Ocena brak

Piotr Skarga

Autor /Saleta Dodano /04.10.2012

Jedną z najznamienniejszych cech literatury naszej wieku złotego jest mądry i szlachetny duch obywatelski, który bije z pism i Modrzewskiego, i Górnickiego, i Kochanowskiego, i Klonowicza. Wszyscy, sami kochając Polskę, chcą wpoić jej miłość w serca współbraci, wskazują im drogę do służby ojczyźnie, piętnują prywatę, uczą, upominają, karcą, proszą, zaklinają, grożą. Nie pomagało nic: za panowania Zygmunta III wzrastała prywata, szerzyła się swawola, krzewiła się niezgoda, wzma­gała anarchia. Wtedy to ukazał się w Polsce człowiek gorącego serca i bystrego ro­zumu, wielki patriota i znakomity pisarz, który postanowił raz jeszcze zakląć naród do poprawy i miłości - w imię Boga. Człowiekiem tym był największy kaznodzieja polski Piotr Skarga (1536-1612), jezuita, autor nieśmiertelnych Kazań sejmowych.

Urodził się w Grójcu (o sześć mil od Warszawy). Pochodził z rodziny drobnomieszczańskiej, z czego nieraz drwiła sobie szlachta wściekając się z gniewu, że jakiś tam «łyczek» spod ciemnej gwiazdy chce ją uczyć rozumu. Wcześnie osieroco­ny przez rodziców, wychowywał się Skarga pod opieką starszego brata; uczył się w parafialnej szkole grójeckiej, a potem w Akademii Krakowskiej. Po ukończeniu nauk osiadł w Warszawie jako rektor szkoły parafialnej. Ale niebawem Jędrzej Tęczyński, kasztelan krakowski, wziął go na swój dwór i powierzył mu wychowanie swego syna, z którym po pewnym-czasie pojechał Skarga do Wiednia. Dopiero po powrocie do kraju, idąc za głosem serca, przyjął święcenia kapłańskie. Teraz to zaczęła się jego działalność, najprzód we Lwowie, gdzie zajaśniał zarówno kazaniami, jak świętymi czynami miłosierdzia względem chorych, ubogich i więźniów; a jed­nocześnie przystąpił do czynu, który poczytywał za swój święty obowiązek: do na­wracania protestantów na katolicyzm. Lecz kapłaństwo świeckie nie na długo mu wystarczyło: postanowił wstąpić do zakonu, którego głównym zadaniem była właś­nie walka z różnowierstwem; wyjechał więc do Rzymu i wstąpił do zakonu jezuitów. Na rok przed śmiercią Zygmunta Augusta powrócił do Polski i na nowo rozpoczął swą działalność, tylko już bez porównania szerszą. Po krótkim pobycie w Pułtusku i Jarosławiu przybył do Wilna, gdzie obok czynów miłości chrześcijańskiej wnet zasłynął niebywałą przedtem w Polsce potęgą wymowy, która całe tłumy do kościo­łów ściągała; wielu innowierców skłonił do przyjęcia wiary katolickiej, a w ich licz­bie synów gorliwego kalwina, Mikołaja Radziwiłła Czarnego, oraz sześćdziesięciu siedmiu ministrów protestanckich - nie darmo nazywano go tyranem dusz ludz­kich! Kiedy Batory podniósł szkołę jezuicką do godności akademii (1578), on był jej pierwszym rektorem; jednocześnie na wezwanie króla, który go wyróżniał szczególnymi względami, zakładał i urządzał szkoły jezuickie w świeżo odzyska­nym Połocku i Inflantach. Po jedenastoletnim pobycie na Litwie przełożeni od­wołali go do Krakowa. Tutaj pomiędzy innymi czynami założył Bractwo Miłosier­dzia oraz Bank Pobożny, którego zadaniem było wyrywać biedaków ze szpon lich­wiarzy.

Tymczasem umarł Batory. Na tron wstąpił Zygmunt III, którego jeszcze W Szwecji dochodziły wieści o wymowie i świętości Skargi; toteż już w styczniu roku 1588 powołał go na kaznodzieję nadwornego, które to obowiązki pełnił Skar­ga przez lat dwadzieścia trzy, najprzód w Krakowie, a potem w Warszawie, dokąd król Zygmunt przeniósł stolicę. Teraz dopiero stanął Skarga na szczycie sławy, te­raz dopiero wystąpił jako «poseł, ale nie z jednego powiatu», to znaczy, jako poseł nic przez ludzi wybrany, lecz posłany przez Boga, od którego - jak sam mówi -objawienia nie miał, ale miał poselstwo do narodu, aby go nawoływać do poprawy. Poselstwo to pełnił nade wszystko w swoich «kazaniach sejmowych», z niesłychaną nigdy jeszcze w Polsce odwagą cywilną piętnując grzechy narodu względem matki Ojczyzny, wzywając go do pokuty i upamiętania, przepowiadając mu w'słowach pełnych grozy upadek Polski, jeśli się nie poprawi. Nie dosyć tym. Jeździł na synod brzeski (1596), którego był duszą i na którym przy jego współudziale stanęła unia religijna. Kiedy zaś wybuchł rokosz Zebrzydowskiego, usiłował buntowników pogodzić z królem. A czynów miłosierdzia, dokonanych na stanowisku kaznodziei królewskiego, nikt nie zliczy. Zakładał po miastach Bractwa Miłosierdzia, przytułki dla żebraków i szpitale, był ojcem biednych i nieszczęśliwych.
Wreszcie w roku 1611 siedemdziesięciopięcioletni starzec, zmęczony pracą, zapragnął spokoju, więc prosił króla, by go zwolnił od obowiązków, «prosił - jak mówi słynny kaznodzieja XVII wieku, Bukowski — aby winy jego były mu odpusz­czone; lamentował, iż był sługą niepożytecznym na tym miejscu, którego się być niegodnym w głos opowiadał; uczynił to kazanie, które było jako pieśń łabęciowa z takim afektem, iż król jegomość i dwór jego, i drudzy słuchacze łzami się zalewali». Opuścił Skarga Warszawę i osiadł w Krakowie, gdzie niebawem świętego żywota dokonał. Pochowany w kościele Św. Piotra w Krakowie.

Całe życie Skargi śmiało można nazwać jedną wielką służbą Bogu i ojczyźnie. Do służby tej zaprzągł on wszystkie nieprzebrane zasoby swojej bogatej duszy, mie­szkającej w zdrowym ciele. Pełen sił fizycznych, miał jednocześnie, jak na Mazura przystało, żywy, bujny, gorący temperament, który go nieraz ponosił, a który szu­kał sobie ujścia w ciągłej pracy, i to nie w ciasnym kółku zakonnym, lecz na szero­kiej arenie działalności kaznodziejskiej i pisarskiej, społecznej i politycznej. Stąd miał on nieprzezwyciężony wstręt już nie tylko do wszelkiego rodzaju próżniaków, ale i do tych wszystkich, co pracują wolno, i do flegmatyków, to jest - jak mawiał - do (ludzi bez gniewu i gorącości», którzy nie są «ani ciepli, ani zimni, ale rozmokli», którzy «jako zmokła kokosz, tak się ruszają». Jemu samemu robota paliła się w rę­kach, a pracować mógł i umiał jak mało kto, posiadał bowiem żelazną wolę i upór dochodzący aż do zaciętości: kiedy sobie powiedział, że coś zrobi, to choćby z nie­ba pioruny biły, choćby na ziemi ludzie ciskali mu kamienie pod nogi, robił i zrobił.
Lecz nie sam bujny temperament wprawiał w ruch wolę Skargi, ale i rozum, a nade wszystko - serce.
Miał Skarga umysł niekoniecznie głęboki, mało filozoficzny, ale trzeźwy, zdolny, umiejący myśleć logicznie i systematycznie, a do tego żądny wiedzy: był oczytany nie tylko w Piśmie świętym oraz w literaturze moralno-religijnej, ale i w dziełach historycznych; przytomność umysłu miał ogromną, zdrowy rozsądek i zmysł organizacyjny - wielki. W ogóle był to umysł bardzo praktyczny.
A serce płonęło wiarą i miłością. Wierzył Skarga niezachwianie we wszystko, w co Kościół katolicki każe wierzyć: «Mnie wiara jest widzeniem i za wszystkie mi z rozumu i zmysłów wywody stoi» - oto jego własne wyznanie. W żywym ogniu tej wiary roztapiały się wszystkie wątpliwości: nieraz bał się Skarga wniosków własnej myśli, więc dusił je wysiłkiem woli, ilekroć spostrzegł, że się one kłócą z wiarą; rów­nie mocno trzymał na wodzy swoje choćby najszlachetniejsze popędy, ilekroć się one sprzeczały z twardymi, nieubłaganymi nakazami jezuickiej reguły zakonnej, po­czytującej ślepe, psie posłuszeństwo zwierzchności za wielką cnotę. Jak żywa była wiara Skargi, o tym świadczy pomiędzy innymi to, że czasem wśród ciszy klasztornej miewał (przy pomocy bujnej fantazji) halucynacje wzrokowe i słuchowe: ukazywali mu się na przykład umarli, przychodzili doń i święci z krainy wiekuistej szczęśliwo­ści; raz w dzień świętej Cecylii słyszał wyraźnie głos z nieba, który mu do samej śmierci dźwięczał w uszach; nieraz opędzał się w swej celi zakonnej przed diabłem, który w postaci straszliwego psa przychodził go kusić. Umiał też Skarga tak głęboko pogrążać się w rozmyślaniu o Bogu, o Jego wielkości i dobroci, że mu się czasem zdawało, iż dusza jego ulatuje do nieba i roztapia się w Bogu, czyli, innymi słowy, był zdolny do wzlotów mistycznych, do czego jest potrzebna prócz bujnej fantazji gorąca miłość. Ale bo też on kochał Boga całym swoim sercem. Całym sercem kochał i Kościół: z miłości to ku niemu porzuciwszy wszelkie myśli o zaszczytach i karierze został zakonnikiem, żeby go bronić przed herezją. Całym sercem kochał i bliźniego, zwłaszcza w jego nieszczęściach i cierpieniach; chyba nikt drugi we współczesnej Polsce nie płakał tak gorzko nad niedolą wdów, sierot, «niemocnych» (to jest kalek albo biedaków, którzy «długo leżą bez roboty»), więźniów, «ubogich kmieciów», którym «jedno bydło pozdychało, drugie żołnierz pobrał, ostatek pan zajął». «Bez miłosierdzia wiara katolicka - jako drzewo bez owocu, nadzieja - jako najemnik bez roboty, miłość - jako matka bez dzieci, modlitwa - jako ptak bez skrzydeł, post -jako potrawa bez soli.»
Miłość Boga była w sercu Skargi nieodłączna od miłości ojczyzny; ten czło­wiek nie rozumiał po prostu, jak Polak może kochać Boga, nie kochając Polski, i jak może kochać Polskę, nie kochając Boga - ideał kapłana połączył się w nim w jedną nierozerwalną całość z ideałem patrioty. Podobnie jak Modrzewski szczęście swej ukochanej ojczyzny upatrywał w pełnieniu woli bożej, objawionej przez Jezusa Chystusa, a ponieważ był przekonany, że jedyną prawdziwą drogą wiodącą do tego celu jest religia katolicka, że reformacja jest nie tylko klęską dla Polski, ale i zbrodnią wobec Boga, więc zwalczał i nawracał protestantów mową i pismem. Konfederacja warszawska, która podnosząc tolerancję religijną do godności prawa stanowi nie­małą chwałę kultury polskiej, napełniała jego serce oburzeniem i zgrozą. Toteż na­pisał przeciwko niej gwałtowną, namiętną broszurę (Proces konfederacyjej), w któ­rej dowodzi, że ponieważ odstępstwo od jedynej prawdziwej wiary jest grzechem, więc należy je karać, co więcej, że do prawdziwej wiary można człowieka... przymu­sić! Z tym wszystkim do tego stopnia nietolerancji, co wielu innych ówczesnych fanatyków, nie posunął się nigdy: nie doradzał (jak Orzechowski), żeby heretyków karać wygnaniem, konfiskatą majątków, a cóż dopiero śmiercią; doradzał tylko, nawet sam nad tym pracował, żeby ich nie dopuszczać do urzędów państwowych. Nie dosyć na tym. Czasem zdrowy rozsądek i dobre serce mówiły mu, że i prote­stanci polscy są ludźmi i Polakami, że «złe heretyctwo, ale ludzie dobrzy, złe błędy, ale natury chwalebne, złe odszczepieństwo, ale krew miła»; czasem mówił mu jakiś głos, że protestanci nie są zbrodniarzami, tylko ludźmi obłąkanymi i ciemnymi, i że jeśli tak, to nie wolno ich prześladować ani przymuszać do wiary katolickiej, że trzeba ich nawracać «uprzejmością i przyjemnym towarzystwem, i posługami sąsie­dzkimi, a najwięcej dobrymi naszymi cnót świętych katolickich przykłady, abyśmy świecili między nimi jako gwiazdy w ciemności». Ale cóż, kiedy takie logiczne myśli i uczciwe uczucia odpędzał od siebie Skarga, a nawet, kto wie, poczytywał je za pod­szepty złego ducha, i powracało do jego duszy podzielane wówczas przez wszystkich głęboko wierzących katolików nieszczęsne przekonanie, że reformacja jest zbrodnią wobec Boga. A tak nie będąc takim fanatykiem, jak na przykład Hoz-jusz, był jednak Skarga nietolerantem. Lecz na jego obronę powiedzieć trzeba, że wówczas wszyscy w ogóle wierzący ludzie byli nietolerantami, zarówno katolicy, j ak niekatolicy: tolerancja religijna jest owocem kultury dopiero XVIII i XIX wieku, a dawniej zdobywali się na nią tylko.ludzie wyjątkowo śmiałego umysłu, którzy nie bali się słusznego przekonania, że Pan Bóg od nikogo poniewolnej służby nie żąda (takim wyjątkowym człowiekiem był na przykład w owoczesnej Polsce Zamoyski).
Lecz nie tylko reformacji, ale i Kościołowi greckiemu wypowiedział Skarga walkę. Poczytując krzewienie katolicyzmu za posłannictwo Polski pragnął, aby Rzeczpospolita mocno zespoliła z sobą ziemie ruskie pod skrzydłami swej korony, wiary i cywilizacji. Stąd jego dzieło O jedności Kościoła bożego pod jednym Pasterzem i o greckim od tej jedności odstąpieniu (1577); stąd jego współudział w zawarciu miii brzeskiej i pismo Synod brzeski (1596). Jednym słowem, Skarga to obok Hozjusza największy szermierz katolicyzmu w Polsce XVI wieku.
Ale rozumiał on, że wiara bez uczynków jest martwa, że jeśli Polska ma być krzewicielką wiary, musi się moralnie odrodzić. Z tego przeświadczenia wypłynął największy czyn jego: praca nad umoralnieniem narodu, praca podobna do tej, którą we Francji podjął współczesny mu święty Franciszek Salezy; pragnąc, żeby Polska była nie tylko społeczeństwem chrześcijańskim, ale i państwem chrześcijań-Nkim, pracował Skarga nad umoralnieniem nie tylko szarych tłumów, prostaczków, żołnierzy, ale i tych, którzy rządzili państwem: króla i jego rodziny, dostojników, Hcnatorów, posłów, wodzów, słowem - wszystkich «bogów ziemskich». Naród się nie poprawił, ale to już nie Skargi wina! On spełnił swoje powołanie; i jako patriota, jeden z największych, jakich miała kiedykolwiek Polska, jako nauczyciel wiary, mo-rulności i miłości ojczyzny, głęboko i święcie wierzący, że go sam Pan Bóg do tego powołał, a wreszcie jako natchniony kaznodzieja i jako prorok, to grożący narodowi, ie go Pan Bóg pokarze upadkiem ojczyzny, to znowu, przeciwnie, wlewający weń wiarę, że się Pan Bóg zmiłuje nad swoim «ludem wybranym», który jest Jego (kościo­łem i kochaniem», jeżeli sobie tylko pokutą i poprawą to zmiłowanie wysłuży - jest Skarga w życiu polskim postacią niezwykle wielkiego znaczenia.

W historii literatury polskiej jest on także postacią wielką jako znakomity pro­zaik. Miał już lat czterdzieści, kiedy ogłosił pierwsze swoje dzieło (po łacinie) Pro sacratissima Eucharistia contra haeresim Zuinglianam, 1576 (Obrona przenajświętszej Eucharystii przed herezją Zwingliusza); od tej chwili, jak z rogu obfitości, sypały się jego dzieła: polemiczne i apologetyczne (tj. zwalczające poglądy przeciwników kato­licyzmu, zwłaszcza protestantów, i broniące Kościoła katolickiego, jego nauki i po­wagi), historyczne (poświęcone dziejom Kościoła katolickiego), żywoty świętych, broszury religijno-moralne i polityczne, wreszcie utwory, które opromieniły imię Skargi aureolą nieśmiertelnej sławy: kazania.
Wszystkie te pisma posiadają dwie wspólne cechy: po pierwsze, są pisane pięknym językiem, a tak popularnie, tak przystępnie, jak gdyby je autor przeznaczał dla dzieci; po drugie, wszędzie, nie wyłączając pism historycznych i Żywotów świę­tych. Skarga jest kaznodzieją pragnącym nie tylko pouczyć czytelnika o prawdach religii katolickiej i obowiązkach chrześcijańskich i nie tylko zasiać w jego sercu mi­łość tych obowiązków, jako najwyższego ze wszystkich dóbr życia, ale nadto skłonić wolę czytelnika do pełnienia czynów moralnych, to jest do naśladowania Jezusa Chrystusa. Żeby te wszystkie cele osiągnąć, żeby Polskę moralnie odrodzić, pragnął Skarga, żeby jego pisma mogli czytać wszyscy, i właśnie dlatego troszczył się tak bardzo o piękno i jasność, a jednocześnie o prostotę swoich pism: jak Polska Polską, żaden inny - do dziś dnia - kaznodzieja nie zespolił tak doskonale piękna stylu i jas­ności wykładu z prostotą, jak żaden nie może się równać ze Skargą siłą uczucia i po­lotem kaznodziejskim.
Najznamienniejszą cechą i zarazem wielką pięknością jego stylu, płynącą zaró­wno z jego żywej i poetycznej wyobraźni, jak ze świadomego celu, żeby przemówić nie tylko do rozumu i serca, ale i do wyobraźni czytelnika (i słuchacza) - jest wyrazi­stość (plastyka) i malowniczość; pod tym względem styl Skargi jest podobny do sty­lu Reja, z tą jednak wielką różnicą, że Skarga, obdarzony niemałym poczuciem estetycznym, rzadko wpada w pospolitość, którą tak często grzeszy Rej. Głównymi zaś środkami służącymi mu do osiągnięcia piękności stylu są przenośnie i porównania, na przykład: «Jako namilejszej matki swej miłować i onej czcić nie macie?... Bóg matkę czcić rozkazał. Przeklęty, kto zasmuca matkę swoje! A która jest pierwsza i zasłużeńsza matka, jako ojczyzna... która gniazdem jest matek wszystkich... i komorą dóbr waszych wszystkich?* «Jako sam Jan był zorzą przed Chrystusem-słońcem, goniec przed wielkim posłem, tak też jego chrzest był przed chrztem Chrystusowym; skoro słońce weszło, zorza ustała... skoro poseł wielki przyjachał, żaden się o gońcu nie pyta.» «Gdy się [Anna Austriaczka, żona Zygmunta III] we wszystko szczęście ludzkie, jako liii ja i róża, rozkwitnęła, owo zły wiatr na mięk­ki i wonny, i wszystkimi farbami ozdobiony kwiat uderzył, i uwiądł, i usechł, i ozdoba jego upadła.» «Zakon ten Societatis Jesu zgody mieć z heretyki nigdy nie może, jako charci z zającami i psy z wilkami.» Równie po mistrzowsku posługuje się Skarga uosobieniami, na przykład: «Jest stworzenie jako ślad boży, po którym po­znać, iż tam przeszedł» (Bóg);«... jako myśliwi po śladach zwierza szukają, tak czło­wiek rozumny, na świat patrząc, szukać Boga może i nie najdzie Go, jedno w niebie, nieogarnionego. Gdy patrzysz na słońce tak piękne i jasne, podobno byś rzekł: Bóg to jest. A słońce odpowiada: śladem ja jestem Jego, tędy przeszedł, a dalej Go szukaj! Toż mówi wszelka moc i piękność, i dostatek rzeczy na niebie i na ziemi: nie myśmy Bogiem, tędy przeszedł, dalej Go szukaj.»
W umiejętnym doborze wyrazów żaden pisarz staropolski nie dorównał Skar­dze; jak bardzo się troszczył o czystość mowy ojczystej, świadczy już to jedno, że w późniejszych swoich pismach usuwał germanizmy, których się dawniej nie ustrzegł, zamieniając na przykład «tańce» na «wesele», «folgować» na «dogadzać». Latynizmów natomiast nie unikał ani w słowniku, ani w składni; w budowie zdań wzorował się nieraz na Cyceronie, od którego się nauczył trudnej sztuki umieszcza­nia wyrazów w odpowiednim porządku i budowania często długich, ale niezmiernie przejrzystych okresów: i w tej także sztuce ani jeden pisarz staropolski nie może się z nim mierzyć. Słusznie nazwał go Stefan Witwicki1 «cudotwórcą języka polskiego i jego przemożnym panem». Niemniej słusznie powiedział o nim Birkowski: «Nierychło takiego kaznodzieje Polska nasza obaczy, który serca ludzkie trzymał w ręku swych i obracał nimi, kędy chciał, przez dziwną, a jemu tylko daną wymowę.» Ta wymowa Skargi działała na słuchaczów nade wszystko żywym słowem kaznodziei; ale niejeden z tych nawet, którzy tylko czytają jego utwory, nieraz poczuje się bądź wzruszonym rzewnością, bądź wstrząśniętym potęgą i wzniosłością (patosem) nie­których ustępów.

 Najpoczytniejszym ze wszystkich dzieł Skargi były i są Żywoty świętych Starego i Nowego Zakonu (1579): jeszcze za jego życia doczekały się dziewięciu wydań, a dzi­siaj liczą już ich blisko trzydzieści (z tych jedno - w pięćdziesięciu tysiącach egzem­plarzy). Olbrzymia ta księga (obejmująca blisko czterysta żywotów) nie jest oryginal­na: pisząc ją miał Skarga przed oczami dzieło łacińskie zakonnika niemieckiego Wa­wrzyńca Suriusa, które to tłumaczył, to przerabiał,-to skracał, to uzupełniał. Żywoty Świętych Starego Testamentu (Mojżesza, Jozuego itd.) opowiedział według Pisma świętego, żywoty świętych polskich - według kronik i legend polsko-łacińskich Oraz według ustnej tradycji. Sam życia świętych nie badał: nie o prawdę historyczną Siu chodziło, tylko o pożytek duchowy czytelników. Oto co pisał w przedmowie do wydania dziewiątego (1612):

Praca około pisania i na polski nasz język przekładania Żywotów świętych, którąm za pomocą boską przed lat trzydziestą i dwiema podjął, do tego mię czasu pociechą wdzięczną ochładza, iż widzę te księgi w ręku ludzkich, którymi pobożni gospodarze,domy swe i stoły okrasili, i duchowni, i uczeni,i wszyscy wobecna nie łaskawi, a ich czytania nie odmiatają... Przetoż... znowu ciebie, wdzięczny czytelniku, do czytania tych Żywotów świętych namawiam. Nie żałuj czasu, bo go dobrze obrócisz, który drugdy na próżności trawisz, gdy z pajęczyny płótno robisz, a z piasku zamki z dziećmi budujesz i motyle na powietrzu chwytasz, które pojmawszy porzucić, boć i ręce zmazą, musisz. Mówię, iż zabawy wszystkie w niestatku świeckim, jeśli duchowne opuścisz, do pożytkuć nie przyjdą... Jeśli na niebo i gwiazdy, i słońce tak piękne z roz­koszą patrzysz; jeśli ozdoby ziemie w górach i pagórkach, i polach, w zielono­ści i kwieciu, i w rzekach, i w lasach, i gajach ślicznych uciechę tobie miłą dają; jeśli na ptakach, śpiewaniu ich i piórkach pięknych, i na zwierzach rozmaitych dzikich i domowych oko twoje chłodzisz: a jako się, patrząc na święte boże, nie ochłodzisz? To wszystko nierozumne stworzenie jest, jako ślad tyło Boga nieogarnionego: a święci są jako twarz i obraz, i podobieństwo Jego. Na Boga jeszcze patrzyć nie możem, ale obrazem Jego ucieszyć się możem. O, jako wielka ochłoda!... Byśmy na święte często patrzyli, pewnie byśmy w miłości ku Bogu gorzeli. Oni są piękniejsi niżli niebo, słońce i gwiazdy... Przetoż na nie i dary boże w nich patrząc, do zamiłowania dobroci, szczodrobliwości i miłosierdzia Pana Boga naszego pobudzić się możem... Nie czytaj tych ży­wotów jako sarnę historyją, abyś tylko wiedział, ale jako naukę i żywą Ewan-geliją, abyś się z niej do czynienia pokuty i dobrych uczynków pobudzał...

Żeby zaś czytelnicy nie czytali Żywotów świętych jako samą historię, do każ­dego prawie żywotu dodał Skarga «obrok duchowny», to jest naukę pobudzającą «do czynienia pokuty i dobrych uczynków». Czytelnikom jednak podobały się za­pewne nie tyle te nauki, ile sama historia, to jest same żywoty; ale bo też w dawniej­szej literaturze polskiej darmo szukać opowieści tak swobodnych i potoczystych, tak pełnych prostoty, wdzięku i serdecznego uczucia: Żywot Pana Jezu Krysta Opecia-wydaje się czymś bardzo nieudolnym w porównaniu z Żywotami świętych Skargi. Ani poznać, że i one są przekładem albo przeróbką z łaciny!

Z ŻYWOTU ŚW. MARCINA, BISKUPA TURONEŃSKIEGO.

Czasu jednego, gdy szedł na mszą, zawołał na niego ubogi (a było zimno), prosząc o suknią. Rzekł do arcydiakona, aby mu suknia wnet była dana; a sam, do zakrystyjej wszedłszy, modlitwy czynił. Lecz gdy arcydiakon nagiego nie od­prawił1, werwał się do zakrystyjej ubogi, prosząc biskupa o miłosierdzie; a on, suknią z siebie zdjąwszy, gdy nikt nie widział, żebraka odprawił. A nie mogąc bez sukniej do ołtarza wyniść, gdy czas był mszej, rzekł do arcydiakona: «Nie wynidę, aż ubogiemu suknia będzie»-sam siebie rozumiejąc. A gdy już ubogiego nie było, wymawiał się arcydiakon; a on jednak suknią do siebie przynieść kazał. Rozgniewany tedy arcydiakon, szedłszy do bliskich kramów, kupił suknisko grube i porzucił je u nóg św. Marcina. A on, tajemnie każąc mu wyniść, na się onę suknią włożył. A gdy mszą miał, suknią pod spód obleczony, koło ogniste, z jego głowy wychodzące z promieniami jasnymi, z wielkim po-dziwieniem niektórzy widzieli. A iż suknia ona, nie wedle wzrostu św. Mar­cina, nagich jego ręku, gdy Ciało Pańskie podnosił, nie pokrywała, Pan Bóg onymi niebieskimi promieniami ręce jego gołe pokryć raczył.

Z ŻYWOTU ŚW. FRANCISZKA Z ASYŻU.

Bestyje nieme bracią swoją i siostrami z wielkiej łaskawości zwał... Baranki na zarzezanie wiedzione często wypraszał, na Chrystusa wspomniawszy, albo je okupował, czym mógł. W polu owce... spotkawszy, wszystkie się do niego skupiły i radość mu nie­jaką pokazały. Owieczkę mu raz dano, której mówił, aby chwaliła Pana Boga, braciej się nie przykrzyła; rzecz dziwna, gdy usłyszała, iż bracia w kościele śpiewali, zawżdy tam biegła i przed ołtarzem Bogarodzicy, jako mogła, klękała; toż czyniła, gdy Ciało Boże podnoszono. Zające do niego się, od innych ucie­kając, cisnęli; ptaszki, gdy kazał, do niego lecieli. Raz wszedł między stado ptaków śpiewających, a żaden się nie ruszył; i gdy z bratem mówić tam pacie­rze począł, a słyszeć się dla wrzasku ptasząt nie mogli, rzekł św. Franciszek: «Bracia ptaszkowie, umilknijcie, aż się z służbą bożą odprawiemy»; wszyscy K umilknęli i nie poczęli śpiewać, aż im kazał.

 Kazań zostawił po sobie Skarga blisko dwieście. Są to Kazania o siedmi sakramentach (1600), Kazania na niedziele i święta (1595) i Kazania przygodne (1600). Pierwsze mają charakter dogmatyczny; drugie są wykładem odpowiednich urywków Ewangelii z dołączeniem nauki moralnej; na trzecie składają się kazania okoliczno­ściowe: nawołujące do pokuty, pogrzebowe (na przykład na pogrzebie Anny Jagiel­lonki i Anny Austriaczki), dziękczynne, czyli triumfalne (na przykład Pokłon Panu Bogu Zastępów za zwycięstwo inflanckie nad Karolusem, książęciem sudermańskim, 1605, i inne). Do kazań zaliczyć można także różne nauki moralne, na przykład: Czytania Bractwa Miłosierdzia w Krakowie, Żołnierskie nabożeństwo i inne. Pod koniec życia wydał Skarga wszystkie swoje kazania i nauki w dwóch wielkich księ­gach: Kazania na niedziele i święta całego roku... przyłączone są do nich Kazania o siedmi sakramentach (1609) i Kazania przygodne z inymi drobniejszymi pracami o różnych rzeczach wszelakim stanom należących (1610).
Jak Skarga pojmował swoje obowiązki jako kaznodzieja, kogo i czego uczył W swoich kazaniach, to sam najlepiej wyjaśnił w dedykacji Kazań na niedziele i święta napisanej prozą, ale będącej w istocie rzewną, poetyczną elegią; na rzewniejszą zdobędzie się literatura polska dopiero w dumaniu Mickiewicza «na paryskim bruku».

  NAJAŚNIEJSZEMU I NIEZWYCIĘŻONEMU MONARSZE, ZYG­MUNTOWI TRZECIEMU, Z ŁASKI BOŻEJ KRÓLOWI POLSKIE­MU I SZWEDZKIEMU, WIELKIEMU KSIĄŻĘCIU LITEWSKIE­MU ETC. ŁASKA I POKÓJ OD PANA I BOGA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA.

Już sobie podrobiwszy, Najaśniejszy Miłościwy Królu, Panie mój, po dwu i trzydziestu lat rzemięsła mego kaznodziejskiego tą trochą podłej prącej w zo­stawieniu pisma, nauki, którąm w imię Chrystusowe rozsiewał | zamykam wiek mój i dni te złe i krótkie drogi mojej. Zwątlony i jako Samuel prorok mówi, zstarzały i zasiwiały, niedługo ustanę. Czas mi na pokój: czeka mię ko­mórka1 w domu ubogich ojców moich2, do której rychło gość on niebywały3 z czeladką swoją, z niemocami i boleściami, zakołace. Boże, daj mu się śmiele odezwać i drzwiczki otworzyć, i z ochotą mówić: «Witaj, spodziewany gościu!
Czekałem cię w teskności żywota tego i kłopotach jego; chałupka ta pogniła i błotem ulepiona, którą obalisz, obrócić się ma w dom nie ręką budowany i wieczny; duszy wrota do pokoju otworzysz, a nad ciałem krótką pociechę mieć będziesz!» Boże, daj takie serce mieć na onę godzinę i mnie, i każdemu wiernemu!
Myślę, jako się sprawię1 Chrystusowi, Panu i Bogu memu, który mię na tę swoje robotę posłał i talenty swymi, wedle małej siłeczki mojej, nadał i opa­trzył. Gdy spyta: «Coś mi zrobił ? wiele i jakicheś mi pożytków przyczynił ?»-a ja z czym się postawię? co ukażę? Zawstydziwszy się i przestraszywszy rzeknę:
Panie! Posłałeś mię do domu Polewskiego, do Zygmunta Trzeciego, pana dwu wielkich królestw, do domu i senatu, i rycerstwa, i sług, i poddanych jego. Nauczałem i upominał Pana swego, pomazańca Twego, na którym nawięcej należało2, od Ciebie i Twoim boskim imieniem: aby Ciebie znał, Boga swego, któryś go wyniósł i głową nad tak wielkimi i szerokimi narody postawił, i w ręce jego dałeś takie państwa i nieprzeliczony poczet ludu Twego, któryś Twoją krwią odkupił; aby sobie mądrości i rozumu prosić u Ciebie i nabywać staranim pilnym na tak trudne i ciężkie rządzenie umiał; aby się w bojaźni Twojej i we wszytkiej pobożności utwirdzał i kochał, służbę świętą Twoje i chwałę rozmnażał, kościołom Twoim i wierze świętej obronę wszelaką i wysługę czy­nił, Wedle praw Twoich panował, sprawiedliwości i karności nie odstępował, miłość uprzejmą3 ku poddanym i ku prawom ich zachował, i prace żadnej i czujności w obmyślaniu dobra pospolitego i obrony, a zachowania w całości Korony wszytkiej nie żałował; aby si^ w mądrych i bogobojnych kochał i rady ich używał, pochlebstwa się strzegł, w próżnowanie się i w rozkoszy nie wda­wał, duchowne i świeckie urzędniki i sprawce ramienia swego pobożne i dobre wszędzie stawił i inymi, wedle prawa Twego i wolej boskiej Twojej, drogami chodził. I obiecowałem mu od Ciebie, Jezu Chryste, mocną rękę Twoje nad nim i powodzenie wszytkiego, co by począł.
I do rady, i do senatu jego, i do rycerstwa jego, i do domu, i do sług jego, i na sejmach, i zjazdach odprawowałem, Panie Zbawicielu, poselstwo Twoje: upo­minałem, aby obie matce swoje, Kościół boży i ojczyznę, w jednym końcu złączone, wiernie i uprzejmie miłowali; aby ich kacerstwy nie rozróżniali, a niezgody między nie nie siali, którą się obiedwie zabijają; aby wierną radę dawali, pa samo się dobro pospolite oglądając, a domy i prywaty swoje dla niego radzi tracąc, gdyby tego potrzeba; aby pany króle swoje na wzór przod­ków swoich wiernie czcili i onym posłuszeństwo oddawali, i o ich się niecześć gniewali, i szemrania się wszelakiego o nich strzegli; aby uprzejmość i całość serca miedzy sobą zachowali; aby wolnością swoją nie ginęli, a niewolej obcych panów na się nie przywodzili. Wołałem na nie, Panie, aby na niewierność, mężobójstwa, cudzołóstwa, kazirodztwa, lichwy, wydzierania, najazdy i inne srogie grzechy - lepsze prawa i prędszą sprawiedliwość naleźli, a zmazaną krwią i krzywdami kościołów i ubogich* i uciążeniem poddanych ziemię swoje oczyściali; aby hardości, zbytków i próżnych utrat w jedwabiach i winie, i roz­koszach zaniechali, a dostatek swój na obronę Rzeczypospolitej i ojczyzny mi­łej, na ubogie i na kościoły obracali. Groziłem im, jakoś rozkazał, gniewem Twoim, zgubą i pożarciem ich od nieprzyjaciół i spustoszenim, i przeniesienim królestwa ich do innych narodów; ukazowałem, jako pogański miecz nad nimi wisi, który sąsiedzkie zdrowia i majętności pożera, aby się przykłady srogości Twej ukarali, a o więtszych grzechach swoich, które tejże sprawiedliwości nie ujdą, myślili i z nich powstawali.
Cóżem dalej czynić miał, mój Panie ? Uprzejmiem i z serca nawrócenia i po­prawy ich, i zbawienia ich pragnął (Ty wiesz!) i rad bych na to zdrowje ważył, abych na dobre ich i ojczyzny ich patrzył. Miłować-em chciał cześć Twoje i pożytki Twoje, aby praca i wylanie drogiej krwie Twojej na nich nie ginęło.
Nie wiem, czym się dzieje, iż nie pomaga im poselstwo Twoje i wołanie mo­je : do pokuty rzadki barzo powstaje. Twarda rola strudziła wołu starego, a pra­cy na niej w dobrym żniwie nie znać. Chytre ryby, od sieci Twej uciekając, po-imać się nie dają. Mówić z prorokiem Micheaszem muszę: «Niestety mnie, na złym czas trafił, na jesień, w której jagody już pozbierano, a rzadko się co naleźć może, jako gruszki po otrzęsieniu i kłosy po żniwie.» Zebrane są z tego królestwa one słodkie jagody - mężowie oni nabożni, mądrzy, mężni i potężni, cnót i poczciwości, i ojczyzny wielcy miłośnicy, którzy i upadku Korony we­sprzeć mogli.
Nie masz dostałych jagód, mało pociechy! Łakomstwo, hardość, łupiestwo, zdrada, niestatek wszytkich opanował; niesprawiedliwość i nieprawda górę wzięła; lichwy i złupienie dóbr pospolitych nastąpiło; zginął święty z ziemie i prostego a uprzejmego miedzy ludźmi nie naleźć; jeden drugiego krwie pra­gnie: mąż brata swego na śmierć łowi. Złość w ręku swoich dobrocią zowią; panowie wszytko mówią: «Daj, daj»; sędziowie zapłaty i darów czekają; możni przewodzić myśli swoje chcą. Nalepszy miedzy nimi przedsię kole jako cie-rznie z płotu. Jedni nas, fałszywi sami, fałszywymi proroki zowią, choć jawne od Ciebie, Pana naszego, świadectwa mamy. Drudzy słuchają, a nie czynią, wiarę mają katolicką, a ręce heretyckie. Drugim słowo Twoje jest za śpiewanie i muzykę, po której się słuchaniu nic nie zawiąże: chwalą kazania, a żywota swego nie poprawują.
Któż winien, Panie ? Straszliwe sądy są Twoje: ze mnie może być przyczyna! Abo bojaźnią, abo niedbalstwem, abo nieumiejętnością psuję żniwo Twoje. Któż się Ciebie nie przelęknie. Panie? Kto się wyliczy i przed Tobą uspra­wiedliwi? Kto się nie przestraszy na liczbie z sługami Twymi? Jeśli świecki mędrzec, na złego ucznia patrząc, mistrza jego bić i karać kazał: a cóż Ty, sprawiedliwszy nad wszytki ludzie, czynić z nami będziesz, gdy tak złe słuchacze nasze widzisz? Lecz, Panie, przyjmi wymówkę posłańca Twego, jakoś sam powiedział: «Jeśli stróż na wieży wołać będzie: oto idzie nieprzy­jaciel!» - a ludzie się nie przestrzegą, sami sobie winni zostaną, a stróż wolny, bez karania będzie! Uczyńże mię wolnym, Panie, bom ci wołał na nie i prze­strzegał ich, i Tobiem co dzień ofiary za nie czynił, i modlitwa moja, i pokłon mój nigdy za nie przed Tobą nie ustał. Otom i na tych kartach pisanie zostawił, znaki robótki małej mojej. Proszę - i ze mną, i z tymi, co mię słuchają, nie wchodź w sąd, ale zwyczaju i-natury swojej używaj nad nami! «Nie dla nas», ale dla samego siebie, jakoś u proroka rzekł, «dla chwały wielkiej Imienia Twego», uczyń z nami przymierze wieczne, a nie przestaj nam dobrze czynić! Daj bojaźń Twoje w serca nasze, abyśmy Cię nigdy nie odstępowali, a czyniąc nam dobrze, miej pociechę i wesele swoje z nas! «Daj nowe serce i nowego ducha, a oddal kamienne, a daj mięsiste serce», a spraw to, abyśmy chodzili w rozkazaniu Twoim, abyśmy ludem Twoim nigdy być nie przestali, a Ty Bogiem naszym zawżdy zostawał!

Podobne prace

Do góry