Ocena brak

Platon - Uczta

Autor /zofia Dodano /17.03.2011

Wymagany Adobe Flash Player wesja 10.0.0 lub nowsza.

praca w formacie pdf Platon - Uczta

Transkrypt

Aby rozpocząć lekturę,
kliknij na taki przycisk

,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.
Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym
LITERATURA.NET.PL
kliknij na logo poniżej.

PLATON

UCZTA

1

Wstęp tłumacza

Niepodobna z korzyścią i z przyjemnością należytą przeczytać Uczty Platońskiej,
jeżeli się nie zna, choć w ogólnym zarysie, historii ruchu umysłowego, na którego tle to
dzieło wyrosło; niepodobna wszystkiego wydobyć z tego dzieła i nacieszyć się wszystkimi
jego pięknościami, jeśli się choć z daleka nie zna ludzi, którzy w nim występują, środowiska,
do którego należą, stosunków, które ich łączą.
Jesteśmy w innym świecie; dwadzieścia trzy wieki wstecz, a jednak dziwnie to
wszystko nowoczesne i żywe wstaje spod pióra Platona.
Towarzystwo inteligencji ateńskiej zeszło się wieczorem w roku 416 przed Chr. i
rozmawia po kolacji o rzeczach mądrych. Bawią się. Chwilami puste, dziecinne prawie żarty,
chwilami bajka i mit, to znowu rozkoszna gra słów wieloznacznych i gra na trudnym
instrumencie dobrej mowy, chwilami zachwyty myślowe i słowa oderwanych objawień, to
znowu apoteoza człowieka, pana nad sobą i pana nad otoczeniem. To wszystko na tle
rozmowy o Erosie. Kobiet nie ma, a jest nastrój kwiatów w powietrzu; drewnianych uczonych
nie ma, a jest atmosfera jasnej, prostej a bystrej myśli, niby blask jasnych oczu Pallady; jest
rozkosz myślenia pojęciami ogólnymi, niby stąpanie po szczytach tam, gdzie obłoki blisko, a
niżej gaje róż.
Dwa prądy przed Sokratesem
Filozofowali Grecy z dawien dawna. O tym, czego nie widać i nie zobaczysz tego,
choć to jest naprawdę, o rzeczach wiecznych mówiła im od dawna religia, w czasach, kiedy
im jeszcze bardzo imponował Egipt i Wschód, dokąd z towarami jeździli po pieniądze i po
kulturę. Ale że to zawsze człowieka dostatki rosnące psują i butny się staje, tedy i oni już w
siódmym wieku przed Chr. mieli takich na wybrzeżach Azji Mniejszej, którzy konkurencję
robiąc kapłanom sami opowiadać zaczęli rzeczy dziwne na pozór i tajemnicze, o tym, co
naprawdę jest, choćby tego nawet nikt nie widział, o tym, co istnieje nawet wtedy, kiedy cały
świat żywy śpi bez marzeń, o tym, co istnieje naprawdę samo; a nam się tylko marzy i śni
świat takim, jakim go oczy widzą.
Fizycy jońscy
Nieprawda to, co oczy widzą — mówił Tales z Miletu około roku 600 przed Chr. —
Zdaje się wam tylko, że miecz jest z żelaza, nagolennice z brązu a statek z drzewa. To jest
wszystko z wody; tylko z takiej wody, która się raz wydaje taka, a drugi raz inna. Z niej para,
z niej lód, z niej metal, z niej ziemia i ciało, z niej wszystko wyszło, co jest na świecie, i
wszystkie rzeczy to właściwie woda, taka lub inna”. Tales świadectwu zmysłów oczywistemu
przeczył, a wodę w ludzi wmawiał. Tales wodą, inny filozof powietrzem wszystko nazywał,
inny głosił, że to, co naprawdę jest początkiem i istotą świata, to jakiś chaos nie oznaczony

2

nie wiadomo czego, to jakieś „nie wiadomo co i jakie”, a z tego się dopiero robią i z tego są
rzeczy określone: takie i inne. Wszyscy ci filozofowie mówili przecież pośrednio swymi
naukami: „Nie wierzcie oczom, uszom i rękom. One przecież was łudzą. Wam się tylko śni na
jawie świat zbudowany rzekomo z tak wielu i tak różnych materiałów; naprawdę jest to jeden
tylko materiał, ale tego oczyma nie zobaczysz!”
Eleaci
Zwyczajny, interesami zajęty obywatel helleński wiele robił, jeżeli spokojnie słuchał
nauk, które nie łatwo było prostemu człowiekowi pojąć, skoro przeczyły temu, co oczy widzą,
a nie przypominały tego, co za młodu opowiadała matka w domu, a kapłan w świątyni o
bogach, gigantach i bohaterach. A jednak młodzi ludzie słuchali filozofów i nic też dziwnego,
że w szóstym wieku Ksenofanes z Kolofonu, a po nim w piątym wieku Parmenides z Elei
zaczęli otwarcie głosić, że bóstwa i mity człowiek sobie sam stworzył w czasach
zamierzchłych na obraz i podobieństwo swoje, że cały świat widzialny i to, co się na nim
dzieje, to sen tylko i mara zwiewna, to się nam wydaje tylko; śnimy na jawie, aż do chwili
śmierci. To, co istnieje naprawdę i będzie naprawdę, nawet kiedy nas nie będzie i żadnej
poznającej istoty; to, co się nie tylko wydaje i śni komuś, ale co jest, było i będzie samo dla
siebie, a nie dla kogoś tam, nie tylko w czyichś oczach, to jest jedno jedyne niepodzielne,
wiecznotrwałe, niezmienne, niestworzone i niezniszczalne. Oczy ludzkie nie zobaczą tego, co
naprawdę jest; oczy ludzkie tylko śnić potrafią i opowiadać nam widziadła i majaki swoje o
tym świecie spostrzegalnym pełnym barw, form, zmian, ruchów, zjawisk. Wszystko to jest
jako dym i jako mara. Rozum tylko potrafi ukazać mądremu człowiekowi przed oczyma
duszy to, co naprawdę jest, potrafi mu dać poznanie niezmysłowe tego bytu rzeczywistego,
wiecznego, jedynego, ukrytego przed pospolitymi, łatwowiernymi oczyma tłumu.
Łatwo sobie wyobrazić można, że te dziwne i niepopularne, i niereligijne nauki szkoły
eleatów musiały wywoływać pobłażliwy uśmiech politowania na twarzach ludzi
praktycznych, zajętych handlem, polityką i wojną z Persami.
Toteż na złość zdrowemu, popularnemu poglądowi zaczął młody Zenon z Elei,
ukochany uczeń starego Parmenidesa, przekonywać bardzo misternymi dowodami wszystkich
wyznawców zdrowego, przyrodzonego poglądu na rzeczy, że musi im się śnić tylko, jeśli
słyszą huk spadającego korca pszenicy, który jest przecież tytko sumą cicho spadających
ziaren, że im się tylko marzy, kiedy widzą strzałę dolatującą do celu, bo ona się przecież
przez cały czas tego „rzekomego” ruchu znajdować musi w jakimś miejscu, a skoro się coś
znajduje w jakimś miejscu, to nie leci. Zaczem zdrowy rozsądek jakoby dyktuje, że kto się
przez cały czas w miejscu znajduje — ten stoi cały czas, a ludziom się, widocznie, jego ruch
śni tylko i przywiduje.
Takich i tym podobnych roztrząsać, ćwiczących umysł i język, prowadził wiele w
piątym wieku przed Chr. i sam Zenon, i jego uczniowie. Dyskusje musiały być gorące. Szło o
pogląd na świat, szło o to, że prawdę poznaje nie lada kto, nie każdy zacny obywatel, który
tylko ma oczy i uszy, pięć zmysłów w porządku i może być wybrany do wielkiej rady, bo to,
co naprawdę jest, jest przed zmysłami ukryte, jest zasłonięte przed pospolitym rozsądkiem, a
dane tylko delikatnemu rozumowi ludzi wybranych spośród tłumu.
Niepopularna była ta filozofia, a głosiciele jej budzić musieli zawiść i zazdrość w
szerszych kołach inteligencji, demokratycznej z ducha i ustroju państwowego.

3

Heraklit z Efezu
W piątym wieku większym powodzeniem cieszyć się musiała filozofia inna, przywieziona też
z wybrzeży jońskich, ale rozwinięta i ugruntowana na ziemi ateńskiej.
Poczęła się w głowie zaciętego arystokraty, który na tłum ciemny i demokratyczny
patrzał z góry i ze wstrętem, a jednak myśli jego rozwinięte przez innych miały być dla
niejednego członka demokracji ateńskiej drabiną w karierze i osią poglądu na świat. Oto w
gorących czasach powstania Jończyków i Maratonu pisał Heraklit z Efezu w Azji Mniejszej
dzieła niełatwe do czytania, bo nie pisał dla wszystkich, ale dla siebie i dla kilku.
Nie odpowiadał mu eleacki byt niezmienny, stały, wiecznie jeden i ten sam. Świat
pełen ciągłych, tysiącznych, prawidłowych zmian przedstawiał mu się jak falująca
powierzchnia morza, coraz to inna, a prawidłowa i pozornie wciąż ta sama; niby płomień
migotliwy, który ani chwili nie trwa w jednakiej formie, tak jak trwa bryła lodu; uważał, że
świat to ciągła odmiana, ciągłe rozdwojenie i walka sprzecznych pierwiastków. Jednakże nie
chaos, bo w walce tej jest pewien sens; szereg pędzących zmian jest rozumny; jest w tym
wszystkim pewna myśl, pewien mus, konieczność; wszechświat jako całość jest niby akord
harmonijny, mimo całe zróżnicowanie elementów składowych, jest niby melodia coraz to
inna, a jednak określona i prawidłowa. Spoczynku, trwania, martwoty w świecie nie masz.
Jak przydrożne topole mijają człowieka pędzącego na wozie i są coraz to inne, mimo że jedna
przypomina drugą, tak mijają nas, pędzących ku mecie śmierci, chwile i rzeczy pozornie tylko
te same, a naprawdę wciąż o jedną chwilę starsze, wciąż o jakąś choćby odrobinę inne. Nic
nie jest ani przez chwilę jednym i tym samym; dwa razy do „tej samej” rzeki nie wstąpisz.
Świat jest jak rzeka albo jak płomień.
Walka z eleatami gotowa; walka kształtująca w dyskusji, zmuszająca do jasnego
formułowania pojęć, do szukania dowodów, do rozwijania i rozszerzania poglądów
zasadniczych na coraz to więcej dziedzin życia ludzkiego.
Stan polityczny
Życie publiczne kwitło. Po wojnach perskich, które bogowie jakoś szczęśliwie do
końca doprowadzili, pieniądze z miast związkowych falą napływały do Aten i rosły z nich
pod rządami Peryklesa marmurowe pomniki potęgi tego ludu i pomniki kultury jego
wybrańców; rósł dobrobyt, rosła ilość tych ludzi, którzy dorobiwszy się grosza radzi byli i w
polityce jakąś rolę odegrać, a przynajmniej dzieci wychować na coś lepszego, na coś, co ma
znaczenie w Mieście.
Bez nauki nie sposób. Potrzeba na zgromadzeniach przemawiać, potrzeba się zręcznie
orientować w argumentach wymownego przeciwnika, potrzeba go umieć i za słowo chwycić,
i obrócić, jak to mówią, kota ogonem, potrzeba nie tak mówić jak stękający Beota albo
zwalisty Spartiata, który zna tylko styl meldunków wojskowych, lecz potoczyście, pięknie,
przekonywająco, a do rzeczy. Potrzeba mieć coś z adwokata, coś z kaznodziei i coś z
człowieka światowej ogłady i szerokiej wiedzy. Wtedy się ma rację na zgromadzeniach,
wtedy się rządzi tłumem równych wedle prawa, ale niższych wedle natury. Zawsze ten ma
rację, zawsze przy tym prawda, kto lepiej mówi.
O to też chodzi.
A dziś mówi najlepiej ten, a jutro ów; tedy tłum obywateli uchwala dziś to, a jutro co
innego. Dziś to dobre, a jutro tamto dobre, co wczoraj było złe. Zło i dobro stwarzają ludzie
konwenansem, a nie natura koniecznością. Chodzi o to, aby być tym „lepszym” człowiekiem,
który normuje wartości, który jest twórcą i miarą rzeczy, który jest tym, co nadaje ton.
Toteż zrodziła się potrzeba nauczycieli, od których by można tej „lepszości” nabrać.

4

Nauczyciele się znaleźli: sofiści.
Sofiści
Z miasta do miasta przenosili swe wolne instytuty ci ludzie światowej wiedzy i
poloru: mówcy, politycy, adwokaci i eseiści w jednej osobie.
Ten i ów nadawał prawa lub je kodyfikował na żądanie obywateli jakiegoś miasta,
tamtego mowy rozchwytywano i przepisywano znakomite studia z dziedziny wszelkich
możliwych nauk: gramatyki, astronomii, matematyki, archeologii, ekonomii społecznej, czy
ogólnej nauki o wszystkim, co istnieje, o prawdzie i o fałszu. Kiedy się do którego na naukę
wpisał młody zdolny syn zamożnego kupca czy właściciela warsztatu z przedmieścia,
wychodził na ludzi albo mu się przewracało w głowie, jak to powiadają.
Bo ani bogów, ani kapłanów i procesy) eleuzyjskich i panatenejskich nie brał na serio;
wiedział, jak się to robi i na co to jest; ani nie słuchał z uszanowaniem zacnego wuja z Teb
czy z Abdery, nawet i ojca, który mu w dalszym ciągu, jak za chłopięcych lat, zdrowe a tępe
nauki dawał, ale za to zarzutkę musiał mieć z Tyru różową i haftem zdobioną, za to się
rozumiał na koniach i na teatrze; pieniędzy potrzebował dużo i na swoje potrzeby, i na naukę
u mistrza; w dobrych bywał towarzystwach a nad ranem do domu wracał; ale kiedy mówić
zaczął, to familia otwierała gęby i sąsiedzi przychodzili z przeciwka. Ślicznie mówił. Ten go
nie rozumiał, zaczem kiwał głową; tamten — też nie bardzo chwytał wątek, zaczem się
gorszył po trochu — ale to wiedzieli wszyscy, że młody człowiek mówić umie, a kiedy język
na zgromadzeniu rozpuści, to i strategię dostanie w razie potrzeby, i cywilna godność na
niego spadnie intratna, i krewnym się coś upiecze przy sposobności.
Taki już czas, takie zepsucie na ziemi — uważali zacni obywatele w Atenach — że
dziś jeno taki coś wart, co jest w języku tęgi, choćby był i najgorszy i w bogów nie wierzył.
Alboż wierzył w bogów ten znajomy Heraklita, admirał floty, Melissos z Samos: taka wysoka
osobistość, a otwarcie mawiał o bogach, że o tym nie ma co i mówić, bo to się nie da poznać.
A ten, niby to taki mądry i dobrotliwy, Anaksagoras z Kladzomenów, ten, co to wiedział,
kiedy mają kamienie z nieba spadać, a uprosił sobie podobno przy śmierci, żeby zawsze w
rocznicę jego skonu dzieci miały majówkę — toż on też, mimo tego rozumu i serca, w bogów
nie wierzył, a sam Perykles, a majster Fidiasz, a ta Aspazja, a ich stary przyjaciel Protagoras,
a młody Alkibiades: ci wszyscy przecież mieli procesy karne o bezbożność, a to tylko kwiatki
na wielkiej niwie dzisiejszego zepsucia.
Tak sobie musieli mawiać poważni obywatele w Atenach przy końcu wieku piątego
przed Chr. Mówili, a jednak kwitły szkoły sofistów, ogniska tej kultury umysłowej, która tak
często ,,mieszczanom” przynosić zwykła zgorszenie czy zepsucie.
Protagoras z Abdery
Stary, poważny sofista, Protagoras, który pamiętał jeszcze Termopile a w przyjaźni
żył z Peryklesem, z Eurypidesem i Anaksagorasem, prawodawca miasta Turioi w
południowej Italii, cieszył się może największą wziętością i powagą i siedemdziesięciu lat
szczęśliwie dożył, póki go w końcu o ateizm nie oskarżono. Zaczem musiał staruszek do
Sycylii uciekać i utopił się po drodze, a pisma jego spalił lud publicznie na placu w Atenach.
On pierwszy machnął ręką na dociekania eleatów o naturze tego, co naprawdę istnieje,
na dyskusje o tym, czy jest byt rzeczywisty jeden, czy ich jest wiele, jak wolał twierdzić
Demokryt i Anaksagoras. Uważał, że uczniom Heraklita świat i byt jest rzeką o ustawicznie
zmiennych falach, a uczniom Parmenidesa świat i byt jest bryłą lodu o tęczowych refleksach.

5

Żaden drugiego nie przekona; każdy siedzi zamknięty w swoim świecie, który wysunął z
własnego wnętrza, niby gąsienica we własnym oprzędzie. Czy poza tymi prywatnymi
światami poszczególnych ludzi jest coś jeszcze rzeczywistego, czy poza tym coś istnieje i
jakie — któż to może wiedzieć?
W każdym razie: dla mnie istnieje to, a dla ciebie co innego; człowiek ty i człowiek ja.
Obaj jesteśmy miarą, normą wszystkich rzeczy, o ile istnieją lub nie. To, co się mnie widzi, że
jest, to też naprawdę jest — dla mnie; a co się tobie widzi, to jest też naprawdę — dla ciebie.
Przecież nic nie istnieje samo dla siebie — wszystko jest czyimś widziadłem czy też czyimś
pomysłem, jest ,,komuś”, jest w czyjejś głowie czy też w czyichś oczach. A że różne pary
oczu widzą niby jedno i to samo, ale każda po swojemu i inaczej niż inna; że co głowa, to
rozum, a każdy ma swoje zdanie, sprzeczne nieraz ze zdaniem drugiego, choć obaj myślą o
rzeczy niby jednej i tej samej — to nic nie szkodzi. O każdej rzeczy mogą być dwa zdania
przeciwne. To prawda dla mnie, a to prawda dla ciebie. Więc nie ma zdań bliższych lub
dalszych od jakiejś prawdy przedmiotowej — tylko są zdania lepsze i gorsze. Na jednym
przekonaniu wyjdziesz w życiu lepiej, a na drugim daleko nie zajedziesz, ale z tego nie
wypływa, żeby jedno z nich było zgodne z jakąś rzeczywistością istniejącą poza nami, a
drugie z nią niezgodne, żeby jedno było prawdziwe, a drugie fałszywe. Nie — to jest lepsze, a
tamto gorsze, ale oba równie prawdziwe; tylko to dla mnie, a tamto dla ciebie prawdziwe.
W tym sztuka, żeby i sobie, i drugim przysporzyć jak najwięcej tych lepszych
przekonań względnie z tych gorszych porobić lepsze — ponaprawiać ludzkie przekonania.
Metodę tylko potrzeba znać. Sposób tylko potrzeba mieć.
Heraklit podkopał wiarę w stałość i trwałość rzeczy tego świata, Jończycy i eleaci
zachwiali wiarę w świadectwo zmysłów. Życie i świat zaczęły się ludziom wydawać niby
sen; sofiści głosili, że człowiek jest sam twórcą tego snu mniej lub więcej zdolnym.
Gorgiasz
„Nic nie istnieje naprawdę” mówił stary, poważny mówca, poseł i nauczyciel
wymowy, Gorgiasz z Leontiniów; nie ma nic poza nami, a gdyby nawet coś poza nami
istniało, nie poznałbyś tego, bo przecież byt co innego, a poznanie co innego, i gdzie
gwarancja, że to, co ty widzisz czy wedle najlepszego przekonania wiesz o jakiejś rzeczy, jest
zgodne z rzeczą samą? Gdyby nawet i było zgodne, gdyby nawet poznanie prawdziwe było
rzeczą możliwą — nie podzieliłbyś się nim z drugimi, bo jakże swoje myśli przeniesiesz do
głowy drugiego. Drugi zawsze zostanie w swoich przekonaniach zamknięty, a ty w swoich i
żaden ze skóry własnej nie wyskoczy. Bytu niezależnego nie ma i prawdy jednej nie ma tym
samym. Są tylko zdania lepsze i gorsze.
Co znaczy ,,piękno prawdziwe” czy „dobro rzeczywiste”. Nie masz ,,piękna
prawdziwego” poza nami. Tobie piękne to, a mnie tamto. Który z nas dwóch lepiej się
wysłowi i więcej będzie miał do powiedzenia, ten przekona, czy raczej przeciągnie na swoją
stronę innych i będzie jego ideał, jego piękno na –wierzchu, a drugie będzie gorsze, bo
słabsze.
Co to jest „dobro rzeczywiste”? Mnie dobre to, a tobie dobre co innego. Który z nas
dwóch silniejszy w głowie i języku, a niekiedy i w ręku, ten już potrafi nauczyć drugiego, co
dobre, a co złe. To, co jemu dobre, będzie wtedy dobre naprawdę. Inni pójdą za nim; on jest
twórcą wartości. Alboż się to nie dzieje wciąż na zgromadzeniach, gdzie uchwalają prawa
dziś takie, a jutro inne? Nie dziejeż się to po miastach, gdzie dziś rządzą majętni, jutro godni,
a pojutrze tyran? Wszędzie przecież dziś to dobre, a jutro tamto, zależnie od tego, kto przy
władzy. „Wszystko płynie” na tym polu i walka jest matką wszystkiego.
Oto przeobrażone myśli Heraklita. Dumania samotnego mizantropa z Efezu,

6

rozwinięte w naukach sofistów.
Był na dnie tych nauk kult dla rozwiniętego, czynnego, twórczego, potężnego umysłu
człowieka; było uwielbienie dla rozumnej, doskonałej jednostki ludzkiej: doskonały człowiek
twórcą i prawodawcą świata. A równocześnie przyznanie racji i wartości każdemu, byle miał
sposób, byle umiał zapanować nad tłumem.
Rzecz ponętna i rzecz wygodna każdemu, kogo ambicja niosła ponad sfery
rodzicielskiego domu na przedmieściu.
Sokrates
A jednak na tym przedmieściu miał wyróść najzaciętszy wróg sofistów, człowiek,
którego działalność z konieczności jego psychiki musiała i potrafiła ich imię podać na długi
czas w niesławę. On sam padł z wyroku tłumu. Sokrates. Wyrodny syn ateńskiego
kołtuństwa.
Ojciec jego, Sofroniskos, miał gdzieś tam, powiedzmy, pod cmentarzem pracownię
rzeźbiarską; rabiał też zapewne boginie i hermy dla prowincjonalnych kościółków. Nie musiał
ten interes iść zbyt dobrze, skoro matka, Fainareta, pomagała akuszerią, byle koniec z końcem
związać. I nic dziwnego. Konkurencja była duża, lada miasto zamawiało zaraz brązy, których
biedny majster produkować nie mógł, a ludzie się psuli coraz bardziej, coraz więcej patrzyli
na to, jak dany posąg zrobiony, a coraz mniej na to, czy wielkie bóstwo przedstawia, czy
podrzędne.
Rekonstrukcja młodości
W warsztacie bawił się gliną zwalisty synek o olbrzymiej głowie, wyłupiastych
oczach i kopytkowatym nosie nad grubymi wargami. Ładny nie był, ale zdrów jak młody
centaur i nic mu nie szkodziło.
Zdolny i nad wiek mądry, sensat i łepak, jak to powiadają. Ojcu pomagać zaczął
prędko, bo go robota zrazu zajmowała, ale nie posiedział na miejscu i nie dbał o pieniądze.
Bieda — to bieda. Było mu to wszystko jedno. Nie był z tych, którzy by czymś radzi być w
życiu, aby ich i ludzie szanowali, i grosz do grosza przyrastał. Czyżby ambicji nie miał?
To nie, bo nigdy o nic nie prosił ani się od niczego nie wypraszał. Nie miał co jeść, to
się wolał obejść, a prosić, choćby do ojca, nie poszedł; dobierał mu się ojciec do skóry, albo
mu matka terkotała, że interesu nie pilnuje, a taki drągal z niego — to bywało zaciął się i
milczał, i ani mrugnął, ani się nie skrzywił, jakby to nie do niego było — albo lepiej dysputy
z rodzicami zaczynał poważnym głosem, jakby szło o co obojętnego, przy święcie. Nieraz
musiał ramionami ruszać stary Sofroniskos i radzić z matką Fainaretą, co z tego wałkonia
wyrośnie. „Broda mu się zasiewa, chłop jak byk, a nie dba o nic i interesu nie pilnuje. Chodzi
obdarty, na buty nie ma — a nie zarobi ani drachmy. Goły, a w pana się bawi. Powiada, że się
obejdzie i tak. Włóczy się po całych dniach z chłopakami i gada. Nic, ino gada. Prawda, że
rozum u niego stary i jak mówić zacznie, to i stary człowiek nieraz nie wie, co odpowiedzieć.
Takie ma swoje pytania nieraz, proste niby to—a nie wiadomo, co z nimi robić. I taką ma
szelma pasję, że z najpoważniejszymi ludźmi do rozmowy stanie, uda głupiego i niby się
pyta, a tak te pytania poplecie, że zawsze z kogoś starszego i zacnego durnia zrobi. Inne
młodziki, co za nim chodzą, duszą się ze śmiechu, a on udaje poważnego. Nic po sobie nie
pokaże, ta ambitna sztuka, co w nim kipi. Kto go tam dojdzie! Albo sam chodzi światami i
duma gdzieś godzinami, podparłszy się, albo między chłopakami króluje niby jaki sofista na
ulicy i obśmiewa, niby od niechcenia, paniczyków. Za dziewczętami nawet nie biega. Za

7

dumny na to; choć, co prawda, to i na niego mało która popatrzy. Ale jemu niby i to wszystko
jedno.”
Główna sprężyna
Taka już była dziwna natura w tym młodym człowieku. Prawie królewska dusza w
ciele ulicznika. Potrzeba władania, mocy, wyższości nad otoczenie i nad własne popędy. Nie
imponowało mu nic; nie zniósłby był niczyjej przewagi moralnej, niczyjego nimbu powagi i
jak mu wstrętny był widok żebraka, pochlebcy, karierowicza lub smakosza i rozpustnika, czy
w ogóle jakiegokolwiek człowieka, który kark schyla i służy czy to cudzym gustom, czy
własnym namiętnościom, tak i sam siebie nie byłby zniósł pochylonego i zależnego od
czyichkolwiek łask, rozkazów, konceptów, darów, nauk lub afektów. Potrzebował poczucia
mocy tak bardzo, że nie umiał pójść po nie utartą drogą kariery, popod poniżające jarzmo
zabiegów o względy ludzkie. Potrzebował poczucia mocy tak bardzo, że mu ubliżały we
własnych oczach zrywające się w nim pragnienia młode i ambicje, które duszę opanowywać
zwykły. Opanowania wszelkiego się wstydził i nie znosił. On sam panować musiał. Toteż nad
sobą panował z wielką przyjemnością i kiedy go pragnienie piekło, a wiadro ze studni z
wielkim trudem wyciągał, wylewał je sobie przed nosem na ziemię i z wielką flegmą drugi
raz je wyciągał. Czemu nie poskromić tego Sokratesa łakomego? Czemu nie zadrwić z tej
żądzy, która już myśli, że się jej podda Sokrates pan?! Ale niech nikt nie myśli, żeby Sokrates
pragnień nie miewał.
Przecież w ciele mieszkała ta dusza zacięta. Sokrates, podobnie jak każdy człowiek,
uczuć doznawał, ale uczuć nie słuchał świadomie, bo uczucia są gwałtowne i chcą brać
człowieka za łeb, po tyrańsku; słuchał tylko rozumu, bo on jest chłodny i radzi tylko po
obywatelsku, pokazuje, przedstawia, ale nie porywa, nie opanowuje.
Dla poczucia mocy ciągły gwałt zadawać musiał swojej młodej, namiętnej duszy;
musiał jej serdeczne krzyki dławić, bo się bał śmieszności przed sobą i poczucia poniżenia
nieumyślnego przed drugimi. Jakby on wyglądał sobie i drugim: zakochany czy spragniony i
proszący lub strwożony? Z tą figurą i strojem, z tą twarzą satyra!
Nigdy! Udawać takiego świadomie — owszem — być takim mimo woli — nigdy!
Toteż na powaby i wartości życia krzywił grube usta pobłażliwym uśmiechem i podkreślał
wyłupiaste oczy łagodną ironią. ,,Co mi tam, myślał sobie, nie mam tego i owego, to nie
mam, ale gonić za tym nie myślę. Nie potrzeba mi, mówił sobie. Tamci biedacy gonią i jak się
każdy z nich musi czuć we wnętrzu marnym, zależnym, niby głodny szakal, a nie jak
Herakles w brązie”. Coraz głębszymi fałdami marszczył brwi ukośne.
Tłum goniący za karierą i interesami po rynku i w porcie i dobywający dobra życiowe
wydał mu się, stojącemu z założonymi rękoma i w podartym himationie, tłumem istot nie
złych, ale głupich, boć oni to robią nie z rozumnej decyzji, tylko ze ślepego instynktu, z
afektu, z potrzeby, bez namysłu, czy to warto w ogóle robić.
Pospolity błąd intelektualistów
Oczywiście. Zapomniał, że zdrowy, normalny człowiek nie namyśla się zazwyczaj,
czy warto żyć, bo nie żyje dla celu jakiegoś, tylko żyje z konieczności jakiejś, podobnie jak
się nie namyśla jabłoń czy lepiej jest szyszki wydawać, czy żołędzie, czy może w ogóle lepiej
liści nie wypuszczać, a pędy rozdać zającom i pójść za grabami na opał, tylko wydaje jabłka,
bo taka już jej natura szlachetna i zdrowa.
Tak też i Ateny żyły przyrodzonym życiem instynktów społecznych, instynktów

8

potęgujących objawy życia zbiorowego i materiały jego; Sokrates, rozporządzający znaczną
ilością wolnego czasu, skłonny do refleksji i z przekąsem patrzący na życie, które go gdzieś
po drodze zapomnianym zostawić chciało, uważał, że żyć tak, po prostu, bo się nie może
inaczej, to nie jest rzecz godna. Potrzeba się zastanowić naprzód, czy to warto i co to jest
właściwie ten i ów objaw życiowy. Nie dość składać ofiary i uczyć wymowy, ale potrzeba
wiedzieć, co to właściwie jest pobożność i co to jest wymowa, na czym to polega i czy to
warto robić. Nie ten jest coś wart, który coś robi, a nie wie co — ten jest wart coś, który wie,
co kto robi; który duma i rozumie świat i życie. On sam przecież robił znacznie mniej niż
inni, a rozumiał więcej niż drudzy.
Prymat rozumu
Dla rozumu miał kult. Czuł, że to daje człowiekowi wyższość nad otoczeniem i nad
sobą samym w chwili słabej. To i jemu dawało wyższość; ten naturalny chłopski, jasny
rozum, stroniący od wszystkiego, co dwuznaczne, niedośpiewane i mgliste. Nie książkowa
wiedza ani wykształcenie systematyczne, bo na to go nie było stać. Pisma Heraklita były mu
za trudne. Rzucił je. Anaksagoras go nie zadowalał; sofistów słyszał naokoło i słuchał, co
mówili ich wyperfumowani uczniowie karierowicze: „Ty masz rację, ja mam rację, on ma
rację — wszyscy jesteśmy równie mądrzy, tylko jeden ma siłę i jest coś wart, a drugi jej nie
ma i jest mniej wart. Wszystko jest płynne. Prawda nie ma określonych granic.”
„Nigdy, myślał Sokrates, wy przecież wszyscy jesteście głupi i mało warci mimo
waszych bibliotek i szat cienkich, i wpływów na tłum radzący. Wy się nieraz godzinami
kłócicie, a nie możecie się pogodzić ani porozumieć, bo jednego i tego samego wyrazu jeden
w tym znaczeniu używa, a drugi w innym. Ustalcie znaczenia wyrazów: zgódźcie się raz, co
znaczy „dobry”, co znaczy ,,odważny”, co znaczy „sprawiedliwy”, co znaczy ,,pobożny”, co
znaczy ,,piękno”, co znaczy ,,wymowa”, a zobaczycie, że zaraz przestanie ,,wszystko być
płynnym”, zaraz do porozumienia dojdzie i pokaże się, że nie każdy z was ma rację i jest
mądry, tylko ten, który zna i potrafi określić, ująć znaczenia słów. Na tym polega cały rozum.
Na tym i wartość człowieka polega. Ludzie nie są źli przez złą wolę, myślał patrząc na
wystrojonych oszustów i lichwiarzy z pobłażaniem, tylko są źli z głupoty. Nie wie jeden i
drugi, co to znaczy ,,dzielność” czy „sprawiedliwość”, i dlatego broi. Nie może inaczej.
Gdyby jeden z drugim rozumiał, co to jest i że w tym siedzi zło i szkoda dla niego samego,
gdyby widział, że brud go plami i poniża, gdyby nie był głupi, jednym słowem, byłby
dzielnym mężem. Ale on ma oczy zasłonięte. Ciemny jest ten i ów, mimo swego pozornego
blasku. Ciemny jest sofista i fizyk, mimo swoich subtelnych badań nad istotą świata i
początkiem wszechrzeczy. Wolałby się nad sobą samym zastanowić i nad tym, jaki on sam
niewolnik jest w gruncie rzeczy i ilu ma panów nad swoją duszą, choć niby rozkazuje
drugim.”
Tak to Sokrates, dumny a obdarty syn ludu, nie tyle z przekąsem, ile raczej z
politowaniem patrzał na rozkwit życia ateńskiego, a psychikę ludzką pojmował na obraz
własny. Myślał, że u ludzi w ogóle rozum zajmuje i powinien zajmować takie naczelne,
kierujące stanowisko, jak to chciał widzieć we własnym wnętrzu.
Toteż z tych wszystkich powodów, z tych konieczności wewnętrznych, z tej
organizacji psychicznej i stosunków, wśród których wyrósł, wypłynął jego żywot cały i
działalność.

9

Powierzchnia życia
Zrobiła się z niego ta powszechnie znana w Atenach figura, ten olbrzym z głową
satyra, niby strasznie poważny, a szelmowsko dowcipny i z głupia frant zarazem. Ten
człowiek o dwóch twarzach, czy człowiek smutny w masce sylena. Lada jak ubrany, kudłaty i
bosy chodził od niechcenia ulicami w towarzystwie młodych ludzi wszelkich sfer, żył byle
czym i jak, mieszkał za miastem w jakiejś z wdzięczności darowanej chałupie; przyjął ją jako
ofiarę — nigdy jako jałmużnę lub zapłatę — tym bardziej że płacić mu nie było za co
właściwie. Bo wykładów żadnych nie miewał, tylko, wolny czas mając zawsze, gadał z
młodymi ludźmi o znaczeniach wyrazów i o panowaniu nad sobą, o tym szczególnym
królowaniu w czterech ścianach, i nie nauczał ich sam, tylko za język ciągnął pytaniami.
Mówił, że ma to wyciąganie w zwyczaju po matce. Dowcip miał zawsze gotowy, a tak
rozmawiał, że nikt nie wiedział, czy serio mówi, czy udaje i nabiera tylko drugiego.
Najlepsze było, kiedy na rynku czy w sali gimnastycznej spotkał jaką grubą rybę;
nadętego kapłana albo ufryzowanego mówcę i demagoga, który troskliwie pilnował fałdów
narzutki i z wielką pewnością siebie rozprawiał szeroko a płynnie o sprawach bieżących czy
też o rzeczach ogólnych. Młodzi ludzie wtedy milkli; każdy wiedział, że teraz będzie czego
posłuchać, a Sokrates, skrobiąc się w głowę, robiąc głupie miny i prztykając palcami, o co mu
nawet najbliżsi robili uwagi, pytał poważnego męża zupełnie pokornym głosem i tonem tego
biedaka, który rad by się czegoś dowiedział i nauczył, jak to właściwie jest z tą
„pobożnością”, co to jest właściwie. I niech tylko zapytany dał jakąś odpowiedź, następowało
zaraz drugie pytanie, zmuszające zapytanego do małej poprawki lub zmiany stanowiska. Za
tym szło dalsze, równie skromne pytanie, po odpowiedzi trzecie i tak dalej bez najmniejszej
litości dla starszego, poważanego obywatela i kapłana, który się musiał przed młodzikami
kompromitować, że właściwie nie ma pojęcia o tym, co to jest pobożność.
Bo i trudno: wyrazy mają zmienne i krzyżujące się znaczenia. Jeśli ich człowiek od
razu nie złapie, i nie poodgranicza, a na to trzeba mieć czas i nic nie robić chyba, gotowe się
wydawać słuchającym jego odpowiedzi, że to mówi jakiś partacz, który się na własnej
robocie nie zna. Zupełnie jakby kto stolarza pytał, co to właściwie jest stolarstwo, albo
artysty, co to jest piękno.
Definicje
Można przecież być doskonałym stolarzem, a nie mieć o tym pojęcia, co to właściwie
jest. Stolarz robi stoły, a nie definicje. Sokrates pasjami wydobywał definicje od
zawodowców życiowych, co oczywiście strasznie bawiło młodych ludzi, a śmiertelnie
obrażać i zrażać musiało zacnych obywateli.
Dla Sokratesa to było potrzebą nieprzepartą, to było jego poskramianie i
opanowywanie tych, którzy i jemu, i drugim imponować próbowali, to było jego szerzenie
własnego intelektualizmu tak namiętnie, że je za swoje wyższe posłannictwo uważał.
Definicje nie zawsze się znachodziły. Niekiedy i Sokratesowi trudno było powiedzieć,
jak by właściwie należało określić to lub owo pojęcie; zaczem się rozmowa urywała; jednak i
wtedy każdy był przekonany, że Sokrates dalej udaje tylko głupiego, a naprawdę to on musi
wiedzieć, jak to jest, ale nie powie, bo nie chce. Toteż sława jego rosła.

10

Wpływ na młodych
Przepadali i chodzili za nim młodzi ludzie i coraz więcej było takich w Atenach,
którzy zaniedbani jak nieboskie stworzenia gardzili dobrami tego świata, nie brali się do
żadnej roboty, tylko trawili dni i noce na dyskusjach z Sokratesem i ze sobą nawzajem.
Patrzyli z góry na życie czynne. Teoria, definicje — to był ich żywioł, a wyzbycie się potrzeb
i ambicji było ich dumą. Dziwni ludzie; jednych miano w Atenach za nieszkodliwych
wariatów, a drudzy wywoływali zgorszenie.
Bo też i wyobrazić sobie można, jak się do zacofanych rodziców i do familijnych
powag, do ludzi pracy musiał odnosić taki młodzik ladaco, który się przy Sokratesie nauczył
kpić z autorytetów, a posłyszał kilka definicji i dowodów, bo i na tych Sokratesowi nie
zbywało w razie potrzeby.
Nie było potem dla niego świętości ani powagi, a robić mu się nie chciało. Obywatele
ateńscy widzieli w tym tylko zgorszenie i wpływ gorszy od wpływu innych sofistów. I nie
można się im dziwić.
Sokrates był bardziej popularną i dostępną figurą niż uczeni sofiści, znaną na mieście i
znienawidzoną przeważnie przez poważne, pobożne, tępe koła obywateli, toteż jego sobie
obrał za przedmiot komedii konserwatysta Arystofanes, kiedy w r. 425 wystawił w teatrze
Chmury. Sokrates jest w nich podany właśnie jako popularny symbol i personifikacja tej
kultury czysto intelektualnej, która się szerokim, zazdrosnym a ciemnym masom zawsze
wydaje bzikiem, a niedowarzonym mydłkom przewraca w głowie. Przeciętny obywatel
ateński musiał podobnie złośliwie widzieć Sokratesa, jak go tam Arystofanes daje.
Religijność
A jednak Sokrates to nie był człowiek wyzuty z przesądów i wiary wyniesionej z
domu, przy całym swym racjonalizmie. Wierzył, ile możliwości, w bogów, czy też w Boga,
zapytywał, podobno, wyroczni, składał niewielkie ofiary i modlił się, ogólnikowo co prawda,
o dobro, bo mawiał, że bogowie sami najlepiej wiedzą, co dobre, więc lepiej ich nie krępować
zastrzeżeniami. Świat uważał za rozumne dzieło rozumnych rąk bóstwa, które ludzi kocha i
dba o nich, bóstwa, które mimo to po śmierci zarządza nad nimi sąd. To pojmowanie bóstwa
świadczy, że nie znał strasznych, nieludzko okrutnych rządów „matki” przyrody i za mało
myślał nad bezsensownymi nieszczęściami jednostek i walkami ludów i klas, a ulegał
tradycji, która bez skrupułu logicznego z dawna wyposażała bóstwa w przymioty, które się
wykluczają nawzajem.
Syn fabrykanta świętości nie mógł brać politeizmu zbyt naiwnie; bałwochwalcą
przecież nie mógł być nawet jego ojciec. Tym bardziej Sokrates pojmować musiał wiele
mitów jako symbole, mniej lub więcej pouczające i moralne; ale jakaś potrzeba złożenia
zmęczonej głowy w ręce potężne, szczęśliwe a dobre, byle nie ludzkie, potrzeba dziękowania
komuś poza i ponad ludźmi w chwilach dobrych była w jego duszy. Siłą przyzwyczajeń w
końcu z młodych lat odczuwał i wierzył w bóstwo nad sobą, bóstwo, którego czuł się
apostołem. Nasuwającą się chwilami wewnętrzną trudność przed wykonaniem jakiegoś
obojętnego na pozór postępku nazywał głosem bożym — a był to zwyczajny takt etyczny.
Był z niego obywatel prawy. Kiedy było potrzeba, szedł pod broń przeciw
Lacedemończykom. Był w ciężkiej piechocie pod Poddają, pod Delium i pod Amfipolis i
oczywiście zadziwiał wszystkich odwagą i spokojem w chwilach popłochu.
A jednak za mądry był, jak na pospolitego obywatela, i zbyt niepospolity, zbyt się
codziennemu, instynktownemu życiu przeciwstawiał, zbyt kochany i popularny u młodych;
zadziobany być musiał. W r. 399 oskarżono go, jak wiadomo, o ateizm, herezję i psucie

11

młodzieży. Tymi kamieniami tłum i w starożytności najchętniej ciskał w zbyt wybitne
jednostki, jeśli tak były nieostrożne, że przed tłum szły z tym, co nie jest dla mas; tym
kamieniem trafiony padł i Sokrates.
Jeszcze raz przed śmiercią miała błysnąć jego indywidualność, kiedy groźnemu
tłumowi sędziów zaczął po swojemu pobłażliwe morały prawić a z oskarżycielami dialog
prowadził, jak gdyby tu nie o jego śmierć szło, tylko o dyskusję na rynku.
Obrona świadkiem samobójczym
Nie mógł inaczej zrobić. Po siedemdziesięciu latach władania duszami drugich i
własną nie wypadało mu się dziś kompromitować prośbami, łzami czy pokorą. Owszem,
sędziowie i oskarżyciele robili mu pewną przysługę. Przecież mu nie wypadało umierać w
łóżku, zmożonemu chorobą.
On sobie za młodu powiedział, że będzie panem aż do końca. Kilkadziesiąt lat się
męczył w tej koronie wyższości nad wszystko, za czym ludzie gonią z natury; kilkadziesiąt lat
wmawiał w siebie i w drugich, że mu na dobrach życiowych nie zależy; zmęczony już i
śmierci bliski, miałże teraz wzywać lekarzy, bać się pogorszenia, nie móc się podnieść,
potrzebować pomocy, być biednym naprawdę i wdzięcznym za objawy miłosierdzia
znajomych?
Za nic w świecie. Skorzystał ze sposobności skargi i procesu i wiedząc, że tym
sposobem popełnia samobójstwo, zaczął w drugiej części swej mowy obrończej otwarcie
drwić z sądu. Wnosił, żeby go za karę, którą mu kazano, wedle prawa, samemu
zaproponować, żywiono aż do śmierci na koszt państwa w Ratuszu. Chyba dobrze znał lud
ateński i wiedział bardzo dobrze, że się w tych ludziach żółć wzburzy po takiej obronie.
Słońce jeszcze nie było zaszło. Widział przecież w różowym blasku, pośród paruset
głów sądzących, znane mu dobrze twarze kapłanów, demagogów, rzeźników i w ogóle tych
wszystkich, których tyle razy poniżył i ośmieszył na rynku wobec młodzieży. Czekali jego
łez, jego strachu, jego próśb, jako jedynej rekompensaty za swój własny wstyd i za to, czego
musieli w domu słuchać od pół zmądrzałych synów. Nie dał im jej Sokrates; tylko spokojne
nauki i kpiny w poważnym tonie. Wziął też z ich rąk to, czego chciał: wyrok śmierci.
Jakże go mało pojmował Kriton, kiedy mu przyszedł proponować, po ludzku,
ucieczkę z więzienia. Czuł Sokrates, jak mu w gruncie rzeczy ten serdeczny człowieczysko
daleki, jak mało rozumie jego skrytą maszynerię duchową; przeto, żeby go nie ranić, a
nauczyć czegoś, rozprawiał z nim szeroko o obowiązkach obywatelskich i o poświęceniu się
dla powagi prawa.
Ostatnia godzina
A kiedy nadszedł ostatni dzień i znajomi się zeszli pożegnać go i wydobyć mu
dławione łkanie z piersi, złamać go przy końcu i zepsuć mu akord ostatni, kobiety odprawił
czym prędzej, a z młodymi ludźmi gadał o nieśmiertelności duszy, tak sobie, po gospodarsku
i nie bez humoru, jak się to nieraz gadało w ogrodzie po zapasach albo gdzieś na schodach
świątyni po nocy. Trzymał się. Przecież go z „tamtej strony” nie mogły czekać strachy
mistyczne. Nie, tylko jakiś naturalny lęk przed zagadką lub pustką.
Stróż mu truciznę przyniósł; podał przepraszając i odszedł, a twarz schował, bo się
chłopcu łzy ciurkiem puściły.
Sokrates wypił cykutę w ciszy. Żaden muskuł nie drgnął na wyćwiczonej twarzy.
Młodzi ludzie twarze chowali po kątach i słychać było łkanie tłumione płaszczami.

12

„Co wy robicie! Dajcież pokój u licha — prosił ich Sokrates — po cóżem kobiety
odprawił? Zdobądźcież się na chwilę spokoju i panowania nad sobą!”
Ucichli, ale się może żaden z nich nie domyślał, jaka to była gorąca prośba w ustach
Sokratesa. O włos, a byłby się i on w roli chwiać począł w ostatniej chwili, byłby był musiał
konać bez korony. A jemu było w tej chwili trudniej o moc nad sobą niż kiedykolwiek; już
mu ciężyły członki i wyciągnąć się musiał na wznak na tapczanie. Już mu drętwienie
dochodziło do serca i zimny dreszcz po nim przeszedł. Już .nie ufał twarzy własnej, która go
dotąd nigdy nie zawiodła: wszystko na niej bywało, ale nigdy ból i strach. Ukrył twarz. Spod
himationu jeszcze żart ostatni rzucił: „A nie zapomnijcie koguta ofiarować Asklepiosowi!”;
bo to we zwyczaju było, że tę ofiarę składał każdy, kto po długim cierpieniu przychodził w
końcu do siebie. Skończył.
Człowiek wypracowany wewnętrznie i jego męka
Wielki prototyp dusz o podkładzie aktorskim, które chcąc się wyzwolić z jakiegoś
poczucia poniżenia wewnętrznego, bo je na nich los rzucił lub konieczność, kłamią swej
naturze ludzkiej: chcą się do pewnego ideału dociągnąć, zdobywają nieodzowne poczucie
mocy w walce z sobą samym; tworzą siebie samych w wyobraźni i ten wytworzony ideał
grają mniej lub więcej zręcznie przed sobą i przed światem.
Prototyp dusz prowadzących rachunki życia wewnętrznego: czujących własne ruchy,
wyrazy, spojrzenia; dusz „pracujących nad sobą”.
Ludzie tacy bez maski żyć nie mogą; Sokrates nosił maskę sprośnego sylena, a pod
nią był kostium półboga z brązu. Jakąż ulgą i wyzwoleniem musiała być dla niego śmierć!
Łowca dusz
Naokół Sokratesa zgromadziło się towarzystwo bardzo różnolite. Bogata była
artystyczna indywidualność tego człowieka. Ludzi znał znakomicie i potrafił gadać z każdym
o jego sprawach i każdego zainteresować tym, co .mówił i jak mówił, umiał niejednemu
lepszemu człowiekowi zaimponować swoim oryginalnym, niezależnym sposobem myślenia i
postępowania. A że w stosunkach z bliższymi był wesół i gołębiego serca, pozwalał kpić ze
swoich manier i wyglądu i sam rad z siebie podrwiwał, a wiedziało się, że ta przystępna,
dobroduszna, komiczna figura to człowiek czysty jak kryształ, twardy jak stal, i najtęższy łeb
w całych Atenach, przeto lgnęli do niego ludzie lepsi i ciekawsi. A że od kompanii nie stronił
i w razie okazji zawsze się można było do Sokratesa napić i poprawić, choćby i do rana, lubili
go i ci, którym istota jego była obca, a sympatyczna i bliska jego maska sylena.
Zawsze olimpijsko spokojny i podżartowujący, zawsze z konceptem w zanadrzu brał i
te subtelniejsze natury, które wiedziały, w jakich ciężkich warunkach zewnętrznych żyje ten
człowiek.
On sam najwięcej lubił młodych ludzi, których z łatwością brał i formował po
swojemu — tedy i za nim przepadała młodzież wszelkiego stanu i temperamentu.
Platon
Miał już Sokrates po sześćdziesiątce, kiedy się z nim zapoznał śliczny, pysznie
zbudowany, młody dwudziestoletni chłopak z dobrego domu, Aristokles, syn Aristona. Ojciec
jego pochodził z królewskiego rodu Kodrydów a matka Periktione, bliska krewna Kritiasa,

13

miała być w jakimś pokrewieństwie jeszcze z Solonem.
Dobrze mu się działo w cywilizowanym domu. Nauczono go nie tylko czytać i pisać
na Iliadzie i Odysei, ale pobierał prócz tego lekcje muzyki i śpiewu, lekcje malarstwa i
gimnastyki.
Rozwijał się pysznie. Wziął nagrodę za zapasy na igrzyskach olimpijskich. Bary miał
szerokie, że go nauczyciel gimnastyki Platonem nazwał i to już przy nim zostało.
Chłopak znakomicie umiał opowiadać i nadzwyczajnie naśladować ludzkie ruchy,
tony mowy, sposób bycia. Rwał się na przedstawienia do teatru i po całych dniach czytał
dramaty. Komedie Epicharma musiał mieć zawsze pod poduszką. Wcześnie też zaczął sam
pisywać dytyramby i tragedie.
W towarzystwach bywał, oczywiście; zbierał wzorki, obserwował, jak kto mówi i jaka
się w towarzystwie wytwarza sytuacja wzajemnych zamiarów i myśli skrytych poza słowami;
bywał, bawił się, uczył się, służył w konnicy, życie miał jedwabne, a jednak nie był
zadowolony do dna. Robić nic nie musiał z obowiązku; polityka go mierziła; nie miał
najmniejszej ochoty iść na Pnyks czy na rynek, przedzierać się przez brudny tłum i
polemizować z mównicy z lada kim. Czuły był jak mimoza na wszelkie zbyt grube
dotknięcia. Toteż nachodziły go nieraz dziwne roztęsknienia i smutki: jakaś potrzeba płaczu
na czyjejś piersi, jakieś pragnienia rzeczy niewidzialnych, górnych, jakieś marzenia o
światach lepszych, o ludziach doskonalszych, innych niż ci krzykliwi politycy w Atenach.
Czytywał pieśni orfickie o początkach wszechrzeczy, ciekawie słuchał wieści o dalekim,
pełnym cudów i tajemnic Egipcie, marzył o oddalonych wyspach w słońcu, godzinami patrzał
po nocy nad morzem, jak wschodziły gwiazdy a w nieokreślonej dali połyskiwały światełka
na trójrzędowcach. Skąd płynęły, nie wiadomo; ale to pewne, że z innych, dalekich, pewnie
cudnych krain. Jakiś głód rzeczy nowych, innych, odmiennych, lepszych; jakaś żądza
poznania i podniesienia się ponad pospolity świat.
Na lekcjach filozofii wykładał mu Kratylos naukę Heraklita; poglądy Protagorasa
wisiały w powietrzu. Ruch ciągły, zmiana i znikomość wszystkiego, co jest, ciągła walka i
roztrącanie łokciami słabszych w teorii, a w praktyce niekiedy subtelniej szych, lepszych. Te
poglądy w ustach mówców i demagogów, którzy w najbrudniejsze sprawy, bywało, bez
wstrętu maczali palce, zasłaniając się tym, że czystość rąk to konwenans, a prawo i prawda
przy tym, kto ma powodzenie w danej chwili.
Wszystko się to młodemu Platonowi układało w obraz strasznie smutny w całości, a
okropnie komiczny w szczegółach. Czuł, że tak urządzone i tak pojmowane życie otacza go
wprawdzie naokół, ale i to czuł, że on nie jest dla takiego życia, że nie wytrzyma, udusi się w
takim świecie i w tych warunkach. Muszą przecież być gdzieś ludzie inni, musi kiedyś
przecież nastać czas inny.
Pierwsze spotkania
Był taki inny człowiek. Platon go nieraz widywał na mieście, kiedy musiał z
guwernerem wychodzić na przechadzkę. Nieraz się chciał koło niego zatrzymać, bo widział,
że się tam coś dzieje: kogoś obśmiewają czy się spierają o coś, ale mu guwerner nie pozwalał,
bo to nie wypada. Chodziły wieści, że to stary rozpustnik i za chłopcami ugania; ojciec się
krzywił na jego wspomnienie z niesmakiem: mówił, że to uliczny sofista, który bywa
wprawdzie w towarzystwach, ale jakiś niespełna rozumu i nie zawsze dodatnio oddziaływa na
młodych ludzi. ,,Ot i Alkibiades, człowiek zdolny, a popełnił szereg nietaktów i bodaj czy to
nie skutek przestawania z tego rodzaju towarzystwem.”
Słuchał młody Platon, póki musiał, ale go nęcił ten człowiek. Przecież Sokrates był
jakiś odmienny od wszystkich. Coś w nim przecież musi być. Przynajmniej nie będzie taki

14

nudny jak inni.
Toteż kiedy się dorwał swobody osobistej, musiał się z nim zapoznać, a zapoznawszy
się, przylgnąć.
Zajmował go Sokrates zrazu jako znakomity motyw artystyczny, jako pyszna figura
charakterystyczna, od której trudno było oczy odwrócić, jako nadzwyczajny aranżer
szczególnych sytuacji w rozmowach; obaj mieli artystyczną żyłkę, obaj się dusili w
mieszczańskiej atmosferze Aten; tylko gdy młody, subtelny Platon stał wobec tego
środowiska ze wstrętem i obawą marzyciela wobec ordynarnej rzeczywistości — Sokrates,
wychowany w tłumie, nie brzydził się i nie obawiał walki wręcz z jego najtęższymi wodzami,
i wychodził zawsze zwycięsko.
Jakże go po kosmatych rękach całować musiał biały Platon po takiej nadzwyczajnej
rozmowie z tępym Eutyfronem o pobożności i jak mu smutne oczy błyszczeć musiały, kiedy
trzeźwy inżynier Kallikles bronił wartości i zwycięstwa siły w walce o byt, a Sokrates mówił
o moralnym tryumfie dusz bezbronnych a jasnych, chociażby padły nawet, złamane przemocą
gawiedzi.
Platon znalazł człowieka. Całą siłą gorącego, młodego serca przyrósł do niego.
Chodził za nim jak cień, marzył o jego postaci, słowa jego sobie powtarzał, czuł go całym
sobą, rozumiał go całą siłą swej artystycznej organizacji; dopiero teraz się cieszył, że
przyszedł na świat w Helladzie i że Sokratesa jeszcze zastał przy życiu.
Wspólne godziny i lata
A kiedy godzinami rozmawiał Sokrates o dzielności, o pięknie, o miłości, rozkoszy,
odwadze, kiedy pracowicie odrzucał jednostkowe odpowiedzi pytanych, bo szło nie o
poszczególne przykłady, tylko o treść pojęcia ogólnego, kiedy się przechodziło szeregi
przykładów z życia, odrzucało cechy nieistotne, a zbierało cechy wspólne, kiedy się w
umysłach młodych ludzi z wolna formowała abstrakcja jasna i skończona jak kryształ, Platon
czuł, że się przed nim jakiś nowy, upragniony świat otwiera. Zdawało mu się, że Sokrates
mówi właśnie tak, jak on od dawna pragnął, żeby ktoś mówił. Tak jest! Przecież on sam od
dawna czuł, że Kratylos nie ma racji. To nie może być, żeby w świecie wszystko wciąż
musiało ginąć, żeby żywiołem wszystkiego była brutalna walka, żeby z manowców myśli nie
było innego wyjścia nad pięść czy też lisi spryt życiowy, żeby nauki eleatów o czymś, co
naprawdę jest niezależne od ludzkiego widzimisię, miały być tylko fantazją. Oto Sokrates
wychodzi z manowców: oto wciąż przytacza i odrzuca konkretne przykłady i odsłania w nich
kolejno jakieś jedno wspólne znaczenie. Jakaż rozkosz była Platonowi słuchać tego i iść
myślami śladem mistrza z zapartym tchem i świecącymi oczyma. Zdawało mu się, że już
gdzieś, kiedyś podobnie cudne chwile przeżywał. Chyba w innym, lepszym świecie — nie tu.
„Wszelkie nabywanie wiedzy, to tylko przypomnienie tego, co dusza kiedyś w innym świecie
oglądała.” Tak uczył później Platon, mistrz szkoły. Ale oto już się miał ku końcowi dialog,
już prawie cała i skończona abstrakcja świeciła odsłonięta spod nawału marnych, mamiących
i niejasnych konkretów, już wiedzieli towarzysze rozmowy, co to jest ,,piękno samo”, a nie ta
lub owa rzecz piękna; Platon nie wiedział, Platon je widział prawie, prawie dotykał, czuł, że
ono jest, bardziej jest, niż zmysłowe przedmioty znikome.
Idee–widma
Czuł, że przebywa w lepszym, wyższym, wiecznym, oderwanym świecie, że prawie
obcuje z bytami wiecznymi, ogólnymi, nie dającymi się uchwycić ręką ani potrącić oczyma

15

śmiertelnymi. Jak towarzysze jego widzieli i pamiętali tylko zmysłowe przedmioty podczas
rozmów potocznych, tak on, kiedy Sokrates modelował definicje, czuł, że widzi prawie
oczyma duszy jakieś przedmioty nadzmysłowe, ponazywane imionami ogólnymi, unoszące
się niby duchy czyste nad ziemią.
Ideami je nazwał później, kiedy przetopił te chwile nastrojów na teorię nie zawsze
jasną i nie zawsze konsekwentną. A nie była „nauka” o ideach dość jasna, bo mu nie wyszła
ta koncepcja poetycka ze spokojnych dumań nad pergaminowymi zwojami, tylko mu wy
kwitła z dreszczów zachwytu i blasku oczu rozwartych, i z chwil, w których nie czuł, gdzie
jest, i słów mu brakło w zaciśniętej krtani.
Teraz Sokratesa kochał jak dziecko i czcił go, jak się bohaterów czci. Nie wierzył
może nawet później chwilami, żeby Sokrates mógł był idej nie oglądać, skoro mu je sam
odsłonił; kiedy stary milczał na jego zachwyty, on był przekonany, że Sokrates mówić tylko
nie chce. Jemu się przecież niekiedy to narzucać musiało, że Sokrates z ideami obcował.
Siedem takich cudnych lat minęło prędko i nadszedł fatalny rok 399.
Platon złożony chorobą nie mógł nawet być przy śmierci Sokratesa.
Kiedy się podniósł z łóżka, czuł, że w Atenach nie wytrzyma. Każdy kamień na
Pnyksie, każdy róg ulicy i dom każdy bolał go samym widokiem. Na ludzi i na stosunki
patrzeć nie mógł. A nie było nawet i bezpiecznie zostawać dalej w Atenach. Przeniósł się do
Megary wraz z innymi przyjaciółmi Sokratesa i tu nawiązał stosunki z Euklidesem, który w
swoich poglądach łączył pierwiastki eleackie z sokratycznymi.
Tu się w nim formować musiała „nauka” o ideach i o stosunkach pomiędzy nimi. Tu
mu się zapewne idea „dobra” przedstawiać zaczęła jako najwyższy byt niezależny, bo
Euklides o tyle odbiegał od Parmenidesa, że „dobro” tymi samymi przymiotnikami oznaczał,
którymi Parmenides opisywał byt.
Tych rzeczy jednak Platon nie pisał jeszcze. Dojrzewały powoli.
Dialogi
Tak się przez szereg lat zżył z Sokratesem, tak mu brak było teraz tego człowieka, a
tak go żywo pamiętał, rozumiał i odczuwał, że nie mógł przenieść po sobie tego, żeby jego
umiłowany mistrz miał z wolna iść w zapomnienie, szarpany językami tych, którzy go
nienawidzili, obniżany nawet pochwałami tych, którzy go nie rozumieli.
Platon był jeszcze artystą. Zaczął tedy pisać obrazki dramatyczne, w których Sokrates
występuje jak żywy na tle otaczających go osobistości i stosunków. Dialogami nazywają się
te obrazy ze względu na formę rozmowy, w której są utrzymane.
Więc Obrona Sokratesa przed sądem, więc przedśmiertna rozmowa z Kritonem, więc
ostatnie chwile mistrza w Fedonie, więc szereg rozmów o najrozmaitszych pojęciach
ogólnych, gdzie zawsze Sokrates, jak za życia, prowadzi pytaniami rozmowę i wydobywa lub
wskazuje drogę do prawdy. Z czasem tak wszedł Platon w ten sposób pisania, że kiedy własne
nauki chciał ogłaszać, wkładał je zawsze w dialogach w usta Sokratesa, bez względu na to, że
myśli Platońskie z czasem daleko wyszły poza zakres tego, co mawiał żywy Sokrates.
Tak daleko posunięty kult dla nauczyciela rzuca też pewne światło na uczuciową
naturę Platona i każe być ostrożnym przy wybieraniu z jego dialogów rysów
charakterystycznych dla postaci Sokratesa; jednakże niepodobna odrzucać Sokratesa
platońskiego z pierwszych dialogów jako rzekomy wymysł dlatego, że jest zbyt plastycznie i
subtelnie podany, zbyt wygląda na artystyczną koncepcję, zbyt jest skomplikowany w
porównaniu z tą grubą figurą, którą nam w pamiętnikach zostawił naiwny Ksenofont. Jak
można w charakterystyce tak niezwykłej bądź co bądź postaci, jaką niewątpliwie był
Sokrates, polegać więcej na opowiadaniach hreczkosieja i jenerała niż na cyzelowanym

16

portrecie takiego artysty jak Platon. Artystyczna organizacja Platona zapewnia nam tylko
większą subtelność rysunku, większe zrozumienie ukrytych znamion człowieka. Czy podobna
przypuścić, żeby taki ogromny wpływ na starożytność mógł wywrzeć Sokrates taki, jak go
podaje Ksenofont? A gdyby nawet, choć tak nie jest, Sokrates platoński był tylko czystą
koncepcją Platona, to i tak należy on do duchowego majątku ludzkości taki, jak go Platon dał,
podobnie jak należy do niego Herakles, Hamlet czy Dziewica Orleańska, i jako taki zasługuje
na studia.
Zresztą Platon w wielu miejscach bardzo zręcznie i dość wyraźnie oddziela to, co jest
jego własnym pomysłem, od tego, co jest niewątpliwą własnością Sokratesa. Tak postąpił i w
niektórych miejscach Uczty, napisanej wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pomiędzy
rokiem 384–372 przed Chr., a więc w dobrych piętnaście lat po śmierci Sokratesa.
Po dziewięciu czy dziesięciu latach pobytu w Megarze puścił się Platon do Kyreny na
wybrzeżu Afryki Północnej, do matematyka Teodora, którego znał już z Aten, z kółka
grupującego się naokół Sokratesa. Niepodobna, żeby stamtąd nie był zaglądnął do Egiptu, są
bowiem w jego pismach ślady, że znał nauki tamtejszych kapłanów. Kilka razy był na Sycylii,
w Syrakuzach, na dworze Dionizjosów; próbował tu w czyn wprowadzić swe pomysły
idealnego państwa. Nie powiodły się zamiary niepoprawnego marzyciela. Omal że się do
niewoli nie dostał skutkiem nieporozumień z Dionizjosem. Tyle zyskał, że się zapoznał bliżej
z pitagorejczykami. Wrócił w końcu na stałe do Aten, gdzie był jeszcze około roku 586,
niedługo po napisaniu Uczty, jako czterdziestopięcioletni mężczyzna otworzył instytut
filozoficzny za miastem, w ogrodzie, zwany Akademią.
Tu wykładał, tu dialogi coraz to cięższe prowadził, tu pisał do późnej starości. Umarł
mając lat 81, w czasach, kiedy wojska Filipa już były zburzyły Olint, na dziesięć lat przed
Cheroneą.
Uwaga metodyczna
W dotychczasowym wstępie szło nie o danie historii filozofii do roku 584 przed Chr.,
ale o naszkicowanie sylwetek psychologicznych głównego bohatera Uczty, Sokratesa, i jej
autora. Platona, o ile to się dało uczynić konsekwentnie na podstawie zachowanych źródeł;
szło o naszkicowanie tła i atmosfery myślowej, wśród której się obracały postacie
występujące w dialogu. Był to rodzaj rekonstrukcji paleontologicznej na podstawie
zachowanych śladów. Jak geolog z odcisków i szczątków szkieletu odbudowuje i uzupełnia
wyobraźnią naukową całości dawno zaginionych organizmów, tak i myśmy się starali na
podstawie zachowanych biustów, śladów utrwalonych w pismach Platona, Ksenofonta,
Diogenesa Laertiosa, i na podstawie wpływu, który Sokrates wywarł na starożytność,
odtworzyć całość możliwie konkretną, żywą a konsekwentną, zrozumiałą psychologicznie.
Filolog potrafi bez trudności wskazać miejsca wymienionych autorów, na których są oparte
poszczególne rysy, użyte do charakterystyki obu głównych postaci niniejszego wstępu.
Podawanie tych miejsc u dołu tekstu utrudniałoby lekturę niefilologom, a nie przynosiłoby im
pożytku.
Żeby tłumaczenia zbytnio nie obciążać komentarzem w tekście, wypada jeszcze kilka
najważniejszych słów dodać o samym dialogu. Jedne do czytania przed tekstem Uczty; drugie
dla tych, którzy już Ucztę znają, umieszczone na końcu książki.
Przy tym znowu nie o filologów chodzi — ci mają grecki tekst otwarty — tylko o
inteligentnych ludzi, których starożytne życie interesuje, mimo że filologia jest im obca.

17

Uczty u Hellenów
Wieczorem zapalono oliwne lampy na postumentach brązowych, w dużej sali zdobnej
w marmury, rzeźby i malowidła, kiedy miało być przyjęcie w zamożnym domu helleńskim.
Na środku sali w podkowę ustawiono szereg sof z poduszkami, na których goście leżeć mieli.
Jedna strona podkowy zostawała wolna do wnoszenia i wynoszenia potraw i stołów. Lśniły w
mozaikowej posadzce długie smugi świateł odbitych, kręciła się służba, ustawiała w kutych
stojakach duże amfory z winem pod ścianami, słychać było z dalszych pokojów głosy kobiet
zajętych przygotowaniami do wieczerzy.
Gospodarz domu, a podobnie każdy gość, brał kąpiel, a potem, uczesawszy głowę i
brodę, wdziewał na perfumowane ciało lepszy jakiś chiton, czyli koszulę bez rękawów — coś
w rodzaju damskiej koszuli dziennej, ze szlakiem u dołu i na piersi, przepasanej w pasie i
sięgającej do kolan u młodych, a do kostek u starców. Na nogi się wkładało podeszwy z
rzemykami pięknie splecionymi nad kostką, a na chiton zarzucało się himation, czyli
narzutkę. Himation był to duży kawał materii, której jeden koniec przewieszało się z tyłu ku
przodowi przez lewe ramię, reszta osłaniała część pleców i szła pod prawą pachę lub i po
prawym biodrze ku przodowi, i tutaj się przewieszało drugi koniec przez lewą rękę albo się
go przyciskało pod lewym łokciem lub też przerzucało znowu w tył przez lewe ramię. Jak
sobie to kto urządził, to zależało już od gustu każdego. W każdym razie musiało się mieć na
sobie himation lub inną narzutkę spiętą na prawym ramieniu, bo w samym chitonie przyjść do
stołu nie wypadało przyzwoitemu człowiekowi, ani nawet wyjść na ulicę — podobnie jak u
nas w koszuli. Wolno było za to być bez chitonu, byle himation był na grzbiecie czy na ręku.
Biały to był strój i do prania u ludzi ubogich; zamożniejsi nosili tę szatę w barwach i z
wyszyciami: różowa i liliowa były w modzie, a nie brakło i innych kolorów.
Pasożyt
Powoli schodzili się goście zaproszeni. Odźwierny im bramę otwierał od sieni i
wprowadzał do sali. Gospodarz ich witał grzecznościami. Kiedy się kroiło lepsze przyjęcie,
zjawiały się, prócz zaproszonych, i figury zupełnie ,,nieproszone”, ale z dobrą miną wchodził
taki jegomość, był jak u siebie i bawił towarzystwo humorem i dobrym apetytem. Nie była to
rola tyle pochlebna, ile komiczna, toteż figury te weszły już u Epicharmosa w skład komedii
greckiej, a stąd przeszły jako stały składnik do komedii łacińskiej. Prócz tych „parazytów”
trafiały się i figury pośrednie. Bo taki, który się wstydził sam przychodzić bez zaproszenia,
przychodził wprawdzie bez wiedzy gospodarza, ale w towarzystwie któregoś z gości.
Po przywitaniu gość siadał na kanapie, chłopak zdejmował mu trzewiki, umywał nogi,
oczywiście, tylko dla formy. Potem wypadało się zgrabnie wyciągnąć na posłaniu i
rozmawiać z towarzystwem o nowościach dnia, póki ostatni z zaproszonych nie nadszedł.
Wtedy wnoszono stoły, ustawiano je w podkowę wzdłuż szeregu kanap, gospodarz się
układał na szarym końcu, tzn. na miejscu ostatnim na prawo, chyba że chciał bardzo uczcić
któregoś z gości — wówczas mu własne miejsce odstępował.
Pierwszym miejscem była pierwsza kanapa od lewej ręki. Na niej w Uczcie
Platońskiej ulokował się 1) Fajdros z Myrrinu, potem szereg innych gości, dalej w prawo 2)
sofista Pauzaniasz, 3) komediopisarz Arystofanes, 4) staruszek Eryksimachos, lekarz i
przyrodnik; ci obaj w ciągu uczty zamienili miejsca; dalej w prawo 5) młody gospodarz
domu, tragediopisarz Agaton, a na ostatku 6) Sokrates.
Służba roznosiła wodę do mycia rąk przed jedzeniem, a następnie potrawy.
Po ostatniej potrawie nadpijał każdy odrobinę wina z płaskiej, szerokiej czary na cześć
Dionizosa — objaw wdzięczności za wynalezienie winnej macicy. Wino to musiało być

18

czyste, bez wody. Zresztą mieszało się wino z wodą w dużych, malowanych, dwuusznych
wazach i oziębiało się je w większych naczyniach.
Przy winie zabawa
Teraz służba wynosiła stoliki i sprzątała około kanap. Wnoszono stoliki nowe i
roznoszono po raz drugi ręczniki i wodę do umycia rąk, powalanych tłuszczem, sosami itd.
Naokoło kanap szedł niewolnik, rozdawał gościom wieńce z kwiatów i podawał maści
wonne do natarcia rąk. Uwieńczeni i perfumowani biesiadnicy odlewali kilkakrotnie po kropli
wina na cześć bóstw, bo się nie godziło pomijać libacji, a przy tej ceremonii śpiewało się
chórem pobożne pieśni z akompaniamentem fletu, tzw. peany. Wonne dymy wstawały z
kadzielnic pod ścianami i snuły się upajającą mgłą po sali.
Przez drzwi wchodowe wciskali się uliczni i wędrowni kuglarze, linoskoczki, magicy,
tancerki w przezroczystych szatach, kitarzyści, aktorzy i ofiarowywali swe usługi. Flecistka,
która już peanowi akompaniować musiała, wchodziła teraz do kapeli lub towarzyszyła grą
tańcom, łamanym sztukom i „cudom” przejezdnych ,,artystów”. Jednakże taka „variete” małp
bawiła ludzi cywilizowanych, w dobrym tonie, toteż w inteligentniejszych towarzystwach, a
tych oczywiście nie było i wtedy zbyt wiele, woleli się goście sami przy kielichu zabawiać
rozmową o czymś poważnym czy wesołym: układaniem i rozwiązywaniem zagadek lub
rodzajem „cenzurowanego”, który na tym polegał, że się siedzących przy stole
charakteryzowało w humorystyczny sposób przez porównywanie z czymś czy z kimś. Teraz
musiały kursować paradoksy zenonowskie i zasadnicze dyskusje filozoficzne, polityczne,
literackie i społeczne. W czasie wojny peloponeskiej kultura stylu i „estetyka żywego słowa”
stały tak wysoko, że się przy takich sposobnościach często słyszało improwizowane mowy i
rozprawki na zadany temat: stylistyczne cacka.
Nie wypadało rozmawiać tylko z sąsiadem; człowiek dobrze wychowany musiał przy
stole umieć tak odpowiadać na pytania, żeby wszyscy mieli czego słuchać. Rozmowa musiała
być ogólna, żeby zaś nie była bezładna, na to miał uważać obrany spośród towarzystwa król
uczty. Często udzielał głosu kolejno każdemu w prawą stronę, aż do szarego końca.
Wypijało się przy tym albo kolejką na komendę króla i nie wolno się było od kielicha
uchylać, albo też, jeśli większość lub gospodarz domu wolał inaczej, pił każdy, kiedy i ile mu
się podobało.
Do późnej nocy ciągnęła się zabawa, przy której wolno było bez urazy gospodarza
wyjść „po angielsku”, jeśli się sposobność nadarzyła, a nie wadziło też i chrapnąć sobie przy
stole na posłaniu, o ile kogoś zmorzyło wino czy sen.

19

Uczta

Osoby dialogu:
APOLLODOROS
PRZYJACIEL APOLLODORA
GLAUKON
ARYSTODEMOS
SOKRATES
AGATON
FAJDROS
PAUZANIASZ
ERYKSIMACHOS
ARYSTOFANES
DIOTYMA
ALKIBIADES

20

Uważam tedy, że już mam pewne przygotowanie do tego, o co mnie pytacie. Ot, bo i
kiedyś tu, idę ja sobie właśnie z Falerontu, z domu do Miasta, a tu mnie jeden znajomy
zobaczył z daleka i woła za mną, oczywiście żartem:
Obywatelu Falerontu — powiada — zacny Apollodorze, może byś się zatrzymał!?
I ja staję i czekam. A on powiada:
— Doprawdy, Apollodorze, ja cię już kiedyś tu szukałem; chciałem się rozpytać o to
zebranie u Agatona, bo to tam miał być i Sokrates, i Alkibiades, i inni się tam byli zeszli na
wieczór, a ciekawym, co mówili o miłości. Ktoś mi to inny opowiadał, taki, co to słyszał od
Fojniksa Filipowego, a mówił, że i ty coś wiesz. Ale mi nic wyraźnego nie umiał powiedzieć;
więc ty mi opowiedz! Przecież ci najwięcej to wypada, bo chodzi o słowa twego przyjaciela.
Tylko mi naprzód powiedz, czyś sam — powiada — był na tym zebraniu, czy nie.
A ja powiadam, że musiał ci ten ktoś doprawdy nic wyraźnego nie powiedzieć, jeżeli
myślisz, że się to zebranie, o które się pytasz, odbyło teraz, niedawno, tak żebym i ja tam też
był.
— Ano, tak.
Skądże znowu, Glaukonie? To nie wiesz — powiadam — że Agaton tu już od szeregu
lat nie mieszka? A dopiero trzeci rok, jak ja żyję z Sokratesem i odkąd każdego dnia wiem, co
on mówi i co on robi, i dbam o to, żebym wiedział. Przedtem, tom biegał tędy i owędy;
zdawało mi się, że coś robię, a byłem doprawdy wielkie ladaco; tak, mniej więcej, jak ty
teraz, co to uważasz, że filozofia jest rzeczą niepotrzebną; raczej każda inna robota.
A on: — Nie żartuj — powiada — tylko mi powiedz, kiedy to było, to zebranie.
A ja powiadam, że jeszcze jakeśmy dziećmi byli, kiedy to Agaton wziął nagrodę za
pierwszą tragedię; na drugi dzień po tym dziękczynnym nabożeństwie, które był urządził
razem z chórem po zwycięstwie.
— Dobrze — powiada — to już jakoś dawno było; więc któż ci to opowiadał? Może
sam Sokrates?
—Na Boga, nie — tylko ten sam, co i Fojniksowi. Arystodemos niejaki, z
Kydatenajon, ten niski, zawsze z bosymi nogami; był na tym zebraniu, bo należał do tych,
którzy się wtedy najwięcej kochali w Sokratesie. I nie tylko stąd, ale i Sokratesa jeszcze
pytałem o to i owo, com od tamtego słyszał, a on mi potwierdził to sprawozdanie.
— No, tak — powiada — ale może byś mi to wreszcie opowiedział. — I owszem; tak
po drodze do miasta dobrze będzie opowiadać i słuchać.
I takeśmy szli i gadali o tym; zaczem mam już pewne przygotowanie, jakem na
początku powiedział. A wam to znowu trzeba rozpowiadać — cóż robić?! Zresztą, ja zawsze
chętnie i gadam o filozofii, i słucham, kiedy kto drugi mówi, bo naprzód uważam, że mam z
tego pożytek, a potem, ja to strasznie lubię. Ale kiedy się mówi o czym innym, szczególniej te
wasze rozmowy o pieniądzach i o interesach, tego nie mogę znosić, a was mi wtedy żal,
moiściewy, bo się wam wydaje tylko, że coś robicie, a to jest wszystko strata czasu. Wy za to
przypuszczacie zapewne, że ja mam bzika, i może macie rację. Ale, co do was, to ja tego nie
przypuszczam, tylko wiem na pewno.
Przyjaciel. Zawszeć taki sam, Apollodorze. Nigdy słowa dobrego nie powiesz o sobie
ani o drugich i tak mi się zdaje, że od ciebie samego zacząwszy każdego człowieka masz za
ladaco, z wyjątkiem Sokratesa. Skąd to poszło, że cię wariatem nazywają, nie wiem
doprawdy; ale to, co mówisz, to tak wygląda; ciskasz się i na siebie samego, i na drugich,

21

tylko nie na Sokratesa.
Apollodor. Ależ mój kochany, przecież ja doskonale wiem, co mówię, kiedy tak „od
rzeczy” gadam o sobie i o was.
Przyjaciel. Apollodorku, nie warto się teraz o to sprzeczać. Lepiej nie odchodź od
rzeczy i zrób to, o cośmy cię prosili: opowiedz nam, co tam mówiono.
Apollodor. Ano, mówiono tam takie rzeczy mniej więcej. Ale może lepiej, że i ja
spróbuję od początku wszystko opowiedzieć, tak jak tamten mnie opowiadał.
Mówił tedy, że go przypadkiem spotkał Sokrates, świeżo umyty i z podeszwami na
nogach, a to mu się rzadko zdarzało; więc go zapytał, dokąd idzie, że się taki ładny zrobił.
A tamten powiada, że: — Na ucztę do Agatona; bom mu wczoraj uciekł z tego
uroczystego przyjęcia, które urządził z okazji swego zwycięstwa; bałem się, że będzie dużo
hołoty, alem obiecał przyjść na drugi dzień. I takem się oto wystroił, żeby się ładnie pokazać
u takiego ładnego człowieka.
No a ty — powiada — co myślisz; nie zechciałbyś tam pójść na ucztę bez
zaproszenia?
— A ja — powiada — mówię, że: Tak, jak ty rozkażesz.
— No, to chodź — powiada — przekręćmy tekst przysłowia, „że się i na uczty do
dzielnych mężowie dzielni zbierają, choćby ich nie proszono”. Bo zdaje mi się, że Homer nie
tylko przekręcił tekst, ale i na złość uczynił temu przysłowiu; zrobił przecież Agamemnona
nadzwyczaj tęgim wojownikiem, a Menelaosa przedstawił jako lichego żołnierza, a jednak
kiedy Agamemnon składa ofiarę i wyprawia ucztę, przychodzi do niego Menelaos bez
zaproszenia; on, gorszy, na przyjęcie do lepszego niż sam.
Kiedy to ten usłyszał, tak powiada: — Boję się doprawdy, że i ja tak pójdę; nie jak ty
mówisz, tylko tak podług Homera; ja w mojej nędznej osobie, bez zaproszenia, będę szedł na
zabawę do tak światłej osobistości. Może byś mnie przynajmniej tam jakoś wytłumaczył,
kiedy mnie ciągniesz; bo ja się nie przyznam, żem przyszedł nieproszony, tylko, żeś ty mnie
prosił.
— Razem — powiada Sokrates –”– pójdziemy i naradzimy się, co który ma mówić,
gdyby drugi był w kłopocie. Więc chodźmy!
Tak mniej więcej — powiada — porozmawiali i poszli. Po drodze Sokrates się coś
bardzo zamyślał i przyzostawał w tyle, a kiedy na niego Arystodemos czekał, kazał mu
Sokrates iść naprzód, tak że ten się w końcu znalazł przed drzwiami Agatona i zastał je
otwarte. Wtedy — powiada — zabawna mu się rzecz zdarzyła. Bo zaraz jakiś chłopak
wyszedł stamtąd i wprowadził go do sali, gdzie się już było ułożyło całe towarzystwo; a
właśnie miano się zabierać do jedzenia. Natychmiast go Agaton zobaczył i woła: — Oho!
Arystodemie, w sam czas przyszedłeś, zjemy razem; ale może masz jakiś inny interes, to
lepiej odłóż go na inny raz; ja cię i wczoraj szukałem; chciałem cię zaprosić, alem cię nie
mógł znaleźć. A Sokratesa czemużeś nam nie przyprowadził?
— Ja się — powiada — obracam, a tu ani widać, żeby Sokrates nadchodził. Więc
powiedziałem, że to niby ja z Sokratesem przyszedłem, bo on mnie tu na przyjęcie zaprosił.
— Bardzoś dobrze zrobił — powiada — doprawdy; ale gdzież on?
— Za mną zaraz szedł; ale dziwię się już i sam, gdzieby on mógł być.
— Skocz no, chłopcze — powiedział Agaton — i przyprowadź Sokratesa, a ty,
Arystodemie, proszę cię, ułóż się koło Eryksimacha.
I zaraz mu, powiada, chłopiec nogi obmył, żeby się mógł ułożyć, a któryś inny
chłopak wrócił z wieścią, że Sokrates poszedł w inną stronę i stoi w ganku u sąsiadów, a
kiedy go wołać, nie chce wejść.
— Ej, pleciesz — powiada Agaton — zaraz go poproś i przyprowadź!
A ten powiada: — Nie, nie, dajcie mu pokój. On już ma taki jakiś zwyczaj; niekiedy,
bywa, odejdzie na bok gdzie bądź i stoi. On zaraz przyjdzie, moim zdaniem. Zostawcie go,

22

dajcie mu spokój.
— Ano, niech i tak będzie, jeżeli tak uważasz — powiedział Agaton — ale nam tutaj
możecie, chłopcy, podawać! Podawajcie, co chcecie, bo nikt nad wami nie stoi. Ja tego nigdy
nie robię. Niech się wam zdaje, żeście sami zaprosili na wieczerzę i mnie, i resztę
towarzystwa, więc przyjmujcie nas pięknie, abyśmy was mogli pochwalić.
Potem — powiada — zaczęto jeść, ale Sokrates nie wchodził. Zaczem Agaton ciągle
kazał posyłać po Sokratesa, a ten odradzał. Nareszcie nadszedł i nie bawił nawet tak długo,
jak zwykle, ale trafił tak na połowę wieczerzy. Zaczem Agaton, który leżał właśnie na szarym
końcu: — Tutaj — powiada — Sokratesie, koło mnie się ułóż; niech i ja coś wezmę z tej
mądrości, którąś tam na ganku zdobył. Boś oczywiście coś mądrego znalazł i masz; inaczej
byłbyś pewnie stał dalej.
A Sokrates usiadł i powiada:
— Dobrze by to było, mój Agatonie, gdyby się to tak można zetnąć i przelewać
mądrość z pełniejszego do bardziej próżnego z nas dwóch, tak jak to woda przepływa po
wełnie z pełniejszego kieliszka do mniej pełnego. Jeżeli z mądrością podobnie, to bardzo
sobie cenię miejsce koło ciebie, bo wierzę, że się potrafię od ciebie nassać i dużo, i bardzo
pięknej mądrości. Moja mądrość jest licha i ledwie się świeci, ot tak jak przez sen; ale twoja
lśni i przyrasta szybko; ot i przedwczoraj: młody człowiek jesteś, a jakim ona blaskiem
zajaśniała, jak się objawiła potężnie w obliczu przeszło trzydziestu tysięcy Hellenów.
— Szelma jesteś, Sokratesie — powiedział Agaton — ale my jeszcze o tym niedługo
pogadamy, ja z tobą, o tej mądrości, a będzie nas sądził Dionizos. A teraz przede
wszystkim bierz i jedz.
Potem — powiada — ułożył się Sokrates i zjadł, a inni też; każdy odlał z kielicha
trochę napoju na cześć bogów, pochwalili boga śpiewem wedle zwyczaju i przystąpili do
trunków. Zaczem Pauzaniasz tak, mniej więcej, mówić począł:
— Dobrze, moi panowie, ale jakby to można sobie ułatwić to picie. Co do mnie, to
powiadam wam, że, doprawdy, bardzo mi jest niedobrze z tego wczorajszego pijaństwa i
pragnąłbym jakiegoś odświeżenia. A myślę, że i niejeden z was także. Byliście przecież
wczoraj. Pomyślcie więc, jakim by też sposobem można pić możliwie lekko.
Więc Arystofanes na to:
— To, naprawdę, Pauzaniaszu, dobrze mówisz; to, żeby sobie na każdy sposób
urządzić jakąś ulgę w tym pijaństwie, bo i mnie dziś cięży łeb; wczoram pił — dzisiem kiep!
Kiedy ich usłyszał Eryksimachos, syn Akumenosa: — Istotnie, powiada, pięknie
mówicie, ale jedno tylko jeszcze chciałbym od was usłyszeć: jak się zapatruje na właściwy
stopień picia Agaton.
— Niedużo — powiada Agaton — i ja tam dziś wypić potrafię.
— A to by dla nas było jak znalazł, dla mnie, dla Arystodema i Fajdrosa, i tych tutaj,
gdybyście dziś dali pokój, wy, którzy najlepiej umiecie pić: bo my tam nigdy tego nie
umiemy. No, Sokratesa wyjmuję z rozważań; on potrafi i jedno, i drugie, tak że jemu to nie
zrobi różnicy, cokolwiek byśmy robili. Więc wobec tego, że, jak uważam, nikt z obecnych nie
jest za tym, żebyśmy dużo pili wina, przeto będę może mniej źle widziany, jeśli o znaczeniu
pijaństwa powiem słusznych słów kilka. Albowiem ze studiów medycznych odniosłem to
niezachwiane przekonanie, że pijaństwo jest człowiekowi szkodliwe i ani sam nie miałbym
ochoty pić po dobrej woli dalej, ani bym drugiemu nie doradzał: tym bardziej, że mnie jeszcze
głowa boli z wczorajszego.
Ależ oczywiście — podchwycił mu Fajdros z Myrrinu — ja ciebie zawsze słucham,
osobliwie gdy mówisz o kwestiach lekarskich; ale dziś może niezły projekt ma i reszta
towarzystwa.
Po tych słowach wszyscy się zgodzili, żeby nie robić na tym zebraniu wielkiej
pijatyki, ale tak sobie pić, aby było przyjemnie.

23

— Otóż wobec tego — powiedział Eryksimachos — żeśmy uchwalili pić, ile kto
zechce, a przymusu żadnego nie będzie, wnoszę, żeby sobie precz poszła flecistka, która
dopiero co weszła; niech sobie samej gra, jeżeli ma ochotę, albo niewiastom, tam, w dalszych
pokojach, a my się dziś zabawiajmy rozmową. I jeśli pozwolicie, spróbuję wam też
zaproponować temat do dyskusji.
Wszyscy zaczęli przytakiwać i prosić go, żeby podał wniosek.
Powiedział tedy Eryksimachos, że: — Zacznę od słów z Melanippy Eurypidesa; bo to
nie moja myśl, tylko tego oto Fajdrosa, to, co chcę powiedzieć. Bo Fajdros zawsze się gniewa
i mówi do mnie: ,,Proszę cię, Eryksimachu, tylu innym jakimś bogom poświęcali poeci
uroczyste pieśni z akompaniamentem kitary i fletu, a na Erosa, choć to takie stare i takie
potężne bóstwo, jeszcze ani jeden poeta nigdy żadnej pochwały nie napisał, choć ich tylu jest!
Albo weź tęgich sofistów; ci znowu prozą spisują pochwały Heraklesa i innych, ot jak zacny
Prodikos; to jeszcze nic tak dalece dziwnego, ale ja już miałem w ręku książkę, w której
autor, człowiek rozumny, nadzwyczajnie chwali sól, z racji jej użyteczności, a znajdziesz
mnóstwo innych pochwał w tym rodzaju”. Żeby się takimi rzeczami tak gorliwie zajmować i
żeby się do dzisiejszego dnia nigdzie żaden człowiek nie zdobył na godny hymn dla Erosa,
żeby tak wielkie bóstwo tak było zaniedbane, nie, tu, doprawdy, zdaje mi się, że Fajdros ma
rację. Ja więc pragnąłbym pójść po jego myśli i dorzucić swoje trzy grosze; a teraz też wydaje
mi się rzeczą właściwą, żebyśmy wszyscy, jak tu jesteśmy, chwalili to bóstwo. Jeżeli to tylko
i wam odpowiada, mielibyśmy o czym mówić i zabić czas w sposób właściwy. A zatem
podaję wniosek, żeby każdy z nas kolejno w prawą stronę powiedział coś na pochwałę Erosa,
jak tylko potrafi najpiękniej; a niech Fajdros pierwszy zaczyna, bo i leży na pierwszym
miejscu, i on jest ojcem tego pomysłu.
Nie spotkasz się, Eryksimachu, z wnioskiem przeciwnym — powiedział Sokrates —
bo ani ja bym się nie śmiał sprzeciwiać (przecież powiadam, że się na niczym innym nie
rozumiem, tylko na miłości), ani Agaton z Pauzaniaszem, a już najmniej Arystofanes, bo cała
jego robota to Dionizos i Afrodyta, ani nikt inny z tego towarzystwa, które tu widzę. Chociaż
najgorzej wyjdziemy my tutaj na szarym końcu. Ale nam będzie dość, jeżeli ci przed nami
będą mówili do rzeczy a ładnie. No więc niech szczęśliwie zaczyna Fajdros i niechże chwali
Erosa.
Na to się chętnie wszyscy inni zgodzili i prosili o to sami, co i Sokrates.
Wszystkiego, co który powiedział, ani Arystodemos dobrze nie pamiętał, ani znowu ja
sobie nie przypominam wszystkiego, co mi on mówił. Ale te najważniejsze rzeczy i tych
mówców, których uważałem, że najwięcej warto pamiętać, to wam szczegółowo przytoczę.
Najpierw więc, jak powiadam, Fajdros zaczął jakoś z tego końca, że niby wielkim
bogiem jest Eros i osobliwym pomiędzy ludźmi i bogami z tego i owego powodu, a bodaj czy
nie najwięcej z powodu pochodzenia. Bo zaszczyt to jest być najstarszym pośród
najstarszych. A oto dowód na to: rodziców Erosa nie ma i nie słychać o nich ani u poetów, ani
u zwykłych ludzi, tylko Hezjod powiada, że na początku był Chaos,
zaraz zaś po nim
ziemi szeroka pierś, bezpieczne stworzeń siedlisko, także Eros.
(Mówi, że po Chaosie powstało jedno i drugie: Ziemia i Eros.) Parmenides zaś
powiada o Pramacierzy, że
Najpierw tedy Erosa, pierwszego boga, wydała.
A z Hezjodem zgadza się Akuzilaos. I tak wielu jednozgodnie mówi, że Eros należy
do najstarszych bóstw. A najstarszym będąc, największe dobra nam daje. Bo, doprawdy, nie

24

umiem powiedzieć, jakie większe dobro zdobyć może człowiek zaraz w pierwszej młodości,
jeśli nie miłośnika dzielnego albo oblubieńca. Bo takiego steru na całe życie, jakiego
potrzebuje człowiek, który chce żyć, jak należy, nie potrafią mu dać ani związki krwi w tak
pięknej formie, ani zaszczyty, ani bogactwa, ani nic innego, tylko Eros.
Cóż za ster mam na myśli? Oto wstyd i wstręt do postępków podłych, i ambicję
skierowaną do czynów pięknych. Bo bez tego nie dokona wielkich i pięknych dzieł ani
państwo, ani prywatny człowiek. Otóż powiadam, że kiedy człowiek kocha, a wyda się jakiś
jego szpetny postępek albo się pokaże, że się dał użyć do jakiejś podłej rzeczy, bo się nie
bronił przez swoje tchórzostwo, wtedy najgorzej człowieka boli, gdy go oblubieniec zobaczy;
wolałby już, żeby go widział ojciec albo przyjaciele, albo ktokolwiek inny. Podobnie
widzimy, że oblubieńcy wstydzą się najwięcej swoich miłośników, kiedy się który da
przychwycić na jakimś łotrostwie.
Więc, gdyby to można było stworzyć państwo lub wojsko złożone z miłośników i
oblubieńców, z pewnością nie znaleźliby lepszego pierwiastka porządku społecznego jak
wzajemne powstrzymywanie się od postępków złych, chęć odznaczenia się w oczach
drugiego i współzawodnictwo wzajemne. Tacy, choćby ich mało było, zwyciężyliby, powiem,
cały świat. Bo mężczyzna, który kocha, raczej zniósłby, żeby go wszyscy inni, niż żeby go
oblubieńcy widzieli, jak szeregi opuszcza albo broń rzuca; wolałby raczej sto razy zginąć, a
cóż dopiero opuścić oblubieńca albo mu nie pomóc w niebezpieczeństwie — toż nie ma
takiego tchórza, którego by sam Eros męstwem wtedy nie natchnął, tak żeby dorównał i
najtęższemu z natury. Po prostu, tak jak Homer powiada, że bóg niejednemu bohaterowi
ducha dodawał, tak i Eros ducha dodaje tym, którzy kochają.
Co więcej, nawet śmierć ponieść za drugiego potrafi tylko ten, który kocha, i to nie
tylko mężczyzna, ale i kobieta. Dobrze o tym świadczy Hellenom Aikestis,, córka Peliasa;
ona jedna chciała umrzeć za swego męża, mimo że miał ojca i matkę. Jej przywiązanie do
niego było bez porównania większe niż rodziców, bo ona męża kochała, a oni, jak się
pokazało, byli mu obcy i tylko się nazywali rodzicami. I nie tylko ludzie, ale i bogowie
osądzili, że nadzwyczaj pięknego czynu dokazała, toteż jej pozwolili wyjść na powrót z
Hadesu, mimo że tylu ludzi dokonało wielu pięknych czynów, a na palcach można zliczyć
tych, których aż taką odznaczyli nagrodą. Tak to i bogowie najwięcej szanują zapał i
dzielność na polu Erosa. Za to Orfeusza, syna Ojagrosa, odprawili z niczym z Hadesu;
pokazali mu tylko widziadło żony, po którą się wybrał, a żony mu nie oddali, bo im na
papinka [delikacika] wyglądał, ot, jak kitarzysta; a nie miał odwagi umrzeć z miłości tak, jak
Aikestis, tylko się chytrze myślał za życia dostać do Hadesu. Toteż go za to bogowie pokarali
i zesłali na niego śmierć z ręki kobiet; nie tak, jak to uczcili Achillesa, syna Tetydy, i posłali
go na wyspy szczęśliwych; bo też, kiedy mu matka zapowiedziała, że umrze, jeżeli zabije
Hektora, a jeżeli go nie zabije, to wróci do domu i umrze w późnej starości, jemu odwagi nie
zabrakło i wolał pomagać miłośnikowi Patrokłowi i pomścić go, a potem nie tylko umrzeć za
niego, ale i umrzeć nawet zaraz po nim. I właśnie dlatego tak go podziwiali bogowie i tak go
uczcili nadzwyczajnie, że nade wszystko sobie cenił miłośnika. Ajschylos bredzi, kiedy
powiada, że to Achilles był miłośnikiem Patrokla, bo przecież on był piękniejszy nie tylko od
Patrokla, ale i od wszystkich bohaterów, i brody jeszcze nie miał, a potem był młodszy
znacznie, jak powiada Homer. Ale bogowie istotnie najwięcej czcą tę dzielność, która się w
miłości objawia, i doprawdy więcej się dziwią i podziwiają, i nagradzają, gdy oblubieniec
miłośnika kocha, niż gdy miłośnik oblubieńca. Bo miłośnik ma w sobie raczej coś boskiego,
aniżeli ulubieńcy; bóg w nim przecież mieszka. I dlatego też więcej niż Aikestę uczcili
Achillesa i posłali go na wyspy szczęśliwych. Tak tedy ja powiadam, że Eros jest z bogów
najstarszy i najczcigodniejszy, i najsilniejszy, jeżeli chodzi o zdobywanie dzielności i
szczęścia ludzkiego za życia, jak i po śmierci.
Taką mniej więcej mowę miał powiedzieć Fajdros, a po nim mówili jacyś inni,

25

których już sobie dobrze nie przypominał. Ich więc pominąwszy przytaczał mowę
Pauzaniasza. On zaś powiedział:
— Mój Fajdrosie, mnie się zdaje, że temat naszych mów nie jest dość dokładnie
określony; każą nam tak po prostu chwalić Erosa. Piękna by to była rzecz, gdyby Eros był
tylko jeden jedyny. Tymczasem nie jest jeden tylko. A skoro nie jest tylko jeden, trzeba było
naprzód tego zapowiedzieć, którego trzeba chwalić. Więc ja to spróbuję naprawić i wskazać
naprzód Erosa, którego chwalić należy a potem dopiero pochwalić go tak, jak boga chwalić
przystało. Bo wszyscy wiemy, że nie masz bez Erosa Afrodyty. Gdyby ona była jedna, i Eros
byłby jeden. Ale ponieważ Afrodyty są przecież dwie, dwa muszą być też i Erosy.
A jakoż nie dwie boginie? Toż jedna, starsza, nie miała matki, córka Nieba, i dlatego
ją niebiańską nazywamy; druga, młodsza, córka Zeusa i Diony, którą też wszeteczną zwiemy.
Więc i Eros, który tej drugiej pomaga, musi się słusznie wszetecznym nazywać, a inny Eros
niebiańskim.
Chwalić się powinno wszystkich bogów, ale spróbujmy powiedzieć, co któremu z
nich obu przypada w udziale. Bo z każdą czynnością tak się rzeczy mają: sama przez się nie
jest żadna ani zła, ani dobra. Ot jak to, co my teraz robimy; człowiek pije, śpiewa, rozmawia;
to, samo przez się, nie jest jeszcze piękne. Będzie takim dopiero zależnie od tego, jak my to
robić będziemy. Bo dobrze i pięknie zrobiona rzecz dobrą się staje; niedobrze zrobiona jest
złą. Tak więc i kochanie, i Eros nie każdy jest piękny i uwielbienia wart, lecz ten tylko, co
piękny rozpłomienia żar.
Eros, syn Afrodyty wszetecznej, sam też jest wielki wszetecznik i dokazuje tu i tam
bez planu; ten ci jest, którym marne jednostki kochają. Taki to najpierw kocha zarówno
kobiety, jak i chłopców; potem, jeżeli już kocha, to więcej ciała niż dusze; przy tym ile
możności najgłupsze, bo myśli tylko o uczynku, a piękno jest mu obojętne. Toteż mu się trafi,
że zrobi dobrze, ale równie dobrze zdarza mu się i na odwrót. Bo taki Eros jest synem bogini
znacznie młodszej niż druga, bogini, która już z urodzenia ma w sobie coś żeńskiego i coś
męskiego.
Ale drugiego matką jest Afrodyta niebiańska; ona, najpierw, nie ma nic wspólnego z
pierwiastkiem żeńskim, tylko i jedynie z męskim (to właśnie jest miłość ku chłopcom
skierowana), potem, jest starsza, nie pokalana niskimi skłonnościami. I stąd to się do
męskiego pierwiastka zwracają ci, których taki Eros owionie, bo oni kochają to, co z natury
ma więcej siły, więcej rozumu. I pośród samych pederastów można odróżnić tych, którymi
taki nieskażony Eros włada, bo ci nie kochają dzieci, tylko chłopców, którzy zaczynają
myśleć, a to bywa zwykle mniej więcej w okresie dojrzewania. Przecież kto wtedy zacznie
kochać, ten, zdaje mi się, gotów będzie pójść z drugim przez całe życie, a nie — wyzyskać
młodzieńczą lekkomyślność, wyśmiać, rzucić i gonić za innymi. I powinno by istnieć prawo
zakazujące kochania nieletnich, żeby człowiek na niepewne tylu trudów nie tracił. Bo z
takiego chłopaka nie wiadomo jeszcze, co będzie: coś nędznego czy coś dzielnego na duszy i
na ciele. Toteż dzielni ludzie sami sobie to prawo nakładają, ale trzeba było do tego zmusić i
tych wszetecznych miłośników, podobnie jak bronimy miłości kobietom wolnym, o ile to w
naszej mocy. Bo to są właśnie ci, którzy hańbę przynoszą całej sprawie, i stąd to ten i ów śmie
mówić, że występkiem jest folgować miłośnikom. Mówi tak, bo na takich ludzi spogląda,
widzi, jak niewczas i jak nieuczciwie postępują; z pewnością nikt by słusznie nie ganił
żadnego postępku, gdyby go tylko spełniano pięknie i jak należy.
A znowu ustawę innych państw, która się tyczy miłości, zrozumieć łatwo, bo jest po
prostu określona. Ale tutejsza i lacedemońska nie jest jasna. Bo w Elidzie i u Beotów, i tam,
gdzie nikt porządnie mówić nie umie, prawo powiada po prostu, że oddawać się miłośnikom
jest rzeczą dobrą i nikt, ani młody, ani stary nie śmiałby powiedzieć, że to coś złego; ale z
pewnością dlatego tylko, żeby nie mieli kłopotu, gdyby który próbował słowami młodych
ludzi uwodzić; oni przecież nie umieją mówić.

26

W Jonii natomiast i wielu innych stronach uważają to za zbrodnię: tam, gdzie
barbarzyńskie ludy mieszkają. Naturalnie, dla barbarzyńców to jest zbrodnia, podobnie jak
filozofia i zamiłowanie do gimnastyki. Rządom to oczywiście nie odpowiada, żeby się pośród
rządzonych budziły szersze poglądy, wytwarzały przyjaźnie trwałe i związki, które najwięcej
Eros lubi wytwarzać pomiędzy 'innymi. Czyn o tym przekonał i tutejszych tyranów, bo
przecież i ich panowanie obaliła miłość Harmodiosa i Arystogeitona, miłość, która
spotężniała w przyjaźń. . Tak więc, gdzie prawo uważa oddawanie się miłośnikom za
występek, tam to prawo .stoi tylko dzięki nieposkromionej żądzy panowania rządzących i
dzięki tchórzostwu rządzonych, a gdzie tę rzecz uważają za dobrą bez żadnych zastrzeżeń,
tam się to dzieje skutkiem gnuśności duchowej prawodawców. Natomiast tu u nas znacznie
piękniejsze od tamtych prawa panują i, jak powiedziałem, niełatwe do zrozumienia. Bo jeżeli
człowiek rozważy, że tutaj uchodzi za rzecz piękniejszą kochać jawnie niż w tajemnicy, a
najbardziej uchodzi tych najdzielniejszych i najwybitniejszych, choćby nawet który z nich był
brzydszy od innych, i że tu każdy nadzwyczaj żywo zwykł zachęcać miłośnika, zupełnie nie
tak, jak gdyby on coś złego robił, i że za piękną rzecz uchodzi zdobyć ulubieńca, a nie zdobyć
go jest brzydko, i na czas zalotów prawo pozwala miłośnikowi niestworzone rzeczy
wyprawiać bez żadnej obawy skandalu. A niechby tak kto spróbował pozwolić na coś
podobnego w pogoni za czymkolwiek innym czy w jakimś innym przedsięwzięciu, a nie w
tym właśnie; toż by się naraził na wstyd i hańbę. Bo gdyby tak kto dla pieniędzy albo dla
ambicji politycznej czy jakiej innej zaczął sobie pozwalać na takie rzeczy, jakie miłośnicy
robią wobec ulubieńców, takie błagania, zaklęcia, modły, przysięgi, takie spanie pod czyimiś
drzwiami, takie posługi dobrowolne, których by nawet niewolnik nie spełniał, na takie zabiegi
około sprawy nie pozwoliliby nikomu ani przyjaciele, ani nieprzyjaciele, boby mu jedni
zarzucali pochlebstwo i podłość niegodną wolnego człowieka, a drudzy by mu zaczęli do
serca przemawiać i wstydziliby się sami za niego. A kiedy to zakochany robi, bardzo mu z
tym do twarzy i prawo mu pozwala postępować tak bez niczyjego zgorszenia, jako iż
dokonuje rzeczy zgoła pięknej.
Co więcej, powiadają, że kiedy taki nawet przysięgnie i złamie przysięgę, bogowie mu
przebaczą, a innemu nie. Bo powiadają, że przysięga w miłości nie obowiązuje. Tak to i
bogowie, i ludzie na wszystko pozwalają temu, który kocha; tak przynajmniej prawo mówi
tutejsze. I stąd można by wnosić, że w tym tutaj państwie uchodzi za zupełnie piękną rzecz i
kochanie, i łączenie się węzłami przyjaźni z miłośnikami.
Jednakże z drugiej strony, kiedy rodzice ustanawiają guwernerów dzieciom do
towarzystwa, żeby chłopców ponętnych uchronić od rozmowy z miłośnikami (i guwerner ma
już odpowiedni rozkaz), to rówieśnicy i przyjaciele obrzucają chłopca przezwiskami, jeżeli
zobaczą, że się coś takiego dzieje, a nikt starszy im tego nie broni i nie gniewa się, że to nie
trzeba tak mówić. Toż gdyby się znowu temu ktoś przypatrzył, myślałby, że u nas taka rzecz
uchodzi za coś najgorszego. A tymczasem rzecz się ma tak moim zdaniem:
Tej sprawy nie można brać tak po prostu, bo, jak się na początku powiedziało, żadna
rzecz nie jest ani dobra, ani zła sama przez się, ale rzecz wykonywana pięknie jest piękna, a
wykonywana źle jest zła. Złą rzeczą zatem jest folgować niegodziwcowi w sposób
niegodziwy, a dobrą folgować uczciwemu człowiekowi i uczciwie. A niegodziwiec to taki
miłośnik wszeteczny, taki, co więcej ciało kocha niż duszę. I taki nie wytrwa długo, bo jemu
nie to miłe, co trwa, i niech tylko okwitnie ciało, które kochał, on leci dalej, w świat i, łotr, nie
dba o to, co tyle razy mówił i obiecywał. Ale kto sobie w drugim upodobał charakter i ducha
dzielnego, ten zostanie przez całe życie, bo się w jedno stopił z tym, co trwa. Otóż te dwa
rodzaje ludzi trzeba podług naszych praw słusznie i pięknie wyróżniać i doświadczać (i
jednym folgować, a stronić od drugich). I dlatego prawo każe jednemu gonić i zdobywać, a
drugiemu uciekać i bronić się. Jest to rodzaj zawodów, rodzaj śledztwa, i dopiero ono może
pokazać, do którego rodzaju należy miłośnik, a do którego oblubieniec. I z tego to powodu

27

uchodzi za hańbę dać się prędko pozyskać; niech naprzód jakiś czas upłynie, który
doskonałym bywa w wielu wypadkach probierzem.
A potem, szpetną jest rzeczą dać się uwieść za pieniądze albo dla kariery, czy to kiedy
się jakiś biedak da przestraszyć i ulegnie, czy też go zaczną obsypywać pieniędzmi i popierać
wpływami, a on tym nie potrafi wzgardzić. Bo to wszystko są rzeczy zmienne i niestałe; nie
mówiąc o tym, że na takim tle nawet się przyjaźń szczera nie nawiąże. Wedle naszych praw
zatem oblubieniec ma tylko jedną drogę otwartą, jeśli chce uczciwie folgować miłośnikowi.
Bo tak, jak się o miłośnikach mówiło, że gdyby się na nie wiadomo jakie posługi dobrowolnie
oddawali oblubieńcom, to ani się pochlebstwem z ich strony nie nazywa, ani im hańby żadnej
nie przynosi, tak istnieje jeszcze jedna tylko służba, w którą młody człowiek dobrowolnie
może pójść bez ujmy. To służba około dzielności.
I jest u nas rzeczywiście taki pogląd przyjęty, że gdy się ktoś oddaje drugiemu, bo
wierzy, że się za jego sprawą stanie lepszym, mądrzejszym czy dzielniejszym w jakim innym
kierunku, wówczas taka dobrowolna niewola ani nie uwłacza nikomu, ani za podłe nie
uchodzi pochlebstwo. Trzeba tu widocznie identyfikować dwa poglądy: zapatrywania na
pederastię i zapatrywania na dążenie do wiedzy czy do innych dzielności, jeśli ma wypaść, że
oddawanie się ulubieńców miłośnikom jest rzeczą piękną. Bo powiedzmy, że się schodzi
miłośnik z ulubieńcem i że każdy z nich ma swoje prawo za sobą: jednemu jego prawo
pozwala wszelkie możliwe przysługi wyświadczać ulubieńcom, którzy mu folgują, a
drugiemu znowu jego prawo nakazuje wszelkimi sposobami pomagać i przysługiwać się
temu, który go robi mądrym i dzielnym; i powiedzmy, że jeden istotnie może rozwinąć
umysłowo i pod innymi względami dodatnio oddziałać na młodego człowieka, a drugi
pragnąłby się rozwinąć i w ogóle być mądrzejszym — wówczas, jeśli te oba prawa wychodzą
na jedno, i to tylko w takim razie, wynika z konieczności, że oddawanie się ulubieńca
miłośnikowi jest rzeczą piękną, a w każdym innym wypadku — nie. I pod tym też warunkiem
nie uwłacza to nikomu, nawet gdy się ktoś da w pole wywieść. A w każdym innym wypadku
— tak; bez względu na to, czy się ktoś da oszukać, czy nie. Bo gdyby ktoś miłośnikowi dla
pieniędzy folgował, mając go za bogacza, a zawiódłby się przecież, boby na jaw wyszło, że to
człowiek ubogi, i pieniędzy by w końcu nie dostał — niemniej haniebna to rzecz. Bo zaraz
widać, co w takim człowieku siedzi, widać, że on by za pieniądze był gotów na wszelkie
posługi dla każdego, a to jest rzecz niepiękna. Idźmy dalej tak samo: jeśliby się ktoś drugiemu
oddawał, wierząc w jego wartość moralną, wierząc, że go lepszym zrobi przyjaźń miłośnika, a
zawiódł się przecież, boby na jaw wyszło, że to człowiek zły, i dzielności by w końcu nie
zdobył, to przecież piękny to zawód. Bo i taki człowiek objawia wtedy, co w nim tkwi,
pokazuje, że dla dzielności, dla moralnego postępu, on by był gotów dla każdego na wszystko
— a gdzież jest rzecz piękniejsza? Tak więc stanowczo piękną jest rzeczą oddawać się dla
dzielności.
Oto jest Eros, syn bogini nieba, niebiański, i czcić go powinny państwa i ludzie
zwyczajni, bo on do ustawicznej pracy nad sobą zmusza, on udoskonala tych, którzy sami
kochają, i tych, co sobie miłość zyskać potrafili. Wszelki inny Eros od drugiej bogini
pochodzi, od wszetecznicy. Oto masz — rzekł, zwracając się do Fajdrosa — tych kilka myśli
o Erosie, którem naprędce sklecił.
— Pauzuje teraz Pauzaniasz (ja się tak od sofistów uczę dobierania jednakowych
brzmień) — mówił Arystodemos, a miał po nim mówić Arystofanes. Właśnie go jakaś
czkawka napadła z przejedzenia czy z jakiegoś innego powodu i nie mógł mówić, tylko
powiada, bo trochę dalej od niego leżał lekarz, Eryksima–chos: — Mój Eryksimachu, wypada
ci albo mi czkawkę zatrzymać, albo mówić za mnie, może mi tymczasem ustanie.
A Eryksimachos powiada:
— Nie, ja zrobię jedno i drugie. Będę mówił za ciebie, a ty, gdy ci ustanie, będziesz
mówił po mnie. A kiedy będę mówił, pewnie ci czkawka przejdzie; tylko zatrzymaj oddech

28

przez dłuższy czas; gdyby nie chciała, to popłucz wodą gardło, a jeżeli już jest bardzo
uporczywa, weź cokolwiek, podrap się tym po nosie i kichnij. Kiedy to zrobisz raz albo dwa,
ustąpi, choćby nawet była bardzo gwałtowna.
— No, no, mów prędzej — powiada Arystofanes — ja to już będę robił.
Powiedział tedy tak Eryksimachos:
— Wobec tego, że Pauzaniasz, zacząwszy swą mowę bardzo pięknie, nie skończył jej
tak, jak by się spodziewać należało, przeto wydaje mi się rzeczą konieczną, żebym ja
spróbował dołączyć do jego mowy zakończenie. Bo to, że Eros jest dwojaki, to było, moim
zdaniem, słuszne rozróżnienie. Ale tego, że on nie tylko w ludzkich duszach mieszka i
stamtąd się zwraca do pięknych, ale i do wielu innych rzeczy, że mieszka i w ciałach
wszystkich żywych stworzeń, i w tym, co się w łonie ziemi wytwarza, i krótko mówiąc, we
wszystkim, co tylko istnieje — tego mnie nauczyła dopiero medycyna, ta nasza umiejętność,
która nam powiada, jakie to jest wielkie bóstwo, jakie cudowne i jak się on

Podobne prace

Do góry