Ocena brak

Od etnocentryzmu do „politycznej poprawności"

Autor /John Dodano /29.07.2011

Wobec różnorodności czy przeciwnie - uniformizacji kultur można przyjmować różne postawy. Stykając się z odmiennością czy obcością, ludzie często przyjmują postawę etnocentryczną. Jest to przekonanie o szczególnej wartości własnej kultury, a nawet jej przewadze nad innymi. Tak jak egocentryzm w skali jednostkowej to koncentracja na samym sobie, mierzenie wszystkiego własną miarą, odnoszenie do własnych interesów, tak etnocentryzm w skali społecznej to koncentracja na własnej grupie, mierzenie innych społeczności według jej kryteriów, odnoszenie wszystkiego, co dzieje się w świecie, do własnych, grupowych interesów, aspiracji i dążeń. Kiedy stosuje się kryteria własnej kultury do oceny sposobu życia innych społeczności, łatwo o zdziwienie, niechęć, potępienie czy wrogość. Może także pojawić się dążenie do narzucenia własnej kultury innym, oczywiście „w ich własnym interesie", „dla ich dobra". Bo przecież co nasze to najlepsze.

Postawa przeciwna to relatywizm kulturowy. Jest to dostrzeganie wielości i różnorodności kultur i uznanie, że sposoby działania i myślenia różnych społeczności dadzą się zrozumieć tylko w odniesieniu do ich własnego, specyficznego kontekstu reguł, symboli, znaczeń czy wartości. Relatywizm kulturowy to pewna konstatacja faktów, przezwyciężająca ślepotę etnocentryzmu, ale nie zawierająca jeszcze żadnych ocen stwierdzanego pluralizmu kulturowego. Czymś więcej jest tolerancja, która zawiera już wyraźne wartościowanie o różnej mocy. W formie najsłabszej oznacza ona bierną akceptację odmienności i różnorodności kultur, z przyznaniem każdej prawa do odrębności i przyzwoleniem na jej istnienie. W formie mocniejszej oznacza czynną afirmację odmienności i różnorodności kulturowej, z dostrzeganiem w niej nie tylko konieczności, ale i pozytywnej wartości, którą trzeba aktywnie podtrzymywać i umacniać.

Taką formę tolerancji odnajdziemy w szeroko dziś lansowanej idei pluralizmu kulturowego czy inaczej wielokulturowości (lub z angielska multikulturalizmu), która stanowi fundament działania organizacji międzynarodowych (ONZ, UNESCO itp.). W nieco odmiennej postaci występuje ona w strategii integracyjnej Unii Europejskiej, która deklaruje, że chce stać się „Europą ojczyzn", czyli właśnie podtrzymywać, a nie niwelować bogactwo narodowych tradycji i czerpać siłę z różnorodności kulturowej przystępujących krajów. Idea tolerancji występuje jednak także i w jeszcze silniejszej formie, która budzić już może rozliczne wątpliwości. Otóż w kręgu ideologii skrajnie liberalnej pojawił się pogląd nie tylko o różnorodności, ale o równowartości różnych kultur. Odrzuca się możliwość jakichkolwiek wartościujących porównań między kulturami, a co więcej deklaruje, że każda ma równą wartość z każdą inną. Niedopuszczalna jest więc krytyka lokalnych obyczajów, zwyczajów, stylu życia, wierzeń czy praktyk. I równie niedopuszczalna jest apologia jakiejkolwiek kultury. Terminy sugerujące niższość i wyższość, coś co gorsze i lepsze, zacofane i postępowe, prymitywne i rozwinięte, barbarzyńskie i cywilizowane - nie mają prawa bytu w słowniku zwolenników tzw. „politycznej poprawności" i zastąpione zostają jednym terminem „inny".

Co więcej, nie tylko ocena, ale i prezentacja każdej kultury musi zapewniać im równe traktowanie. W encyklopedii kultur świata, która ukazała się niedawno w Ameryce, gdzie obsesja „politycznej poprawności" występuje szczególnie dotkliwie, zapewniono z aptekarską dokładnością tyle samo stron kulturze francuskiej, niemieckiej, angielskiej, co kulturze Zulusów czy aborygenów australijskich. Podobnie w historii literatury zapewnia się tyle samo miejsca Włochom i Mongolii, Rosji i Sierra Leone, a w historii muzyki symfonie Beethovena traktuje podobnie jak melodie meksykańskich mariacki. Tutaj szlachetna idea tolerancji została doprowadzona do skrajności i, jak często się zdarza ze skrajnościami, przerodziła się we własną karykaturę. Inaczej przedstawiają się postawy wobec postępującej uniformizacji kultur, związanej z ofensywą globalizacji. Występuje tu opozycja postaw kosmopolitycznych i obrony tożsamości lokalnych.

Najostrzejsze, nowe formy protestu przeciwko globalizacji, które charakteryzowaliśmy jako najnowszą, trzecią falę ruchów społecznych, skupiają się głównie na problemach ekonomicznych, ale w niedalekiej przyszłości z pewnością połączą siły z narastającą już wcześniej, choć w mniej gwałtownych formach, obroną kultur lokalnych. Afirmacja czy negacja globalizacji zależy, jak się zdaje, od kilku czynników. Po pierwsze, akceptacja tego procesu będzie inna w krajach będących centrum ekspansywnej kultury, a inna w krajach, do których dociera ona z zewnątrz. Amerykanin nie może mieć nic przeciwko awansowi języka angielskiego do rangi języka światowego, choćby dlatego, że oszczędzona mu jest konieczność nauki języków obcych. Inaczej patrzy na to Francja, gdzie uchwala się nawet ustawy w obronie języka francuskiego. Chińczyk nie będzie protestował przeciwko światowej karierze chińskiej kuchni, ale mogą to odbierać jako zagrożenie zwolennicy własnych tradycji kulinarnych.

Dyktat mody włoskiej w świecie nie będzie raził Włocha, ale może budzić protest miłośników lokalnego folkloru. Po drugie, istotnym czynnikiem jest siła ekonomiczna, polityczna, militarna danego kraju, dająca wystarczająco mocne poczucie bezpieczeństwa i znaczenia, aby móc obyć się bez silnego podkreślania tożsamości i odrębności kulturowej. Natomiast kraje słabsze lub zależne szukają siły czy obrony w kulturze, pielęgnując jej swoistość. Po trzecie, istotne różnice występują pomiędzy środowiskami zawodowymi. Są takie, którym charakter pracy narzuca perspektywę ponadlokalną, międzynarodową. Stają się one naturalnymi propagatorami i realizatorami globalizacji. Przykładem może być środowisko międzynarodowego biznesu czy finansów, mass mediów, a także środowisko artystyczne, sportowe czy naukowe.

Ale są i takie, których praca zawodowa ma wyraźnie wymiar lokalny, na przykład górnicy albo rolnicy. Po czwarte, pewną rolę odgrywać może także miejsce zamieszkania. Teoretycy tzw. urbanizmu, rozumianego jako swoisty, miejski sposób życia (i odróżniającego się od ruralizmu - kultury środowisk wiejskich), wskazywali od dawna, że miasta właśnie były kolebką postaw kosmopolitycznych, ponadlokalnych czy ponadnarodowych, podczas gdy życie na wsi oznacza ograniczenie horyzontu do spraw lokalnych i pewien prowincjonalizm myślenia. Wreszcie, po piąte, ważne mogą być i predyspozycje czysto indywidualne. Dla tych, którzy mają silną potrzebę bezpieczeństwa, ważne jest podobieństwo i „swojskość" sytuacji, w jakiej się znajdują. Do nich adresowane są ogłoszenia hoteli Sheraton, podkreślające, że i w Pekinie, i w Warszawie, i w Paryżu, i w Caracas podróżny znajdzie takie same i tak samo umeblowane pokoje, taką samą łazienkę i taki sam bar hotelowy.

I to właśnie poszukujący bezpieczeństwa amerykańscy turyści oblegają tłumnie McDonalda na Piaz-za Spagna w Rzymie, gdy w każdej uliczce obok znaleźliby wspaniałe włoskie restauracyjki. Podobnie postępują niektórzy Polacy, którzy szukają za granicą kiełbasy w sklepach i pierogów w barach. Inni natomiast cenią nowe doświadczenia, innowacje, oryginalność, odmienność, egzotykę. Dla nich uniformizacja i - jak to określa Richard Ritzer - „macdonaldyzacja" są nieznośne, poszukują więc lokalnego autentyzmu, kolorytu, smaków, obyczajów. Taki sens miała zawsze turystyka, z samej definicji przecież oznaczająca zwiedzanie obcych krajów. Zmienia istotnie swój charakter, gdy obce kraje stają się coraz bardziej podobne.

Podobne prace

Do góry