Ocena brak

„Oni” i my

Autor /Fred Dodano /03.08.2011

Prawdopodobnie większość grup czerpie część siły ze swojej wyłączności, z po-czucia, że naokoło są ludzie, którzy „do nas” nie przynależą. Jak to się wyraża u mas pracujących? Podkreśliłem rolę domu i sąsiedztwa i poddałem myśl, że ta rola wynika w pewnej mierze z poczucia, że świat wokół jest obcy i często nieprzyjazny, że więk-szość drzwi jest w nim zamknięta,  że niełatwo przyjąć go takim, jaki jest. Można powiedzieć, posługując się słowem rozpowszechnionym wśród mas,  że ten  świat za-mieszkują „oni”. „Oni” to złożona figura retoryczna, główny protagonista we współcze-snych miejskich formach wiejskich stosunków chłop — dwór. Świat „ich” to  świat bossów, bez względu na to, czy chodzi o osoby prywatne czy — jak to jest dzisiaj coraz częściej — urzędowe.

[...] „Oni” to „ci na górze” , „różne dygnitarze”, ci, co dają forsę, biorą cię do wojska, każą ci się bić, wlepią ci grzywnę, w latach trzydziestych kazali rozdzielać rodziny, żeby uniknąć obniżenia zapomóg z Komitetu Pomocy, „w końcu i tak cię dostaną”, „z nimi nie wygrasz”, „wstawiają piękne gadki”, „zawsze cię wykołują”, „zostaniesz się zawsze głupi” (np. jeśli chcesz się dowiedzieć o krewnego w szpitalu), „wsadzą cię do ula”, „będą mogli, to cię wykończą”, „leć na każde ich wezwanie”, „wszystko to jedna sitwa”, „człowiek to dla nich gorzej jak ten marny robak”. [...] W stosunku do „nich”, jak i do policji, dominuje nie tyle strach, ile nieufność, której towarzyszy brak złudzeń co do tego, co „oni” zrobią dla ciebie (czyli nic), i niechęć do sposobu, w jaki „oni” — najwidoczniej niepotrzebnie — komplikują twoje życie, jeśli mają z nim coś wspólnego. Masy mają za sobą lata wyczekiwań w urzędzie zatrudnie-nia, u lekarza  rejonowego, w szpitalu. Odbijają to sobie trochę zwalając niezmiennie winę na fachowców, sprawiedliwie czy niesprawiedliwie, jeśli tylko zdarzy się coś złe-go: „Zmarnowali dzieciaka i tyla. Dochtorka nie poznała się, co jemu jest”. Podejrzewa-ją, że instytucje użyteczności publicznej nie działają dla nich tak sprawnie i szybko jak dla tych, którzy mogą zatelefonować albo wysłać kategoryczny list.

Najczęściej ich kontakty ograniczają się do drobnych urzędników, do  tych, któ-rzy w hierarchii zajmują niższe szczeble. I znów, podobnie jak w wypadku policji, innym klasom mogą oni służyć, ale klasie robotniczej wydają się agentami „ich” i jako tacy nie wzbudzają zaufania, choćby byli uprzejmi i życzliwie nastawieni. Jeśli nasta-wieni są nieżyczliwie, potrafią dać ludziom odczuć całą bezczelność małego urzędni-ka, szorstkość władzy niskiej rangi, umieją „rozstawiać po kątach”. [...] Do tych zasadniczych postaw wobec „nich” można dodać jeszcze jedną czy drugą mniej ważną, ale mającą tendencję do nawrotów.

Po pierwsze „duch Orlicka”1, postawa „ja nie jestem gentlemanem”,  tępe niedopuszczanie do świadomości czegokolwiek, co przekracza własny poziom pojmowania, postawa, o którą rozbija się dobra wola i wszel-kie pozytywne wysiłki władzy. Lub też szczególnie podła forma oszustwa, idąca w parze z formą pewnej uniżoności: całkiem jawnie „robi się faceta w konia”, tytułując go przy tym skwapliwie  sir  i traktując całą sprawę jako swego rodzaju grę — co widać już choćby z tej jawności, w której liczy się na bezkarność, bo zna się mieszczańską niechęć do wywoływania scen. Lub nastawienie, które rodzi się przy braku godności osobistej i które wyraża się w całym szeregu  śpiewek „oni powinni”. Niby królowie prymitywnych szczepów „oni powinni” sprowadzić deszcz i ich obciąża się winą, jeśli deszcz pada nie wtedy, gdy trzeba — w końcu „od tego są”. Powinni pomóc wydobyć się człowiekowi z kłopotu, „coś z tym zrobić”, „uważać,  żeby coś podobnego się nie zdarzało”, „zamknąć łobuzów”. Stanowi to silny kontrast z postawą o wiele powszech-niejszą, polegającą na tym, że masy zwracają się do „nich” tylko w sytuacji abso-lutnie przymusowej: jeśli jest źle, uważają, że należy się z tym pogodzić, nie pchać się do władzy, a jeśli potrzebuje się pomocy, ufać tylko „swoim”.

[...] Za tym wszystkim kryje się problem, na który jesteśmy dziś szczególnie uwrażliwie-ni, a mianowicie, że od każdego oczekuje się „podwójnej perspektywy”, tzn. wypełnia-nia swoich obowiązków jako jednostka i wypełniania swoich obowiązków jako obywa-tel w ustroju demokratycznym. Większości z nas, nawet tzw. intelektualistom, niełatwo jest połączyć oba te światy. Masom, zakorzenionym tak głęboko w tym, co domowe, osobiste i lokalne, i nie wyćwiczonym w bardziej abstrakcyjnym myśleniu, jeszcze trudniej znaleźć ten wspólny mianownik. Jeśli myślą o tym, napełnia ich to niepokojem; ten drugi, złożony świat nie da się udramatyzować, jest zbyt ogromny, zbyt ich prze-rasta. Starają się, jak mogą, ogarnąć go i czynią to zwykle za pomocą uproszczeń; co do reszty, powtarzają za swoimi dziadkami:

„Nie wiem, do czego świat idzie”. Stosunek mas do władzy znajduje jeden jeszcze, tradycyjny i bardziej pozytywny wyraz. Myślę o satyrze, o bronieniu się  śmiechem, przedrzeźnianiem władz, o „gra-niu na nosie”. Policjant sprawia czasami kłopot, ale o jego stopach można napisać piosenkę. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj ten sposób reagowania jest mniej żywy niż kie-dyś. Niewątpliwie częściowo wypływa to ze znacznego polepszenia pozycji mas pracu-jących w społeczeństwie. Może też być wyrazem „umorzenia”, o jakim była mowa wy-żej, poczucia, że „dobrze jest, jak jest”, „o nic nie prosimy i szczególnych pretensji nie zgłaszamy”. Sprzyja takiemu nastawieniu bogactwo oferowanych dziś rozrywek, których charakter jest taki, że ich konsumenci mniej są skłonni do energicznego protestu, jaki zawiera się w ostrej satyrze. [...] Bardziej niż energia w tej reakcji na presję  świata zewnętrznego uwidacznia się godność osobista, przybierająca postać „swojej dumy”, którą chce się zachować za wszelką cenę. Przywołanie idei „swojej dumy” i „liczenia tylko na siebie” momentalnie pociąga za sobą cały łańcuch pokrewnych pojęć: przede wszystkim „poważanie”, które samo w sobie wywołuje szereg skojarzeń — wąskie zaciśnięte usta „chodzącej cnoty”, duma zręcznego fachowca, wreszcie prawość tych, którzy praktycznie nie mają nic po-za determinacją, aby nie dać się złamać okolicznościom.

Centralne miejsce zajmuje postanowienie, by zachować to, z czego słusznie jest się dumnym, w świecie, który rzu-ca tyle kłód pod nogi, zachować przynajmniej „swoją dumę”. „Przynajmniej mam swoją dumę” — prawo powiedzenia tego, choć bywa to czasem powiedziane w spo-sób małoduszny, wynagradza wiele. Daje to o sobie znać nieustannie w nienawiści do życia „na łasce”, w skrupulatnym płaceniu składek na zasiłek chorobowy, w wysokich sumach ubezpieczeń, które pozwolą uniknąć pogrzebu na koszt opieki, w oszczędności i w kulcie schludności. [...] Ale schludność, oszczędność i poczucie własnej godności w większym stopniu wynikają z obawy, aby się nie stoczyć, nie poddać naciskowi okoliczności, niż z aspiracji wspięcia się; a pośród tych, co powyższe kryteria w ogóle ignorują, mniej jest osobników  pozbawionych kompleksów, wielkodusznych i beztroskich, a więcej niechlujnych i niezaradnych, których dom i zwyczaje odzwierciedlają ich wewnętrzne rozprężenie.

Nawet w dążeniu do tego, by dzieci „wyszły na ludzi”, i w respekcie wobec „uczoności”, nie największą rolę od-grywają pobudki snobistyczne. Wynika to raczej z chęci zaoszczędzenia dziecku trud-ności, które czekają biednych na ich drodze, po prostu dlatego, że są biedni. „Widziałem tego, który jest pobity, który jest pobity: ty masz swe serce zwrócić w stronę książek. Ujrzałem tego, który wyzwolon jest od przymusowego trudu: pa-miętaj, nie ma nic wyższego nad książki”. „Jak wąska szczelina, jak niewielka szansa”, by tratwa nie zatonęła i by można by-ło „spojrzeć ludziom w oczy”. Ważne jest przeto, aby mieć poczucie niezależności wyrosłe z szacunku dla samego siebie, ponieważ tego nie można fizycznie odebrać. „Całe życie harowałem — powiadają ludzie — i nikomu nic nie zawdzięczam”. Nic też nie mają prócz paru gratów, ale nigdy nie spodziewali się więcej. Stąd biorą się róż-ne dziwactwa, szczególnie u tych, którzy przekroczyli pięćdziesiątkę. Ważne jest, by „mieć fach w ręku”, i to nie tylko dlatego, że fachowiec do niedaw-na niemal zawsze zarobił więcej.

Fachowiec może powiedzieć bardziej stanowczo niż robotnik niewykwalifikowany,  że jest „nie gorszy od każdego innego”. Wybija się z szarego tłumu tych, którzy otrzymają pierwszy cios, kiedy zaczynają się redukcje na wielką skalę; on ma resztki dumy dawnego czeladnika. Może nigdy na serio nie brać pod uwagę myśli o przeprowadzce, ale w głębi ducha wie, że może spakować narzę-dzia i sobie pójść. Ojcowie, którzy chcieliby synów „wykierować na ludzi”, i dziś starają się oddać ich do terminu. [...] Z całą pewnością masy mają silne poczucie przynależności grupowej i z równą pewnością z tego poczucia wypływa przekonanie, że trzeba być nastawionym życzli-wie, gotowym do współpracy, dobrym sąsiadem: „Jedziemy na tym samym wózku”, „co nam da żreć się między sobą”, „tylko w kupie siła”. Przypominają się ruchy spo-łeczne zeszłego stulecia, setki stowarzyszeń, motta związkowe: Połączone Towarzy-stwo Mechaników, z hasłem „Jedność i pilność”; „Komitet Tymczasowy Krajowego Związku Pracowników Gazowni, który w późnych latach dziewięćdziesiątych wybrał jako swoją dewizę „Miłość, Jedność, Wierność”. „Miłość” przypomina tu o sile, którą to poczucie jedności wyniosło z chrześcijańskiego zaplecza.

Tradycyjna  życzliwość grupowa czerpie swoją siłę, jak mi się wydaje, z wiecznie obecnego  świadectwa, jakiego  dostarcza codzienne  życie w gromadzie,  że wszyscy, w gruncie rzeczy, jesteśmy w tej samej sytuacji. Z konieczności trudno mówić o dystansie między ludźmi, którzy np. dzielą ubikację na wspólnym podwórku. „Kochana”, w dalszym ciągu najczęstsza forma zwracania się — i to nie tylko do lu-dzi z własnej klasy — konduktorów, w tramwaju i autobusie, i sprzedawczyń w sklepie, używana jest automatycznie, ale wciąż ma znaczenie. Powiedzenie o kimś „dobry sąsiad” albo „przyjaciel” jest dużym komplementem; chwali się klub, ponieważ jest miejscem „przyjacielskim”, najważniejszą rekomendacją mieszkania czy kwatery wakacyjnej jest,  że są one „przyjacielskie”, i to przysłania fakt,  że są zbyt tłoczne; a i kościół będzie prawdopodobnie podlegał temu samemu kryterium.

„Nasza Elżunia brała ślub u Wszystkich Świętych” — powiedzą ludzie o kościele, który wybrali z kilku najbliższych, choć nie jest to ich parafia— „taki przyjazny kościół”. Opowieść o świątecznej zabawie w miejscowej knajpie zakończy się następująco: „Naprawdę było na medal. Wszyscy bawili się razem”. Być dobrym sąsiadem, to nie tylko „żyć w zgodzie”, ale i być „usłużnym” czy zawsze „na usługi”. Jeśli sąsiedzi w nowej dzielnicy wydają się „nieużyci” — nowo przybyła będzie narzekać, że nie potrafi się zadomowić. Poczucie ciepła grupowego wiąże silnie i bardzo brakuje go temu, kto wy szedł w sensie finansowym i prawdopodobnie geograficznym poza klasę robotniczą. Za-uważyłem, że  self-made-meni mieszkający obecnie w willach — sklepikarze, którym się powiodło i posiadają sieć punktów sprzedaży, budowlani, pracujący kiedyś na akord, którzy awansowali do masowego stawiania domków-bliźniaków — lubią przyłączać się do tłumu na meczach futbolowych.

Jeżdżą teraz samochodami i ubierają się w tweedy od Harrisa — niedbała elegancja symbolizująca status — ale wielu z nich dalej idzie na miejsca stojące zamiast na trybuny. Mam wrażenie,  że chcą odnaleźć coś z kumpelskiego ducha „dołów”, jak oficer, którego na zabawie jednostki można często odnaleźć w barze dla podoficerów. Owo poczucie wspólnoty nie jest zbyt wyraźnie uświadomione: nieprzebyty dy-stans oddziela je od „braterstwa walki” charakteryzującego niektóre ruchy społeczne. Nie czerpie swojej głównej siły z wiary w potrzebę wspólnej walki o poprawę losu, wiary, z której rodzą się takie organizacje, jak ruch spółdzielczy; w istocie rzeczy jest ono od tej wiary starsze i bardziej elementarne. Poczucie wspólnoty grupowej wynika z wiedzy nabytej dzięki bliskiemu kontaktowi z innymi, że człowiek jest nieuchronnie częścią grupy; z ciepłego poczucia bezpieczeństwa, jakie ta wiedza daje, ze stabilno-ści grupy i z czystej potrzeby „pomocy sąsiedzkiej”, ponieważ usługi nie zawsze dadzą sie kupić. U źródła tkwi poczucie, ze  życie jest ciężkie i że „biednemu zawsze wiatr w oczy”.

U większości ludzi nie przeradza się to w uświadomione poczucie „stano-wienia części ruchu robotniczego”; spółdzielnie są w pojęciu większości mniej typowe niż małe prywatne sklepiki za rogiem, obsługujące parę ulic. Ta postawa znajduje swój formalny wyraz w wielu powiedzeniach, „trzeba dzielić i dzielić po równo”, „je-den musi drugiemu pomóc”, „trzeba pomagać słabszym”, „byle razem”, „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Te powiedzenia zresztą pojawiają się głównie przy specjalnych okazjach, na wieczorynkach i festiwalach. Solidarności sprzyja to, że na ambicję nie ma miejsca. Po ukończeniu lat jedenastu, kiedy stypendyści idą do gimnazjum, reszta spogląda coraz wyraźniej w kierunku prawdziwego  życia, które rozpocznie się w wieku piętnastu lat,  życia w grupie star-szych kobiet i mężczyzn, które przez pierwszych kilka lat po szkole jest najgruntow-niejszą edukacją, jakiej zaznają.

Po przystąpieniu do pracy większość porzuca myśl o karierze i możliwościach awansu. Kolejne prace tworzą układ poziomy, nie pionowy: życia nie widzi się jako wznoszącej się krzywej ani pracy jako źródła głównych zainte-resowań. Dobra robota nadal cieszy się szacunkiem. Ale kolega z sąsiedniego stanowi-ska nie jest uważany za aktualnego czy potencjalnego rywala. Nietrudno więc zrozu-mieć emocjonalną siłę postawy „nie podskakuj — nie zabieraj roboty innym”. W po-stawach klasy robotniczej wobec pracy dałoby się znaleźć kilka grzechów, ale nie ma w ich liczbie grzechów charakterystycznych dla tych, co „rozpychają się  łokciami”, „tryskają energią”, czy „gładkich i uśmiechniętych, którzy mogą przydać się miastu”; nadgorliwcy nie cieszą się zaufaniem. Niezależnie od tego, co się robi, perspektywy są raczej ograniczone: w każdym ra-zie, dodają szybko masy pracujące, nie widać,  żeby pieniądze czy władza dawały lu-dziom szczęście. „Liczy się naprawdę” to, co ludzkie i swojskie— dom i ciepło ro-dzinne, przyjaźń i możność powiedzenia sobie „ciesz się  życiem”: „pieniądze to nie wszystko” — mówią. Albo: „co człowiekowi z życia, jak sobie żyły wypruwa dla pa-ru groszy więcej”. W piosenkach mas często prosi się o miłość, przyjaciół, przytulny dom: uparcie nalega się w nich, że pieniądze nie mają znaczenia. Istnieją wyjątki: niektórzy nadal postępują w myśl wskazówek wyśmianych przez Matthew Arnolda:

„Nigdy nie  zapominaj, drogi Danie,  że powinieneś oczekiwać,  że pewnego dnia ty będziesz dyrektorem tego koncernu”. Żądniejszych awansu zdradza sposób, w jaki zachęcają chłopca do „robienia postępów w nauce”, do ubiegania się o stypendium, do przykładania się do kaligrafii, bo panowie w biurach lubią „ład-ny charakter pisma”. Są także rozmaici osobnicy z bystrymi oczami, na których pozo-stali patrzą z politowaniem, jak na stukniętych, a którzy są „pazerni” na każdy grosz. Biorą oni na wieczór i sobotę, niedzielę dodatkową pracę i zawsze zależy im na doro-bieniu paru groszy w godzinach, kiedy inni cieszą się życiem. Tacy ludzie na ogół nie opuszczają swojej klasy, pozostają w jej obrębie, patrząc nieustannie, co by tu jeszcze „dorwać”. [...] Ta mniejszość, która zyska  świadomość swoich ograniczeń klasowych i chce się uczyć — żeby coś zrobić dla swojej klasy albo „rozwijać się” — jest zazwyczaj trak-towana w sposób ambiwalentny. „Uczony” nadal cieszy się pewnym szacunkiem (jak doktor czy proboszcz). Pamiętam, jak niedługo po uzyskaniu stypendium siedziałem w robotniczym klubie obok górnika, kawalera w średnim wieku. Za każdym razem, kiedy zapłacił za swoje gorące mleko z rumem, podsuwał mi półkoronówkę z reszty.

Próbowałem odmawiać: „Weź to, chłopcze, i wydaj na swoje nauki — powiedział. — Ja jestem jak wszyscy górnicy. Marnuje to świństwo i tyle”. Z drugiej strony częsty jest brak zaufania do „książek”. Co z tego masz? Czy  żyjesz lepiej (tzn. czy jesteś szczęśliwszy) jako urzędnik czy nauczyciel? Rodzicom, którzy odmawiają swoim dzieciom dobrej edukacji, a jest jeszcze trochę takich, nie zawsze chodzi o to,  że trzeba będzie dziecko żywic i ubierać o tyle dłużej — za tym wszystkim kryje się nie artykułowane, ale silne, powątpiewanie w wartość nauki. Do takiej nieufności przy-czynia się i sam instynkt grupowy: grupa bowiem jest konserwatywna i może hamo-wać u każdego ze swoich członków skłonności do zmiany, do porzucenia grupy, do bycia różnym.

Grupa, jak powiedziałem, przeciwdziała idei zmiany. Więcej: wywiera na swoich członków rozległy, a czasami silny przymus podporządkowania się. Do puszcza się, że przez wykształcenie czy z innych przyczyn niektórzy stają się odmienni, i nie chciałbym sugerować, że najmniejsze odchylenie od grupy i jej postaw spotyka się automatycznie ze zdecydowaną wrogością.

Przeciwnie, jedną z wyraźnych cech grup robotniczych jest duża tolerancja w niektórych sprawach, ale ta tolerancja działa tylko w stosunku do jednostki, która podziela zasadnicze przekonania swojej klasy. Grupa jest zamknięta; kogoś, kto pochodzi z miasta oddalonego o czterdzieści mil, będzie prawdopodobnie przez lata całe uważała za „obcego”; widziałem też nieświado-me i bezduszne okrucieństwo — obok wielu uprzejmości — z jakim przez długi czas traktowała  żonę-cudzoziemkę. Grupa obserwuje, często z małodusznym krytycy-zmem, z tępym okrucieństwem, które może stać się powodem niejednego cierpienia. „Ciekawe, do czego piła”, „ściany mają uszy”, „lepiej, żeby za dużo o tobie nie wiedzie-li” to obiegowe wyrażenia. Troska o to, co powiedzą sąsiedzi, jest tu równie pospolita, jak gdzie indziej; może nawet pospolitsza. Klasa robotnicza  śledzi i jest  śledzona w sposób, który — wobec ograniczonych horyzontów — prowadzi często do błędnej i krzywdzącej oceny postępowania sąsiadów. Wiadomo, że ta a ta kobieta przypilnuje nieraz wieczorem dziecka u ludzi, u których sprząta cały dzień — ale jeśli późnym wieczorem gospodarz zechce odprowadzić ją do domu, poprosi ona, by zostawił ją dwie ulice dalej.

Cóż powiedzieliby sąsiedzi, gdyby zobaczyli,  że wraca do domu z męż-czyzną? Grupa nie lubi wstrząsów i ataków przychodzących od wewnątrz. Bodziec,  żeby nie dać się prześcignąć Jonesom, może być słaby, ale dość potężny jest nacisk, by nie wyskoczyć ponad Atkinsonów. Stąd częste odwoływania się — zanim jeszcze spece od reklamy wpadli na ten pomysł — do tego, co codzienne i zwyczajne: „każdy przy-zwoity człowiek”, „to nie jest naturalne”, „lubię go, zawsze jest taki sam”. Jeśli chcesz być jednym z grupy, nie wolno ci próbować „zmieniać ludzi”, będziesz nielu-biany, jeśli postępując odmiennie dasz do poznania, że ich postępowanie ci nie odpo-wiada; jeśli naruszysz tabu, popadniesz w niełaskę: „Wiecie, istnieje coś takiego, jak masowe myślenie. Jeśli myślisz tak samo jak twój sąsiad, jesteś w porządku. Jeśli jednak myślisz odmiennie, jeśli zobaczą, że przynosisz książkę (to jest do pracy), czy coś w tym rodzaju, jesteś zgubiony. Bardzo trudno jest wytrzymać drwiny”. [...] Postępowanie niezgodne z pojęciem grupy, „zadzieranie nosa”, „uważanie się za coś lepszego”, „jaśniepańskie fanaberie”, „patrzcie ją, księżniczka” — są bardzo nie-lubiane i dyskryminowane w sposób mało subtelny.

Autentyczny „galant” może być nadal zabawny, jak przed pięćdziesięciu laty, a „prawdziwy pan” (który, „uważasz, gadał do mnie tak, jak ja teraz gadam do ciebie”) będzie pewnie nadal wywoływał po-dziw, choć w sposób oczywisty należy do „nich”. Ani jeden, ani drugi nie wywołuje tak silnych uczuć, jak te, które budzą się na widok kogoś, kto „odstawia jaśnie wielmożne-go”, bo uważa go za coś lepszego od robotnika. „Czego więc nie lubisz najbardziej?” — pyta Wilfred Pickles. „Nadętych gości”. Ryk aplauzu. „Dobrze mówi!” „A po-wiedz mi teraz, co lubisz najbardziej?” „Równych gości”. Jeszcze większy aplauz. „... słusznie, bardzo słusznie. Dajcie jej pieniądze”.

Do góry