Ocena brak

Obiektywne kryteria klasyfikacji grup społecznych

Autor /John Dodano /29.07.2011

Za podstawę, kryterium klasyfikacji służyć może ogromna liczba cech. Amerykański socjolog Robert Merton sformułował listę właściwości grup, która obejmuje dwadzieścia sześć pozycji. Są jednak wśród nich cechy mniej lub bardziej istotne: takie różnice między grupami, które są powszechnie dostrzegalne i mają rzeczywiste, doniosłe konsekwencje dla funkcjonowania grup, oraz takie, które nie ważą szczególnie na tym, co się w grupach dzieje, i są powszechnie ignorowane. Z takiego punktu widzenia wybieram osiem kryteriów klasyfikacyjnych.

Pierwsze, najbardziej oczywiste, które narzuca od razu wskazany wyżej przykład - rodzina i naród - to wielkość, albo inaczej liczebność grupy. Terminologia jest tu prosta: grupy małe i wielkie, oczywiście jako bieguny pewnego kontinuum liczebności z częstymi przypadkami pośrednimi. Obok rodziny, grupy małe to krąg znajomych czy sąsiadów, dziecięca grupa zabawowa, młodzieżowy gang uliczny, mała wioska lub parafia, oddział wojskowy, brygada robocza, komitet badawczy, komisja parlamentarna, drużyna sportowa, więźniowie w jednej celi itp. A grupy wielkie, obok narodu czy grup etnicznych, to na przykład Kościół, partia polityczna, armia, więzienie, rada miejska, parlament itp. Najbardziej banalna konsekwencja liczebności to to, że w małych grupach ludzie się znają, potrafią się rozpoznać z wyglądu, a nawet nazwać z imienia i nazwiska.

Ich interakcje mają charakter bezpośredni, najczęściej polegający na rozmowie. Pozostają w bliskości przestrzennej i dzięki temu ich działania są dla wszystkich widoczne. W grupach większych natomiast ludzie nie potrafią już dokładnie się rozpoznać, znają się „tylko z widzenia", jak mówi piosenka Czerwonych Gitar. Mieszkańcy wielkiego bloku albo studenci jednego wydziału to przykłady takiej sytuacji pośredniej. A stają się już zupełnie anonimowi w grupach wielkich. Mieszkańcy Krakowa, katolicy, partia polityczna, naród polski, to zbiorowości abstrakcyjne, których członków nie tylko nie znamy, ale często nie wiemy, ilu ich dokładnie jest, z którymi stykamy się tylko za pośrednictwem nielicznych reprezentantów należących z nami razem do grup innego rodzaju, i które są przestrzennie szeroko rozproszone i niepod-dane bezpośredniej widoczności dla swoich członków. A mimo to niewątpliwie są grupami, bo z nimi się identyfikujemy, silnie odczuwamy naszą przynależność, solidarność czy tożsamość zbiorową.

Na bardziej skomplikowane konsekwencje wielkości grup dla ich funkcjonowania zwracał uwagę klasyk XIX-wiecznej socjologii niemieckiej Georg Sim-mel. Twierdził, że wraz ze zwiększaniem liczebności grupy zmienia się zasadniczo charakter zjawisk, które w grupie zachodzą2. W jego ujęciu najmniejsza i najprostsza grupa to była tzw. diada, czyli po prostu dwie osoby. To jest już grupa, bo przecież występują tu interakcje, partnerzy myślą o sobie „my", odróżniają się wyraźnie od innych par. Gdy do takiej dwuosobowej grupy dojdzie osoba trzecia, czyli inaczej - gdy przekształci się ona w triadę, pojawia się kilka zupełnie jakościowo nowych fenomenów, nie występujących nigdy w diadzie.

Po pierwsze, możliwy jest fenomen koalicji, gdy dwóch członków wiąże się bliżej, izolując trzeciego, a nawet podejmując wobec niego jakieś wrogie działania. Po drugie, możliwa jest strategia „dziel i rządź", gdy jeden z członków usiłuje skłócić czy podburzyć dwóch pozostałych, aby uzyskać przewagę i wpływ na każdego z osobna. Po trzecie, możliwa jest mediacja, gdy jeden z członków przyjmuje neutralną pozycję wobec konfliktu dwóch pozostałych, starając się doprowadzić do jego rozwiązania, uświadamiając skłóconym stronom koszty i straty, jakie ponoszą, minimalizując różnice między ich stanowiskami, wskazując płaszczyzny możliwego porozumienia i demonstrując korzyści ewentualnej zgody. Po czwarte, możliwa jest reprezentacja, gdy dwóch członków powierza trzeciemu jakieś zadanie do wykonania w ich imieniu i na ich rachunek.

I wreszcie, po piąte, możliwe jest uformowanie większości i w ten sposób dojście do wspólnej decyzji w przypadku różnicy stanowisk. Dwóch członków może bowiem przegłosować trzeciego. Konkretne i malownicze ilustracje tych wszystkich zjawisk występujących często w tzw. „trójkątach" przynosi literatura piękna, film i dramat.

Komplikowanie struktury grupowej

Simmel wysuwał również wiele sugestii na temat dalszego zwiększania liczebności grupy i wpływu, jaki rosnąca wielkość wywiera na charakter grupy, jej styl działania, jakość toczących się w grupie procesów. Uważał na przykład, że istotna granica przebiega gdzieś w pobliżu liczebności dwudziestoosobowej. Do tego progu możliwa jest znajomość partnerów, pewna intymność, bezpośredniość kontaktów, powyżej natomiast pojawia się anonimowość, formalizm, po-średniość interakcji. Wskazywał także, jakie są wielkości optymalne do wykonania przez grupę pewnych zadań. Na przykład grupa typu komisji czy komitetu, mająca zaproponować jakieś rozwiązanie, działa najlepiej, gdy ma siedmiu do dziewięciu członków. To pozwala jeszcze na pełne zaangażowanie każdego, utrudnia bumelanctwo i uchylanie się od aktywności czy odpowiedzialności, pozwala na osiąganie kompromisu, a dzięki nieparzystej liczbie uczestników umożliwia w razie potrzeby sformułowanie stanowiska większości.

Drugie kryterium istotnie różniące grupy społeczne to ich trwałość. Są oczywiście grupy istniejące krótko, oparte na przelotnych kontaktach czy znajomościach. Pasażerowie w przedziale kolejowym wciągają się w ciekawą rozmowę, spierają, plotkują, ale na stacji grupa się rozprasza i jej żywot się kończy. Narciarze jadą razem na wycieczkę zorganizowaną przez biuro podróży. Mieszkają razem w pensjonacie, uczą się razem jeździć na nartach, wieczorami popijają razem piwo, grają w karty. Ale to wszystko trwa tydzień i grupa przestaje istnieć. A na przeciwnym biegunie są grupy długotrwałe. Przykładem może być grupa studentów spotykająca się kilka lat, do końca studiów, czy grupa pracowników, którzy zatrudnieni są przez wiele lat w tej samej firmie. Na ogół znaczną trwałość posiadają wspólnoty lokalne czy sąsiedzkie. Z samej swojej istoty dożywotnią trwałość ma rodzina. Naród czy Kościół trwają przez stulecia.

W przypadku grup najtrwalszych spotykamy się z interesującym zjawiskiem: trwają one, zachowują ciągłość i tożsamość, mimo że mają coraz to nowych członków, następuje nieustanna wymiana ich składu. Naród trwa, choć umierają i rodzą się obywatele, Kościół istnieje przez wieki, dzięki pojawiającym się nowym pokoleniom wiernych, uniwersytet świętuje sześćsetlecie istnienia, mimo że mnóstwo razy zdążyli zmienić się profesorowie i studenci. Firma ma długą tradycję, mimo że ciągle zatrudniają się i odchodzą pracownicy. Drużyna piłkarska pamięta czasy przedwojenne, mimo że zmienili się parę razy wszyscy zawodnicy i trenerzy. Miasto ma kilka stuleci i kilkadziesiąt kolejnych pokoleń mieszkańców. Także rodzina sięga swoją tradycją kilka pokoleń wstecz, a czasami odtwarza drzewo genealogiczne w dłuższym jeszcze okresie. Jak to jest możliwe, aby grupa istniała, choć ma ciągle innych członków? Są dwa atrybuty grupy długotrwałej, które są swoistymi depozytariuszami jej tradycji, gwarantami jej ciągłości: organizacja i kultura. To one autonomizują się, odrywają od konkretnych osób, i dlatego mogą poszczególne osoby przeżyć. Stanowią - jak to określał klasyk socjologii francuskiej Emile Durkheim - domenę „faktów par excellence społecznych", wytworzonych co prawda przez ludzi, ale w pewnym sensie odrywających się od ludzi, sytuujących się niejako ponad nimi. Po pierwsze, zwróćmy uwagę, że wszystkie grupy tego rodzaju to grupy zorganizowane. Otóż to właśnie organizacja ma trwałość ponadjednostkową, składa się wszak z pozycji społecznych (statusów) i siatki stosunków społecznych, które zajmować mogą i nawiązywać różni ludzie, także jedni po drugich.

Uniwersytet trwa dzięki zrodzonej jeszcze w Średniowieczu i utrwalonej przez wieki formie organizacyjnej (strukturze), modyfikowanej co prawda, ale nie na tyle, aby naruszyć jej podstawowy trzon. Grupy pozbawione organizacji istnieją natomiast tylko tak długo, jak długo uczestniczą w nich ich członkowie. Krąg przyjaciół nie może istnieć dłużej niż przyjaciele. Sąsiedzi są sąsiadami, tylko dopóki wszyscy blisko siebie mieszkają. Ale jest jeszcze drugi obszar ponadjed-nostkowej ciągłości. To są właśnie te wartości i normy, które przepisane są w rolach organizacyjnych. To są także typowe dla organizacji, obowiązujące w niej poglądy, przekonania, wiara. To jest wreszcie skodyfikowana i przekazywana z pokolenia na pokolenie pamięć o przeszłości grupy. Wprowadzimy niebawem do naszej analizy kategorię kultury, która zamyka w sobie te wszystkie normatywne, symboliczne i idealne aspekty życia społecznego. Uprzedzając więc dokładniejsze rozważania, możemy powiedzieć, że ciągłość zapewnia grupom także swoista dla nich kultura. Uniwersytet istnieje przez wieki nie tylko dzięki niezmiennej organizacji (strukturze), ale także dzięki temu, że kultywuje swoisty etos, afirmuje pewien typ wiedzy zwanej naukową, i chroni przed zapomnieniem swoje dawne osiągnięcia.

Jest jasne, że ludzie inaczej traktują swoje uczestnictwo w grupach przelotnych i trwałych. A dokładniej w takich, w których nie przewidują dłuższej obecności, i takich, które w ich przekonaniu będą im towarzyszyć długo. Tych pierwszych nie traktują zbyt poważnie, nie angażują się w pełni, nie wiążą z nimi swoich aspiracji. Są też od takich krótkotrwałych grup mniej uzależnieni, słabiej ulegają ich wpływowi. Ze współtowarzyszami wycieczki nie muszę szczególnie się liczyć, mogę nawet ich ignorować czy od nich się izolować. Inaczej z kolegami w pracy. Oni otaczają mnie niekiedy przez długie lata, wiedzą o mnie bardzo dużo, nasze stosunki są bliższe, bardziej intymne, spędzam w ich obecności sporą część dnia, ich opinia ma znaczenie dla mojej pozycji w firmie, muszę starać się spełnić ich oczekiwania, bo inaczej trudno mi będzie zrealizować swoje cele zawodowe.

Grupy długotrwałe to zatem teren silnego zaangażowania, identyfikacji, lojalności, obszar realizowania życiowych planów. Oczywiście najwyraźniej widać to w przypadku „grup dożywotnich", których nie da się opuścić, takich jak rodzina i naród, czy którym ślubuje się wierność do śmierci, jak zakon religijny czy niegdyś drużyna rycerska. Ale i tu trzeba odróżnić trwałość faktyczną i oczekiwaną przez członków w momencie przystępowania do grupy. Gdy ktoś zakłada nową rodzinę przez zawarcie małżeństwa, liczy na ogół na wielką trwałość grupy. I niezależnie od tego, jak potoczą się jej późniejsze losy, oczekiwanie takie wpływa na zaangażowanie partnerów czy stopień identyfikacji z grupą. Oczekiwania takie kształtuje jednak nie tylko rodzaj grupy, o jaką chodzi, ale także typowa w danym społeczeństwie czy w danym czasie trwałość grup tego rodzaju. Jeżeli wiemy o tym, że w naszym społeczeństwie co czwarte małżeństwo kończy się rozwodem, zasiewa to od początku pewną wątpliwość i niepewność co do jego trwałości.

Mniej pewnie wypowiadamy formułę „że cię nie opuszczę aż do śmierci". Może tu pojawić się bardzo charakterystyczny w życiu społecznym mechanizm sa-mowzmacniającego się procesu. Gdy wiem, jak wiele jest rozwodów, myślę mniej pewnie o swoim związku, mniej się angażuję, nie do końca z nim identyfikuję, zostawiam sobie - w wyobraźni - jakieś ścieżki odwrotu. Takie słabsze, jakby warunkowe zaangażowanie partnerów, to najlepsza recepta, żeby związek rzeczywiście się rozpadł.

Trwałość grup pewnego rodzaju, np. pracowniczych czy sąsiedzkich, bywa różna, w różnych krajach. Porównania potwierdzają wskazane tendencje do odmiennego traktowania grup przelotnych i długotrwałych. Japończyk traktuje kolegów z pracy jako grupę niezwykle istotną, niemal jak rodzinę. Polak ma do załogi swojego zakładu daleko większy dystans, uważając współpracowników trochę za towarzyszy niedoli. Skąd ta różnica? Między innymi stąd, że w Japonii zatrudnienie jest często dożywotnie, a w każdym razie bardzo długotrwałe. W Polsce natomiast występuje duża fluktuacja zawodowa, częsta zmienność posad, a nawet charakteru pracy. Piszę „między innymi", bo oczywiście wielką rolę odgrywa tu także łatwość uzyskania pracy, satysfakcja z pracy, godziwe zarobki, poziom opieki socjalnej itp. Z kolei dla Polaka - zwłaszcza, ale nie tylko, zamieszkałego-«a"wsi - bardzo liczy się środowisko zamieszkania, wspólnota lokalna czy sąsiedzka, symbolem trwałości jest dom czy mieszkanie. Dla Amerykanina natomiast, członka tego - jak powiada amerykański socjolog Vance Packard - „narodu nomadów", miejsce zamieszkania nie gra takiej roli, zmieniają je bowiem dowolnie, wielokrotnie w ciągu życia.

Łatwo asymilują się i bez żalu opuszczają różne grupy sąsiedzkie, nawiązując z nimi kontakty pozornie dość intymne i wylewne, a w istocie bardzo powierzchowne. Nie przeszkadza im, gdy mieszkają w ogromnych przyczepach samochodowych, jakby na chwilę zatrzymani w nieustannym przemieszczaniu się. A dom czy mieszkanie traktują jak pokój hotelowy, który się na jakiś czas wynajmuje, a potem opuszcza. Nigdy nie mogłem się nadziwić, że amerykańscy koledzy, wyjeżdżając na wykłady czy stypendium za granicę, wynajmują komuś z ogłoszenia swój dom i nic im nie przeszkadza, że przez rok na ich dywanach bawią się obce bachory, w ich łóżku i łazience baraszkuje obce małżeństwo.

Trzecie, bardzo istotne kryterium klasyfikacji grup to sposób rekrutacji, to, jak zostaje się członkiem grupy. Są grupy, do których jest się przypisanym, wchodzi do nich bez własnego aktu woli: albo przez urodzenie - jak do rodziny, grupy rasowej, etnicznej czy narodu, albo przez przymus - jak do aresztu, więzienia, obozu zesłańców, oddziału rekrutów, gdzie jest się „osadzonym", „zesłanym" czy, jak się powiada w żargonie żołnierskim, „przynależnionym". Już sama forma bierna takich zwrotów pokazuje, że nie są to działania dobrowolne. I są, przeciwnie, takie grupy, do których przystępujemy, zapisujemy się, w których się zatrudniamy, słowem, wybieramy w drodze własnej, dobrowolnej decyzji - stowarzyszenia, kluby, partie polityczne, drużyny sportowe, zakłady pracy, szkoły, kręgi przyjaciół itp.

Z kolei wśród tych drugich są takie, do których przystąpić łatwiej, i takie, do których przystąpić trudniej. Cóż to znaczy „łatwiej czy trudniej"? Mamy tu na myśli istnienie szczególnych warunków, kryteriów, które trzeba spełnić, a także specjalnych procedur, które trzeba przejść, aby zostać w grupie akceptowanym. Żeby wejść do grupy studenckiej, trzeba mieć najpierw maturę, a następnie zdać egzaminy wstępne. To, że dostaje się tylko jeden na dziesięciu kandydatów, wskazuje, jak ciasno przymknięte są wrota do grupy tego rodzaju. Żeby wejść do grona pilotów Linii Lotniczych LOT, trzeba odbyć odpowiednie studia, następnie praktyki, „wylatać" wielką liczbę godzin w powietrzu, przejść rygorystyczne testy medyczne i sprawnościowe. Żeby znaleźć się w narodowej reprezentacji piłkarskiej, trzeba długo i dobrze grać w lidze, strzelić dużo goli, wpaść w oko trenerowi, katorżnicze trenować, stawiać się na zgrupowaniach itd. Podobnie niełatwo zostać przyjętym do klubu profesorów UJ czy wejść do oddziału komandosów „Grom". Wiemy z filmów, a niestety i coraz częściej z prasy, jak grupy przestępcze stawiają przed swoimi adeptami bardzo rygorystyczne testy: trzeba najpierw kogoś okraść, napaść, czasem i zabić, żeby dowieść swoich zbrodniczych kompetencji. Długi proces sprawdzania i selekcji stoi przed członkami grup konspiracyjnych w czasie wojny.

Daleko łatwiej zapisać się do partii politycznej czy stowarzyszenia miłośników Krakowa: wystarczy na ogół podpisać deklarację. Nietrudno wejść do grupy sąsiedzkiej: wystarczy wynająć w pewnym miejscu mieszkanie. Łatwo także znaleźć się w grupie wycieczkowej; wystarczy wykupić voucher w biurze podróży. Grupy, w których przynależność jest obwarowana rygorystycznymi warunkami i procedurami nazywamy ekskluzywnymi lub elitarnymi, a takie, do których przystąpić może od razu każdy, nazywamy inkluzywnymi lub powszechnie dostępnymi.

Zapewne studiując ten fragment, czytelnik doznaje wrażenia „deja vu", czyli „już to skądś znam". I nic dziwnego, bo jest to znowu powtórzenie w języku „grupowym" spostrzeżeń sformułowanych wcześniej w języku „działaniowym". Otóż, mówiliśmy bardzo podobnie o sposobach obsadzania pozycji (statusów) społecznych: przez przypisanie i przez osiąganie, wskazując, że to drugie dokonuje się albo przy pomocy kryteriów uniwersalistycznych, dostępnych dla każdego, albo partykularystycznych, preferujących tylko niektórych. Zmiana punktu widzenia pozwoliła jednak istotnie wzbogacić obraz.

Ekskluzywny lub przeciwnie - inkluzywny charakter grup ma oczywiście istotne konsekwencje dla członków. Udział w grupie ekskluzywnej, z którym wiązały się szczególne starania, nakłady, wyrzeczenia - np. długotrwałe studia - stanowi dla jednostki większą wartość. Z grupą taką silniej się ona identyfikuje, gotowa jest do pełniejszego zaangażowania, przejawia większy konformizm w obawie przed utratą akceptacji ze strony innych członków i wobec możliwości wydalenia z grupy. Na ogół grupy te cechują się też większą solidarnością i spoistością niż te, do których każdy może wejść, każdy może wyjść i skład jest dość przypadkowy. Skrajna sytuacja polega na tym, że atrakcyjność grupy wynika wyłącznie z jej ekskluzywności. Nie jest jednostce do niczego potrzebna, nie przynosi jej jakichś korzyści, nie zapewnia jakichś szczególnie sympatycznych kontaktów czy interakcji. Aspiracje do przystąpienia dyktowane są jedynie przez motywacje snobistyczne, a satysfakcje z uczestnictwa wynikają z tego, że tylko nielicznym dane jest do grupy należeć.

Czwarte kryterium pozwalające odróżnić istotnie odmienne rodzaje grup dotyczy intensywności uczestnictwa. Chodzi tu o trzy, nieco odmienne, sprawy. Najpierw o to, czy w grupie wykonujemy różne działania, realizujemy różne cele. Są grupy wyraźnie wyspecjalizowane, jednofunkcyjne, w których podejmujemy tylko jeden rodzaj działalności. Taki charakter mają grupy zawodowe, grupy zadaniowe, grupy rekreacyjne, stowarzyszenia itp. Są jednak i takie, wielofunkcyjne, w których działamy w różny sposób, spełniając różnorodne aspiracje. Przykładem jest rodzina lub grono znajomych. W rodzinie kochamy się i kłócimy, opiekujemy dziećmi i stawiamy je do kąta, robimy zakupy i naprawiamy telewizor, organizujemy przyjęcie i zmywamy naczynia, dzielimy domowy budżet i wyjeżdżamy na wakacje. Z gronem znajomych możemy dyskutować o polityce, grać w piłkę, pójść do kina, wyjechać na narty, robić interesy. Z zupełnie innej kategorii jako taką grupę wielofunkcyjną można wskazać więzienie, gdzie przebiega całość aktywności życiowej przestępców, albo szpital, gdzie przez czas choroby zamyka się całe życie pacjentów.

Pewnym aspektem tendencji ewolucyjnej do rosnącego, strukturalnego i funkcjonalnego różnicowania społeczeństwa, o której pisał już w XIX wieku klasyczny socjolog brytyjski Herbert Spencer, jest właśnie zwiększanie się liczby grup wyspecjalizowanych. Tej tendencji ulegają też w pewnym stopniu tradycyjne grupy wielofunkcyjne, jak na przykład rodzina. Niegdyś przebiegało tu całe życie jej członków: tu odbywała się aktywność prokreacyjna, ale i produkcyjna, religijna i edukacyjna, rekreacyjna i terapeutyczna. Z czasem wiele z tych funkcji przejęły wyspecjalizowane grupy czy organizacje: przedsiębiorstwo, szkoła, Kościół, teatr, szpital itp. Ale i tak pozostała w rodzinie większa różnorodność funkcji niż w każdej z tych cząstkowych organizacji z osobna.

Inne, pokrewne rozróżnienie dotyczy sumy czasu i energii - fizycznej, ale i zaangażowania myślowego, jakich grupa wymaga od swoich członków. Są takie, które wymagają nieustannego uczestnictwa, pełnego zaangażowania, maksymalnego poświęcenia, niepodzielnej lojalności. Doskonałym przykładem jest zakon religijny czy - z zupełnie innej kategorii - mafia przestępcza. Ale podobne żądania mogą kierować do swoich pracowników nowoczesne korporacje przemysłowe, kancelarie adwokackie, biura konsultingowe, laboratoria badawcze. Słynny film według powieści Roberta Grishama Firma pokazuje, jak całość życia młodego prawnika w Ameryce jest podporządkowana pracy zawodowej. Podobnie, pracownicy korporacji japońskich po wyjściu z pracy udają się z kolegami do barów, gdzie do późnego wieczora dyskutują sposoby doskonalenia jakości produkcji. Profesjonalni piłkarze izolowani są na zgrupowaniach od całego świata i poświęcają się tylko treningowi i oglądaniu przeciwników na kasetach video. Znany socjolog amerykański Louis Coser ukuł na określenie takich zjawisk zabawny termin „grupy żarłoczne", a więc takie, które w całości pożerają, pochłaniają bez reszty swoich członków. Wiele grup ma jednak charakter odmienny, zadowalają się cząstkowym tylko uczestnictwem i zaangażowaniem.

I jeszcze jeden aspekt członkostwa w grupie to rygoryzm i zakres kontroli, jaką grupa rozciąga nad swoimi członkami. Chodzi o to, mówiąc inaczej, jaki jest obszar prywatności i luzu pozostawiony jednostce. Są grupy, które narzucają bardzo precyzyjnie określone reguły postępowania i bezwzględnie egzekwują konformizm. Charakterystyczne jest dla nich kodyfikowanie takich reguł w postaci sformalizowanych regulaminów, instrukcji itp. Oddział wojskowy, grupa więźniów, załoga statku na morzu - to wyraźne przykłady. Kontrola może także wykraczać poza aktywność w obrębie grupy, rozciągać się na inne pola aktywności, a niekiedy obejmować całość życia jednostki. Szpieg musi relacjonować przełożonym, jak przebiega jego życie rodzinne, z kim się spotyka, gdzie wyjeżdża, do jakich restauracji uczęszcza. Również firmy czy korporacje ingerują niekiedy w życie rodzinne i towarzyskie pracowników, organizując wolny czas, rozrywkę, opiekę nad dziećmi, a w pewnych przypadkach -znanych z filmów i powieści - dobierając partnerów, urządzając śluby, meblując mieszkania i aranżując także życie intymne.

Zapożyczając termin z dziedziny nauk politycznych, określa się niekiedy ten typ grup mianem totalitarnych (bo tak jak w systemie totalitarnym państwo ingeruje i podporządkowuje sobie w pełni życie obywateli, tak tutaj grupy różnego rodzaju przyjmują podobną postawę wobec swoich członków). I znów tendencja historyczna zdaje się prowadzić do rosnącej i szerokiej kontroli, jakiej podlegają członkowie współczesnych społeczeństw. Wiąże się to z rozwojem technicznych możliwości monitorowania różnych przejawów aktywności. Potężne bazy danych uzyskiwane przy okazji operacji bankowych, wydawania kart kredytowych, rejestracji obywateli, pomocy medycznej, zatrudnienia, funduszy emerytalnych, ubezpieczeń itp., będące w dyspozycji współczesnych korporacji czy biurokracji, stwarzają zagrożenia dla anonimowości i prywatności, co pozwala niektórym socjologom mówić o pojawianiu się „społeczeństwa nadzorowanego" (surveillance society)3. Ostrzegał już przed tym George Orwell w swojej czarnej utopii politycznej. Świadomość tego zagrożenia rośnie i być może z tego między innymi wynika światowa kariera programu telewizyjnego „Wielki Brat". Ludzie ciekawi są zobaczyć, jak to jest, kiedy wszystko co się robi i mówi, jest otwarte na publiczną obserwację. Bo czują, że do pewnego stopnia wszyscy są już dzisiaj podobni do tych zamkniętych w domu „Wielkiego Brata" z kamerami telewizyjnymi w ścianach.

Piąte kryterium klasyfikacyjne dotyczy charakteru korzyści, jakie przynosi jednostce członkostwo w grupie. Niektóre grupy traktowane są przez jednostki instrumentalnie, a udział w nich ma im przynieść jakieś korzyści poza samym udziałem. Grupy mają nam dopomóc, żeby zrealizować jakieś nasze cele zewnętrzne wobec uczestnictwa, inne niż samo uczestnictwo. Na ogół wchodzimy do grupy studenckiej po to, by się czegoś nauczyć i zdobyć dyplom, do grupy roboczej lub zadaniowej po to, aby zarobić, podnieść swój standard życiowy, uzyskać wysoki prestiż. Natomiast kiedy siadamy z kolegami przy piwie albo idziemy pograć w piłkę na boisko czy idziemy do dyskoteki - to mamy motywacje autoteliczne (bezinteresowne), nie chodzi nam o nic więcej niż miłe spędzenie czasu z innymi. Kieruje nami potrzeba rozmowy, bliskości, towarzystwa. Chodzi o to, żeby być razem, pobyć z innymi, pośmiać się, poplotkować, pobawić się. Motywacja ta ma czysty prospołeczny charakter, wyraża naturalną ludzką skłonność do uspołecznienia, towarzyskości.

Trzeba tu przypomnieć obserwację, którą czyniliśmy wcześniej, kiedy rozróżnienie motywów instrumentalnych i autotelicznych było wprowadzone w języku „działaniowym". Otóż, podkreślaliśmy nieostrość tego rozróżnienia i możliwość sytuacji pośrednich, łączących obie motywacje. Z jednej strony trwałe w filozofii i socjologii jest marzenie o „pracy zdezalienowanej", która byłaby nie tylko źródłem zarobku, ale polem twórczej samorealizacji i satysfakcji. Marzenie to realizuje się w pewnych zawodach artystycznych, literackich, naukowych, duszpasterskich. Z drugiej strony zauważa się, jak pewne grupy o charakterze autotelicz-nym mogą być wykorzystywane do celów instrumentalnych. Znajomości, kontakty i przyjaźnie nawiązuje się coraz częściej po to, aby zyskać wpływy, informacje, legitymować się „koneksjami" itp. W skrajnym przypadku cynicznie pozoruje się intymność i bezinteresowność po to, by grupę wykorzystać do własnych egoistycznych celów. Za Mertonem określaliśmy to jako zjawisko „pseudo-Gemeinschaft", pozorowanej wspólnoty.

W nowoczesnym społeczeństwie coraz powszechniejszym zjawiskiem jest pojawianie się grup zadaniowych, a więc celowo organizowanych po to, aby zrealizować jakiś projekt, rozwiązać jakiś problem, osiągnąć pewien założony rezultat. Grupy te rekrutują kompetentnych specjalistów tylko na czas realizacji zadania, a potem się rozwiązują. Tutaj mamy do czynienia nie tylko z instrumentalnym traktowaniem istniejącej już grupy przez jej członków, ale z tworzeniem grupy od nowa, w całości, od początku do końca, podporządkowanej osiągnięciu celu zewnętrznego. Przykładem są różne komitety, komisje, trusty mózgów, grupy ekspertów, jury konkursów. Zadania, jakie stawiają sobie grupy tego rodzaju, dyktują sposób ich działania. Wyobraźmy sobie działanie najprostsze: usuwanie śniegu z ulicy albo adresowanie kopert w kampanii wyborczej. Są to czynności, które wykonać można tym szybciej, im więcej zaangażujemy ludzi. Grupa, która spontanicznie się tworzy, „skrzykuje" albo powołana zostaje spośród ochotników do zrealizowania takiego celu, wykonuje czynności identyczne. Ale dzięki temu, że pracuje wielu, ich wysiłki dodają się do siebie. Takie zadania nazywamy addytywnymi, sumującymi się.

Są jednak inne zadania, gdzie pojawia się granica dodawania uczestników grupy. Przypuśćmy, że trzeba popchnąć i rozpędzić samochód, który nie chce zapalić. Trzech, czterech ochotników zrobi to łatwo. Gdy będzie ich dwudziestu, będą się wzajemnie przepychać i nic się nie uda. Podobnie gdy trzeba ugotować obiad. Przysłowie ludowe doskonale chwyta problem: „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść". W obu wypadkach są to jeszcze zadania addytywne, ale o pewnym limicie rozmiarów grupy. Ale może być też inaczej: dodawanie członków nic nie da. Przypuśćmy, że grupa ma osiągnąć konsensus, sformułować wspólne stanowisko, podjąć wspólną decyzję. Działania są zupełnie inne niż w przypadku tych, którzy razem odśnieżali ulicę. Najprzód każdy formułuje odmienne stanowisko, wyraża odmienne opinie. Potem zaczyna się dyskusja, krzyżują się argumenty. Stanowisko ulega zbliżeniu. W razie potrzeby dochodzi do głosowania. Pamiętamy, że według Simmla, grupy tego rodzaju nie powinny liczyć więcej niż 7-9 osób, bo inaczej zapanuje chaos i do uzgodnienia nie dojdzie.

Odmienny jest tryb postępowania w przypadku tzw. zadań kompensacyjnych. Grupa sędziów ocenia jazdę figurową na łyżwach czy skoki narciarskie. Każdy ocenia indywidualnie, sam, ale ich oceny uśrednia się, eliminując oceny skrajne. A jeszcze inne jest zadanie, które nazywamy kooperacyjnym: drużyna piłkarska, którą można też potraktować jako grupę zadaniową, ma strzelić bramkę. Gdyby wszyscy biegli w tym samym kierunku, ku linii bramkowej przeciwnika, czyli działali po prostu addytywnie, nigdy by gola nie strzelili. Konieczny jest tu podział funkcji i pewna strategia kooperacji i koordynacji, którą przed meczem narzuca trener. Każdy robi co innego, ale te zróżnicowane czynności w sensownym współdziałaniu przynoszą zamierzony efekt. Inne przykłady to kwintet skrzypcowy, brygada remontująca statek czy grupa mechaników wymieniająca w kilka sekund koła podczas zawodów Formuły Jeden. Grupa zadaniowa o różnych, wymagających koordynacji działaniach ma często lidera, który przejmuje funkcje koordynujące: dyrygent w orkiestrze symfonicznej, przewodniczący czy moderator na sympozjum naukowym, kapitan na katamaranie w regatach The Race, to przykłady takich ról.

Są takie zadania, do których wykonania grupa wybiera, deleguje jednego członka, reprezentanta, który działa na jej rzecz i w jej imieniu. Protestujący przed Sejmem górnicy wysyłają jednego z petycją do marszałka. Partia polityczna wyłania kandydata w wyborach. Spór między gangami ulicznymi rozstrzyga bójka dwóch wybranych przedstawicieli. Zadania grupowe realizowane przez jednego z członków nazywamy dysjunktywnymi.

Jest jeszcze jeden ciekawy rodzaj zadań, gdy osiągnięcie celu wymaga nie tylko, aby wszyscy wykonywali swoje cząstkowe zadania, ale aby intensywność czy tempo były dopasowane do najsłabszych. W ekspedycji do bieguna czy na szczyt himalajski warunkiem sukcesu jest to, aby doszedł najsłabszy z uczestników. Ten, który jest najmocniejszy i mógłby się łatwo wysforować do przodu w pojedynkę, nic bowiem nie zdziała. Zabraknie mu zapasów, niezbędnej żywności, wsparcia, którego dostarczyć może tylko cała grupa. Podobnie oddział wojskowy idący do akcji musi równać do maruderów, czekać, mobilizować ich. Gdyby ich zostawić, to wszyscy, także najsilniejsi, ale już osamotnieni i rozproszeni, łatwo zostaliby zlikwidowani przez wroga. A uciekająca z napadu grupa bandytów musi poczekać na spóźnionego, bo złapanie go przez policję zagraża wszystkim. Takie zadania, dopasowywane niejako do najsłabszych, określamy mianem koniunktywnych.

Już z przykładów które wymieniliśmy, widać jasno, że grupy zadaniowe bywają ogromnie różnorodne. Ich struktura i funkcjonowanie odzwierciedlają stopień komplikacji zadań, jakie sobie stawiają. Niektóre zadania są bardzo proste technicznie, np. adresowanie kopert. Inne mogą być technicznie bardzo trudne, np. opracowanie nowego leku. Są zadania, które wymagają wysokich kompetencji społecznych: otwartości, gotowości do dyskusji, tolerancji dla odmiennych poglądów, podatności na argumentację, dużego autorytetu i standardów moralnych, a także wzajemnej życzliwości, lojalności i zaufania. Przykład: komitet przyznający granty badawcze czy jury Konkursu Chopinowskiego. I są takie, gdzie przymioty społeczne członków i spoistość grupy nie odgrywają większej roli. Przykład: odgarnianie śniegu z ulicy czy pchanie uszkodzonego auta. Wymagania techniczne i społeczne nie zawsze idą w parze. Sztafeta biegaczy i drużyna piłkarska podejmują zadania o dużych wymaganiach technicznych nabywanych w długim treningu.

Ale wymogi społeczne są w pierwszym wypadku znikome, a w drugim bardzo wysokie: przejęcie pałeczki jest bardzo elementarną interakcją społeczną, natomiast koordynacja zawodników grających na różnych pozycjach w jeden działający system zdolny strzelać bramki wymaga wypracowania wysokiego stopnia integracji i morale grupy. I odwrotnie, ława przysięgłych i grupa wspinaczy w Himalajach narzucają swoim członkom i całej zbiorowości podobnie wysokie kryteria społeczne. Natomiast złożoność techniczna zadania wydaje się wyższa w przypadku skomplikowanego procesu sądowego niż w przypadku ataku na szczyt.

Szóste kryterium dotyczy stopnia zorganizowania grupy. Jak pamiętamy, grupy zorganizowane, formalne (albo w skrócie „organizacje społeczne" w sensie realistycznym, a nie atrybutywnym) to konglomeraty powiązanych pozycji społecznych (statusów). W takich grupach uczestniczymy więc jako trochę bezosobowy personel zajmujący pewne pozycje i tym samym jako wykonawcy pewnych ról. Nasze osobiste walory czy wady, poza tymi które wiążą się z wykonywaniem ról, nie mają dla grupy znaczenia. Kiedy lecę samolotem, jest mi zupełnie obojętne, czy pilot jest żonaty, czy ma dzieci, czy chodzi do kościoła, czy zbiera znaczki, czy gra w golfa. Ważne jest dla mnie wyłącznie, żeby dobrze prowadził samolot. Dla dyrygenta orkiestry nie jest ważne, żeby oboista był miłośnikiem malarstwa, chodzi mu tylko o to, aby dobrze grał na oboju. Organizacja ma poza tym tę właściwość, że zachowuje ciągłość, nawet gdy zmieni się personel. Filharmonia Berlińska będzie istnieć, nawet gdy kilka razy zmieni się oboista, a Uniwersytet Jagielloński nawet wtedy, gdy na emeryturę przejdą wszyscy obecni profesorowie.

W grupach niezorganizowanych (nieformalnych) uczestniczymy natomiast inaczej, jako pełne, z krwi i kości osoby. Dla grona przyjaciół ważne są wszystkie moje słabości, przywary i zalety. Kto inny nie mógłby mnie zastąpić, a sama grupa nie zachowuje trwałości ponadjednostko-wej, przestaje istnieć, gdy umrą czy odejdą jej członkowie. I ten podział grup nie jest rzecz prosta ostry i rozłączny. W grupach zorganizowanych, a więc zdepersonalizowanych, anonimowych, nawiązują się często jakieś stosunki personalne, nieformalne między członkami. Przenikanie się organizacji formalnej i sieci kontaktów nieformalnych jest bardzo typowe dla wielu organizacji w dzisiejszym społeczeństwie. W zakładach przemysłowych stwierdzał to empirycznie już przed wojną Elton Mayo, w armii pokazywały to badania Sąmuela Stouffera podczas II wojny światowej, w szkołach wykrywał to Martin Trow, w miastach William F. Whyte, w świecie polityki Sidney Verba, w szpitalach Harold Wilensky. Konsekwencje mogą tu być ambiwalentne. Na przykład w badaniach Eltona Mayo, prowadzonych w zakładach koło Chicago produkujących centralki telefoniczne, okazało się, że bliskie kontakty między pracownikami, wykraczające nawet poza obszar pracy, sprzyjają atrakcyjności grupy roboczej, a także ogólnej wydajności produkcji.

Podobnie badania w armii amerykańskiej na frontach II wojny światowej, prowadzone przez Samuela Stouffera, pokazały, że dobre samopoczucie żołnierzy i „efektywność bojowa" oddziałów zależą w dużej mierze od homogeniczności ich składu (gdy są rekrutowane z jednego stanu, jednolite rasowo itp.), a także dobrych koleżeńskich kontaktów między żołnierzami. Ale z drugiej strony w urzędach, organach administracyjnych czy politycznych takie prywatne kontakty prowadzą często do powstawania klik i innych zjawisk patologicznych: frakcyjności, korupcji, nepotyzmu.

Podobne prace

Do góry