Ocena brak

„Polska – stwór nie do życia”. „Polska – kraj, w którym zawsze ktoś przygarnie skrzywdzonego”. Którą opinię podzielasz?

Autor /janosik Dodano /14.02.2011

Polska – stwór nie do życia”. „Polska – kraj, w którym zawsze ktoś przygarnie skrzywdzonego”. Którą opinię podzielasz?

 

Przy lekturze literatury wojennej wielokrotnie zastanawiałam się, jaką postawę przybraliby dzisiejsi Polacy w podobnej sytuacji. Jak zachowałaby się bierna dzisiaj młodzież i wreszcie co zrobiłabym ja? Te wątpliwości skłoniły mnie do rozmyślań, na ile ja, młoda osoba, identyfikuję się ze swoim krajem. Jaki naprawdę on jest, czy ma jakąś specyfikę, czy w Polakach istnieje coś, co odróżnia ich od innych narodów?

Wydaje mi się, że odpowiedzi nie trzeba daleko szukać; wystarczy bowiem spojrzeć na położenie geograficzne Polski. Przecież kraj, który utrzymuje się od wieków przy życiu, mając za sąsiadów dwie duże potęgi, musi być niezwykły. Śledząc historię Polski, można dojść do wniosku, że kraj ten już dawno powinien zniknąć z mapy. I owszem, zniknął, ale okazuje się, że nawet to nie zabiło Polski. Przez ponad dwieście lat Polska żyła... nie istniejąc. Nie było państwa w sensie geograficznym i politycznym, ale ono niezmiennie trwało w sercach Polaków, funkcjonowało w oparciu o ducha narodowego. A duch narodowy istnieje chyba w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przecież fakt, że udało się Polsce wyzwolić spod jarzma zaborów, graniczy z cudem. Wbrew logice, prawom fizyki i natury w 1918 roku Polska odzyskała wolność. Czyżbyśmy rzeczywiście mieli konszachty z jakimiś siłami nieczystymi?

To chyba romantyzm – mit, w jakim wychowany jest prawie każdy Polak. Dążenie, za wszelką cenę, do wolności, godności, nie licząc się z bólem i świadomie skazując na cierpienie. Polacy z uporem maniaków podtrzymywali polskość, tłumacząc niepowodzenia w cudowny sposób. Zagrożenie, niepewność polityczna i nieudane powstania zamiast zniechęcać, podniecały jeszcze patriotyzm, wzmagały uczucia i więzi narodowe.

Podobnie zachowują się Polacy podczas II wojny światowej. Szczególnie kampania wrześniowa ukazuje upór Polaków w obronie niepodległości, zaciętość i wolę walki. Wobec miażdżącej przewagi zarówno liczebnej, jak i technicznej Niemiec, Polacy rwą się do walki, jeszcze 19 września 1939 r. biją się, nie dopuszczając myśli o kapitulacji. Nie mają najmniejszych szans, ale walczą. Na ataki ciężkiej artylerii odpowiadają ułani na koniach. Bronią się, choć już dawno powinni ulec. W ataku na Polskę wzięło udział 2/3 sił Wermachtu, wszystkie dywizje pancerne i zmechanizowane – Hitler spodziewał się natychmiastowego opanowania Polski. Wobec tak olbrzymiej przewagi wroga kampania wrześniowa powinna trwać trzy dni, a nie miesiąc. Przecież tak niewiele, prócz ducha walki i oddania, mógł nasz kruchy kraj przeciwstawić Hitlerowi...

Uważam, że Polska rzeczywiście jest „stworem nie do życia”, a jej dotychczasowy żywot polega na balansowaniu na granicy rzeczywistości i marzeń, jawy i snu. A może powtórzyć powinnam za Szczypiorskim, że kraj nasz to ofiara strasznych figlów historii albo może szyderczej anegdoty, opowiadanej światu przez Boga, której na imię Polska? We mnie jednak także odzywa się polska skłonność do wyolbrzymiania zasług swego kraju, wyszukiwania mistycznych wersji działania czasu. Wydaje mi się bowiem, że nie może być dziełem ironii kraj, który zawsze zwycięsko wy–chodzi z opresji i jak mityczny Feniks podnosi się z popiołów. I choć to śmieszne, że chcemy zniszczyć wroga uzbrojeni w kosy i widły przeciw bagnetom lub z szabelkami i koktajlami Mołotowa uderzamy na czołgi, to jednak coś musi być w tych Polakach, że odnoszą sukcesy, omijając prawa logiki.

Może – jako romantyczka – mało obiektywnie oceniam sytuację, ale nawet obalająca mity powieść Szczypiorskiego nie zmieni mojego przekonania o wyjątkowości Polaków. Mam bowiem swoją niezbitą rację – jesteśmy, choć teoretycznie być nas nie powinno. I chyba każdy przyzna mi słuszność, że nie jest to wcale zasługa naszego oręża, bo – choć nie umniejszam jego znaczenia – nie zawsze mogło zdziałać wiele. Głęboko wierzę, że „cud nad Wisłą” nie był jednorazowym zdarzeniem, lecz powtarzać się będzie, dopóki Polacy pozostaną romantykami. Chciałabym zacytować słowa Müllera, który, moim zdaniem, doskonale uchwycił mentalność Polaków – szaleńców i fantastów, porywających się „z motyką na słońce”:

 

Panie Boże, ileż musi wycierpieć Niemiec taki jak ja [...]

który to wszystko widzi przez słowiańskie doświadczenie,

taki Niemiec zarażony błogosławioną chorobą polskości, która

w tym właśnie jest piękna, że niedoskonała, poszukująca,

kapryśna, nieokiełznana, całkiem jak wariat prowadzony za rękę

przez anioła.

 

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy Polak jest romantykiem i oczywiście nie każdy zdolny jest lub raczej na tyle szalony, by móc rzucić się z gołymi pięściami do walki o wolność ojczyzny.

Wiem, że na co dzień jesteśmy dla siebie okrutni, pozbawieni tolerancji i zrozumienia dla innych. Owszem – awanturnicy z nas i prowokatorzy, zawistni intryganci, cieszący się z krzywdy sąsiada, zdaję sobie z tego sprawę, dlatego niezupełnie podzielam drugą teorię, mówiącą o braterskiej pomocy Polaków. Uważam, że w czasie pokoju zachowujemy się całkiem odwrotnie: „Hejże na Soplicę!” – zajechać, najechać – oto nasza codzienna mentalność. Dopiero w czasie bezpośredniego zagrożenia solidaryzujemy się ze sobą, pomagamy innym, bratamy. Kiedy jest potrzeba, jesteśmy w stanie poruszyć świat, aby odbić więźnia, jak w przypadku Irmy, która wyciągnięta została z Alei Szucha. Znajdzie się też łóżko i chleb dla zbiegłego z getta Henia Fitchelbauma oraz siostra Weronika, ratująca żydowskie dzieci.

Polacy – lubujący się w wielkich słowach, bohaterowie, współcześni Prometeusze, Wallenrodzi i mesjaniści, a jednocześnie cwani, bluźnierczy i próżni. Jacy są naprawdę? Tak ciężko powiedzieć.

Ja jednak, tak jak Müller, mimo świadomości przywar polskich, zachowuję sentyment do swojego kraju i rodaków. Wierzę w Polaków, ufam w ich dobroć w trudnych chwilach oraz szaleńczy zapał.

Do góry