Ocena brak

Nie tak (z tomu Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada 1794)

Autor /abbyLEE Dodano /11.03.2011

Wiersz ma formę monologu skierowanego, jest rodzajem wyznania skierowanego do Boga. Modlitewny charakter podkreślony został po­przez specyficzny zapis, gdzie poszczególne zdania stanowią odrębne wersety, rozdzielone wyrazistymi pauzami – każda z wypowiedzianych myli domaga się od czytelnika osobnego przeanalizowania. Mamy tutaj do czynienia z kolejną próbą podsumowania własnego życia, pogłębioną autorefleksją dotyczącą losu poety-emigranta oraz jego artystycznych dokonań. Dominuje ton smutku i pokory, albowiem ostateczny wynik tego obrachunku w świadomości poety wypada dla niego niekorzystnie i zamyka się w tytułowych słowach: „Nie tak”.

Obok – najbardziej oczywistych – aluzji biblijnych, zawartych za­równo w wersetowym zapisie, jak i w słownictwie, znajdziemy tutaj także czytelne odwołania do twórczości Zbigniewa Herberta (zwła­szcza do Przesłania pana Cogito), którego wiersze Miłosz tłumaczył i publikował w Ameryce. Być może właśnie postawa Herberta i za­warty w jego wierszach ciężar moralnych wyborów sprowokowały Miłosza do tego bezpośredniego wyznania, w którym wyraził swoje zwątpienie i ogarniające go poczucie klęski.

Poeta dokonuje rozrachunku z życiem – konfrontuje swoją wcześniejszą postawę z aktualnymi przemyśleniami i poglądami, uświada­miając sobie własną porażkę. Przywołując w pamięci panteon boha­terów, świętych i mędrców, przyznaje sam przed sobą, że nie potrafił no dorównać ani odwagą, ani niezłomnością charakteru:

 

 

Wiedząc więcej, udawałem, że wystarczy mniej,

nie tak jak tamci, którzy dają świadectwo,

Obojętni na wystrzały, pogoń w gąszczu i urąganie.

Niech mędrcy i święci, myślałem, całej ziemi

dar przyniosą a nie językowi.

Ja chronię dobre imię, bo język jest moją miarą

 

Przekonanie, że język – polszczyzna, polskość, „wierna mowa” sta­nowi dla poety wartość najwyższą, było dotychczas zasadniczym ry­sem światopoglądu poetyckiego Miłosza.

Miłosz wielokrotnie podkreśla, że tylko polszczyzna jest jego żywio­łem pisarskim. Ale polszczyzna nieustannie weryfikowana w dialogu z innymi językami (poprzez tłumaczenia), w pamiętanych w niej i za­pomnianych dialektach przeszłości i kresów, wreszcie – w arcydziełach polskiej sztuki słowa: tak urzekająca i znawców, i czytelników zupełnie przygodnych.20

Tymczasem mamy tu do czynienia ze swoistą interpretacją proble­matyki wydziedziczenia, charakterystycznej dla późnej, tzw. „metafi­zycznej” fazy twórczości Miłosza. Problem ten pojawiał się dotych­czas w poezji i eseistyce w odniesieniu do wiary, tożsamości narodo­wej i kulturowej – tu został rozszerzony również na sferę języka. Po­eta podważa wartość poetyckiego słowa, dostrzegając w nim niebez­pieczeństwo zafałszowania prawd podstawowych. „Wydziedzicze­nie” dotyczyć więc może również poezji:

 

 

I rozpada się hymn albo psalm przewodnika chóru, zostaje kantyczka.

Niepełny byk zawsze mój głos, inne chciałbym złożyć dziękczynienie.

A szczodrze i bez ironii, tej chluby niewolnych.

 

Taka konkluzja dla poety może oznaczać całkowitą klęskę. Uświa­damia sobie bowiem, iż jego dotychczasowe dystansowanie się od świata zewnętrznego zamykanie się w kręgu problemów wyznaczo­nym przez „wierną mowę” było rodzajem ucieczki, samoograniczenia – język stał się dla poety „wieżą z kości słoniowej”, w której odgro­dził się od innych.

Zasadnicza zmiana postawy Miłosza polega na odrzuceniu maski, a zatem także i ironii, jako jednego ze środków pozwalających na utrzymywanie dystansu wobec otoczenia. Poeta przyznaje, że ironia­ to broń ostateczna przegranych i słabych, tych, którzy nie mogą wal­czyć otwarcie, „chluba niewolnych” – maska kryjąca słabość, dająca złudne poczucie wyższości.

Ascetyczny, chłodny język wiersza, ekspiacyjny ton wyznania jest być może świadectwem trudnej sztuki odsłaniania twarzy, ujawniania swoich lęków, kompleksów i zwątpień. U progu starości, pozornie spełniony i „dojrzały” w sensie poetyki, poeta odczuwa te same oba­wy i pragnienia, które towarzyszyły mu u początków drogi. Szuka „formy”, która nie byłaby tylko przesłoną, efektownym ozdobnikiem. A szukać mu tym trudniej, że gdy ogląda się za siebie, dostrzega, jak rozpada się hymn albo psalm przewodnika chóru. Albowiem wiersz stanowi groźbę dla poety: groźbę przesłaniania myśli, hamowania uczuć, zakłócenia jasności przekazu. Twórca może więc tylko szukać i próbować stale od nowa – z niespełnioną nadzieją. I godzić się i z własną niedoskonałością:

 

 

... inne złożyć chciałbym dziękczynienie.

A szczodrze i bez ironii, tej chluby niewolnych.

Za siedmiu granicami, pod gwiazdą zaranną,

W mowie ognia i wody i wszelkich żywiołów.

 

 

 

Podobne prace

Do góry