Ocena brak

Polityczna i społeczna odbudowa świata

Autor /vvv Dodano /14.03.2011

Założenie i rozmiary niniejszej  Historii  nie pozwalają nam wdawać się w zawiłe i zażarte dyskusje, toczące się dookoła traktatów, a szczególnie Traktatu Wersalskiego, który zakończył Wielką Wojnę. Zaczynamy pojmować, że ten konflikt, chociaż tak straszliwy i ogromny — nic nie zakończył, nic nie rozpoczął i nic nie ustanowił. Pociągnął za sobą  śmierć milionów ludzi; wyniszczył i zubożył  świat. Rosję zmiażdżył zupełnie. W najlepszym razie był bolesnym i straszliwym przypomnieniem,  że  żyjemy głupio, bez planu, bez myśli przewodniej, w niebezpiecznym i niemiłym wszechświecie. Pierwotne egoizmy i namiętności nacjonalistyczne i imperialistyczne, które pchnęły ludzkość w tą tragedię, wyszły z niej na tyle nie uszkodzone, że mogą sprowadzić podobną klęskę, skoro tylko  świat otrząśnie się trochę z wojennego wyczerpania i znużenia. Wojny i rewolucje nie prowadzą do niczego; jedyna usługa, jaką mogą oddać ludzkości, to, że w brutalny i ohydny sposób usuwają przestarzałe i wadliwe formy. Wielka wojna uwolniła Europę od grozy niemieckiego imperializmu i obaliła imperializm Rosji.

Zmiotła szereg monarchii. Lecz nad Europą powiewa w dalszym ciągu wielobarwna tęcza flag, granice nie stały się mniej dokuczliwe, wielkie armie nabierają świeżych sił. Konferencja wersalska była zgromadzeniem niezdolnym do niczego innego, jak tylko do wyprowadzenia logicznych wniosków z konfliktów i klęsk wielkiej wojny. Niemców, Austriaków, Turków i Bułgarów nie dopuszczano do obrad; musieli przyjąć warunki, jakie im podyktowano. Z punktu widzenia dobra ogólnoludzkiego miejsce zjazdu było szczególnie nieszczęśliwie wybrane. Właśnie w Wersalu proklamowano w 1871 r. ostentacyjnie nowe cesarstwo niemieckie. Było rzeczą aż nadto widoczną, że teraz pragnie się odwrócić tę scenę, jak w melodramacie, i to w tej samej Sali Zwierciadlanej.

Jeżeli w początkach wojny nie brakło wielkoduszności, to wyczerpała się ona już dawno. Ludność zwycięskich państw zbyt dotkliwie odczuwała własne cierpienia i straty, aby móc pojąć, że i pokonani zapłacili tą samą monetą. Wojna wybuchła jako naturalne i nieuniknione następstwo wrogich nacjonalizmów, których nie powściągała żadna idea federacyjna; wojna jest nieodparcie logicznym zakończeniem wszelkich sporów między niezależnymi suwerennymi narodowościami, które żyją na zbyt małej przestrzeni i mają zbyt wiele broni; i jeśliby nie było wielkiej wojny w tej formie, w jakiej się rozegrała, wybuchłaby zapewne w innej, podobnej formie — tak, jak na pewno powróci za dwadzieścia lub trzydzieści lat w jeszcze groźniejszej postaci, o ile jej nie zapobiegnie jakaś zbawienna idea zjednoczenia.

Państwa, przygotowane do wojny, będą prowadziły wojnę zawsze, jak kury będą zawsze składały jaja — lecz zrozumieć tego nie mogły owe kraje wyniszczone wojną, i całą odpowiedzialność, moralną i materialną, złożono na pokonanych, jak znów ci z kolei uczyniliby, gdyby sami wyszli z wojny zwycięsko. Francuzi i Anglicy oskarżali Niemców, Niemcy Rosjan, Francuzów i Anglików, i tylko mała garstka ludzi oświeconych była zdania,  że wina leży w wadliwym systemie politycznym Europy. Traktat Wersalski miał dokonać zemsty i dać dobrą nauczkę zwyciężonym, na których nałożono straszliwe odszkodowania; usiłowano złagodzić ciężkie położenie krajów zwycięskich, zrzucając cały ciężar olbrzymich długów na zbankrutowane narody, oraz naprawić stosunki międzynarodowe przez ustanowienie Ligi Narodów, mającej być zaporą przeciw wojnie; usiłowania te były jednak nieszczere i niedostateczne.

Należy wątpić, czy sama Europa zdobyłaby się na próbę ułożenia stosunków międzynarodowych w kierunku trwałego pokoju. Koncepcję Ligi Narodów wprowadził do realnej polityki prezydent Wilson. Główną jej podporą była Ameryka. Co się zaś tyczy Stanów Zjednoczonych, to to nowoczesne państwo nie rozwinęło jakiejś określonej idei stosunków międzynarodowych poza doktryną Monroego, zabezpieczającą Nowy  Świat od interwencji Europy. Teraz zaś nagle odwołano się do Ameryki, aby dała coś od siebie na rzecz ogromnych zagadnień chwili. Nie miała nic do ofiarowania.

Naród amerykański okazywał zawsze naturalną skłonność do trwałego, wszechświatowego pokoju. Łączyła się z tym oczywiście dawna tradycyjna nieufność do polityki Starego Świata, od którego zatargów Ameryka przywykła trzymać się z daleka. Zaledwie Amerykanie zabrali się do rozważania światowego problemu, gdy kampania niemieckich łodzi podwodnych wciągnęła ich w wojnę po stronie antyniemieckiej koalicji. Wilsonowski zarys Ligi Narodów był próbą stworzenia naprędce amerykańskiego poglądu na politykę  światową. Był to projekt bardzo szkicowy, niewystarczający i niebezpieczny. Mimo to Europa powitała go jako dojrzały pogląd amerykański. Cała ludzkość w 1918/19 była skrajnie znużona wojną i gotowa na każdą ofiarę, byle jej tylko w przyszłości uniknąć, lecz nie było ani jednego rządu w Europie, który by się zgodził bodaj na jotę zmienić swe prawa suwerenne w celu osiągnięcia tych marzeń.

Publiczne wystąpienia prezydenta Wilsona w sprawie Ligi Narodów czyniły przez jakiś czas wrażenie porozumiewania się z ludami  świata ponad głowami rządów; przyjmowano je jako dojrzałe zamiary Ameryki i witano z entuzjazmem. Niestety, prezydent Wilson miał do czynienia z rządami, nie z narodami; był to człowiek mający wspaniałe chwile jasnowidzenia, lecz w gruncie rzeczy ograniczony egotysta, tak  że fala entuzjazmu, którą dźwignął — przełamała się i minęła. Powiada dr Dillon  w swej Konferencji Pokojowej: „Europa, w chwili gdy Prezydent zjawił się u jej wybrzeży, była niby glina podatna rękom twórczego zduna. Nigdy przedtem narody nie były tak skłonne pójść za nowym Mojżeszem, który by je zawiódł do ziemi obiecanej, gdzie wojny są zabronione, a blokady nieznane. W ich pojęciu on właśnie był tym wielkim przywódcą.

We Francji kłaniali mu się ludziska z czcią pełną miłości. Paryscy lewicowcy opowiadali mi, że płakali z radości na jego widok, a ich towarzysze gotowi byli skoczyć w ogień lub wodę, aby mu tylko dopomóc do urzeczywistnienia jego szczytnych zamiarów. Dla włoskiej klasy pracującej imię jego brzmiało jak trąba archanielska, na dźwięk której ziemia się miała odnowić. Niemcy widzieli w nim i w jego doktrynie ostatnią deskę ratunku. Odważny Herr Muehlon mówił: „Jeśliby prezydent Wilson zwrócił się do Niemców i wyrzekł nad nimi surowy wyrok, przyjęliby to z rezygnacją i bez szemrania, i zabraliby się zaraz do pracy”. W Austrii niemieckiej „cieszył się sławą zbawiciela i sam dźwięk jego imienia koił troski i przynosił ulgę w cierpieniach...” Tak wielkie obudził nadzieje prezydent Wilson.

Byłoby zbyt długo i zbyt smutno opowiadać, jak bardzo wszystkich rozczarował i jak dalece nikłym i słabym dziełem była Liga Narodów. Wilson stał się uosobieniem powszechnej tragedii ludzkiej: był tak wielki w swych marzeniach i tak znikomy w swych czynach. Ameryka nie uznała działalności swego prezydenta i nie przystąpiła do Ligi, którą Europa odeń przyjęła. Amerykanie zrozumieli powoli, że wpędzono ich w coś, na co oni nie byli całkowicie przygotowani. Europa podobnie zrozumiała, że Ameryka nie ma nic do objawienia staremu światu w dniach jego niedoli. Przedwcześnie urodzona i kaleka od urodzenia Liga Narodów, ze swą zawiłą i niepraktyczną konstytucją, z nader ograniczoną władzą, stała się właściwie poważną przeszkodą na drodze reorganizacji międzynarodowych stosunków.

Całe zagadnienie byłoby jaśniejsze, gdyby Liga w ogóle nie istniała. Wszelako ten powszechny entuzjazm, z jakim powitano projekt, ta gotowość wszystkich ludzi (wyraźnie: ludzi, nie rządów) do opanowania wojny i ujarzmienia jej złowieszczych demonów — jest godna najtkliwszego wspomnienia w historii. Poza krótkowzrocznymi rządami, które mącą i psują sprawy ludzkie, istnieje i wzrasta prawdziwa siła, siła zdolna zaprowadzić jedność i ład na świecie. Od r. 1918 historia  świata weszła w okres konferencji. Z tych wszystkich konferencja waszyngtońska, zwołana przez prezydenta Hardinga (1921), była najbardziej szczęśliwa i płodna. Godną uwagi jest również konferencja genueńska (1922), albowiem w obradach jej brali udział przedstawiciele Niemiec i Rosji. Nie będziemy szczegółowo roztrząsać tego długiego szeregu konferencji i prób.

Staje się coraz bardziej jasnym,  że olbrzymie dzieło odbudowy może być dokonane przez ludzkość jedynie wtedy, gdy  świat będzie zabezpieczony od takich wstrząsów i rzezi. Ani taka pośpieszna improwizacja, jak Liga Narodów, ani  łaciarstwo konferencji międzypaństwowych, które nie przynoszą  żadnych zmian, a udają,  że stanowią o wszystkim — nie mogą sprostać zawiłościom politycznym nowego wieku, który nadchodzi. Konieczną do tego rzeczą jest systematyczny rozwój i systematyczne stosowanie nauk o stosunkach międzyludzkich, jednostkowej i zbiorowej psychologii, umiejętności finansowych i ekonomicznych, wiedzy o wychowaniu, a wszystko to jest dopiero w zarodku. Ciasne i przestarzałe, umarłe lub umierające idee moralne i polityczne musi zastąpić jaśniejszy i bardziej prosty pogląd na początki i cele rodzaju ludzkiego.

Jeżeli zaś niebezpieczeństwa, zamęt i klęski, które wiszą nad człowiekiem dzisiejszym, są tak olbrzymie, jakich przykładu niepodobna znaleźć w poprzednich dziejach, powodem tego jest fakt, że wiedza dała mu potęgę, jakiej dotychczas nie posiadał. Ale naukowa metoda odważnego myślenia, jasnego sądu i krytycznego planu działania, która mu użyczyła tej dotąd nie opanowanej potęgi, pozwala żywić nadzieję, że kiedyś stanie się on władcą tych sił. Ludzkość jest jeszcze w wieku młodzieńczym. Troski jej nie mają cech starczego wyczerpania, lecz są spowodowane nadmiarem nieposkromionej tężyzny.

Jeśli widzieć w dziejach ludzkości pewien jednolity proces, tak jak to przedstawiliśmy w tej książce, jeśli obserwować nieustępliwą walkę  życia ku świadomości i opanowaniu, wówczas dzisiejsze nasze obawy i nadzieje przyjmują właściwe proporcje. Na razie jesteśmy zaledwie u  świtu wielkości człowieka. Lecz piękno kwiatu lub zachodu słońca, szczęśliwy i doskonały ruch młodego zwierzęcia, rozkosz dziesięciu tysięcy rozmaitych krajobrazów, wskazuje nam, co  życie dla nas może uczynić — a jednocześnie kilka dzieł plastyki, jakaś wielka muzyka, jakaś szlachetna budowla lub wspaniały ogród stanowią wyraźny dowód, ile może zdziałać wola ludzka, jeśli jej przyjdą na pomoc materialne możliwości. Mamy swoje marzenia; posiadamy teraz nie dyscyplinowaną, lecz wciąż rosnącą moc.

Czyż możemy wątpić, że ludzkość urzeczywistni kiedyś nasze najśmielsze marzenia, ze osiągnie jedność i spokój, czyż możemy wątpić, że plemię z naszej krwi żyć będzie na świecie bardziej wspaniałym i bardziej rozkosznym niż najwspanialszy pałac lub najrozkoszniejszy ogród, jaki znamy, i wznosić się na coraz wyższe szczeble mocy w rosnącym kręgu dążeń i osiągniętych celów? To, czego człowiek dokonał, te nikłe dotychczasowe triumfy, ta cała historia, którąśmy opowiedzieli — to zaledwie wstęp do rzeczy, których ma jeszcze dokonać.

Podobne prace

Do góry