Ocena brak

Pamiętnik z powstania warszawskiego

Autor /Oliwka Dodano /11.03.2011

Tekst poprzedza motto: Historia przyszła do mnie, a nie ja do niej. I przeszła się po nas fest.6

Relacja rozpoczyna się od l sierpnia, od pierwszego dnia powsta­nia. Narrator (Miron) przedstawia wygląd ulicy i stan pogody tego dnia (mieszkał przy Chłodnej nr 40 z matką). Sytuacja była jeszcze normalna. Informuje czytelników, że pisze tekst z perspektywy czasu i przeżyć. Często wybiega w przeszłość, zwłaszcza kojarzy fakty i charakter zdarzeń z okresu powstania z tymi z września 1939 r. Zapewnia, że opisuje tylko prawdę, choć może dokładność niektórych detali nie jest wystarczająca. Teraz mam czterdzieści pięć łat, po tych dwudziestu trzech łatach, leżę na tapczanie cały, żywy, wolny, w dobrym stanie i humorze, jest październik, noc, 67 rok, Warszawa znów ma milion trzysta tysięcy mieszkańców (5).

l sierpnia po południu, na prośbę matki, Miron udał się na ul. Staszica do kuzynki Teika po chleb. W drodze powrotnej zauważył zamieszanie, dowiedział się o zabiciu dwóch Niemców na Ogrodowej. Poszedł ze Staszkiem do Ireny R, koleżanki z tajnego uniwersytetu (o siódmej był umówiony z Haliną, która mieszkała na Chmielnej 32 z Zochą i Ojcem Mironazapis imion, pisownia wyrazu Ojciec – według M. Białoszewskiego). Słychać odgłosy strze­laniny. Trzeba było zostać na noc u Ireny.

W deszczu i huku wystrzałów przebiegał drugi dzień powstania. Miron nie przyłączył się do walczących, ale uczestniczył w budowa­niu barykad, najpierw prowizorycznych, a potem solidnych, z płyt chodnikowych wyważanych łomami dostarczanymi przez tramwa­jarzy. Co pewien czas autor podaje ogólną sytuację na frontach II wojny, np. Na zachodzie szła od czerwca ofensywa aliantów przez Francję, Belgię, Holandię. I od Włoch. Front rosyjski stał na Wiśle. Warszawa weszła w drugi dzień powstania (7). W mieście ustaliło się kilka frontów, trwały walki o poszczególne części ulic. Z nadzieją czekano na nadciągający od Modlina front niemiecko-rosyjski. Kolejne wachy (kamienice opanowane przez Niemców, którzy strze­lali z okien) zagrażały ludziom. Słychać było pociski z dział, samolo­ty zrzucały bomby, czołgi miażdżyły barykady. Matka przybiegła do Ireny, by sprawdzić, co się dzieje z Mironem. W pochmurne dni 2 i 3 sierpnia – spadło dużo bomb, były pożary, budowanie barykad, ucieczki do piwnic i schronów. W bramie na Chłodnej zatknięto polską flagę. Niemcy zareagowali natychmiastowym ostrzałem. Rozeszła się wieść, że hitlerowcy wysadzili wachę na rogu Waliców. Zniszczono przy tym pięć kamienic. Wszędzie kłębił się rudoszary pył. Ludzie uciekali na Wolę, a następnego dnia ci sami i inni z Woli przed Ukraińcami, którzy mordują i palą na stosach ludzi. Została zdobyta wącha i Chłodna była wolna. Materiał ze zniszczonych kamienic wykorzystywano do budowy kolejnych barykad. Stale słychać naloty i spadające bomby. Pan Hanneberg podcinał i zrzucał druty tramwajowe, żeby zaplątały się pod czołgi. Jego dwaj synowie zginęli w powstaniu.

Krakowskie Przedmieście zostało zniszczone. Polaków gnano przed czołgami, żeby powstańcy do nich strzelali. Za pomocą tych żywych tarcz Niemcy wdzierali się coraz głębiej, zaś powstańcy musieli ustępować. Stale ktoś mówi o zbombardowaniu kolejnych ulic.

Miron postanowił wrócić do domu. Zastał tam dawną ich sublokatorkę, Żydówkę, którą nazywał Babu Steru. Teraz występowała pod nazwiskiem nieżyjącej Zosi Romanowskiej. Była to odważna kobieta, która z tupetem jeździła na pomoście tramwaju „Nur für Deutsche” (Tylko dla Niemców) i wykłócała się z Niemcami w tłoku (dobrze mówiła po niemiecku). Handlowała agrafkami, czeską biżuterią. Wyprowadziła się z kuchni Białoszewskich w obawie przed dozorczynią, która zorientowała się, że to Żydówka. Stefa przeżyła wiele wojennych przygód. Została aresztowana, kiedy ktoś podrzucił jej w tramwaju opaskę. Została wraz z innymi odbita przez powstańców. 5 sierpnia, w czasie powstania, po dwu latach, znowu zamieszkała z rodziną Białoszewskich.

Trwają naloty, trzeba chować się w schronach, domy obracają się w gruzy, płoną. Ludzie modlą się, krzyczą, uciekają w popłochu z ulicy, potykają się o leżące ciała zabitych. Zbombardowano szkołę na Lesznie, zginął m.in. syn pani Górskiej. Ciągle ktoś wzywa do gaszenia pożarów, brakuje wody, podstawowym środkiem gaśniczym jest ziemia. Oprócz bomb spadają bombki zapalające, które trzeba szybko przysypywać ziemią. Miron z matką i Stefą w popłochu udają się do ciotki Józi na Ogrodową 49. Tam mężczyźni biją się siekierami, kobiety przy kuchniach – wybuchają różne konflikty. Bombardowanie się nasila, trzeba chronić się w piwnicy. Dochodzą wieści o mordowaniu przez Ukraińców. Kilkadziesiąt tysięcy osób zabito na samej Woli 5 i 6 sierpnia. Niektóre niedostrzeliwane pod­palono razem z tamtymi niby-zabitymi. Rzucało się ich na wspólne stosy. Ze szpitala Świętego Stanisława, róg Wolskiej i Młynarskiej (teraz Szpital Zakaźny nr 1), rozstrzeliwali i wyrzucali żywcem chorych przez okna na dziedziniec. Tam podpalali, jak szło. Żywych czy nie. Zagrzebywali na miejscu (18-19). Białoszewski dodaje, że jako dziennikarz widział rzędy ciał podczas ekshumacji w 1946 r.

Pomógł sanitariuszce zanieść rannego do powstańczego szpitala w stronę Sądów. Inni obawiali się wyjść ze schronu. Miron zastanawia się, czy wtedy latały gołębie i dochodzi do wniosku, że chyba uciekły lub się pochowały. Warszawa była opanowana przez żywioł walki.

Odwiedziwszy Irenę i jej dwie znajome w piwnicy na Chłodnej, Miron zaproponował im wyprawę w stronę Starówki, na Rybaki, gdzie spodziewał się zastać przyjaciela, Swena. Były tam dwupiętrowe żelbetowe bloki. Powstał projekt, żeby przepłynąć Wisłę a potem udać się w kierunku na Żerań i Jabłonną, gdzie stacjonują Rosjanie. Okazało się, że Miron zabrał z sobą klucze od domu, chciał wrócić, ale powstańcy go poinformowali, że tam są już Niemcy. Po wielu trudnościach Irena, Jadźka, Heńka i narrator docie­rają do celu. Okazuje się, że Swen, jego narzeczona, Matka, ciotka, jej syn Zbyszek, pani Ad. (autor używa skrótów niektórych nazwisk) z małą córeczką śpią w schronie.

Życie mieszkańców Warszawy przeniosło się do piwnic. Tam na prowizorycznych legowiskach nocowali, gotowali na kuchniach zro­bionych z trzech cegieł, spacerowali połączonymi korytarzami piwnicznymi, modlili się, słuchali radiowych wiadomości, przekazy­wali sobie gazetki powstańcze wydawane przez różne organizacje (zwłaszcza AK i AL), w wyznaczonym miejscu załatwiali potrzeby fizjologiczne, gromadzili wodę na wypadek pożaru. Nauczyli się żyć w nienormalnych warunkach, by za wszelką cenę chronić się przed pociskami i bombami. Nad tym podziemnym miastem w pewnych dzielnicach toczyła się zacięta walka, w innych było spokojnie, rosły rośliny. Wojna doprowadziła do tego, że nie tylko wybrzeża, ale i Aleje Jerozolimskie były obsiane i obkwitłe w lipcu kartoflami (25).

7 sierpnia wyjaśniło się, że przepłynięcie Wisły jest niemożliwe. Nawet w nocy Niemcy pilnują i strzelają. Narrator przypomina sobie, jak żałował, że nie było go w Warszawie podczas słynnego 12-godzinnego bombardowania Warszawy 25 września 1939 r. Teraz, kiedy był w centrum zdarzeń, najchętniej by stąd uciekł.

Siostry Sakramentki (pisownia z wielkiej litery – za M. Białoszewskim) wydawały przy ul. Starej darmowe obiady do ok. 13 sierpnia. Chętnie z nich korzystano, bo kończyła się żywność. Wyskakiwano na podwórze po dynie, które zaraz zjadano.

Autor opisuje zabytkowe budowle, m.in. należące do zgromadzeń zakonnych, kościoły, bramy – wspomina o stylu architektonicznym, o detalach zdobiących wnętrza i frontony.

Powstańcy starali się utrzymać najważniejsze obiekty w swoich rękach: wodociągi, elektrownię na Powiślu, magazyny żywności na Stawkach. Z czasem tracili kolejne pozycje i dzielnice. Zaczynało brakować wody, trzeba było chodzić po nią w miejsca, gdzie w wodociąg trafiła bomba lub do odległych studni. Łączność odbywała się kanałami – informacje przenosiły dziewczęta i mali chłopcy.

Próba przeprowadzki do tunelu, do odnalezionej ciotki Trocińskiej, okazała się nieporozumieniem – podczas gdy na górze panowały upały, pod ziemią w przeciągu było bardzo zimno. Trzeba było ulokować się na nowo w piwnicy. Swen zaangażował się w prowadzenie wspólnych modlitw przy ołtarzu. On i autor Pamiętnika napisali litanię z prośbami wynikającymi z aktualnych potrzeb. Oto jej fragment:

 

 

Od bomb i samolotów – wybaw nas, Panie,

Od czołgów i goliatów – wybaw nas, Panie,

Od pocisków i granatów – wybaw nas, Panie,

Od miotaczy min – wybaw nas, Panie

 

(37)

 

 

Jej tekst rozpropagował w piwnicach pewien inżynier. Stała się wówczas bardzo popularna.

Rozeszła się wieść, że Niemcy wprowadzili do walki nową broń („V”). Pewnego dnia nie wrócił na noc tramwajarz. Poszukiwanie nie dało rezultatu. Powstańcy nie mieli wystarczająco dużo broni i żywności. Alianci próbowali dokonywać zrzutów, ale było ich mało i najczęściej upadały na stronę Niemców. Było coraz więcej ciężko rannych. W piwnicach powstawały kolejne szpitale. 13 sierpnia Niemcy podstępnie doprowadzili do śmierci wielu ludzi. Pozwolili Polakom zdobyć czołg, a kiedy ci w euforii prowadzili go ulicami wśród wiwatujących tłumów, doszło do wybuchu.

Kończyły się suchary zgromadzone przez Mamę Swena. Jedna z sąsiadek poprosiła chłopców o przyniesienie mąki z jej mieszkania – trochę dla niej, resztę dla swoich. Widmo głodu było przerażające – mimo strachu Swen i Miron przynieśli żywność. Kolejna wyprawa w tym celu omal nie zakończyła się katastrofą (pocisk), ale też była uwieńczona sukcesem (Miron uciekł, Swen przyniósł mąkę).

Warszawa paliła się. Powstanie nie poruszyło reszty Polski. Wojska radzieckie nie przyszły z pomocą. Siły walczących i zapasy żywnoś­ci oraz broni kurczyły się. Niemcy zdobywali kolejne ulice i dziel­nice. Ludzie stale nasłuchiwali odgłosów bomb. Niektóre okazywały się niewypałami. Autor starał się oddać odgłosy, świsty, podmuchy, wybuchy przy pomocy odpowiednio dobranych i zapisanych głosek, np. wh...sz...wh rzsz...wh...sz (49).

Wspólnym wysiłkiem, metodą taśmową, wymieniono wodę w beczce przeciwpożarowej, która coraz bardziej śmierdziała i była źródłem konfliktów.

15 sierpnia, w uroczystość Matki Bożej Królowej Polski i cudu nad Wisłą (1920), modlono się na wspólnej mszy św. (około 500 osób) w piwnicznej kaplicy. Był to piętnasty dzień powstania. Mówiono o Rosjanach, którzy nie reagują, czekano na drugi cud. Msza zakończyła się pieśnią Boże, coś Polskę... Znowu zaczęło się bom­bardowanie. Paliły się zabudowania Sakramentek, a one zabijały zwierzęta i rozdawały ludziom, opatrywały rannych – z sióstr klauzurowych, ukrytych za kratą, stały się działaczkami, wspomagały też wojsko, które część żywności oddawało cywilom (niestety, mięso nieświeże).

Miron postanowił odwiedzić ciotkę Lipmcię (Olimpie) i babkę Franię (ciotkę Mamy i jej córkę), żeby dowiedzieć się czegoś o swo­jej Matce (ciągle sam miał klucze od mieszkania). Z trudem dotarł na Bielańską 16 do ciotki oraz do pałacu do babci. Niczego się nie dowiedział, poza tym, że na Chłodną nie uda się dojść, ale został dobrze nakarmiony gęstym krupnikiem.

Miron przypomina wrzesień 1939 r., klęskę, śpiewaną po pod­wórzach piosenkę Dnia pierwszego września. Wówczas wydawało się, że z Warszawy pozostały gruzy, a tymczasem całkowite zniszcze­nie dokonało się później: podczas likwidacji getta i w powstaniu warszawskim. Miron przypomina Wielkanoc 1943 r., kiedy Polacy świętowali, korzystali z rozrywki w lunaparku na placu Krasińskiego, gdy paliło się getto i wiało gęstym dymem. Ocenia, że powstańcy źle obliczyli siły Niemców. Warszawa wciąż żyła nadzieją na pomoc. Ludzie obawiali się, że Niemcy wejdą do piwnic i wymordują ich granatami. Kobiety zaczęły nawoływać do poddania się.

17 sierpnia, w dzień św. Jacka i św. Mirona, narrator poszedł do kościoła św. Jacka. W jego wnętrzu jeszcze groźniej brzmiały odgłosy pocisków i „szafy”, która potrafiła wyrwać w górę cztery piętra. W gazetce zamieszczono wiadomość o zbombardowaniu katedry. Mówiono, że tam, wśród barykad z konfesjonałów i worów z cukrem, toczyła się walka. Podobnie we wnętrzu kościoła Świętego Krzyża (powstańcy na kościele. Niemcy na organach – 62).

Narrator opisuje metody przeprawiania się w inne miejsca kanałami, rozmowy prowadzone w kolejce do latryny, zbiorowe mod­litwy w poszczególnych piwnicach, gotowanie i jedzenie, w które sypał się tynk z sufitu podczas wybuchów bomb. Miron żartobliwie stwierdza, że w czasie wojny następuje wybuch matriarchatu – kobie­ty z troski o bliskich nakazują kryć się, nie wychodzić. Z miasta znikają zwierzęta – psy i koty. Są przedmiotem polowania (głód staje się coraz bardziej dotkliwy).

W Warszawie było 55 tysięcy powstańców. Często do różnych prac angażowali cywilów. Takie akcje były bardzo ryzykowne. Miron opisuje przenoszenie barykady, zakończone upuszczeniem przez kogoś blachy i błyskawicznym ostrzałem. Ludzie stale się przemieszczają. Uciekają w pozornie spokojniejsze miejsca. Przybywają też znajomi – Lusia Romanowska z Mareczkiem, jej matka – pani Rymińska i ciotka tejże – pani Zosia. Następuje wymia­na informacji, co dzieje się w różnych dzielnicach. Po zbombardowa­niu bloku przyszedł ksiądz, który udzielił ostatnich sakramentów. Po odmówieniu Spowiedzi powszechnej wszyscy przyjęli komunię świętą z pragnienia (74) – nie było opłatków.

Przeniesienie się do dużego schronu nie dawało poczucia bez­pieczeństwa. Można było wyjść z zagrożonych terenów kanałami, ale trzeba było mieć specjalną przepustkę. Podjęto decyzję o ucieczce do Sakramentek. Po nocnej pracy z 25 na 26 sierpnia przy okopach Miron wraz z bliskimi wyruszył w nowe miejsce. Została tylko ciotka Zosia. Wejście po odsłoniętej skarpie było bardzo ryzykowne. Trzeba było pomagać pani Rymińskiej. Wysypały się przy tym nie­sione przez narratora suchary. W obawie przed głodem starał się jak najwięcej zebrać, ryzykując życiem. U Sakramentek był nieludzki tłok (tysiąc osób pod kościołem). Kolejne miejsca też już były zajęte (ludzie chronili się w kościołach i pod gruzami wielkich budowli oraz w innych ocalałych choć w części budynkach). Po wędrówkach i rozczarowaniach postanowili zostać w piwnicach Izby Rzemieślniczej przy ul. Miodowej. Ułożyli nowe legowiska z desek, zbudowali kuchnię z cegieł. Chodzili po wodę i wziąć „prysznic” w miejsce, gdzie bomba uszkodziła rurę. Mydła nie było. W pobliżu wycieku wody kobieta obmywała rany męża. Po trzech dniach woda skończyła się. Wychodzenie na podwórze było niebezpieczne, dlatego w odległym pomieszczeniu załatwiali potrzeby fizjologiczne.

W piwnicy zmarła kobieta, z którą przybyła tu pewna rodzina. Jęczała, ale nikt się chorą nie interesował. Kiedy wynoszono ciało, padły bomby. Rzucono ją na podwórku – leżała w kucki. Rozkraczona. Cały dzień, cala noc. I dalej. Bo naprawdę nie było jak i kiedy pochować. Niby (95).

Coraz bardziej doskwierał brak wody i żywności. l września Mama Swena ujawniła tę straszną prawdę. Trzeba było zdobyć żywność. Swen i Miron dopiero po wojnie przyznali się sobie, że pomyśleli o zabraniu obrączki leżącej na podwórzu niepochowanej kobiety.

Sanitariusz Henio zaproponował kolegom transport ciężko rannego (znajomego porucznika) kanałami. Była to dla nich szansa opuszczenia zagrożonego miejsca. Wypertraktowali jeszcze zgodę na zabranie Zbyszka. Ciężko rannych, mimo wyrzutów sumienia, zostawiano. Nie można było z sobą nic zabierać poza chlebakiem. Powstańcy wycofywali się. Starówka upadła. Po pożegnaniu z rodziną chłopcy przejęli rannego i udali się do włazu. Regulowano przy nim ruch, zabierano bagaże. Przejście trwało pięć godzin. Ranny bardzo cierpiał, ale nie było środków przeciwbólowych. Trzeba było pokonywać bardzo niskie, ciasne odcinki i ciągnąć obolałego pow­stańca. Wokół była lepiąca się maź, na dole brudna woda. Niewielkie światło dawały niesione co kilka osób świeczki. Przez włazy Niemcy wrzucali granaty. Po drodze idących mijały łączniczki. Informowano się nawzajem, pod jakimi ulicami przechodzą (Miodowa, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat). Przed nimi szła dwustuosobowa grupa „Parasola”. Po wyjściu z kanału rannego przejęły sanitariuszki. Miron, Swen i Zbyszek udali się do Ojca Mirona na Chmielną 32. Tu ludzie przebywali w mieszkaniach, nie w piwnicach. Zocha, Stacha, Halina, Ojciec już spali (środek nocy). Miron przywitał czule Halinę, z którą spotkał się właśnie miesiąc po umówionym terminie. Nastąpiła żywiołowa wymiana informacji, mycie, przebranie się i przede wszystkim jedzenie.

Halina i Miron rozważają przystąpienie do powstania. Niechętnie przyjmują nowych, ponieważ brakuje dla nich broni. Zocha, kochanka Ojca Mirona, wydawała na swojej kwaterze posiłki. Jadano wtedy cokolwiek, byle się dobrze, tzn. kalorycznie, najeść (np. makaron ze smalcem i sokiem owocowym). Ojciec (Zenek) należał do AK. Zabrał Mirona i Swena do drukarni gazetek, gdzie jako zecer pracował wuj Stefan. Śródmieście zostało częściowo zbombar­dowane. Warszawiacy bronili się, jak tylko mogli. Ojciec i Halina opowiadali o „smarkaczu”, który butelkami z benzyną zniszczył kilka czołgów i sam zginął. Irena P. opowiadała o tym, że Woytowicz urządził w kawiarni na Nowym Świecie koncert chopinowski. W kinie „Apollo” wyświetlano film dokumentalny z walk w kościele Świętego Krzyża.

3 września, w świątecznej atmosferze, Miron urządził „popołudnie autorskie”: czytał swój poemat i rozpoczęty dramat o powstaniu.

Ojciec zajmował się wyrabianiem fałszywych niemieckich doku­mentów (ausweisów). Trzeba było wielu zabiegów, żeby zdobyć ory­ginalne stemple a następnie podpisy. Po akcji zdobywania Poczty Głównej Ojciec zorganizował wyprawę 20 cywilów po cukier dla wojska i na prywatne potrzeby. Upadło Powiśle.

Zaczęły się kłopoty zdrowotne: wymioty i biegunki. Brak wody, rozkładające się trupy wzmagały zagrożenie epidemią. Naloty nasi­lały się, trzeba było zejść do schronu. Po wodę chodziło się na Chmielną. W kolejce zauważono znaną w Warszawie Wawę – w kapeluszu, ze sztucznymi rzęsami. Organizowano prowizoryczne ubikacje. W jednej z takich latryn Miron rozpoznał poetę Wojciecha Bąka.

Zostawiwszy w mieszkaniu koty, z torbami i walizami trzeba było nocą z 6 na 7 września przenieść się w bezpieczniejsze miejsce, tzn. na Nowogrodzką, do Mięcia, kolegi Ojca. Następna kwatera to piwni­ca na Wilczej w kamienicy, gdzie mieszkali Jadwiga i Stanisław Woj – znajomi Ojca, Zochy i Haliny. Pani Jadwiga szyła dla żołnierzy potrzebne rzeczy. Tymczasem Swen znalazł na Żurawiej Dankę, była łączniczką w AK, nadawała komunikaty szyfrem przez radio. Swen przeniósł się do niej. Zbyszek podjął starania o włączenie w szeregi powstańców. Za zgodą pani Rybkowskiej zamieszkali całą grupą na parterze w jej mieszkaniu. Podczas pobytu na Wilczej uczestniczono we mszy św. Po niej była spowiedź powszechnabyła to ostatnia dająca się odróżnić od innych dni niedziela.

Autor wspomina zabawy (w czołgi) i rozmowy dzieci państwa Wi – o spalonych domach. Przedstawia wartość piwnic z kleinowskimi sklepieniami, które były odporne na wstrząsy i wybuchy. Stwierdza: Śmierć była zasadą. Największą możliwością. Prawie jedyną (138) i stawia dramatyczne pytania, czy ratować zawalonych, kto i czym ma to robić oraz czy to jest w porządku, że giną ludzie. W gruzach zbom­bardowanego domu znalazł się Swen, którego jednak odkopano. Trzeba było chodzić po wodę nocą, kilka godzin.

Z 9 na 10 września był pierwszy nalot Rosjan na niemieckie dziel­nice. W nocy z 13 na 14 września pojawił się kukurużnik – sowiecki dwupłatowiec. Zrzucano suchary i broń. 15 września słychać było odgłosy z frontu – katiusze czyli tzw. „organy Stalina”. Rozegrały się walki w Parku Skaryszewskim i przy praskim wejściu na most kole­jowy. Niemcy zostali zepchnięci przez samoloty w kierunku Wisły, ustąpili z Pragi. 18 września Amerykanie zrzucili na kolorowych spadochronach broń, bandaże, książki – większość wiatr skierował na stronę niemiecką. Po utracie Pragi Niemcy zintensyfikowali ataki. Padły Siedlce i Marymont.

Cieszono się z desantu wojsk radzieckich na przyczółku czernia­kowskim, tymczasem okazało się, że ten i wcześniejszy desant żoliborski nie były udane.

Dostrzegano wówczas takie niezwykłe zjawiska jak naturalna śmierć. Wokół ludzie ginęli od pocisków i bomb. Wybuchały konflik­ty. Łagodni ludzie, jak Nanka, w złości życzyli innym śmierci. Miron podaje informacje o losach swoich bliskich po powstaniu i po wojnie (150-152), zwłaszcza Ojca, który pojechał w 1945 r. z Zochą do Gdańska, ale przyjechał do Warszawy, ożenił się z Walą, zaś jego siostry Nanka i Sabina nadal utrzymywały kontakt z Matką Mirona. Matka także wyszła za mąż. Z Ojcem pozostała w życzliwych relac­jach.

Plagą warszawiaków były wszy, coraz bardziej doskwierał też głód. Z młyna na Prostej przynoszono zboże – piętnaście kilo dla wojska, reszta – dla siebie. Miron, Ojciec i Swen zdobyli je również. Mełło się je na młynkach do kawy. Rozwinął się handel wymienny. Pieniądze nie miały w Warszawie wartości. Ludzie wpadali w obłęd, np. pan Szu na całe gardło śpiewał Godzinki, nie można było nawiązać z nim kontaktu. Miron i Swen poszli w stronę Chmielnej. Mijali gruzy, ruiny, po drodze płakali.

Rano 2 października 1944 r. wszystko ucichło. Ogłoszono kapitu­lację. Do 9 października trzeba było opuścić miasto. Powstańcy składali broń. Zdolni do pracy mieli być wywożeni na roboty do Rzeszy. Ludzie zaczęli opuszczać kryjówki, szykować się do wyjścia z miasta. Zocha, Halina i Stacha uszyły płócienne torby-plecaki dla siebie, Mirona i Ojca. W piwnicy zakopano dokumenty, zapiski poety i aparat fotograficzny. Po powrocie je odkopano. Przedmioty zosta­wione w innym miejscu znikły. W wielkim tłumie zmierzano w kierunku Marszałkowskiej. Niemcy dokonywali selekcji: zdrowych i silnych przeznaczano na wywózkę na roboty, zaś starszych i dzieci kierowano do Guberni. Wywózki były i tak lepszym losem niż obozy (mąż cioci Limpci trafił do Oświęcimia, ona dostała puszkę z procha­mi). Idąc wolno, wyrywano po drodze marchew, pomidory. Niemcy (wermachtowcy) sami zrywali je dla polskich kobiet. Z Warszawy wychodziła jedna wielka fala ludzi. Wokół nich widać było tylko zgliszcza i gruzy. Próba przyłączenia się Mirona do grupy przywiezionej na wykopki nie powiodła się.

Miron z rodziną zostali wraz z innymi przewiezieni do przejściowego obozu w Pruszkowie. Podróż była ciężka i powolna, chociaż to tylko 15 km. Narratorowi towarzyszyło skojarzenie z Zaduszkami – fala ludzi jak na Wszystkich Świętych nurt wychodzący z cmen­tarza. Rozdawano zupę, zjadano własne zapasy i czekano na ostate­czną selekcję. Okazało się, że poza Warszawą pieniądze nadal są ważne – Halina i Zocha kupiły od kobiety spoza obozu przez szparę masło. Miron z rodziną stanęli do sortowania 6 października. Niemiec chciał skierować Stachę do Guberni, ale ona sama wolała iść z córką (Haliną). Wszyscy zaryglowani w świńskich wagonach zostali wywiezieni. Umieszczono ich w obozie w Łambinowicach na Dolnym Śląsku.

Byli tam jeńcy różnych narodowości, niektórzy od 1939 r. Francuzi dzielili się żyletkami. Byli zadbani. Mówili, że już l sierpnia przez radio dowiedzieli się o powstaniu. Kontrola wszy i mycie kobiet odbywało się w obecności Ukraińców. Kolejnym transportem przy­wieziono powstańców. Spano w obszernych namiotach na wiórach. Rosjanie w oddzielnym namiocie z ikoną śpiewali starocerkiewne nieszpory. Polacy organizowali „imprezy” kulturalne, np. jeden prezentował teksty Wiecha, drugi zagrał na skrzypcach koncert Wieniawskiego. Podczas burzy zakradano się za druty po rzepę.

Odbywały się selekcje wyjazdowe. Miron z rodziną wybrali mias­to, ale nie mogli zdecydować, które. Ostatecznie doszło do rozstania. Miron z Ojcem udali się do Opola, by stamtąd uciec do Częstochowy (tam spotkał Swena i jego Matkę), zaś Halina uparła się na Wiedeń. Do Warszawy Miron powrócił w lutym 1945 r.

Tekst Pamiętnika z powstania warszawskiego uzupełnia Dodatek (185-187) napisany przez autora w 1978 r., dotyczący dalszych losów bohaterów. Mama Mirona i ciocia Józia zostały wywiezione na robo­ty na Śląsk. Matka zamieszkała w Garwolinie, wyszła drugi raz za mąż i owdowiała. Ojciec mieszka na Targówku. Stefa wyjechała przez Szwecję do Ameryki. Halina i Zocha zamieszkały w Gdańsku, Stacha umarła. Oddział Teika wycofał się do portu czerniakowskiego na statek „Bajka”, ale nie mógł się długo bronić. Wyrwawszy deski z pokładu, ludzie rzucali się z nimi w Wisłę. Niemcy wielu zabili, ale Teik z łączniczką ocaleli. Uratowało go zrzucenie butów z cholewami. Potem przebywał w obozie w Anglii. Został księdzem. Wyjechał do Rzymu a potem wrócił do Polski. Przebywał w Sandomierzu i Skarżysku. Sabina po pochowaniu Nanki i Michała żyje w starej kamienicy na Chmielnej.

 

Podobne prace

Do góry