Ocena brak

Norwida głód przestrzeni i czasu

Autor /Albinos Dodano /05.06.2013

Cyprian Norwid (1821 —1883), poeta, którego twórczość zajmowała odrębne miejsce na tle literatury romantycznej, za życia autora nie zrozumiana, odkryta i spopularyzowana w pierwszych latach XX w. przez Zenona Przesmyckiego (Miriama).

Od 1849 r. Norwid mieszkał w Paryżu, przez kilka lat przebywał w USA, żył w osamotnieniu i nędzy. Zaliczany do romantyków, poddał założenia romantyzmu krytycznej rewizji, o czym traktuje szereg dostępnych i popularnych krytycznych i historycznoliterackich omówień. Stworzył wiele arcydzielnych utworów poetyckich i dramatycznych, zajmował się eseistyką, rzeźbą, malarstwem. Jego utwory wielokrotnie wznawiano w XX w. w różnych edycjach. Najważniejsze powojenne wydania to: pięcio-tomowe Pisma wybrane (1968) i dziesięciotomowe Dzieła zebrane (1971 —1975).

Różne są typy poetów, zwłaszcza tych genialnych. Sławny w okresie dwudziestolecia międzywojennego uczony psychiatra z Marburga Ernst Kretschmer, autor podstawowych dzieł Kórperbau und Charakter (1921) i Geniale Menschen (1929), uzależnił typowość osobniczą od budowy ciała. Dzielił typy ludzkie pod względem fizycznym na cztery zasadnicze grupy: wysokich, chudych i wątłych asteników; średnich wzrostem, muskularnych i silnych atletów; niskich i otyłych pykników oraz pokracznych dysplastyków. Pod względem psychicznym astenicy to skupieni w sobie ascetyczni myśliciele i uczuciowcy, atleci to rozważni w myśli i stateczni w czynie praktycy, pyknicy to w pół optymiści, w pół melancholicy, a dysplastycy to przeważnie statystyczni przeciętniacy. Oczywiście, jak zwykle w każdej grupie typów są wyjątki przeczące schematowi.

Cyprian Norwid jako typ fizyczny nie był ani wysoki, ani niski, także nie średni, raczej półśredni, wąski w ramionach, o długich rękach i dość dużej głowie w stosunku do krótkiego tułowia i długich nóg, ale nie był dysplastykiem, raczej przeciwnie, harmonijną sylwetkę Norwida o kształtnej głowie pokazują zarówno fotografia z r. 1858 (Hamareta) i dwie z r. 1861, jak i własne autoportrety, w których Norwid siebie bynajmniej nie upiększał, a był doskonałym rysownikiem i karykaturzystą. Wierności artystycznych portretów Norwida z r. 1879 i 1882 dokonanych bezpośrednio przez Pantaleona Szyndlera można w zupełności zaufać.

Nie odpowiada więc Norwid ani fizycznie, ani tym bardziej psychicznie żadnemu z czterech zasadniczych typów Kretschmera. Jest mieszańcem, w którym cechy fizyczne kontrastują niekiedy ze sobą i są zaprzeczeniem cech psychicznych. Być może cały fenomen niepowtarzalnej osobowości i wszechstronności niezwykłego talentu Norwida wynika z jego typologicznego synkretyzmu. Bogactwo tak zwanej duszy ludzkiej, czyli intelektu zintegrowanego z emocjonalno-ścią i wyobraźnią, na tym właśnie polega. Potwierdza to Kretschmer. Geniusz to, oprócz warunków, czasu i miejsca, sprawa chemii fizycznej i alchemii psychicznej. Ta inność osobnicza jednostki twórczej na tle zbiorowej przeciętności wywołuje w niej niepokój, rodzi potrzebę zmiany środowiska, budzi odczucie głodu innej przestrzeni i czasu niż te, w których przebywa i w których jest więźniem. Losy życia i charakter twórczości Norwida są tego rzeczowym przykładem.

Świadomość własnej odrębności pojawia się u Norwida prawdopodobnie już we wczesnym dzieciństwie. Traci matkę w czwartym, a ojca w czternastym roku życia. Dojmujące poczucie osierocenia potęgują trudne warunki bytowania i cygański tryb życia po opiekuńczych domach bliższych i dalszych krewnych. Z trojga rodzeństwa Norwida starszy brat Ludwik i siostra Paulina oraz młodszy brat Ksawery żyją — każde z osobna — odrębnym swym światem, zabiegają o własne sprawy, zakładają rodziny, robią interesy, zabezpieczają sobie i swoim codzienny byt, prócz właśnie Cypriana, który — artysta z powołania — nie ma domu, rodziny, stałego zajęcia, określonego statusu społecznego, zabezpieczenia materialnego i żadnych widoków w tym względzie na przyszłość. Z upływem czasu więzy rodzinne rozluźniają się coraz bardziej, sprowadzone do przypadkowych spotkań co lat parę lub kilkanaście. Następuje coraz większe wyobcowanie ze środowiska rodzinnego, społecznego i krajowego, emigracja zaś przyjmuje go niezbyt chętnie. Nie miał bowiem za sobą aureoli męczennika za sprawę, tytułu politycznego wygnańca.

W pierwszych latach po dojściu do pełnoletności utrzymuje się z części spadku majątkowego po matce. Potem do końca życia z przypadkowych prac rysunkowych, akwarel, planów architektonicznych i pożyczek, także ze wsparć i różnych dobroczynnych zapomóg. Pierwsze jego utwory pisane w kraju przed wyjazdem za granicę noszą charakterystyczne tytuły: Samotność, Sieroty, Wspomnienie, Dumanie, Marzenie, Wieczór w pustkach, Fantazja, Pożegnanie. A więc typowa tematyka charakteryzująca introwertyka przebywającego myślami i wyobraźnią w innych niż doraźnie obecnych miejscach i czasach. Najczęściej występujące w nich czasy to przeszły i przyszły, rzadziej teraźniejszy, a jeśli się pojawia, to tylko jako miara dystansu między tym, co było, lub tym, co będzie lub ma być. A jeśli chodzi o miejsce, to jest to zawsze miejsce byłe lub przyszłe wyobrażone. Jak duch z ciałem, tak z miejscem ze wspomnienia lub tylko z wyobraźni związany jest zawsze określony moment czasu.

„Kraj lat dziecinnych” Norwida przestrzennie był niezbyt rozległy, umiejscowiony z południowego zachodu na północny wschód między Radzyminem a Wyszkowem, a z północy na południe między o kilka kilometrów odległym od Laskowa — Głuchowem, gdzie się urodził, Bugiem a o tyleż kilometrów oddalonymi Dembinkami, posiadłością wuja i późniejszego opiekuna osieroconego rodzeństwa Norwida, Ksawerego Dybowskiego, i kilkanaście kilometrów odległej Strachówki, majątku prababki Norwida ze strony matki, Hilarii Sobieskiej, w których to dworach znaleźli przytulisko w dzieciństwie i potem spędzali często wakacje młodzi Norwidowie.

Ta przestrzeń sielska łączy się w młodości Norwida z przestrzenią miejską Warszawy, niezbyt uroczą, jak wynika z pierwszych jego utworów, a szczególnie z wiersza Wspomnienie wioski, sądząc po takich w tym utworze fragmentach dotyczących wsi i miasta (oczywiście Warszawy):

Nie lubię miasta, nie lubię wrzasków I hucznych zabaw, i świetnych blasków,

Bo ja chłop jestem — bo moje oczy Wielmożna świetność kole i mroczy.

Miasto — złocony kraniec przepaści!

O jakiej części czy dzielnicy Warszawy jest tu mowa? Bo przecież nie o mieście w całości, gdzie „huczne zabawy”, „świetne blaski” i „wielmożna świetność” zawsze graniczą z szarością, zaniedbaniem i nędzą, szczególnie na „krańcach” przedmieść, które bynajmniej nie są „złocone”, a przeważnie są „przepaścią” wszelkiej niedoli i zła ludzkiego. I takie to wyobrażenie miasta w ogóle powziął Norwid na podstawie znajomości jednego tylko dotąd miasta w życiu, Warszawy, no i — jak wynika z powyższego fragmentu — tylko jej śródmieścia z zamkiem królewskim i otaczającymi go magnackimi pałacami.

W tym stosunku do miasta wyprzedził Norwid swego rówieśnika francuskiego (ten sam rocznik!) Charles’a Baudelaire’a o całe 20 lat, bo jego Tableaux parisiens i Le spleen de Paris ukazały się dopiero w 1862 r., kiedy Norwid dawno już odszedł od podobnie jednostronnego spojrzenia na miasto, gdyż właśnie wtedy poznał już dostatecznie Paryż, Berlin, Wiedeń, Rzym, Londyn i Nowy Jork. Ale w okresie, kiedy jeszcze poza Warszawą nie znał żadnego innego większego miasta, jedynym siedliskiem godnym człowieka żyjącego zgodnie z naturą i porządkiem etyki chrześcijańskiej, dziedzictwem wielowiekowej kultury ludzkiej, była wieś, o której w tymże wierszu tak pisał:

Wieś!... to me życie, to podarek Boży!

To kwiat, co spada z anielskiego czoła,

Gdy go dłoń lekka lekko w sploty włoży.

O, wieś, z początku cicha i smętnie wesoła,

Leży jak flet, co w sobie liczne pieśni tłumi,

Lecz weź no ten flet do ust, pocałuj go szczerze,

A dopiero usłyszysz, co on śpiewać umie,

A dopiero on pieśni dla ciebie wybierze;

I będzie ciebie błagał — będzie ciebie prosił M Ażebyś go przy ustach pałających nosił.

Poza Janem Kochanowskim trudno byłoby znaleźć ówcześnie w poezji polskiej podobną apologię wsi z powodów głębszych niż tylko estetyczno-krajobrazowych, lecz przede wszystkim etyczno--humanitarnych i normalnych perspektyw rozwojowych ludzkości.

Wracał co roku w miesiącach wakacyjnych na wieś, ale większość swych wierszy z lat 1839—1842 napisał w mieście. Nie tęskni się bowiem do wsi i nie marzy o niej, mieszkając tam. A już same tytuły tych wierszy — Skowronek, Wieczór w pustkach, Do wieśniaczki — świadczą o tematycznej obsesji poety.

I chociaż wieś rodzinna nęciła swym czystym urokiem, a stolica kraju ojczystego odstręczała jałowym blichtrem i duchowym mizerabi-lizmem, chęć poznania innych, nie znanych dotąd miejsc i związanych z nimi dziejów, czyli głód przestrzeni i czasu, okazała się silniejsza od tych ambiwalentnych pokus. Z początkiem sierpnia 1841 wybiera się Norwid ze swym przyjacielem Władysławem Wężykiem w trzymiesięczną podróż turystyczną po kraju, korzystając z zaproszenia Kajetana Koźmiana, zachwyconego jego „wspomnieniem wioski”, do odwiedzenia go w Piotrowicach, jego majątku w Lubelskiem. Wędrowali pieszo i rzemiennym dyszlem, zwiedziwszy — prócz kilkudniowej gościny w Piotrowicach — Nałęczów, Puławy, Kazimierz nad Wisłą, następnie udali się przez Zwoleń i Czarnolas na Łysą Górę i do Sandomierza, stąd zaś do Piotrkowa, Sieradza, Wielunia i Częstochowy.

Ta pierwsza wycieczka krajoznawcza po ziemi ojczystej rozbudziła w Norwidzie jeszcze większą chęć podróżowania, która w następnych latach przerodzi się w prawdziwą namiętność, zwłaszcza że i okazje sprzyjały temu. Najpierw zaprojektowany wcześniej wyjazd za granicę na studia plastyczne, a potem pogoń za podróżującą stale po Europie Marią Kalergis, rozwiedzioną co dopiero żoną greckiego milionera, córką Ferdynanda Nesselrode, szefa warszawskiej żandarmerii.

Tuż jednak przed tym wyjazdem za granicę odbędzie z Antonim Czajkowskim w połowie maja 1842 jeszcze jedną podróż po kraju, tym razem karetką pocztową, zwiedzając Radom, Kielce, Miechów, Pieskową Skałę i Ojców, potem zatrzymując się na dłużej w Krakowie, stąd robiąc wypady w najbliższe jego okolice, między innymi do Wieliczki. W końcu czerwca opuści Kraków i pociągiem przez Katowice i Wrocław uda się do Drezna.

Żaden z naszych wielkich poetów ubiegłego wieku nie poznał z autopsji tak dokładnie i w takiej rozległości swej ojczyzny, jej krajobrazu i ludu w jego regionalnych odmianach jak właśnie Norwid. Zapewne już wtedy zaczął się w nim chwiać zbyt jednostronny dotąd pogląd na miasto, ale niepokój z tym tematem związany jeszcze nie wygasł. W ostatnim wierszu, powstałym na wyjezdnym z kraju Pożegnaniu pisał:

Wieś i niebo dwa pojęcia, Które ranny brzask umila, Były dla mnie, dla dziecięcia, Jak dwa skrzydła dla motyla.

Mamże, w szare strącon bruki,

Dla spokoju zostać głazem?

Mamże, ojców tłocząc kości,

Wołać głosem znikczemnienia:

„Witaj mi, obojętności,

Ideale doświadczenia!”

Nie — choć piorun po piorunie Gorejące wstęgi wije,

Ja w spienionych wałów runie Zakrwawioną pierś obmyję.

Pierś obmyję lub rozbiję!

Zapowiedź zawarta w ostatnich wersach spełniła się, chociaż nie dosłownie. Norwid rzucił się w to „groźne morze” życia zachodniej Europy, a nawet dalej jeszcze, bo w znaczeniu przenośnym i dosłownym na „zachód zachodu” Europy w „spienione wały” Atlantyku, by poprzez „oceanu ruchome płaszczyzny” dotrzeć do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Ale to będzie później. Na razie jest w Dreźnie, oglądając słynną Galerię, stąd udaje się do Lipska, potem do Norymbergi, potem do Monachium, a z Monachium przez Weronę i Padwę do Wenecji, a z Wenecji przez Ferrarę i Bolonię do miejsca zamierzonych studiów plastycznych, Florencji, gdzie spędził koniec roku 1843 i cały następny. Wszędzie zwiedzał galerie sztuki, pinako-teki i ekspozycje obrazów i rzeźb, podziwiając cuda architektury i urbanistyki zachodniej oraz szczególną architektonikę ruin, nie ręką ludzką zdziałaną, lecz ręką natury i ręką ubiegłych wieków. Wszędzie gnał go głód przestrzeni i czasu poprzez dzieła starych i nowych mistrzów sztuk wizualnych, ale nie tylko. Także nieco groteskowa „fatalna miłość’ do Marii Kalergis, którą w 1844 r. poznał we Florencji i za którą włóczył się „po całej Europie” przez kilka lat jak cień za słońcem, by wreszcie w połowie 1848 r. ujrzeć w niej „kłamstwo na ustach opiewających rzecz anielską i skrzydła z pawich piór szatańskie do najpiękniejszych wpięte ramion”. Wiktor Hugo miał inne o niej wyobrażenie, a posiadał nie gorszy chyba do kobiet gust od Norwida; nazywał ją „dragonem w spódnicy” i uważał poprostu za kogoś w rpdzaju ówczesnej rosyjskiej, jak byśmy dziś powiedzieli^- Maty Hari.

Rozstaje się Norwid z miłością, choć ranę po niej będzie nosić całe życie, ale nie rozstaje się z gorączkowymi podróżami, jak gdyby chciał nimi zagłuszyć echa doznanej klęski sercowej. Po Florencji miał już za sobą pobyt w Rzymie, Neapolu ze zwiedzaniem Pompei i Herculanum, wycieczkę na Wezuwiusz, do Amalii i Sorrento, i znów do Rzymu, skąd statkiem do Senigalii, a stąd pociągiem przez Wiedeń i Morawy na śląski Mikołów, stamtąd zaś znów do Berlina, skąd w ciągu roku zdążył zrobić wyprawę do Pudliszek pod Poznaniem, uzupełniając tym swą znajomość rdzennych ziem polskich. Następnie wróciwszy do Berlina przesiedział miesiąc w więzieniu za manipulacje paszportem. Zwolniony wskutek starań Marii Kalergisy udaje się do Brukseli i Ostendy dla poratowania zdrowia (zaczyna ślepnąć i ghichnąć), W Brukseli przez kilka miesięcy studiuje w Muzeum Sztuk Pięknych,, a potem przez Paryż wraca do Rzymu, gdzie spędza cały prawie rok 1847 i 1848 i gdzie poznaje między innymi Mickiewicza i osławioną mistyfikatorkę matkę Makrynę Mieczysławską. Podczas rozruchów rewolucyjnych w Rzymie bierze udział wraz z Zygmuntem Krasińskim w obronie siedziby papieskiej, Kwirynału, przed atakami plebsu miejskiego.

Po względnym uspokojeniu, w Rzymie udaje się po raz drugi na kilka tygodni do Pudliszek, majątku przyjaciela Włodzimierza Łubieńskiego, któremu w dwa lata później, już nieboszczykowi, poświęci z czułą dedykacją wierszem słynny traktat poetycki Promethidion. Wróciwszy do Rzymu wybiera się w końcu lata w dłuższą podróż po południowej Italii i Morzu Śródziemnym. Drogą morską udaje się do Palermo na Sycylii, potem wzdłuż wybrzeża dalmatyńskiego do Morza Egejskiego i. w pobliże Krety. Z wyprawy tej wraca na krótko do Rzymu, by w końcu stycznia 1849 wyjechać na stałe, aż do końca listopada 1852, do Paryża. Tu poznaje na krótko przed ich śmiercią Słowackiego! Chopina. Poznaje także wielu znakomitych cudzoziemców: malarzy Ary’ego Scheffera i Paula Delaroche’a, Iwana Turgieniewa i Aleksandra Hercena.

Ale jako artysta malarz i przede wszystkim jako pisarz-poeta ponosi wśród swoich zarówno na emigracji, jak i w kraju same niepowodzenia i klęski, co pogarsza jego stan zdrowia ;;i samopoczucie psychiczne, w rezultacie także pogłębia i nędzę materialną. A był już przecież autorem prócz wiciu /nakomi-tych liryków, jak Z listu (do Włodzimierza Łubieńskiego), W Weronie, Vendóme, Pieśń od ziemi naszej, Aerumnarum plenus, Do Moskali--Slowian i Bema pamięci rapsod żałobny, takich dzieł, jak dramat Zwolon, misteria historyczne Wanda i Krakus, traktaty poetyckie Promethidion i Niewola oraz poematy Wesele, Psalmów-psalm i Salem, nie licząc aktualnych rozpraw i artykułów publicystycznych, jak Odezwa Polaków do Piusa IX Papieża, Listy 0 Młodej Emigracji i Jasność i ciemność. Jego liczne prace rysunkowe, malarskie i szeź-biarskie nie mają popytu. Fundusze spadkowe i pożyczkowe dawno się wyczerpały. Zrozpaczony postanawia zostać zakonnikiem. Zgłasza akces do zgromadzenia braci zmartwychwstańców, wśród których ma kilku życzliwie i przyjaźnie do niego usposobionych księży, jak Aleksander Jełowieki, Józef Hube i Piotr Semenenko, niestety od nich właśnie, którzy go znają najlepiej, otrzymuje odpowiedź odmowną. W jakiś czas potem przyznał im rację, wyznając, że gdyby go przyjęli, to niebawem swym trybem życia i postawą spowodowałby w ich zakonie herezję.

Utwory, które napisał po wyjeździe z kraju, nie były wcale mniej pesymistyczne od pisanych przed wyjazdem. Słowem, zagranica nie przysłużyła się lepszą aurą jego twórczości. Jeden z pierwszych wierszy napisanych na emigracji To rzecz ludzka... zaczyna się taką introdukcją:

Wszystko mi tu łamkie, kruche,

Gdzie obrócę dłoń, ruina.

Wieją wiatry na posuchę,

Na posuchę iłknie ślina.

We mnie, w świecie — grób: dwa słowa!

Umiem trzecie...

Większość liryków powstałych w dziesięcioleciu 1842—1852 to najsmutniejsze, jeśli nie najbardziej rozpaczliwe wiersze Norwida, świadczące o beznadziejności życia, o nędzy, chorobach, rozkładzie i śmierci jako przyrodzonych aspektach jednostkowej kondycji i zbiorowej egzystencji ludzkiej. We Florencji stając w zdumieniu przed dziełami Michała Anioła pisał w powstałej tam Mojej piosence I:

Źle, źle zawsze i wszędzie,

Ta nić czarna się przędzie,

Ona za mną, przede mną i przy mnie,

Ona w każdym oddechu,

Ona w każdym uśmiechu,

Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie...

I takie utwory rodziły się w okresie podziwiania przez Norwida najpiękniejszych krajobrazów, wielowiekowego dorobku największych arcydzieł sztuki, cudów techniki i urbanistyki, niezwykłych dokonań cywilizacyjnego postępu i kultury europejskiej. Wszystko to było zewnętrzną powłoką, pod którą kryła się niedola nie niniejsza niż ta w kraju, lecz bardziej dotkliwa, gdyż bez tęczowej powłoki. Jako emigrant cielesnymi zmysłami tkwił w urokach obczyzny, ale duchem przebywał w kraju, bo — jak deklarował w Pieśni od ziemi naszej, która jest arcyzwięzłym podsumowaniem poetyckich doświadczeń dotychczasowych jego wędrówek po Zachodzie:

Tam, gdzie ostatnia świeci szubienicą,

Tam jest mój środek dziś — tam ma stolica,

Tam jest mój gród.

Od wschodu — mądrość — kłamstwa i ciemnota,

Karności harap lub samotrzask z złota,

Trąd, jad i brud.

Na zachód — kłamstwo — wiedzy i błyskotność Formalizm prawdy — wnętrza bez-istotność,

A pycha pych!

Na północ Zachód z Wschodem w zespoleniu,

A na południe — nadzieja w zwątpieniu

O złości złych!

Duchem, myślami i troską, czyli sztuką i poezją swoją nigdy nie opuściwszy kraju, tym bardziej odczuwał głód inności, głód wolniejszych przestrzeni i godniejszych czasów. Z inicjatywy krewnych, przyjaciół i życzliwych znajomych otwarły się przed nim jesienią 1852 r. trzy okazje wyjazdu z Paryża z perspektywą zmiany dotychczasowych warunków życia i zarobkowania: do znanych mu już Pudliszek pod Poznaniem, do Chin i do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Wybiera Amerykę. Opuszcza stary świat dla nowego. Nowy świat, nowe życie. Odmiana warunków bytowania, odmiana inspiracji twórczych. Z tą nadzieją pod koniec listopada tegoż roku wsiada w Dunkierce na statek do Londynu, a stąd 13 grudnia transatlantyckim żaglowcem wyrusza do Nowego Jorku. Podróż trwała 62 dni z burzą, która omal nie spowodowała katastrofy. Norwid doznał potęgi i nieobliczalności nowego dlań żywiołu natury, którego dotychczas nie znał z autopsji. Chory, pozbawiony sił i pieniędzy, ląduje w Nowym Jorku 12 lutego 1853. Jak się wyrazi później w liście do Marii Trębickiej :

Kiedy na świecie całym zabrakło mi miejsca, ażeby wysłuchać mię — a w celi zakonnej zabrakło mi celi, przybyłem na tę ziemię bez-historycznej wszechstronnością.

Zatrzymuje się początkowo w izdebkach nędzarzy, utrzymuje się z dorywczych robót fizycznych, rzeźbiarskich, zdobniczych i plastycznych, następnie z lepszym skutkiem materialnym przy urządzaniu nowojorskiej Wystawy Światowej. Ale dalsze perspektywy zarobkowania i twórczości artystycznej nadal są nikłe. Poza tym pustka intelektualna otoczenia i obcość. Po przeszło roku nędznej wegetacji zdecydował się wrócić do Europy. Skorzystał z okazji, że poznany tutaj i życzliwy mu książę Marceli Lubomirski wyjeżdża do Anglii, zabiera się z nim i przy jego wsparciu 4 lipca 1854 ląduje w Liverpo-olu, a po kilku dniach lokuje się w Londynie. Przed wyjazdem zdążył jeszcze dokonać wyprawy w głąb lądu amerykańskiego „do pokoleń indyjskich i pierwotnych lasów”, jak zaznacza w liście do Józefa Komorowskiego. Do końca grudnia pozostaje w Londynie, utrzymując się ze sprzedaży swych akwarel i modelowania w wosku szczęk ludzkich na potrzeby dentystyczne. W początkach stycznia 1855 jest już w Paryżu, by pozostać tam po kres życia, czyli prawie 29 lat. W tym okresie przeżył cztery bulwersujące wtedy cały świat wydarzenia polityczne, a mianowicie wojnę krymską, powstanie styczniowe w Polsce, wojnę francusko-pruską i Komunę Paryską, które jak zwykle u niego znalazły swój wyraz emocjonalno-intelektualny w korespondencji i twórczości publicystyczno-artystycznej w postaci licznych artykułów, rozpraw, traktatów poetyckich, kilku poematów, dramatów i kilkudziesięciu drobnych liryków i utworów satyrycznych.

Zaraz po powrocie z dwuletniej prawie wycieczki na drugą półkulę przyszły momenty refleksji i rekapitulacji doznanych wrażeń, przeżyć i doświadczeń. Był jedynym po Niemcewiczu poetą polskim, który zwiedził tak wielki obszar różnorodnej kultury i cywilizacji. Jego wzmianki o przeżyciach z podróży oceanicznych w listach do znajomych i przyjaciół w Europie mają nieledwie ton przygód św. Pawła z Tarsu podczas jego przymusowej podróży morskiej do Rzymu, opisanej w ostatnich dwóch rozdziałach Dziejów apostolskich. Pobyt w Londynie, jednym z największych gigantów urbanistycznych ówczesnego świata, centralnej metropolii łączności międzykontynentalnej i międzynarodowej wymiany handlowej, uczynił na Norwidzie, już po Paryżu i Nowym Jorku, wrażenie potwierdzające jego poprzednie sądy o miastach monstrach, cywilizacyjnych molochach, pożerających estetyczne i etyczne wartości kultury, co po kilku listach znalazło swój wyraz w znanym wierszu Larwa (larwa znaczy tutaj — straszydło piekielne):

Na śliskim bruku w Londynie, I f W mgle podksiężycowej, białej,

Niejedna postać cię minie,

Lecz ty ją wspomnisz, struchlały.

Czoło ma w cierniu? czy w brudzie?

Rozeznać tego nie można,

Poszepty z Niebem o cudzie W wargach... czy? piana bezbożna!...

Rzekłbyś, że to Biblii księga Zataczająca się w błocie,

Po którą nikt już nie sięga,

Iż nie czas myśleć o cnocie!

Rozpacz i pieniądz — dwa słowa —

Łyskają bielmem jej źrenic.

Skąd idzie?..’. — sobie to chowa.

Gdzie idzie?... — zapewne, gdzie nic!

Takiej to podobna jędzy Ludzkość, co płacze dziś i drwi;

— Jak historia?... — wie tylko: „krwi!...”

Jak społeczność?... — tylko: „pieniędzy!...”

Jednak w późniejszych latach skorygował swoje zbyt jednostronne sądy o mieście. Wracał do wspomnień o starożytnych i średniowiecznych miastach włoskich, do Wenecji, Florencji, Neapolu, Rzymu szczególnie. W Zarysach z Rzymu, przesłanych przed laty (w grudniu 1848) Lucjanowi Siemieńskiemu, redaktorowi odpowiedzialnemu krakowskiego „Czasu”, pisze, że jest to właściwie miejsce trzech Rzymów: starożytnego, średniowiecznego i współczesnego, harmonijnie z sobą zespolonych, czyli miejsce trzech czasów jednocześnie, miejsce akumulacji historycznej. W przeciwieństwie do wsi, gdzie wskutek odwiecznych* powrotów czterech pór roku historia ma charakter cykliczny, w mieście ma charakter linearny, rozwój ciągły, dialektyczny postęp po spirali wzwyż do nieprzewidzialnego w przyszłości mistycznego szczytu. „Rzym przez Rzym postawiony, ale Rzymianie przez Rzym z różnych zbudowani są plemion” dodaje Norwid w tychże Zary-. sach, a w Promethidionie powie: „Roma; to odwróć Amor ci odpowie!” Ten piękny anagram pieczętuje ostatecznie diametralną zmianę stosunku Norwida do miasta. Żywioł wiejski z różnych regionalnych odmian pochodzący, przeniesiony do miasta, już nie jest wiejski, doznaje ujednolicenia i jakby nobilitacji historycznej, staje się z biernego dotychczas przedmiotu czynnym podmiotem dziejów. Gdyż zdaniem Norwida tylko w mieście i przez miasto tworzą się dzieje, skupiają się wszystkie czasy historyczne i wynikające z nich konsekwencje oraz skutki, chociaż nie tylko dla miasta, lecz dla ogółu, czyli narodu i ludzkości. Czyżby więc jego zagraniczne i zamorskie ppdróże do wielkich metropolii świata i jego ostatni nieprzerwany, blisko trzydziestoletni pobyt w Paryżu, mieście rewolucji lipcowej, restauracji cesarstwa, oblężenia pruskiego i Komuny Paryskiej, był tej odmiany przyczyną?

Osiadłszy na stałe w ville lumiere ówczesnej Europy, zaniechał dalszych gorączkowych podróży, dochodząc do przeświadczenia, że już nic nie zaspokoi jego głodu innych przestrzeni i innych czasów. Mógł je wszystkie odnaleźć i doświadczyć ich, podobnie jak niegdyś w Rzymie, teraz w Paryżu. Myślą i wyobraźnią sycił teraz swój głód przestrzenno-czasowy, nie ruszając się z miejsca, w swych nowych dziełach, najważniejszych chyba, jakie w życiu napisał, takich jak poematy: Fortepian Szopena, Assunta, Quidam, A Dorio ad Phrygium; eseje: O Juliuszu Słowackim i Milczenie; traktat poetycki: Rzecz o wolności słowa; dramaty: Pierścień wielkiej damy, Cezar i Kleopatra i Za kulisami; cykl stu liryków Vade-mecum oraz nowele: Stygmat, Ad leones! i Tajemnica lorda Singelwortha.

W swym nieprzepartym głodzie inności przestrzennej i czasowej Norwid nie był jedynym w burzliwym wieku XIX, ale — można powiedzieć — jednym z pierwszych; wyprzedzał sobie podobnych, Gauguina (1848 — 1903), Rimbauda (1854—1891), Conrada (1857 — 1924), Prousta (1871 — 1922), żeby wyliczyć tylko najwybitniejszych. Czyżby to była choroba wieku? Norwid, starszy od Gauguina o 27 lat, zdradza niejedno z nim podobieństwo co do przyczyn i skutków tylu ucieczek, a szczególnie tej ostatniej i najdalszej od granic swej ojczyzny. Czyż jego pytania, zwrócone także i do siebie samego, z czwartej strofy Larwy z r. 1861 „Skąd idzie?” i „Gdzie idzie?” nie są prawie identyczne z pytaniami, jakie stanowią tytuł największego, z 1897, dzieła malarskiego Gauguina, sumującego cały sens filozoficzny jego życia i twórczości: D’ou venons-nous? Que sommes-nous? Ou allons-nous? (Skąd przybywamy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?).

O tym arcydziele francuskiego malarza krytyka orzekła, że jest jego „bezsprzecznym testamentem duchowym” („est sans contredit le testament spirituel de Gauguin”). Czyż takim duchowym testamentem nie jest cała twórczość Norwida zdążająca w swym sensie filozoficznym i etycznym według tego odwróconego ;,a Phrygio ad Dorium?” Wtedy wszystkie ziemskie sprawy i przygody naszego żywota przybierają właściwe proporcje i wymiary, których wyrazem może być ta strofa:

— Mapę życia, gdyby kto z wysoka,

Jak mapę globu, kreślił: góry i pustynie Przeniosłyby się w krótkie jedno mgnienie oka,

A Ocean przepadłby, gdzie ledwo łza płynie.

Z takiej wyżyny swojej twórczości patrzył Norwid na świat i życie. Dziś tylko astronauci z rakiet okołoziemskich spoglądając na glob nasz odnoszą podobne wrażenie.

Podobne prace

Do góry