Ocena brak

Norwid — poeta współczesny - Wiersze

Autor /Albinos Dodano /04.06.2013

Norwid — jeszcze 70 lat temu pomijany całkowitym milczeniem — uchodzi obecnie coraz częściej za najwybitniejszego poetę polskiego. Jesteśmy wszak owym pokoleniem „późnych wnuków”, dla których właśnie przeznaczał on swoje, odrzucane przez współczesnych, utwory. „Syn minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku” — pisał. I dokładnie tak się stało. Dlaczego? Drogi historii literatury bywają zagmatwane: „Co w życiu było skrzydłami, nieraz w dziejach jest ledwo piętą”. Ten znakomity aforyzm nie stracił na aktualności. Istotne bowiem bywa nie to, co tylko doraźnie aktualne, co „wstępuje drzwiami nie swoimi, lecz które mu odemknięto”; istotne i wartościowe staje się to, co szuka własnych drzwi.

Norwid nie mieścił się w swojej epoce, ponieważ widział ją szerzej, niż ona sama pragnęła się zobaczyć, ponieważ stawiał jej wymagania, których nie rozumiała. Pisałjak mówił — ciemne wiersze, aby widzieć gwiazdy. Wymagano odeń wierszy jasnych i gładkich, łatwych do przełknięcia. On zaś widział niejako swoją epokę z perspektywy naszych dni. I dlatego możemy o nim mówić: poeta współczesny. Ale istnieją paradoksy, w których wykrywaniu Norwid był mistrzem. Ceniąc dziś Norwida, zapominamy często o istocie jego twórczości. Umiemy ujrzeć paradoksy romantyzmu, które nam Norwid odsłonił i oburzamy się, gdy w naszej epoce usiłuje ktoś nazwać piętą to, co uchodzi za skrzydła.

Poeta znał ironię Historii i widział — jak to obserwujemy w wierszu Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie — bezmyślność każdej współczesności, która nie ma odwagi wychylić się poza swój czas, nie umie w sobie połączyć żywej pamięci przeszłości z per^ spektywami przyszłości. Pokazał więc, z bolesną ironią mędrca, djalektykę historii kultury, polegającą na tym, że pomniki stawia się w następnym pokoleniu tym, których zniszczyło pokolenie poprzednie i że stawia się je po to często, by żywą, niepokojącą myśl zakląć w pomnik, „zmarmurzyć”, unieszkodliwić.

Umiemy dziś odczytywać zawiłe wiersze Norwida, potrafimy się wgryzać w jego „ciemne”, niezwykle skondensowane symbole poetyckie, nie ma bodaj poety, który nie poczuwałby się do duchowego pokrewieństwa z nim. Ale myśl Norwidowska zbyt mało jest jeszcze obecna w naszej rzeczywistości literackiej. Myśl — znaczy to ów specyficzny stosunek do otaczającego świata, swoiste pojmowanie zadań artysty i roli poezji. Ożywić Norwida naprawdę — znaczy to mieć odwagę ustosunkowania się do własnej rzeczywistości tak, jak on do swojej, a nie korzystać jedynie z odemkniętych przez niego drzwi.

Fakt, że trudno nam myśleć kategoriami Norwidowskimi, wynika z nieobecności tego twórcy w tradycji. Naszą narodową wrażliwość, nasze pojęcia o roli sztuki ukształtowała tradycja martyro-logiczna i mesjanistyczna, tradycja emocjonalnego zrywu i gloryfikacji cierpienia, ta tradycja, która ciągnie się poprzez Księgi piel-grzyrrtstwa, Irydiona, Lilię Wenedę, Sienkiewicza i Żeromskiego. Norwidowskie poszanowanie dla pracy intelektu i w ogóle pojmowanie sztuki jako pracy — ta tradycja dopiero się rodzi, przy czym wpływ Norwida jest tu jednym z ważniejszych czynników.

Był on zdecydowanym przeciwnikiem tej tak bardzo romantycznej, „winkelriedowskiej” idei poświęcenia się jednostki dla ogółu, „na ołtarzu ojczyzny” — jak się dawniej mówiło. „U nas —* pisał — poświęcenie jest, aby stracić wszystko dla sprawy, nie aby wszystko zyskać dla sprawy”. Czuł znakomicie, iż stałe rozważanie sytuacji niewoli, rozpamiętywanie klęsk i czynienie z tych spraw bolesnej narodowej świątyni prowadzi jedynie do utwierdzenia w świadomości społeczeństwa owej, paraliżującej wolę, niewolniczej skazy. Dostrzegał, iż w pewnym momencie narzucony przez wieszczów model cierpiętniczego patriotyzmu stał się wygodnym schronieniem pozwalającym na błogie umysłowe lenistwo, przy zachowaniu świadomości heroicznego męczeństwa i poczuciu wyjątkowości.

Toteż chodziło mu o zburzenie tego stanu rzeczy, o możliwości tworzenia normalnego nowoczesnego społeczeństwa, które funkcjonuje opierając się nie na skostniałych narodowych mitach, ale na pracy i głębokim rozumieniu świata; społeczeństwa, gdzie godność człowieka byłaby wartością najwyższą. Norwid nie niósł współczesnym pociechy „pokrzepienia serc” ani przekonań o ich wyjątkowości narodowej; postulował natomiast wyjście poza pseudopatriotyczny party kularz właśnie w imię interesów narodowych. „Aby być narodowym, trzeba być nadnarodowym” — pisał. Norwid nie znosił bowiem sloganów niezależnie od tego, jakiej sfery życia dotyczyły. „Ojczyzna — czy tylko jest tragedią — ojczyzny?” — Pytanie, jak na owe czasy, rewelacyjne — i dlatego nie zrozumiane.

Mógł Norwid obserwować, jak tradycja buntowniczego romantyzmu kostnieje, wyzbywa się istotnych znaczeń i przekształca w swoje przeciwieństwo, w przedmiot oklasków znudzonej salonowej publiczności lub przedmiot łzawego uwielbienia. Romantyzm wchodzi w stadium, w którym staje się tak sarno konserwatywny, jak zwalczany ongiś przez romantyków pseudoklasycyzm:

Poobracąnych w przeszłość niepojętą,

A uwielbioną — spotkałem niemało! [...]

Nieraz obyczaj stary zawadziłem,

Ż wyszczerzonymi ha jutrznię zębami,

Odziewający się na głowę pyłem,

By noc przedłużył, nie zerwał ze snami.

(Vade-mecum, I, Klaskaniem mając obrzękłe prawice..) 

W tym miejscu wypływa sprawa właściwego rozumienia tradycji, ważna nie tylko ze względu na stosunek Norwida do romantyzmu, ważna także ze względu na nasz stosunek do Norwida. Sugerowanie się zewnętrznym i zamkniętym kształtem przeszłości to — powiada Norwid — „jakby poszedł kto na grobie brata zioła rwać!” Natomiast istotny kontakt z przeszłością to umiejętność jej aktywnego przezwyciężenia. „Przeszłość — napisze poeta — jest to dziś, tylko cokolwiek dalej nie jakieś tam coś, gdzieś, gdzie nigdy ludzie nie bywali!” Ożywić przeszłość, znaczy więc wciągnąć ją w dialog z teraźniejszością, dialog, z którego wyłoni się przyszłość.

Norwid należał do najmłodszych romantyków. W chwili gdy ukazywały się Pan Tadeusz i Kordian, miał lat 13. Gdy był dojrzałym twórcą, publiczność zdążyła już przyswoić sobie myśli Wieszczów na tyle, by je zamienić w slogany. Nastał okres epi-goństwa, wspierającego swą pustkę duchową autorytetem Mickiewicza i Słowackiego. Kontynuowanie romantyzmu rozumiał Norwid jako przezwyciężenie, wprowadzenie go w stadium dojrzałe, j nie zaś jako bezpłodne powielanie (a często trywializowanie) idei rzuconych przez jego czołowych przedstawicieli. „Kwiatów ty nie chciej od kłosu” — pisał do Lenartowicza, odżegnując się zarazem od strojenia głowy w romantyczne laury. Był Norwid bowiem dialektykiem i wiedział, że wartość kwiatu sprowadza się do kłosu, i że kwiat, który nie obumrze, ażeby wydać ziarno, jest tylko zwiędłym kwiatem. Jego przeciwstawienie się romantyzmowi nie* było więc anarchicznym buntem, lećz właśnie przejściem od kwiatu do kłosu.

W czasach kiedy poeta musiał być obowiązkowo wieszczem, poezja zaś niemal darem bożym, pojawia się na kartach dzieł Norwida niezwykły pogląd, że poetą się nie jest, że „poetą się bywa”. Nie jest to objaw przesadnej skromności, lecz zgoła nowe pojmowanie miejsca i zadań sztuki w rzeczywistości. Znając biografię Norwida, wiemy, iż poetą rzeczywiście bywa się. Wówczas gdy aktywne uczestnictwo w świecie domaga się nazwania świata w tym celu, by móc go przekształcać. Norwid nie nosił „płaszcza Konrada”, który dopiero skamandryci zechcą zrzucić z ramion. I Nie zstępował z wyżyn poezji na niziny ludzkiej nędzy, lecz wśród tych nizin dokonywał poetyckiej pracy. Poetą się bywa. A oprócz t tego? — Bywa się i robotnikiem fizycznym, i więźniem, walczy się z głodem, ucieka przed nim za ocean, bywa się „na śliskim bruku Londynu” lub „u baronowej, która przyjmuje bardzo pięknie”

Poezja była dla Norwida tym miejscem, gdzie wewnętrzne potrze- „ by duchowe i zrozumiane, przeżyte. potrzeby społeczne schodziły się w jeden punkt. Wiedział, że „poezja cos robić  że jest rodzajem pracy, która światu nadaje piętno ludzkiej myśli, przyswaja ów świat człowiekowi.

W tym ujęciu znika romantyczna granica między wzniosłością poezji a trywialnością świata. Wzniosłe stają się i „bruk Londynu”, i „trumienne izb wnętrza”. Poezja tę wzniosłość#odkrywa. Walka o nową poezję jaką całe życie toczył Norwid, to zatem walka o nowy kształt rzeczywistości. Nowatorstwo formalne i nowatorstwo myśli są tu związane nierozerwalnie. Pisał bowiem Norwid: „Jam z tych poetów, co nie słówka nucą, ja to, co śpiewam, żyję i boleję”. I ironizował: „Co myślą, gdy wyrzecze kto słowo: Poeta! Im się zdaje, że dziewięć panien kałamarze noszą ,mu, a warkocze każdej jak kometa...”

Pragnął więc Norwid sztuki, która nie sankcjonuje, nie mitolo-gizuje, nie poleruje i nie upiększa zastanej rzeczywistości, ale która „wyrzuca wciąż przed się zadatek”, która otwiera przed rzeczywistością nowe perspektywy. I właśnie w imię tych perspektyw, a nie przez przekorę, zadawał swoim współczesnym kłopotliwe pytania:

Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala,

Czy ten, co mówić o tym nie pozwala?

(***[Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala])

Antynomie pozorów i autentyczności, prawdy i fałszu, sloganów i myśli, mitów i historii były stałą obsesją autora Rzeczy o wolności słowa, niezależnie od tego, jaki temat podejmował, czy mówił o generaliach, czy o sprawach codziennych. Dostrzeżemy je łatwo i w salonowych konwersacjach, jak Daj mi tę wstążkę..., Po balu, Marionetki, i w wierszach społecznych, jak Larwa. Nerwy, Stolica. Niebezpieczeństwo upatrywał w tym, że można „zapomnieć ludzi, a bywać u osób”. Wiedział bowiem, że pozory często zastępują autentyczną rzeczywistość i że wówczas to. co istotnie autentyczne, uchodzi w świadomości ogółu za pozór i fałsz. Dlatego też nieraz jego błyskotliwe aforyzmy „stawiajg świat na głowie” po to, by przywrócić mu normalne ludzkie proporcje:

Cywilizacji dwie — widzę ustawnie:

Jedna chce wszystko odury wać na serio,

Druga chce wszystko pokry wać zabawnie Świetną liberią.

(yade-mecum, XXIV, Sieroctwo)

„Adoracja” była zdaniem Norwida tak samo niebezpieczna jak „bezczeszczenie” — mistyfikowały bowiem świat.

Do góry