Ocena brak

Powstanie styczniowe w okolicach Radomia

Autor /Gabriel Dodano /30.10.2011

Po klęsce powstania listopadowego samopoczucie społeczeństwa znacznie się pogorszyło. Polacy nie porzucili jednak idei narodowowyzwoleńczych. Powstanie Krakowskie, ich aktywy udział w Wiośnie Ludów, wszystko to, pomimo iż nieskuteczne, umacniało wiarę, nadzieję, że wolna Polska powróci na mapy Europy.

Nadzieja ta sprawiła, że w latach pięćdziesiątych XIX wieku znów zaczął odradzać się ruch konspiracyjny, a jego centrum stanowiło Królestwo Polskie. Złożyło się na to kilka przyczyn: nierozwiązanie do tej pory najistotniejszego problemu społecznego tej epoki - uwłaszczenia chłopów, osłabienie nacisku Rosji po jej klęsce w wojnie krymskiej, wieści o walce Włochów o zjednoczenie.

Początkowo inicjatorem spisków niepodległościowych była, tak jak w przypadku powstania listopadowego, młodzież - studenci polscy pobierający nauki w Petersburgu, Moskwie i Kijowie. Potem kółka zaczęły powstawać w Warszawie wśród młodzieży akademickiej, a następnie poprzez emisariuszy docierano do młodzieży w innych miastach; do gimnazjalistów, młodzieży rzemieślniczej.

Wkrótce młodzież dała wyraz swej postawie organizując manifestacje narodowe z okazji pogrzebu Zygmunta Krasińskiego (1859), generałowej Sowińskiej (1860), trzydziestej rocznicy powstania listopadowego. Szczególnie ta ostatnia okazja odbiła się szerokim echem w całym Królestwie Polskim. Zorganizowano pochód w rocznicę bitwy pod Grochowem (25 lutego 1861r.), który został rozpędzony przez żandarmów konnych i policję. Aresztowania nie przeszkodziły w powtórzeniu manifestacji w dniu 27 lutego. Ta zakończyła się tragicznie: poległo 5 uczestników, raniono kilkanaście osób. Na wieść o tym niemal we wszystkich miastach odbyły się nabożeństwa żałobne, będące wyrazem uczuć patriotycznych, nierzadko przeradzające się w manifestacje. Kobiety przywdziały żałobę lub nosiły jej emblematy, zabronione przez władzę. W demonstracji w dniu 8 kwietnia zginęło w Warszawie ponad 100 osób. Liczne aresztowania i represje władz carskich nie zdołały jednak zahamować tego zrywu społeczeństwa, przygotowując grunt pod dalszą działalność konspiracyjną.

Obok wystąpień propolskich, wiosną 1861 roku na wieść o reformie uwłaszczeniowej w Rosji, wzmógł się opór chłopów w Królestwie Polskim. Dziesiątki tysięcy włościan odmawiały wykonywania pańszczyzny.

Ruch niepodległościowy, którego uczestników coraz powszechniej nazywano "czerwonymi" z trudem torował sobie drogę. W czasie manifestacji zginęło wielu członków kółek konspiracyjnych, szeregi ich osłabiły liczne aresztowania. Brak było organizacji nadrzędnej jednoczącej konspiratorów, którzy w tej sytuacji byli słabi. W dniu 17 października 1861 roku powstał tzw. Komitet Ruchu na czele z Apollo Nałęcz - Korzeniowskim i Ignacym Chmieleńskim. Rozesłano agentów w celu powiązania istniejących kółek z Komitetem, ale proces ten przebiegał opornie.

W odpowiedzi na powstanie demokratycznego stronnictwa "czerwonych" koła polityczne ziemiaństwa i burżuazji w końcu 1861 roku utworzyły tajną organizację "białych". Ta patriotyczno - konserwatywna grupa, pod przewodnictwem Leopolda Kronenberga, zakładała przede wszystkim uzyskanie coraz nowych koncesji od zaborcy, miała nadzieję na odzyskanie niepodległości dzięki życzliwości mocarstw zachodnich i z niechęcią odnosiła się do zamierzeń powstańczych "czerwonych". Poważne różnice w poglądach obu stronnictw nie pozwoliły na ich współdziałanie. Ważną przeszkodą w porozumieniu okazały się także prywatne konflikty miedzy członkami kierownictwa obu grup.

W początkach 1862 roku do Warszawy przybył Jarosław Dąbrowski (nazywany "Łokietkiem") i nawiązał kontakt z Komitetem Ruchu. Szybko zdobył w nim wybitną pozycję jako jego członek i naczelnik miasta, dążąc do rychłego wybuchu postania. Nawiązano łączność z rosyjską tajną organizacją wojskową. W połowie tegoż roku, 1 czerwca, kierownictwo stronnictwa ruchu przyjęło nazwę Komitetu Centralnego Narodowego. W początkach lipca przygotowano "Program". Określał on założenia przyszłego powstania. Drogą zbrojną należało przywrócić granice niepodległej Polski do tych z 1771 roku. Ustrój miał być oparty na zupełnej wolności i równości. Silnie akcentowano potrzebę uwłaszczenia chłopów. Ambicją Komitetu Centralnego było objęcie swą działalnością nie tylko Królestwa Polskiego, ale również Litwy, Ukrainy, Galicji i Poznańskiego. Jak widać był to program bardzo liberalny, odpowiadający potrzebom epoki. Dawał nadzieję, iż w walce wezmą udział masy chłopskie.

W odwecie za aresztowanie i rozstrzelanie trzech członków sprzysiężenia w armii carskiej, Komitet Centralny zorganizował nieudane zamachy na generała - gubernatora Aleksandra Ludersa, namiestnika wielkiego księcia Konstantego i margrabiego Aleksandra Wielopolskiego. Pociągnęło to za sobą ponowne aresztowania i - co najważniejsze - uwięzienie Jarosława Dąbrowskiego.

Komitet Centralny, mimo doznanych niepowodzeń, nadal prowadził przygotowania do powstania. Władze wiedziały o istnieniu konspiracji. Powzięły myśl rozbicia spisków przez brankę podejrzanej młodzieży do wojska. Pomysłodawcą tego projektu okazał się być Wielopolski. Już od dawna za głównego przeciwnika uważał "czerwonych". Spodziewając się, że rozbicie tego obozu umożliwi mu pełne przyłączenie "białych" zdecydował się na krok dość nietypowy. Otóż pobór miał odbyć się nie przez losowanie, jak praktykowano do tej pory, ale przez wytypowanie imienne. Jedynym sposobem uniknięcia branki mógł być wybuch powstania. Komitet Centralny zdawał sobie sprawę z nieodpowiedniej chwili; trudna pora roku, brak wyszkolonego żołnierza, broni, ubrań, wyżywienia, w kierownictwie nie było osób które mogłyby pokierować walką o niepodległość. Mimo, iż bardziej umiarkowana część czerwonych była skłonna do tymczasowej rezygnacji z walki i likwidacji sprzysiężenia, radykalne skrzydło (Zygmunt Padlewski, Stefan Bobrowski) przeforsowało myśl przeciwstawienia się branki powstaniem. Niespodziewane odkrycie przez władze carskie tajnej drukarni w grudniu 1862 roku stanowiło poważną groźbę dla spisku. Lada dzień oczekiwano branki.

Znajdujący się w ówczesnym województwie Sandomierskim Radom również był terenem spisków patriotycznych. Podobnie ja w innych miastach Królestwa Polskiego, rusyfikowana młodzież gimnazjalna samorzutnie dążyła do poznania historii Polski. Organizowane nielegalnie i z narażeniem życia stowarzyszenia, najczęściej kilkunastoosobowe grupki młodzieży, spotykały się zazwyczaj w prywatnych mieszkaniach. Później na zebraniach i zajęciach głównym zadaniem stało się wyrobienie sił fizycznych poprzez gimnastykę, musztrę, fechtunek.

Na podatny grunt trafił więc delegat zawiązanego tam Komitetu Miejskiego stronnictwa "Ruchu". Dnia 29 listopada 1860 roku zwołał on w refektarzu klasztoru OO. Bernardynów w Radomiu zebranie wszystkich żądnych czynu patriotów. Następstwem było utworzenie pierwszej organizacji dziesiątkowej. Trzydziestu wybranych - najdzielniejszych i najenergiczniejszych - zostało zaprzysiężonych jako dziesiętnicy. Obowiązkiem każdego z nich stało się zwerbowanie dziesięciu ludzi. W ten sposób organizacja "czerwonych" zaczęła szybko pokrywać Radom. Zwłaszcza gimnazjaliści jako agitatorzy osiągnęli dobre wyniki. Zwerbowano znaczną ilość młodzieży rzemieślniczej. Młodzi czeladnicy i terminatorzy z natchnionych patriotyzmem przemówień dowiadywali się że mają swoją ojczyznę, która ich potrzebuje.

Warszawskie tragedie które miały miejsce w lutym 1861r. szybko znalazły odzew w Radomiu. W Warszawie poległ m.in. Zdzisław Rutkowski, ziemianin z Jaszowic k. Radomia. Pierwsza manifestacja, która wstrząsnęła miastem miała formę tzw. "kociej muzyki". Dnia 28 marca o zmierzchu zebrana tłumnie młodzież rzemieślnicza pod kierunkiem gimnazjalistów, wśród wrzasków i gwizdów wybijała okna znanym ze służalczości wyższym urzędnikom. Spotkało to między innymi radcę policji, komendanta żandarmów, naczelnika powiatu, naczelnika kancelarii gubernatora itp. Zostali przy tym uderzeni kamieniami dwaj przedstawiciele Kostrowskiego pułku piechoty. Przerażony wybuchem ludowego gniewu radomski gubernator gen. Opperman, wzorem Warszawy, powołał Delegację Miejską, usunął z ulic wojsko, a utrzymanie porządku powierzył straży konstablów. W tej roli występowała często m.in. młodzież gimnazjalna.

Ta pozorna wolność trwałą jednak bardzo krótko. Już 15 kwietnia władze carskie przeszły na ostry, zdecydowany kurs i zarówno Delegacja Miejska jak i konstablowie zostali rozwiązani. Obwarowane odgórnymi poleceniami władze szkolne usiłowały objąć młodzież ścisłą kontrolą. Wszystko to niewiele pomogło. Nie licząc drobnych zajść związanych przeważnie z patriotycznymi śpiewami i okrzykami, do dnia 19 maja sytuacja nieco się jednak uspokoiła. Tego dnia miała miejsce w Radomiu jedna z najbardziej burzliwych manifestacji. Tłumy zebrały się przed kościołem OO. Bernardynów przy figurze Matki Boskiej przybranej na tę okazję w szarfy w barwach narodowych. Do akcji wkroczyło wojsko, rozpędzając manifestantów kolbami i bagnetami. Kilka osób zostało lekko rannych. Podobnie jak w innych miastach Królestwa, w Radomiu i okolicy manifestowano uczucia patriotyczne przez sypanie kopców, stawianie na nich krzyży z cierniowymi wieńcami, śpiewanie pieśni i wygłaszanie patriotycznych przemówień.

Ostatnia większa przedpowstaniowa manifestacja odbyła się w Radomiu 7 września 1861 roku. Było to w trzydziestą rocznicę wzięcia przez Paszkiewicza Warszawy. Z zapadnięciem zmroku zebrał się na Starym Mieście trudny do oszacowania tłum młodzieży. Zaatakowano okna i fronty domów konfidentów a także szynków, w których raczyli się przedstawiciele władzy. Kamienie demonstrantów nie ominęły też okien dyrektora radomskiego gimnazjum Feliksa Żochowskiego. Manifestanci wykorzystali doświadczenia z 4 lipca i nadbiegłe wojsko nie miało już kogo aresztować.

Radom był tylko jednym z wielu miejsc w których przygotowywano młodzież (i nie tylko ją) do walki powstańczej. Nawet klerycy sandomierscy uczyli się musztry wojskowej. Organizacja Województwa Sandomierskiego tłumaczyła ludowi znaczenie manifestacji. W roku 1862 wobec wprowadzenia stanu wojennego i mianowania gen. Uszakowa naczelnikiem wojennym z nieograniczoną władzą manifestacje zanikają. Dowódcy "czerwonych" schodzą do podziemia, zaczynają się przygotowania do walki zbrojnej. W Radomiu ćwiczenia odbywają się m.in. w refektarzu klasztoru OO. Bernardynów .

Pod koniec tego roku zdawano sobie już sprawę z nieuchronności wybuchu powstania. W połowie grudnia Komitet Centralny przygotowując plany walki pomyślał o dowódcach. Polska miała być podzielona na pięć okręgów wojennych, w każdym władzę mieli sprawować niezależni od siebie wodzowie. Na lewym brzegu Wisły (w rejonie tym znajdował się m.in. Radom) dowództwo otrzymał profesor szkoły w Cuneo - Marian Langiewicz.

Spodziewana branka nadeszła. W nocy z 15 na 16 stycznia 1863 roku wojsko i policja niespodziewanie dokonało poboru w Warszawie, odprowadzając ponad 1500 młodych mężczyzn do Cytadeli. Komitet Centralny na niedzielę 18 stycznia zwołał walną naradę w sprawie przyspieszenia wybuchu. Ustalono termin powstania na czwartek, 22 stycznia, aby uprzedzić brankę na prowincji wyznaczoną na niedzielę. Równocześnie powzięto inne doniosłe uchwały. Komitet miał przekształcić się w Tymczasowy Rząd Narodowy, który ujawni się natychmiast po zdobyciu któregoś z większych miast Królestwa. Wstępem do powstania miały być dokumenty rozwiązujące bolączkę ówczesnej Polski - sprawę włościańską. Przez to posunięcie - zgodnie z dawnym programem - spodziewano się pociągnąć do walki masy chłopskie.

Naczelne dowództwo nad siłami zbrojnymi powstania powierzono generałowi Mierosławskiemu. Do wszystkich organizacji na terenie Królestwa wysłane zostały rozkazy uderzenia na rosyjskie garnizony w nocy z 22 na 23 stycznia. Wraz z rozkazami wyruszenia w bój wszędzie wysyłano, opracowane wspólnie przez Jana Maykowskiego (członka Tymczasowego Rządu Narodowego) i poetkę Marię Ilnicką manifesty. Wzywały one naród do walki oraz obwieszczały chłopom nadanie im na własność ziemi dworskiej, ludności zaś bezrolnej, która stanie w szeregach narodowych - nadziały trzymorgowe z dóbr państwowych. Rząd ogłaszał również całkowite zniesienie różnic stanowych i wszelkich przywilejów. Ogłoszono karę śmierci dla tych, którzy nie podporządkują się dekretowi.

Zadania militarne, które stały przed powstańcami przerastały ich możliwości. Przeciwko blisko 100 tys. armii rosyjskiej znajdującej się w Królestwie, stanęło w pierwszej chwili niespełna 6 tysięcy ludzi, których uzbrojenie stanowiło 600 strzelb myśliwskich, kosy, drągi, piki. W 33 miejscach, rozrzuconych po całym Królestwie, powstańcy zaatakowali jednak w tę styczniową noc garnizony rosyjskie. Wspomagani byli często również przez Rosjan, przeciwników despotycznych rządów cara. Przykładem może być tu wywodzący się z radomskich oddziałów Stanisław Nikiforow, pomocnik wojsk rosyjskich, udający niezdolność do walki, aby móc stanąć ramię w ramię z Polakami. Polacy zaatakowali Rosjan w 33 punktach. Kilka z nich znajdowało się na ziemiach radomskich.

W województwie sandomierskim wojska powstańcze zajęły Suchedniów, Iłżę, Ostrowiec, ogłaszając wszędzie Rząd Narodowy, wojnę z Rosją i uwłaszczenie chłopów. Skonfiskowały kasę Zarządu Górniczego w Suchedniowie, uderzyły na garnizony rosyjskie w Szydłowcu i Jedlni. Na Szydłowiec uderzył osobiście Langiewicz, mając do pomocy byłego kapitana wojsk rosyjskich - Jasińskiego. Uderzywszy na ostrzeżonych o napadzie żołnierzy rosyjskich - powstańcy wyparli ich z miasta, zdobywając nieco broni i amunicji. Rano jednak żołnierze carscy odebrali miasteczko i zemścili się na mieszkańcach, których kilkudziesięciu zabito, a kilkudziesięciu innych aresztowano podając ich za jeńców wojennych. Powstańcy stracili pięciu poległych i dwóch wziętych do niewoli, wśród których był ranny dowódca Jasiński.

W Jedlni natomiast, gdzie napad prowadził wraz z Dionizym Czachowskim dawny emigrant i oficer Narcyz Figietti (uczestnik powstania węgierskiego 1849 roku, następnie emigrant. Na wieść o wybuchu powstania powrócił do kraju), wszystko udało się znakomicie. Rota saperów zakwaterowana we wsi została osaczona i rozbrojona niemal bez wystrzału. Gdy zaś garść żołnierzy z dowódcą roty próbowała stawić opór, przypłaciła to znacznymi ofiarami: dziewięciu poległo, jedenastu padło rannych pod ciosami kos powstańców. Broń, amunicja, kożuszki i spora ilość przyborów wojskowych wpadła w ich ręce. Po dokonaniu napadów wszystkie oddziały sandomierskie pomaszerowały w kierunku Wąchocka, gdzie Langiewicz oznaczył punkt zborny dla sił zbrojnych województwa. Jego wojska stale zasilane były ochotnikami, m.in. uczniami radomskiego gimnazjum.

W dniu 31 stycznia zameldowano w Wąchocku Langiewiczowi trzech uczniów radomskiego gimnazjum, z których jeden, siedemnastoletni Walery Przyborowski, doręczył mu depeszę od naczelnika miasta. Ostrzegano w niej, że z Radomia wyrusza przeciw wąchockiemu obozowi silna wyprawa pod wodzą generała Marka. W tym samym czasie druga kolumna wojsk carskich, pod komendą majora Bentkowskiego, wyruszyła z Kielc. Po kilku potyczkach (m.in. pod Błotem nad Łosienią, w lasach pod Bzinem) do Wąchocka przybył również z Jedlni oddział Czachowskiego oraz grupa Dawidowicza. Połączone wojska Langiewicza cofnęły się w Góry Świętokrzyskie, stoczywszy uprzednio potyczkę pod Wąchockiem. Wojsko rosyjskie mszcząc się za pomoc powstańcom spaliło Wąchock, Bzin i Suchedniów, następnie wróciło do Radomia i Kielc.

Langiewicz dotarł na Święty Krzyż. Uporządkował tam swój oddział, liczący ponad 1200 ludzi. Znaczną ich część stanowili mieszkańcy Radomia i okolic. Przeciwko powstańcom wyruszyły następne oddziały carskie. Dowodzący pierwszą kolumną pułkownik Czengiery napadł na powstańców, wyparł ich z Nowej Słupi, nie zdołał jednak zdobyć klasztoru. Langiewiczowi zaczęło brakować amunicji. Począł wycofywać się i po nierozstrzygniętej bitwie wycofał się do Staszowa. 17 lutego odbyła się tu zwycięska potyczka z atakującymi Rosjanami. Langiewicz wyruszył w kierunku Małogoszczy. Połączywszy się z liczącym około 1500 ludzi oddziałem Jeziorańskiego (woj. Krakowskie) stoczył krwawą bitwę pod Małogoszczą, gdzie liczba zabitych i rannych powstańców wynosiła około 1000 osób. Ocalały 1000 osobowy oddział poprowadził Langiewicz do Pieskowej Skały.

Podobnie generalnie nieudany przebieg miały walki w pozostałej części Królestwa. Stoczono już wiele bitew, wśród których najboleśniejszą klęskę poniesiono w walce o Płock. Mimo przejściowych sukcesów nie powiodło się opanowanie żadnego poważniejszego ośrodka militarnego, ani też większego obszaru na którym można byłoby utworzyć jawną polską władzę. Powstanie dysponowało sprawnie działającą konspiracyjną administracją cywilną, pocztą oraz systemem finansowym opartym na opodatkowaniu się społeczeństwa. Brak było jednak wybitnej jednostki, która wzięłaby na swoje barki ciężar kierowania powstaniem. Tymczasowo władzę pełniła Komisja Wykonawcza ze Stanisławem Bobrowskim na czele. Oczekiwano przybycia Ludwika Mierosławskiego przewidzianego na dyktatora. Nadziej te jednak szybko się rozwiały. W dniach 19 i 21 lutego pod Krzywosądem i Nową Wsią rozbito oddziały, którymi dowodził Mierosławski. Klęski te oraz niechęć do jego osoby (spowodowana przesadnym jego przeświadczeniem o swojej roli w powstaniu) spowodowały wyjazd generała do Paryża. Skomplikowało to sytuację rządu powstańczego. Ruchem kierowano z podziemia.

Zmianie uległa postawa "białych". W obliczu toczącej się walki zmuszeni byli zająć określone stanowisko. Jedni włączyli się do zmagań z zaborcą, inni - nie angażując się oficjalnie - wspierali powstanie finansowo. Na skutek poważnej różnicy poglądów między "białymi" i "czerwonymi" nie powiodło się utworzenie rządu koalicyjnego. Koniecznym stało się znalezienie odpowiedniego kandydata na dyktatora. Człowiekiem najbardziej nadającym się na to stanowisko był generał Langiewicz. Jego umiejętności wymykania się przeważającym siłom nieprzyjaciela, przy równoczesnych drobnych sukcesach militarnych, korzystnie odbijały się od licznych klęsk ponoszonych przez inne ugrupowania partyzanckie. Decyzję zawieziono Langiewiczowi do Małogoszczy.

11 marca 1863 roku gen. Marian Langiewicz ogłosił się dyktatorem. Rząd Tymczasowy oficjalnie uznał jego nową godność. Wieść o dyktaturze przyjęto w całym kraju z entuzjazmem. Odezwy dyktatora ("Główna Kwatera Goszcza 1863 roku") przyjęto z uznaniem. Wojsko powstańcze przysięgało mu wierność bez oporu i z wielkim zapałem ruszyło wgłąb kraju naprzeciw zbliżającemu się wrogowi.

Komisja Zastępcza Tymczasowego Rządu Narodowego wysłała swoich emisariuszy - Gilera, Janowskiego i Bobrowskiego do obozu dyktatora w celu ustalenia szczegółów. Ten tymczasem na czele niewielkiego korpusu umiejętnym manewrem, po krótkich potyczkach, wymknął się z obławy, jaką urządziły wojska carskie. Kierował się w stronę Gór Świętokrzyskich. Stoczywszy zwycięską potyczkę pod Chroborzem, wymykając się wojskom Czengiery'ego, ruszył w lasy pod Grochowiskami. Został jednak napadnięty przez liczące 2400 piechurów, 700 jazdy i 6 dział. Mimo zwycięstwa, Polacy znaleźli się w położeniu krytycznym. Kilkuset powstańców poległo, wielu odniosło rany.

Na radzie wojennej postanowiono rozdzielić oddział na kilka części i prowadzić walkę partyzancką. Część nich powróciła w okolice Radomia. Dyktator zaś miał, wraz z niewielkim oddziałem ruszyć przez Galicję do województwa lubelskiego i tam spróbować ożywić powstanie. Nie udało mu się to, aresztowany przez Austriaków resztę powstania spędził w więzieniu.

Po upadku dyktatury Langiewicza postanowiono mianować naczelnikiem sił zbrojnych województwa sandomierskiego Dionizego Czachowskiego. Nominacja na to stanowisko oraz stopień pułkownika otrzymał 8 kwietnia. Sukcesy w potyczkach odniesione od pierwszego dnia powstania sprawiły, że w całym województwie zaczął się popularyzować nadany mu pseudonim - "polski król". On sam nie dbał o tytuły ani zaszczyty, wymagał natomiast od swych żołnierzy bezwzględnego posłuszeństwa i odwagi. Żołnierze i oficerowie w oddziale nazywali go nie naczelnikiem czy pułkownikiem lecz po prostu ojcem. Wrogowie nadali mu - za jego bezwzględność - miano "Krwawy Starzec". Szczególnie był on znienawidzony przez władze carskie właśnie w Radomiu. W kwietniu 1863 roku przebywał Czachowski w Grabowcu koło Iłży. Dowiedziawszy się o represjach żołnierzy carskich na ludności cywilnej po opuszczeniu przez niego tego miasta, opracował wspólnie z szefem sztabu Eminowiczem pismo skierowane do generała Uszakowa rezydującego w Radomiu. Pisał: "Szanowny kolego! Gdy wojsko polskie opuściło Grabowiec, zajęło go wojsko moskiewskie i dopuściło się tam morderstw, zabiwszy kilku bezbronnych mieszkańców i poraniwszy zgrzybiałego proboszcza. Otóż według Pisma Świętego ząb za ząb, oko za oko. Od tej chwili oznajmiam ci pod słowem honoru, że każdego żołnierza carskiego, który się dostanie w moją niewolę, bez pardonu wieszać będę!!. Podpisano: Czachowski i Eminowicz". Uszakow po otrzymaniu listu wpadł w furię i natychmiast rozkazał odszukać jego autorów. Tymczasem Czachowski spełniał swoją obietnicę. Tak było w bitwie pod Stefankowem, gdzie mimo przewagi liczebnej wojsk carskich zdobyto trzy furgony z kilkoma tysiącami ładunków, 54 karabiny, a przy jedenastu jeńcach znaleziono11 tysięcy złotych. Czachowski odniósł także zwycięstwo w bitwie pod Jeziorkami, Rzeczniowem (5 maja), surowo tłumił ujawniający się w kilku powiatach (m.in. opoczyńskim i koneckim) ruch chłopski przeciw powstaniu, następnie szczęśliwie walczył pod Bukownem, Rusinowem i Niekłaniem w początkach czerwca. 11 czerwca stoczył ostatnią w tej kampanii bitwę w lasach Siekierzyńskich.

W tym samym czasie w Warszawie powierzono władzę dyktatorską Romualdowi Trauguttowi, dawnemu oficerowi wojsk carskich, związanemu ze stronnictwem "białych". Stało się to 17 września 1863 roku. Kontynuował on powstanie zgodnie z wcześniejszą polityką "czerwonych". Z jego inicjatywy i nominacji naczelnikiem sił zbrojnych województwa krakowskiego i sandomierskiego został hrabia Józef Hauke - Bosak. Połączone przez niego oddziały obu województw liczyły 1200 osób. Na czele poszczególnych oddziałów stały dobrzy i odważni dowódcy - Zygmunt Chmieleński, Jan Rudowski, Karol "Rębajło" Kalita.

W dniu 6 listopada zginął pod Wierzchowiskami Dionizy Czachowski, a jego oddział rozpadł się. Podbudowani tym sukcesem Rosjanie wysłali w kierunku Cisowa silne kolumny armii carskiej. Bosak i Chmieleński zdołali się jednak wymknąć. W mistrzowski sposób uwalniali się z coraz to nowych zasadzek tworzonych przez Czengiery'ego. Wreszcie pod Pińczowem zdecydował się Bosak przyjąć bój na polach wsi Strojnów. Bitwa pozostała nierozstrzygnięta. W dalszej drodze zebrał niedobitki piechoty Czachowskiego a także szwadron dobrej jazdy pod dowództwem rotmistrza Prędowskiego. Generał Bosak zaplanował nową, zaczepną akcję. Sprytnym manewrem zdobył najbliższe miasto powiatowe - Opatów. 28 listopada odniósł również zwycięstwo pod Ociesękami i Szczekocinami.

Zwycięska passa Bosaka na ziemi radomskiej i kieleckiej zakończyła się jednak z dniem 16 grudnia. Niemal cała jazda obu województw licząca 450 koni została zaatakowana przez Czegiery'ego pod Bodzechowem, podczas przeprawy przez Kamienną. Powstańcy ponieśli znaczne straty. Do niewolo dostał się ciężko ranny Chmieleński. Jeniec został troskliwie przewieziony do Radomia. Rosjanie triumfowali - wjechali do miasta w akompaniamencie orkiestry pułkowej, wśród bębnów i trąbek. Z egzekucji władze carskie zrobiły swoiste przedstawienie. Zygmunt Chmieleński został rozstrzelany w Radomiu 23 grudnia 1863 roku. Generał Bosak stracił swego najlepszego oficera.

Po bitwie pod Bodzechowem Bosak zaprzestał walki zbrojnej, zajął się natomiast utrwalaniem organizacji cywilnej. Brał pod opiekę chłopów i na mocy dekretu z 27 grudnia 1863 roku karał śmiercią szlachtę za domaganie się pańszczyzny lub czynszu. Chłopi czuli opiekę generała i jego wojsk. Zaczęli nazywać go "swoim generałem". Prawa ręką Bosaka w trudnej pracy cywilnej organizacji powstania był ksiądz Kacper Kotkowski.

Od stycznia 1864 roku, carski namiestnik w Warszawie hrabia Fiodor Berg dążył do szybkiej i radykalnej likwidacji polskiego buntu. Pierwszym zmierzającym do tego uderzeniem stało się nadanie ogromnych prerogatyw naczelnikom wojennym. Godziło to bowiem w istotną siłę powstania - w organizację cywilną.

Drugim rozporządzeniem mierzył w podstawę operacyjną powstania - w lasy. 20 stycznia wydał rozporządzenie o wycinaniu przesiek wzdłuż traktów o znaczeniu strategicznym. Miało to - przez uniemożliwienie powstańcom tworzenia zasadzek i usprawnienie w poruszaniu się wojsk - ułatwić naczelnikom wojennym pacyfikację terenów leśnych i zniszczenie trzymających się ich ostatnich oddziałów powstańczych. Na obszarze guberni radomskiej, rozporządzenie to najmocniej godziło w Puszczę Kozienicką. Wkrótce kilkudziesięciu chłopów rozpoczęło wyrąb. Nie trwał on jednak długo. Jak bowiem donosi podleśny straży Jastrzębia Urzędowi Leśnemu, przy rąbiących od razu znaleźli się powstańcy i "rozpędzili ich pod grozą śmierci za dalsze wycinanie". Powstańcy walczyć musieli jednak nie tylko z wycinką Puszczy.

W nocy z 2 na 3 lutego wpadli oni do Kozienic, aby pochwycić i uprowadzić stamtąd: Wasyla Lipkowskiego (zdymisjonowanego żołnierza wojsk carskich), Franciszka Rybaka (włościanina ze wsi Kłody gm. Magnuszew), Katarzynę Cieślik (chłopkę ze wsi Kociołki gm. Kozienice) i Magdalenę Maciejszczyk (chłopkę z gm. Brzóza). Prawdopodobnie zostali oni dostarczeni do obozu powstańczego i tam osądzeni. Ale pewnym jest tylko to, że cała czwórka ukarana została śmiercią i zawisła na sosnach w lesie majątku Brzóza. Los straconych nie był początkowo znany. Dopiero 6 lutego ich zwłoki zostały odkryte, przewiezione do Kozienic i następnego dnia pochowane. W rosyjskim wykazie osób straconych przez powstańców przy tych czterech nazwiskach dopisano: "za wierność rządowi zostali powieszeni w lesie majątku Brzóza". Rodzi to przypuszczenia, że byli to członkowie carskiej siatki szpiegowskiej. Fakt istnienia takowej jest niezaprzeczalny. Wiadomo, że z wojsk rosyjskich zwalniano specjalnie żołnierzy do wsi na urlopy, by wykorzystać ich jako szpiegów. Podobnie wykorzystywali żołnierzy dymisjonowanych, ale jaką rolę grały w tym kobiety - tego nie wiadomo. Być może były to żony żołnierzy w służbie czynnej. Zarówno likwidację domniemanej szajki szpiegowskiej jak i przepędzanie chłopów wycinających las prawdopodobnie przypisać należy Michałowi Piwnickiemu, dowódcy niewielkiego oddziału powstańczego, gdyż to on właśnie trzymał się okolic Brzózy.

Pomimo, iż formalnie cała akcja wycinania Puszczy Kozienickiej spaliła na panewce, przyniosła jednak stronie rosyjskiej korzyści. Odciągnęła bowiem uwagę chłopów od powstania i rzuciła między nich a powstańców niespodziewany antagonizm. Uwidoczniło się to od razu przy nakazanej przez powiatowego naczelnika wojennego wyprawie Assiejewa. Ogólnie nie dysponował on siłą większą jak 150 bagnetów i szabel. Gdyby powstańcy byli zawczasu ostrzeżeni mogliby nawiązać z nim równorzędną walkę. Assiejew poruszał się jednak bardzo szybko, a poza tym skłócona z powstańcami wieś nie reagowała tak szybko jak kiedyś. W wyniku krótkiej, bezładnej, w popłochu toczonej bitwy powstańcy zostali rozgromieni. Poległo ich 17 , sześciu zostało rannych. Do niewoli dostał się ciężko ranny Piwnicki. W ten sposób po pierwszej a zarazem ostatniej bitwie oddział ten przestał istnieć.

Zwycięzca zaś najpierw w Cecylówce a następnie we wsiach sąsiednich, począł rozprawiać się z chłopami, oskarżając ich o "niewydanie kryjówki buntowników". Przemocą usiłował też wyciągnąć od nich informacje o powstańcach. Wracał do Radomia jako triumfator. Na wozie przywiózł swój najcenniejszy łup - zwłoki Michała Piwnickiego. Niepowodzeniem zakończyły się jednak próby wyciągnięcia informacji od chłopów. W raporcie złożonym płk Kazanowiczowi oskarża mieszkańców wsi Cecylówka, Stanisławów, Ursynów, Marianów, Jaroszek, Mąkos, Jedlnia i Brzóza o niezwykle gorliwe popieranie "buntu".

Rozbicie oddziału Piwnickiego nie było jedyną klęską powstańców w tym dniu. Oddział wysłany wieczorem 7 grudnia do Zwolenia, mający przejąć ołów potrzebny do lania kul, został napadnięty podczas postoju w karczmie, 7 km od tego miasteczka. Napadu dokonał praporszczyk Szyłow, który na czele lotnego oddziału 16 dragonów i 17 kozaków pod osłoną nocy osaczył karczmę. W wynikłej walce czterech powstańców poległo, pięciu w tym jeden ranny dostało się do niewoli. Łupem Szyłowa stały się cztery wozy taborowe, dwa konie i pół pudła ołowiu.

Po śmierci Piwnickiego jedynym dowódcom oddziałów powstańczych w Puszczy Kozienickiej pozostał Michalski. Powiększył on nawet swe szeregi przyjmując część rozbitków Piwnickiego oraz garść ochotników, przybywających z Radomia. O tym ostatnim dowiadujemy się z raportu prezydenta miasta Radomia datowanego 15 lutego 1864. Przedkłada on w nim gubernatorowi listę osób, które "w ciągu upłynionych 8 dni wydaliły się z miasta po kryjomu, bez wiedzy władzy miejskiej". Była to w większości młodzież rzemieślnicza i gimnazjalna. Wstępowali do szeregów na parę dni przed straszliwą klęską, jaką ponieść miało powstanie na terenach puszczy. Wcielali się do wojska wiedząc, iż powstanie nie ma już szans powodzenia. Byli to: Franciszek Helcman, Szczepan Wiśniewski (terminatorzy ślusarscy), Józef Bogucki (uczeń fryzjerski), Józef Romanowski (uczeń ślusarski), Franciszek Pytkowski, Fryderyk Skonert, Antoni Zichowski (czeladnicy piekarscy), Adam Rutkowski (felczer), Henryk Bujalski, Wiktor Gajewski, Antoni Jaroszek, Ignacy Raciszewski, Henryk Wróblewski (uczniowie gimnazjum), Andrzej Żukowski (kuchmistrz restauracji Machnickiego).

Dzięki przychylności ludu kampania w Sandomierskiem trwała dłużej niż w innych rejonach Królestwa. 21 lutego 1864 roku pod Łagowem koło Opatowa korpus składający się z połączonych oddziałów obu województw został rozbity. W marcu głośniejszym, echem odezwały się: zniesienie oddziałów kawalerii powstańczej pod Wąchockiem, Częstocicami i Ostrowcem, klęska pułku radomskiego i resztek oddziałów mazowieckich w Puszczy Kozienickiej, wreszcie spore zwycięstwo Rudowskiego ze swym pułkiem opoczyńskim pod Bliżynem 16 marca.

Klęskę na terenie Puszczy Kozienickiej poniósł Paweł Gąsowski. Po potyczce pod Magnuszewem w listopadzie ubiegłego roku, tropiony zawzięcie przez nieprzyjaciela, wędrował i walczył to w województwie lubelskim, to w mazowieckim. Miał pod komendą oddział będący resztką tak zwanych "Dzieci warszawskich" Żychlińskiego - 120 piechoty i około setki jazdy. Powstańcy byli śmiertelnie znużeni i zdemoralizowani ciągłą ucieczką i ponoszonymi porażkami. Toteż kiedy poinformowano go, iż ściga go doborowy oddział kozaków pod komendą Zankisowa, postanowił uciekać do Puszczy Kozienickiej i tam połączyć się z Michalskim aby w większym zgrupowaniu dać odpór nieprzyjacielowi i znaleźć chwilę wytchnienia. Zgodnie z powyższym planem natychmiast opuścił Piaseczno i ruszył ku Pilicy. Przebył ją i znalazł się na terenie puszczy. Ale Zankisow prowadzący około 140 kozaków i dragonów, nie stracił śladu powstańców, przeszedł przez Pilicę i ścigał ich dalej. Dowódca powstańczy dowiedział się o tym podczas postoju w Augustowie. Teren puszczy i posiadanie piechoty zapewniało mu przewagę nad tropiącym go kozakiem. Nie zdecydował się jednak zaatakować, wolał ciągle szukać kontaktu z Michalskim.

Gąsowski przybył w okolice Ryczywołu. Pożyczył od okolicznych chłopów ich tratwy, wsadził na nie swoją piechotę i przeprawił się na drugą stronę Wisły. Liczył, że manewrem tym zdoła zmylić Zankisowa. Ale znany z zaciętości w tropieniu powstańców kozak nie zrezygnował. Dowiedziawszy się o manewrze Gąsowskiego natychmiast przerzucił również swój oddział przez Wisłę. Tymczasem Gąsowski pewny, że przegroda Wisły uwolniła go od wroga, nie tylko zwolnił tępo marszu ale i cały dzień 12 lutego stracił na odpoczynku. Nagle, od jednego z okolicznych chłopów dowiaduje się, że Zankisow ściga go dalej, a słabiej zalesiona okolica w której się znalazł pogarsza tylko położenie oddziału. W tej sytuacji natychmiast przerywa odpoczynek, podąża w górę rzeki, pod Tyrzynem przechodzi Wisłę i powraca do Puszczy Kozienickiej. Podążający trop w trop za nim Zankisow uczynił to samo, a mając w oddziale tylko jazdę mógł posuwać się znacznie szybciej. Był coraz bliżej. Teraz było już jasne, że żadne manewry nie pomogą. Nie pozostało już nic innego niż wykorzystać teren oraz posiadanie piechoty i na wybranej pozycji przyjąć bitwę. I jeśli nie pokonać zuchwałego przeciwnika, to przynajmniej odepchnąć go i zanim ściągnie posiłki połączyć się z Michalskim. Tymczasem powstańcy uciekają dalej. Brak jakiegokolwiek oporu ze strony Polaków świadczyć musi o zupełnym upadku ich morale.

Z opadającym z sił, głodnym i zniechęconym oddziałem w dniu 14 lutego Gąsowski osiąga Głowaczów. Pogoda zmieniła się gwałtownie. Dotychczasowy mróz i śnieg zastąpiła odwilż i deszcz pozacierał wszelkie ślady. Stwarzało to dla powstańców ostatnią szansę. Należało wycisnąć z ludzi ostatek sił i korzystając że Zankisow zgubi ich trop osiągnąć połączenie z Michalskim. Gąsowski mija Głowaczów i dochodzi do położonej o 5 km na północny - wschód wsi Lipa. Tu zaś, ulegając swym wyczerpanym żołnierzom, zatrzymuje się na resztę dnia i nocleg.

Tymczasem Zankisowi po przejściu Wisły i zatrzymaniu się we wsi Grudek po raz pierwszy udało się dowiedzieć czegoś o ściganym oddziale. Orientuje się, że dowódca powstańczy posiada siły, które wobec lesistego terenu w jakim się znaleźli posiada znaczną przewagę. Zatrzymuje się więc i posyła do Zwolenia po pluton strzelców. Czekać musi przez cały 13 luty, a czternastego następuje wspomniana odwilż. Traci więc cały kolejny dzień na odszukanie tropu. Gdy odnajduje wreszcie upragnione ślady zapada wieczór, który zmusza go do zatrzymania się we wsi Jastrzębia, odległej o 20 km od Lipy, gdzie nocował tropiony oddział powstańczy. O świcie 15 lutego rusza w pochód i około 10 rano zbliża się do Lipy. Szczęście mu dopisuje, powstańcy nie przerwali jeszcze wypoczynku. Wykorzystując to Zankisow od razu jazdą kozacką odciął ich od lasu.

Zaczęła się bitwa, najkrwawsza jaką stoczono w puszczy. Powstańcy oparci byli o wieś, nieprzyjaciel nie miał wielkiej przewagi i dysponował głównie jazdą. Losy bitwy nie były przesądzone, a w razie przybycia Michalskiego sytuacja Polaków mogłaby stać się bardzo dobra. O wyniku bitwy zdecydowały jednak morale żołnierzy. Rosjanie przepełnieni byli duchem bojowym, pewnością zwycięstwa i lekceważeniem przeciwnika. Natomiast w szeregach powstańców, zdemoralizowanych i wyczerpanych ucieczką na przestrzeni 30 mil, panowało zniechęcenie i zupełny upadek ducha. W takiej sytuacji Gąsowski powinien był maksymalnie przedłużyć obronę, obsadzając ważniejsze budynki i wokół nich organizować opór. Zrobił inaczej - rozsypał swą piechotę w tyraliery. Odparła ona wprawdzie ogniem nacierających kozaków, lecz nie zapewniła przewagi strategicznej.

Gąsowski, wykorzystując chwilowe cofnięcie się nieprzyjaciela zostawił piechotę na pastwę losu, a sam, wraz z kawalerzystami rzucił się do ucieczki. Kozacy runęli za nimi w pościg, gnając ich przez ponad 15 km aż do wsi Marynki, ścinając tych, którzy mieli słabsze konie. Tym niechlubnym sposobem ocaliło się 76 kawalerzystów, z których część rozproszyła się, a z częścią dotarł Gąsowski do gen. Bosaka.

Tymczasem na wieś i pozostawioną w niej piechotę uderzyli rosyjscy strzelcy i dragoni. Wśród dzikich wrzasków wdzierali się w ulice, niszcząc wszystko na swej drodze bagnetami. W szeregach powstańczych, zszokowanych ucieczką jazdy, wszczęło się zamieszanie, którego por. Józef Ślepowicz usiłujący objąć komendę nie zdołał już opanować. W chaotycznej chociaż zaciętej walce na bagnety i kolby powstańcy zostali złamani i bitwa przerodziła się w rzeź. Około 40 poległych, m.in. Ślepowicz, 87 rannych i 14 jeńców - to ostateczny bilans bitwy pod Lipą. Oddział został całkowicie zniszczony.

Nazajutrz po bitwie liczne furmanki chłopskie poczęły zwozić do Głowaczowa rannych i poległych. Miasteczko zmieniło się w jeden wielki szpital połączony z kostnicą. Składane koło siebie zwłoki 35 młodych ludzi, odartych do bielizny, poszarpanych ciosami bagnetów, porąbanych kozackimi szablami i kulami tworzyły makabryczny widok. Musiały one czekać tak aż do 17 lutego, bo dopiero tego dnia nadeszło z Kozienic pozwolenie na pochówek. Zidentyfikować udało się tylko dwóch poległych: Michała Nasiorowskiego lat 30 i Juliana Korzonka lat 21.

Po tej bitwie coraz rzadszym ze strony powstańców był zwrot zaczepny, jak ów Daniszewskiego, który na czele oddziału konnego, nocą z 19 na 20 lutego odważył się zaatakować Radom. Ale i za nim rzucono w pościg Assiejewa. Początkowo pognał on w kierunku puszczy Kozienickiej, wkrótce jednak trafi na właściwy ślad, skręcił na południe i dognał Daniszewskiego pod Borowem, 16 km od Zwolenia. Tym razem pomogła mu zamieć śnieżna. Pod jej osłoną podsunął się niepostrzeżenie, zniósł bez wystrzału pikietę powstańczą i zaskoczył oddział przy śniadaniu spożywanym we dworze. Większość koni znajdowała się w stajniach. Nagły atak wywołał straszne zamieszanie. Komendy porucznika Samborskiego "na koń!" nikt nie słuchał, każdy ratował się jak mógł. Dowódca Daniszewski ocalał wyskakując oknem i ukrywając się w ogrodzie dworskim. 17 powstańców poległo, 18 (w tym Samborski) dostało się do niewoli, ocaleli jedynie ci, którzy zdołali dosiąść koni.

W ogólnej sytuacji starcia tego rodzaju działały deprymująco, lecz nie miały większego znaczenia strategicznego. Powstanie rozstrzygnęły klęski poniesione przez zgrupowanie gen. Bosaka pod Opatowem i Witosławską Górą, 21 i 22 lutego.

Mogłoby się wydawać, że w tych w warunkach klęska pod Lipą powinna stać się ostatnim akordem konającego powstania. Stało się jednak inaczej, gdyż zupełnie niespodziewanie, znalazł się człowiek, który potrafił powstanie na tym terenie nie tylko ożywić ale i przedłużyć o blisko dwa miesiące. Dowódcą tego ostatniego oddziału okazał się być Malinowski. Nie znamy nawet jego imienia ani wieku. Sformował on z rozbitych oddziałów nową grupę, która przez ponad dwa miesiące walczyła z oddziałami carskimi. Sytuacja była jednak beznadziejna. Ciągle nękany przez poszczególne oddziały carskie powoli tracił ludzi. Po wielu potyczkach (m.in. pod Smolanką, Garwolinem) jego oddział zmuszony został do samorozwiązania. Ostatni oddział powstańczy przestał istnieć.

Car, pomimo iż losy powstania były już przesądzone, pragnął przeciągnąć na swoją stronę masy chłopskie. 2 marca 1864 roku wydał ukazy uwłaszczeniowe, pokrywające się w zasadzie z dekretami Rządu Narodowego z dnia 22 stycznia 1863 roku. Było już wiadomo, że w takiej sytuacji znalazł car w większości chłopów zdecydowanych zwolenników.

Pierwsze dni kwietnia 1864 roku to już zanikające walki na jednym z ostatnich posterunków powstania - na ziemi kielecko - radomskiej. Ostatnie oddziały zostały rozgromione pod Secyminem, Radkowicami, Opocznem, w połowie kwietnia pod Wąchockiem. Dowódcy polegli lub zostali rozstrzelani. Ostatni żołnierze albo uciekali ku granicy albo poddawali się nieprzyjacielowi. W nocy z 10 na 11 kwietnia 1864 został w Warszawie aresztowany, a 5 sierpnia na stokach Cytadeli zginął ostatni dyktator powstania Romuald Traugutt.

Powstanie nie przyniosło upragnionej wolności mimo licznych ofiar: dziesiątki tysięcy osób zginęło, około 40 tysięcy zostało zesłanych na Syberię, a ponad 10 tysięcy musiało udać się na emigrację. Był to ostatni romantyczny zryw wolnościowy Polaków. Na ziemiach polskich rozpoczęła się nowa epoka, krytykująca ideę walki zbrojnej - pozytywizm.

Podobne prace

Do góry