe rozdzielenie rodzin było najcięższym rozstrzygającym ciosem w tkankę społeczną narodu Khmerskiego. Cios ten był wymierzony precyzyjnie, dokładnie przez ludzi doskonale znających tę społeczność i wiedzących dokąd zmierzają.

Chłopi zostali uznani za wartościowe społeczeństwo jednostki społeczne. Chłopi, prości ludzie. Oto sól ziemi, bracia ciemni, najpierwsi, elementarni, jak ziemia, woda i słońce, oto punkt zerowy wszystkich niekłamanych myśli i ostateczna miara wszystkich bez wyjątku doktryn współczesnego świata. Tylko wśród nich należy weryfikować motywy działań państw, klas i jednostek.

Niszczono wszystko co miało jakikolwiek związek z cywilizacją przemysłową. Unieważniono i zaprzestano używać wszelkich pieniędzy. W dwie godziny po zdobyciu stolicy kraju Phnom Penh, 17 kwietnia 1975, Czerwoni Khmerowie wysadzili w powietrze gmach Banku Narodowego wraz ze skarbcem. Oto unieważniono raz na zawsze wszelkie pieniądze, ową przyczynę ludzkiej krzywdy i hańby. Czerwoni Khmerowie nie przynieśli ze sobą żadnych pieniędzy i nie widzieli powodu aby je ktokolwiek inny posiadał. Wraz ze zniszczeniem lokalnych środków płatniczych zakazano posiadania walut obcych, obligacji, złota, weksli, akcji, numizmatów. Nie chodziło o żadną reformę lecz o całkowite unicestwienie wszelkich form życia ekonomicznego, nawet takich, jakie były znane od tysięcy lat przed pojawieniem się formacji kapitalistycznej. Wycofanie pieniędzy z obiegu nie jest równoznaczne jeszcze ze zniszczeniem życia ekonomicznego, rolę pieniądza bardzo szybko przejmuje na siebie wymiana towarowa lub jakikolwiek inny zabieg oparty na mniej jednolitym mierniku wartości. Ambicją Pol Pota było właśnie zlikwidowanie tego jednolitego miernika. Osiągnięto to w bardzo prosty sposób: produkcja żywności scentralizowana w stu procentach, cała dystrybucja również. Nisko ustalone racje żywnościowe uniemożliwiały powstawianie jakichkolwiek nadwyżek osobistych, które można by było na cokolwiek wymieniać. W ten sposób upadła i sama wymiana towarowa, ponieważ nie istnieje na świecie towar, który miałby wyższą wartość niż żywność, w sytuacji niezbyt odległej od głodu. Żywność jest podstawą życia ekonomicznego, towarem elementarnym od którego zaczynają się wszelkie inne pojęcia wartości ceny czy tym bardziej obrotu pieniężnego który to obrót jest z pewnego punktu widzenia, najnikczemniejszym wynalazkiem człowieka, bez względu na to czy jednolitym miernikiem wartości są muszelki, mydło, złote monety, krążki blachy czy kawałek zadrukowanego papieru.

Zniszczono całą sieć elektryczną. Kambodża była w praktyce krajem nie zelektryfikowanym. W roku 1974 dziewięć istniejących tu elektrowni miało łączną moc zainstalowaną 51 kilowatów. Produkcja energii elektrycznej wynosiła niespełna 19 kilowatogodzin na głowę mieszkańca rocznie, co trudno sobie wyobrazić. Stuwatowa żarówka paląca się przez godzinę dziennie zużywa 36 kilowatogodzin rocznie.

Z elektryczności korzystało więc w praktyce tylko ludność miast i to raczej ta zamożna. Dla reszty kraju, która od dziesiątków pokoleń znała tylko łuczywo, olejny kaganek i nieskomplikowane palenisko, istnienie lub nieistnienie sieci elektrycznej było rzeczą idealnie obojętną. Do czego może służyć elektryczność w kraju tak biednym i słabo rozwiniętym, by nie powiedzieć zacofanym? Jest przede wszystkim rozsadnikiem wszystkich ujemnych zjawisk cywilizacji konsumpcyjnej, prapoczątkiem nie kończącego się nigdy łańcucha coraz to nowych potrzeb, zachcianek, ułatwień. Zaczyna się to niewinnie, od sztucznego oświetlenia, którego pożytki wydają się oczywiste. Ale tak to już jest, że kto już jedną żarówkę wkrótce chce mieć dwie i zaczyna się tego coraz natarczywiej domagać.

Po upływie jednego pokolenia naturalny rytm dnia i nocy zostaje nieodwracalnie zakłócony, zaczyna się różnicować tryb życia, obyczaj i związki między ludźmi. Potem pojawia się lodówka , której przydatność a w tym klimacie jest szczególnie bardzo wysoka. A przecież lodówka jest dla Azji urządzeniem głęboko szkodliwym społecznie. Zachęca do zwiększenia konsumpcji, podczas gdy niezliczone pokolenia chłopów miały zawsze tylko żywności, ile można było przechować i zjeść w ciągu jednej doby (chodzi tu o żywność szybko się psującą). Lodówka stymuluje rozwój przemysłu spożywczego, pociąga ze sobą konieczność importu cienkiej blachy na puszki do konserw, stwarza konieczność zwiększenia produkcji szkła, szybko wypiera tradycyjne znane od wieków metody suszenia i odwadniania żywności. Elektryczność to na przykład wiatrakowy wentylator do chłodzenia pomieszczenia lub, co gorsza instalacja klimatyzacyjna, stwarzająca ludziom sztuczne warunki bytowania.

Chłopom na polach ryżowych nie można zapewnić klimatyzacji, choć to oni wytwarzają w tym kraju jak Kambodża przeważającą część dochodu narodowego , z jakiego więc powodu mieliby z dobrodziejstwa chłodzonych pomieszczeń korzystać tylko mieszkańcy miast? Od początku historii ludzie rodzili się tutaj , żyli i umierali w strasznym słońcu tropików, o mokrym zaduchu wiosny i żrącym skwarze pory suchej. Czy należy to zmieniać tylko dla tego, że jacyś ludzie za oceanem wymyślili urządzenia do ochładzania powietrza i pragną je teraz sprzedawać za ciężkie pieniądze , na które i tak musiałby zapracować biedny, ociekający potem chłop. Elektryczność to również telefon, którego samo istnienie jest dla azjatyckiego chłopa podejrzane - "jak to głos niesie się po drucie?" - a także telewizja której wprowadzenie do Kambodży graniczyła z idiotyzmem. Każda śrubka z osobna, każdy kabel i każdą lampę trzeba było importować , to znaczy trwonić rezerwy dewizowe (skąd pochodziły? kto je wypracował?) , lub zabiegać o zagraniczne kredyty i darowizny. Po co właściwie?

Żeby dziesięć tysięcy sklepikarzy, oficerów i urzędników mogło spędzać przyjemnie wieczory. Gdyby nawet pominąć bezpośrednio koszty techniki telewizyjnej - jakaż była prawdziwa użyteczność społeczna tego wynalazku? Wszystkimi szparami wciskały się materiały filmowe ze świata seriale, reportaże, filmy fabularne. Spójrzmy przez chwilę na te filmy, zobaczymy jak mieszkają ich bohaterowie, ile jedzą, czym się zajmują, o czym myślą. Czy naprawdę jest to posłanie, które warto by było przekazywać biednym chłopom z prowincji Pursat lub młodym mieszkańcom Battambargu? To prawda że istnienie elektryczności mogło by mieć pewne zalety. Na przykład elektryczne pompy szybciej przetłaczają wodę , niż to czynią dwie zmęczone dziewczyny z niosadłami.

Ale kiedy już raz postawi się na elektryczność, łańcuch uzależnień nie maleje, lecz rośnie. Trzeba importować generatory, słupy trakcyjne, transformatory, rozdzielnie. Trzeba nieustannie, bez chwili przerwy importować paliwo stałe lub płynne, których w Kambodży nie ma. Trzeba zatrudniać zagranicznych techników lub posyłać (za czyje pieniądze?) własną młodzież, aby się uczyła obsługiwać instalacje elektryczne. A przede wszystkim trzeba się pogodzić z faktem, że przez całą dającą się przewidzieć przyszłość kraju będzie miał coraz więcej potrzeb i coraz mniej spełnień, więcej żądań niż możliwości ich zaspokojenia. Być może ci, którzy z taką zaciekłością wyrywali kable ze ścian, tłukli żarówki, niszczyli silniki elektryczne - przesadzili w gorliwości. Ale polityczna decyzja Amakonu o zlikwidowaniu na pewno nie była przejawem amoku.

Ten sam tok rozumowania można odnieść do prawie całej cywilizacji przemysłowej, której Czerwoni Khmerowie wypowiedzieli wojnę. Nie chodzi o to, że cywilizacja przemysłowa jest złem samym, zawsze ze sobą niesie w sobie zalążki degeneracji. gdyby było powszechna i bezpłatnie dostępna, prawdopodobnie zostałaby uznana za dobrodziejstwo, a w każdym razie za zjawisko w pewnynych granicach pożyteczne. Ale tak wcale nie jest. Cywilizacja kosztuje z roku na rok więcej. Kraje takie biedne i tak słabo rozwinięte nie mają żadnych szans, aby kiedykolwiek wyrównać dysproporcje i dogonić czołówkę przemysłu świata. Każdy krok w tym kierunku pogłębia tylko zacofanie, zamiast je zmniejszyć. Wystarczy korzystać z jakiegokolwiek elementu nowoczesnej cywilizacji przemysłowej aby popaść w nie kończący się łańcuch uzależnień, rozrastający się w postępie geometrycznym. Próby wprowadzenia nowoczesności do buszu: to amerykańscy plutokraci, to niepiśmienni szejkowie w rolls-royce'ach, to Bokassa i Amin, to elektroniczne cudeńka o krok od rozpadających się ruder.

Istnieje dziś oczywiście możliwość zakupienia czy nawet kredytowego otrzymania dóbr cywilizacji przemysłowej, tyle że zawsze jest to związane ze spełnieniem jakiś tam warunków politycznych, a zatem z mniej lub bardziej pośrednią kolonizacją. Kiedy się po raz pierwszy otrzyma zastrzyk nowoczesnych dóbr przemysłowych i wykorzysta je w choćby najmądrzejszy sposób, trzeba już potem przez dalszą historię żebrać o kredyty, moratoria i darowizny, zamartwiać się staniem koniunktur, forsować za wszelką cenę eksport jakieś żałosnej monokultury, której losy i tak w końcu zależą od wielkich banków, giełd i monopoli. Biedne kraje mogą żyć bez nich, ale nie mogą żyć z nimi, byłoby to sprzeczne z naturą ogólnoświatowych stosunków gospodarczych. Uprzemysłowienie, czy nawet budowa podstaw infrastruktury przemysłowej przynosi pyzatym druzgocące skutki społeczne w kraju tak biednym jak Kambodża.

Mówi się, że maszyny produkują taniej niż ludzie, lecz jest to przecież jeszcze jedna prawda sytych, odzianych i zadowolonych z życia, którzy od kilku pokoleń mają pod dostatkiem energii elektrycznej, dróg, surowców, gałęzi przemysłu. Nie ma takiej maszyny, która wyprodukowała by taniej niż kambodżańska chłopka, snująca zębami konopne nici. Jedna maszyna pociąga za sobą konieczność posiadania następnej, tokarka wymaga frezerki itd. Zaczyna się w przyspieszonym tempie wytwarzać warstwa "pasożytów produkcji" , którzy wciągają kraj coraz głębiej w wiry rosnącej zależności od zagranicy, żądają nowych maszyn, śrubek i tłoczków, stawiają wygórowane żądania co do swoich płac. Chłop kambodżański zawsze żył biednie, lecz rzadko głodował, a w latach dobrego urodzaju jadł prawie do syta. Obieg pieniądza był tu zawsze znikomy, gospodarka rynkowa istniała w formie zalążkowej, wieś żyła niemal bez reszty w kręgu gospodarki naturalnej.

Nieszczęścia zaczęły się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, kiedy po 91 latach francuskiej kolonizacji naród Khmerski uzyskał niepodległość, a władający krajem Książe Sihanuk uzyskał sporą pomoc międzynarodową i wbrew azjatyckim obyczajom skierował ją głównie na rozwój gospodarki rolnej. Sprowadzono nowe plenniejsze odmiany ryżu, nawozy sztuczne, zaczęły pracować mechaniczne urządzenia do nawadniania, młócki i pikowania sadzonek. Wydajność łącznych zbiorów wzrosła w ciągu jednego pięciolecia z półtorej do trzech ton ryżu z hektara. Gospodarka po raz pierwszy w historii uzyskała nadwyżki. Natychmiast rozpoczął się produkt najrozmaitszych produktów przemysłowych, a wraz z nim urosła z dnia na dzień energiczna warstwa biurokratyczno-techniczna, stawiająca jasnego księcia za rozumny postęp i troskę o interesy narodu.

Ci ludzie mieli już pieniądze, ale chcieli ich mieć jeszcze więcej i trzeba było ich opłacić ze szkatuły państwowej i to hojnie. Konieczne było wprowadzenie systemu podatkowego. Chłopi też musieli płacić podatki, wieś uległa gwałtownemu rozwarstwieniu, pojawili się prawdziwie bogacze wiejscy, kupujący w miastach niewyobrażalne produkty, ale także po raz pierwszy na wieś kambodżańską zawitał trwały chroniczny głód wśród biedoty. To wystarczyło, aby łagodny, wesoły nieskłonny do wojowania chłop kambodżański zaczął się burzyć. Tak wyglądało wczesne tło społeczne, na którym zrodziła się doktryna społeczna czerwonych Khmerów.

Reszty dokonali Amerykanie za rządów generała Lon Nola w latach 1970-75. Wpakowali w Kambodżę mnóstwo pieniędzy, dopuścili do olbrzymiej niewyobrażalnej korupcji, aby bez względu na koszty, w możliwie najkrótszym czasie, wytworzyć bogatą warstwę urzędniczo-mieszczańską, w której słusznie upatrywali najskuteczniejszą, bo miejscową, zaporę przeciwko burzącemu się chłopstwu. Nie żałowali też dostaw pieniędzy i fachowców, jeśli idzie o rolnictwo; w ostatnim roku rządów Lon Nola wydajność sięgnęła ośmiu ton z hektara.

Ale im wyższe były plony, tym wyższe podatki; im zasobniejsze stawały się miasta, tym gorzej wiodło się biedocie wiejskiej, która już niemal w całości sympatyzowała z czerwonymi Khmerami, udzielała im schronienia i ukrywała przed żandarmerią. To właśnie w okresie tych pięciu lat zbudowano większość owych wspaniałych willi w Phnonn Penh, przebudowano gruntownie miasto, w sklepach pojawiły się najdroższe towary całego świata. Cywilizacja przemysłowa ujawniła w Kambodży wszystkie swe uroki i przekleństwa jednocześnie. Pieniądz stał się miarą wszelkich rzeczy, inflacja przekraczała 30% rocznie, bieguny społeczne oddalały się od siebie z szybkością uciekające galaktyki. To wszystko działo się kiedyś w większości krajów świata, lecz tutaj zdarzyło się to za życia jednego pokolenia.

C zy wobec tego nie trudno winić czerwonych Khmerów, że ich wyobrażenia o rewolucji były od początku aż tak skrajne. Wydano walkę służbie zdrowia, zlikwidowano szpitale, niszczono zapasy środków leczniczych, sprzęt i instrumenty lekarskie. By uświadomić sobie powody które skłoniły do podjęcia wojny z medycyną należy spojrzeć na to zjawisko oczami biednego chłopa, zamieszkującego zapomnianą wieś. Za rządów Lon Nola Kambodża miała jeden z najmniejszych na świeć wskaźników łóżek szpitalnych (1200 osób na łóżko, w tym samym okresie w Polsce 129 osób) minimalną ilość lekarzy (prawie 16 tysięcy osób na jednego lekarza, w Polsce 600 osób) proporcjonalnie najmniejszą w Azji liczbę średniego personelu medycznego. Cały system lecznictwa i ochrona zdrowia na dobrą sprawę funkcjonował tylko w miastach i obejmował nie więcej niż trzy, maksymalnie pięć procent ludzi.

Był zresztą postawiony na niezmiennie wysokim poziomie, doskonale zaopatrzony w zagraniczne środki farmakologiczne, niezły sprzęt, porządne laboratoria. Nic więc dziwnego, że był horrendalnie drogi i w praktyce niedostępny dla nikogo poza zamożnymi mieszkańcami. Lekarze należeli do ścisłej czołówki finansowej kraju, ich honorarium za wizytę sięgało jednorocznego dochodu rodziny chłopskiej. Nowoczesna medycyna z jej coraz kosztowniejszymi wynalazkami znajdowała się całkowicie poza sferą wyobraźni kamboźańskiego chłopa. Przyroda sama dokonywała selekcji, akuszerka zastępowała ginekologa i stomatologa, zioła i minerały od wieków uchodziły za jedyne lekarstwo. Właściwie z jakich powodów biedny chłop miałby ubolewać, że panów doktorów wysiedlono z pięknych wielopokojowych i przyjemnych chłodnych mieszkań?

Na punktach rozdzielczych gdzie wysiedlano osoby przydzielano do konkretnych komun, kazano przed wymarszem wyrzucić wszelkie dokumenty osobiste i zdjąć buty. Buty w tej sferze klimatycznej są wynalazkiem kapitalistycznego szatana, który bezustannie podszeptuje ludziom, że mogą żyć wygodniej, lepiej, bezpieczniej. Sto pokoleń azjackich chłopów nigdy nie wpadło na pomysł wkładania butów i nie wiedziało nawet o istnieniu takiego wynalazku. Ich bose zrogowiatałe stopy przemierzały ten bezkresny kontynent od tysięcy lat kontynent. Dopiero epoka kolonializmu uświadomiła biednym Azjatom - bogaci poznali tą tajemnicę już wcześniej - że stopy ludzkie można odziewać zwierzęcą skórę. Dlatego buty jako fakt ekonomiczno - społeczny należało zniszczyć za jednym zamachem, przynajmniej wśród ludności cywilnej, bo wojsko jednak miało chodzić w butach.

Z tego właśnie powodu kazano wysiedlanym mieszkańcom miast zdejmować obuwie jeszcze przed opuszczeniem miast. Chodziło o to aby ich wydelikacone stopy poznały trud chłopskiego dreptania. To brzmi cynicznie i okrutnie, ale to nie my z kręgu śródziemnomorskiej cywilizacji, wydaliśmy rozkazy marszu. To raczej system który zrodził Czerwonych Khmerów był cyniczny i okrutny. Nikt się przez tysiąc lat nie rozczulał nad stopami chłopów, które także są pokryte tkanką nabłonkową. By pojąc motywy psychologiczne, którymi kierowali się dowódcy i konwojenci, kiedy kazali wysiedlonym mieszkańcom miast zdejmować buty trzeba by było wiedzieć o życiu kambodżańskich chłopów. Niezbyt chętnie słuchamy takiej argumentacji. To zrozumiałe.

Uważamy za rzecz zupełnie oczywistą , że powinniśmy lepiej zarabiać, obficiej jeść wygodniej mieszkać. Powinniśmy mieć łatwiejszy dostęp do urządzeń mechanicznych i pojazdów, więcej podróżować, zastawiać nasze mieszkanie większą ilością sprzętu i ozdób. Jesteśmy nieuleczalnie zarażeni pewnym sposobem widzenia i podejmowania rzeczywistości, bezustannie usiłujemy go przenieś do tamtego innego świata. Musimy przyjąć do wiadomości, że istnieje jeszcze inny świat oprócz naszego, gdzie obowiązują inne kryteria zła i dobra i gdzie postęp w naszym rozumieniu nie jest wcale pewnikiem.

Nadal niewiele wiadomo o okrucieństwach policji generała Lon Nola, który w 1970r. przejął władzę w Kambodży po dokonaniu zbrojnego zamachu stanu. Mianował się marszałkiem i ogłosił bezterminowe zawieszenie wszelkich praw politycznych w kraju. W ciągu kilku tygodni zapełniły się więzienia i obozy karne. szacuje się iż zakatowano w nich kilkanaście tysięcy osób podejrzanych o sprzyjanie Czerwonym Khmerom. Jeden z takich obozów znajdował się w kamieniołomach koło Phanom Penh, gdzie więźniowie , którym dowiedziono współpracy z partyzantką byli na noc przykuwani do pryczy i dostawali przed snem 25 uderzeń bykowcem z surowej skóry bawołu.

Prawda nie wygląda tak że na pogodny, wesoły i łagodny kraj spadła nagle horda barbarzyńców. Raczej odwrotnie Czrwoni Khmerowie nigdy by tu nie było, gdyby mieszczaństwo i bogata elita nie stworzyła warunków społecznych w których krwaw rewolucja była już jedynym wyjściem. Można to nazwać błędnym kołem, wieczną eskalacją nienawiści, niedostatkiem człowieczeństwa, nawrotem barbarzyństwa. Można to nazwać jak się nam podoba. Faktem jest jednak iż Czerwoni Khmerowie zrodzili się z autentycznego gniewu i cierpienia ludu. Inaczej nie przetrwali by nawet tygodnia.

Przez całe lata działalności Pol Pota nic nie zwiastowało przyszłej katastrofy. Można przypuszczać iż dopiero w 1972r. podzaczas trwającej 3 tygodnie wizyty przywódców Czerwonych Khmerów w Pekinie, jego poglądy ukształtowały się ostatecznie. Prawdopodobnie właśnie wtedy, między rokiem 1971 a 1973 grupa Pol Pota definitywnie postanowiła przeprowadzić rewolucją kambodżańską według wzorców chińskiej "rewolucji kulturalnej". Właśnie w tym bowiem okresie, na obszarze stref wyzwolonych przez Czerwonych Khmerów dokonano pierwszych egzekucji bogatych chłopów, czego Pol Pot wcześniej unikał, utworzono komuny wzorowane na najbardziej ekstremalnych przykładach komun chińskich, dokonano pierwszej czystki wśród kadry Anąkaru i zaczęto wśród jej odnowionej części rozpowszechniać hasło rzucone przez Lin Pao i podjęte latem 1966r. przez młodych chińczyków. Najpierw trzeba zburzyć, aby zacząć budować od nowa. Utożsamianie się z filozofią "rewolucji kulturalnej" w jej najskrajniejszych formach było podwaliną wszelkich działań Czerwonych Khmerów w trakcie walki o władzę, a szczególnie od dnia przyjęcia jej nad całą Kambodżą.

Wydaje się także iż na decyzję o podjęciu tak drastycznych i ekstremalnych działań wpływ miało także przekonanie Amąkanu o przeludnieniu Kambodży. Pierwsza zasada maoizmu, sformułowano jeszcze w Jemenie, sprowadza się do tego, że należy polegać wyłącznie na własnych siłach, nie licząc na czyjakolwiek pomoc/ Nie uzależniać się ani od wrogów ani od przyjaciół. Zrezygnować z importu, kredytu, pomocy międzynarodowej, wogóle z wszystkiego co nie znajduje się w zasięgu wyciągniętej ręki. Była to nie tylko doktryna ekonomiczna dla biednych i pozbawionych złudzeń, lecz również zabieg psychologicznyzwiększający wiarę we własne siły i ułatwiający dostrzeżenie tuż koło siebie, niewykorzystanych dotąd rezerw.

Nie istnieje kraj, obszar, grupa czy pojedynczy człowiek, z którego nie dałoby się wycisnąć dużo więcej, niż to wynika ze zwyczajnych kalkulacji. W przekładzie na warunki kambodżańskie, oznacza to przede wszystkim konieczność powrotu do prymitywnej gospodarki rolnej, dużo bardziej prymitywnej niż ta, która się tu rozwinęła za rządów Sihamouka, a potem Lon Nola, gdyż od czasu odzyskania niepodległości w 1945 roku Kambodża dokonała znaczącego postępu w rolnictwie, głównie za sprawą pomocy międzynarodowej.

Należało więc zrezygnować z nawozów sztucznych, których Kambodża nie wytwarzała, z mechanizacji która jest kosztowna i w całości oparta na stałym imporcie maszyn i części zamiennych, z nowych, bardziej plennych odmian ryżu, gdyż wymagają skomplikowanych zabiegów agrotechnicznych, czyli stałego dopływu fachowców zagranicznych, bądź kształconych za granicą, gdyż chłop kambodźańskinie potrafi się z tym nowym ryżem obchodzić. Konsekwencją był powrót do wydajności sprzed półwiecza, w granicach pół tony ryżu z hektara przy dwukrotnym zbiorze w ciągu roku. Stwierdzono jednak, iż taka gospodarka może w Kambodży wyżywić najwyżej cztery i pół miliona ludzi. Tymczasem w chwili objęcia władzy przez Czerwonych Khmerów Kambodża liczyła ośmiu i pół milionów mieszkańców. Było więc ich o cztery miliony za dużo.

Paradoksalnie więc podjęta w imię ludu stawiała sobie za cel jego eksterminację. czy jednak tego wobec tego że logiczne przesłanki które stanowiły podstawę działań Czerwonych Khmerów, doprowadziły w rezultacie do ludobójstwa, należy uznać że jedyną sensowną alternatywą jest bierna akceptacja okrutnej rzeczywistości społecznej , jak i systemów które ją stworzyły? dzieci sprzedawane do fabryk, chłopi otępiali z głodu, udręka starców i krzywda kobiet, nędza i gorycz ludzkiego losu, ocean cierpienia i krzywdy , któremu świat nie chce i nie umie zaradzić. Czy więc ma już tak pozostać na zawsze? Czy rzeczywiście można wybierać tylko pomiędzy sprzedawaniem dzieci i szaleństwem rewolucji kulturalnej w wydaniu chińskim lub kambodżańskim?

Instynktownie staramy się schronić od sytuacji zbyt krańcowych, wierzymy że powinno istnieć jakieś pośrednie rozwiązania, jakieś skuteczne reformy, bez użycia przemocy, jakiś tor na który trzeba by skierować tą straszną maszynę nędzy, krzywdy i okrucieństwa. Ale w jaki sposób można pogodzić punkt widzenia tych, którzy uważają za rzecz normalną zapędzanie sześcioletnich dzieci do wielogodzinnej pracy, z punktu widzenia tych którzy pragną ten stan rzeczy zmienić.

Czy istnieje sposób aby łagodnie, bez użycia przemocy, metodą samej tylko perswazji, zharmonizować interesy lichwiarzy, który na najbliższe 50 lat ma już w kieszeni połowę wsi i przekazać dłużników synowi w spadku, jak domowe bydło, z poglądami tych, którzy sądzą że jest rzeczą moralnie usprawiedliwioną zbuntowanie chłopów przeciw lichwiarzowi. Można dowolnie wybierać między odciętą głową bogacza lub lichwiarza oraz moralnością "sześciuset kalorii dziennie" narzuconą nie przez przyrodę czy przeludnienie lecz strukturę społeczną.

Czy istnieje jednak jakikolwiek sposób pozwalający ponad wszelką wątpliwość odróżnić zgodę na społecznie uzasadnioną przemoc od moralnego współdziałania w morderstwie? Może zgoda na jeden akt przemocy, jest właśnie tym błędem od którego zaczyna się zawsze na nowo łańcuch zła. Z drugiej strony, wyrzeczenie się wszelkiej przemocy z lęku przed odpowiedzialnością moralną, może okazać się w praktyce przyzwoleniem na całą azjatycką lub latynoamerykańską biedę i krzywdę, których nie usunęły i prawdopodobnie nigdy nie usunęły i prawdopodobnie nigdy nie usuną żadne łagodne formy. Wyrzeczenie się przemocy i uznanie że można ją zstąpić modlitwą, pracą organiczną lub czymkolwiek innym może prowadzić do bezradnej, pokornej rezygnacji wobec chronicznego bezsensu świata. W czasie gdy powstawał ten tekst w Kambodży dokonano zbrojnego puczu, na którego czele stanął premier Hun Sen. W ten sposób usunął on współpremiera i swojego politycznego przeciwnika księcia Ranariddha. Prawdopodobnie w związku z tym nie dojdzie w najbliższym czasie do zapowiadanych wyborów. Wydarzenia te są znakomitą ilustracją myśli wyrażonych powyżej.

Do góry